A/N: witam,

Dziękuję za komentarze, polubienia, sledzenia.

Bohaterowie należą do Cassie Clare, z wyjątkiego oryginalnych.

Miłego czytnia,

Ostrzeżenie: Rozdział zawiera bardzo ciężki temat.


Rozdział XXV

"To wojna"

Alec wiercił się na krześle w kancelarii prawnej 'Clarkson i wspólnicy'. Nie mógł przestać strzelać palcami i wdychać ciężko - to jego nawyk, gdy był zdenerwowany. Tuż obok niego ze stoickim spokojem siedział Asmodeus, który od trzech dni przebywał w Nowym Jorku. Prawnik opracował dobry plan działania, by nie dopuścić, by Kaelie odebrała dziecko Alec'owi i jego synowi. Chciał im pomóc, zależało mu na szczęściu syna, nawet jeśli jego syn nie chciał go zaakceptować jako ojca.

- Serce wali ci jak młot - Asmodeus szepnął do Alec'a, wytrącając chłopaka z zamyślenia. - Będzie dobrze, ten pseudo prawniczek nie jest mocny. Zrobiłem research. Wygrał kilkanaście małych spraw, kilka rozwodów, ale wiem, że go pokonam.

- Tak pan myśli? - Alec spojrzał na niego swoimi niebieskimi oczyma, w których malowało się pragnienie uwierzenia w słowa prawnika.

- Oczywiście, chłopcze. Nie bez powodu nazywają mnie demonem.

Drzwi od pokoju się otworzyły i do środka weszła Kaelie z wysokim mężczyzną, o blond włosach, ubranym w brązowy garnitur. Gdy tylko Alec spojrzał na dziewczynę, jego pięści się zacisnęły, krew zawrzała w żyłach. Podniósł się z krzesła, czując niesamowitą rządzę rzucenia się na Kaelie i wydarcia jej serca z piersi. Powstrzymał go tylko mocny ścisk chłodnej dłoni Asmodeusa na jego bicepsie. Mężczyzna pociągnął go w dół, by z powrotem usiadł, spoglądając na niego ostrzegawczo. Alexander wypuścił głośno powietrze przez nos, zakładając ręce na piersi, posyłając mrożące spojrzenie matce jego dziecka.

- Dzień dobry - zaczął prawnik panny Whitewillow - cieszę się, że mogliśmy się spotkać. Harry Clarkson Jr. - wystawił rękę w stronę Alec'a i Asmodeusa. Obaj mężczyźni potrząsnęli jego dłonią i wymienili grzecznościowe uśmiechy. - Moja klienta, Kaelie Whitewillow.

- Asmodeus Hellsking i mój klient, Alexander Lightwood.

- W takim razie przejdźmy do meritum spotkania. - Clarkson wyciągnął plik papierów ze swojej aktówki i położył je przed sobą na stole. - Może ja zacznę…

Alec skupił swój wzrok na Kaelie, która patrzyła w każdą inną stronę, byleby nie spoglądać na Alec'a. Chłopak wiedział, że się go boi, cóż, każdy by się bał, jakby zobaczył, do czego Alec był zdolny kilka dni temu. Gdy chłopak o tym myśli, nadal nim trzęsie ze złości. Uspokoił się już odrobinę, Magnus go do tego zmusił, mówiąc, że nie wolno im tracić kontroli przy Jake'u. Mały nadal nie miał pojęcia, co się dzieje między trójką jego rodziców. Tak było lepiej, to jeszcze dziecko, nic by nie zrozumiał.

- Hm - odezwał się Asmodeus, zmuszając Alec'a, by spojrzał na niego. - Pan chyba nie sądzi, że mój klient zgodzi się na państwa wniosek? Przypomnę, iż jest to idiotyczny wniosek.

- Rozumiem, że nie zgadzają się panowie na drogę pozasądową? - Obaj pokręcili głowami. - Dobrze, w takim razie, wyznaczymy datę rozprawy sądowej. Jeszcze dziś postaram się skontaktować w tej sprawie. Dziękuję za spotkanie.

- Nie oddam ci dziecka - Alec rzucił na odchodne. - Wygram tą wojnę w sądzie. Nie masz ze mną szans.

- Zobaczymy się w sądzie.

Rozprawa odbyła się dokładnie trzynaście dni później. Jak się okazało, Clarkson pociągnął za sznurki i termin ich rozprawy wyznaczono na wcześniejszy, niż zwykle. Alec przechadzał się w tę i z powrotem po korytarzu przed salą rozpraw, próbując się uspokoić. Magnus rozmawiał na boku ze swoim ojcem, rodzicami Alec'a i swoimi rodzicami. Jace, Izzy, Max, Allie i Seth siedzieli na przeciwko, przyglądając się reszcie rodziny. Po drugiej stronie korytarza znajdowała się Kaelie, wraz z kuzynką i prawnikiem, żywo o czymś rozmawiali.

Magnus odszedł od rodziców i stanął za Alec'iem, otaczając go ramionami od tyłu. Lightwood natychmiast rozluźnił się odrobinę w ramionach ukochanego, który teraz muskał jego szyję, by choć trochę go rozproszyć. W każdym innym czasie by to podziałało, ale teraz nic nie było w stanie go uspokoić, a tym bardziej rozproszyć. Jego umysł rozgrywał wszelkie scenariusze, które mogą się zdarzyć na sali rozpraw. Chciał wierzyć, że ojciec Magnusa urządzi tam takie piekło, jakie mu obiecywał.

- Będzie dobrze, kochanie. - Magnus przesunął się do przodu, by stanąć przed chłopakiem. Przyciągnął go bliżej siebie, przyciskając do piersi. - Ojciec zrobi wszystko, by Jake został z nami.

- Wiem, ale…

- Stresujesz się, wiem. Znam cię na wylot, koteczku. - Magnus pocałował czubek nosa Alec'a, na co niebieskooki zmarszczył nos w swój uroczy sposób. - Chciałbym jakoś ci pomóc teraz, zdjąć choćby odrobinę tego ciężaru z ciebie, ale wiem, że nie jestem w stanie. Jedyne co mogę zrobić, to zapewnić cię, że nie odpuścimy jej. Nie pozwolimy jej zabrać nam dziecka. Będziemy walczyć o naszego syna, do końca, Alexandrze. Ja i ty, razem.

- Kocham Cię, Magnus. - Alec wspiął się na palce stóp i przycisnął swe usta do ust Magnusa, w krótkim pocałunku. Nie był on jakiś namiętny, szybki czy z języczkiem. Był raczej spokojny, zapewniający go o jego miłości, o wsparciu.

- Ja ciebie też, groszku. - Nim Alec miał okazję powiedzieć, że nie cierpi tego określenia, drzwi od sali rozpraw otworzyły się szeroko. Alexander odsunął się od Magnusa, obracając głowę w stronę sali. Z wewnątrz wystąpiła elegancka kobieta w szarym kostiumie, jej blond włosy związane w kucyk. Na jej nosie spoczywały okulary w zielonej oprawce. W ręku trzymała kilka papierów.

- Sprawa Kaelie Whitewillow i Alexander Lightwood. - Alec, Kaelie i ich prawnicy podeszli bliżej. Kobieta poprowadziła ich do sali, każąc zostać reszcie rodziny na zewnątrz, dopóki, któreś z nich nie zostanie wezwane na świadków.

Asmodeus poprowadził Alec'a w stronę jednej ławy. Kaelie i jej prawnik zajęli ławę na przeciwko. W tym momencie niebieskookiego oblał strach. Już za kilka chwil miała rozpocząć się wojna między nim a Kaelie o ich syna. Serce mu przyspieszyło, oddech stał się płytki, miał wrażenie, że krew powoli się zamraża.

- Proszę wstać, Sąd idzie - powiedziała kobieta. Asmodeus poderwał się z krzesła, ciągnąc Alec'a w górę ze sobą. Do sali wszedł mężczyzna, na oko wyglądał na czterdzieści kilka lat. Był wysoki, ciemnoskóry, z ciemnymi jak heban włosami i oczami. Spojrzał na zgromadzonych ludzi na sali i ruszył, by zasiąść na krześle, za stołem sędziowskim.

- Otwieram rozprawę o przyznanie całkowitej opieki rodzicielskiej nad małoletnim Jacobem Gabrielem Lightwoodem. Czy oboje wnioskodawców jest obecnych na sali? - Zarówno Kaelie jak i Alec potwierdzili, wstając ze swoich miejsc. - Pani Kaelie Whitewillow, pani wniosek wpłynął do sądu dwadzieścia dwa dni temu. Pański, panie Lightwood dziesięć dni temu, złożony przez państwa prawników w osobach, Harry Clarkson Jr. i Asmodeus Hellsking. Z rozmów przeprowadzonych z prawnikami wiem, że nie udało się dojść państwu do porozumienia na polu pozasądowym. W takim razie teraz wysłucham oświadczeń obojga stron, a później orzeknę, kto będzie sprawował opiekę nad małoletnim Jacobem. Z państwa oświadczeń wiem, że w państwa imieniu wypowiadać się będą państwa pełnomocnicy. Pani Whitewillow, państwo zaczynają.

- Wysoki sądzie - rozpoczął prawnik, podnosząc się z ławy. - Złożyliśmy wniosek o przyznanie całkowitej opieki nad Jacobem dla mojej klientki, w związku z niedawnymi zdarzeniami, których dopuścił się pan Lightwood. Otóż, moja klientka, która niedawno wróciła do kraju, chcąc w końcu zająć się swoim dzieckiem, ponieważ oficjalnie stała się prawnym opiekunem małoletniego, została pozbawiona takiej sposobności…

- Sprzeciw - odezwał się Asmodeus. - Mój klient nie zabraniał kontaktów pannie Whitewillow z Jacobem. Nie robił tego przez ponad trzy i pół roku, odkąd narodził się chłopiec. Pragnę przypomnieć wszystkim, bo zdaje się, że strona przeciwna zapomniała, że to panna Whitewillow porzuciła Jacoba tuż po narodzeniu, oświadczając, że nie chce być matką, że chce normalnie żyć, korzystać z życia. Nadmienię również, że mój klient, pomimo młodego wieku, w końcu został ojcem mając ledwo piętnaście lat, w przeciwieństwie do pańskiej klientki, podjął się opieki nad dzieckiem. Został dla niego ojcem, poświęcając się dla niego całkowicie.

- Być może - dodał Clarkson. - Jednak nie należy zapominać o ostatnich wydarzeniach, nie zgodzi się pan ze mną? Pański klient wyraźnie zabraniał kontaktów mojej klientki z jej synem. Bez żadnych podstaw. Ponadto napadł na nią i niemal pobił.

- Nie zgodzę się z panem. - Asmodeus poprawił swój czerwony krawat. - Mój klient nie napadł na nią, a tym bardziej nie zrobił jej fizycznej krzywdy. Prawdą jest, że agresywnie zareagował na wniosek pańskiej klientki, ale było to poparte obawą przed utrarą ukochanego syna. Ponadto, pan myli pojęcia, kolego. Mój klient nie zabronił kontaktów pańskiej klientce. Jedynie nakazał jej przychodzić w określonych porach, a było to wywołane jedynie dobrem małoletniego Jacoba. Przypomnę, że to pod opieką pańskiej klientki Jacob dostał wstrząsu anafilaktycznego i trafił do szpitala. Pod jej okiem zjadł ciastka z orzechami, na które jest silnie uczulony.

- Moja klientka nie wiedziała, że chłopiec jest uczulony…

- Aha! - żywo krzyknął Hellsking. - I tu leży pies pogrzebany. Jaka matka nie wie, na co jej dziecko jest uczulone? Nawet ja wiem, jakie alergie ma mój syn, a widziałem go trzy razy w ciągu jego dziewiętnastu lat życia. Musi pan mi przyznać rację, iż pańska klientka nie sprawdza się w roli matki.

- Być może popełnia błędy, jest młodą matką, dopiero się uczy, ale z pewnością daje lepszy przykład swojemu synowi. - Na to obaj, Asmodeus i Alec, wznieśli brew ku górze. - Niech pan mi powie, jaki przykład daje małoletniemu Jacobowi pan Lightwood? Zacznijmy od tego, że pracuje w barze dla gejów i sam jest gejem. Gdzie moja klientka może dać mu pełną rodzinę, w której będzie matka i ojciec, a nie dwóch ojców.

- To stek bzdur! - zaśmiał się Hellsking. - Orientacja seksualna mojego klienta nie ma nic wspólnego z dawaniem przykładu małoletniemu Jacobowi. Raczej może go to nauczyć bycia tolerancyjnym w przyszłości, a nie homofobicznym dupkiem, jakim zdaje się pan być.

- Panie Hellsking - rzekł ostrzegawczo sędzia - jeszcze jedno takie określenie i nałożę na pana karę.

- Przepraszam, ale to nie moja wina, że kolega po fachu jest nietolerancyjny - westchnął, zwracając się ponownie do Clarksona. - A praca mojego klienta udowadnia tylko, że jest w stanie pracować gdziekolwiek, byleby tylko zapewnić życie swojemu synowi. Dzięki tej pracy mój klient opłaca mieszkanie, w którym mieszkają, przedszkole, do którego Jake uczęszcza, a także opiekunkę, która zajmuje się nim, podczas nieobecności pana Lightwooda. Myślę, że to raczej zaleta pana Lightwooda, coś co można podziwiać w nim. Jest w stanie poświęcać noce, a jeszcze niedawno uczęszczał do szkoły, by zapewnić stabilne życie dla swojego dziecka.

Prawnik Kaelie sapnął z irytacji, gdy Asmodeus posłał mu prowokacyjny uśmieszek. Jego cała postawa mówiła 'dawaj, co tam masz jeszcze, chłopczyku i tak cię pokonam'. Alec był wdzięczny, że ojciec Magnusa im pomaga. Był pełen nadziei, że Asmodeus wygra tę sprawę.

- Dodam także - ponownie przemówił Hellsking - że mój klient również zapewnił pełną rodzinę Jacobowi. Razem z jego partnerem dbają o dobro i zdrowie chłopca, zapewniając mu jak najlepszą opiekę.

- Proszę - wszedł mu w słowo Clarkson - mówi pan tak, bo pański klient spotyka się z pańskim synem. Nie sądzę, by był pan tak tolerancyjny i pochlebny dla tego typu związków, gdyby nie chodziło o pańskiego syna.

Ah. - Asmodeus wziął łyk wody, stojącej przed nim na stole. - Teraz pan się łapie czegokolwiek. To, że mój klient spotyka się z moim synem nawet nie ma związku z tą sprawą. Przypomnę panu, że spotkaliśmy się, by ustalić kto ma sprawować całkowitą opiekę nad małoletnim Jacobem Lightwoodem. Co jest oczywistością, że powinien być to mój klient tak, jak to było do tej pory. Wysoki Sądzie - zwrócił się do mężczyzny za stołem sędziowskim - mój klient zapewnia stabilne życie małoletniemu Jacobowi od samego urodzenia. To on opiekował się nim, zarywał noce, by go uspokoić, opiekował się nim, gdy ciężko zachorował na żółtaczkę, gdy miał sześć miesięcy. A gdzie wtedy była matka chłopca? Och, tak, bawiła się w najlepsze w Paryżu, korzystając z życia. To mój klient siedział przy łóżku Jake'a, gdy ten nie mógł spać, przestraszony przez koszmary. To pan Lightwood karmił go, uczył mówić, chodzić, ocierał każdą łzę. To Alec stawał na głowie, by skończyć szkołę i jednocześnie pracować, by zebrać pieniądze na przedszkole chłopca. To on kupował mu zabawki, ubrania. A co robiła wtedy panna Whitewillow? Balowała w klubach w Europie. I nagle ni stąd ni zowąd zachciało się jej być matką? Bądźmy szczerzy, pani nie potrafi być matką. A co jeśli się pani znów odwidzi? Przecież tu chodzi o dobro dziecka, a jak pani myśli, jak mały Jake przeżyje to, że pani się znów odwidzi bycie matką? Może mnie pani tu i teraz zapewnić, że już na zawsze będzie pani chciała być matką Jake'a? Zapewni mnie pani, że porzuci wszystko, co dotychczas robiła, by zajmować się nim dzień i noc? że przedłoży pani jego dobro nad swoje?

- Tak - cicho powiedziała, unikając jego wzroku. - Jake to mój syn, chcę się nim zająć.

- Dlaczego? – dopytywał głośniej Asmodeus. - Dlaczego tak nagle pani teraz wróciła i domaga się bycia matką dla Jake'a? Dlaczego teraz a nie kiedyś? Dlaczego chce być pani jego matką teraz?!

- Bo nie mogę mieć już więcej dzieci! - Cała sala nagle zamarła w ciszy. Z błękitnych oczu Kaelie popłynęły łzy, kiedy podniosła się z ławy i wybiegła z sali.

Alec patrzył tępo w miejsce, gdzie chwilę wcześniej znajdowała się Kaelie. Nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. To było zbyt surrealistyczne. To nie mogło być możliwe, Kaelie przecież była dziewczyną, dziewczyny mogą mieć dzieci. To Alec już nie może mieć dzieci.

- Zarządzam dwadzieścia minut przerwy - powiedział sędzia, podnosząc się ze swojego krzesła. Po kilku sekundach opuścił salę.

- Cóż, takiego obrotu spraw się nie spodziewałem - głos Asmodeusa przebił się do myśli Alec'a. - Obawiam się, że to może wpłynąć na końcową decyzję sędziego. Ale uderzę teraz w inny punkt, zmuszę ją…

Alec nie słuchał go, w jego głowie wciąż wybrzmiewały słowa Kaelie 'nie mogę mieć już więcej dzieci'. Dlaczego tego nie powiedziała wcześniej? Coś wtedy go tknęło, choć nie do końca wiedział co. Jego ciało samoistnie podniosło się z ławy i ruszył w stronę drzwi. Na zewnątrz zauważył swoją rodzinę ze zdziwionymi wyrazami twarzy.

- Wygraliśmy? - Zapytał Jace. - Jake zostaje z tobą?

- Nie… Gdzie poszła Kaelie? - Magnus wskazał mu kierunek łazienki, posyłając mu nieme pytanie. - Później pogadamy, muszę ją znaleźć.

Gdy wszedł do damskiej toalety, Kaelie siedziała na podłodze, z plecami opartymi o ścianę. Jej kuzynka siedziała obok niej, zaciskając ramiona wokół jej drżącego ciała. Płakała.

- Zostaw nas samych - Alec zwrócił się chłodno, do jej kuzynki. Dziewczyna łypnęła na niego wrogo i potrząsnęła głową.

- Nie ma mowy! Nie pozwolę ci jej pobić.

- Nic jej nie zrobię, chcę tylko pogadać. - Kaelie pokiwała głową, szepcąc kuzynce, by zostawiła ich samych. Zrobiła to z niechęcią, mówiąc, że czeka za drzwiami i jeśli Alec czegoś spróbuje, nie zawaha się go pobić. Kiedy Alec i Kaelie zostali sami, chłopak usiadł na ziemi, na przeciwko niej, zakładając ramiona na zgięte kolana. - Dlaczego mi nie powiedziałaś wcześniej?

- A co by to zmieniło?

- Powiedz, co się stało? Dlaczego nie możesz mieć dzieci? - dopytał Alec, patrząc jej prosto w oczy.

Dziewczyna odetchnęła głośno, bawiąc się nerwowo palcami dłoni. Głośne bicie jej serca odbijało się od kafelek łazienkowych. Jej łzy spadały na zimną podłogę.

- Niecały rok temu wpadłam z takim kolesiem na imprezie. Ale mój ówczesny facet powiedział, że nie może mieć dzieci, więc nawet mu o tym nie wspominałam. Poza tym, jak miałabym mu wytłumaczyć to, że zaszłam w ciążę skoro on jest bezpłodny. Wiedziałby, że go zdradziłam. A, że byłam wtedy niepełnoletnia i nie miałam za dużo kasy, koleżanka poleciła mi takiego lekarza, który zrobił mi aborcję. - Uniosła głowę, obrzucając Alec'a smutnym spojrzeniem. - Ten pseudo lekarz usunął ciążę, ale zrobił to tak paskudnie, że kilka dni później trafiłam do szpitala z silnym krwotokiem. Lekarze zabrali mnie na salę operacyjną i próbowali zrobić wszystko, ale najwyraźniej podczas aborcji uszkodził moją macicę tak bardzo, że musieli ją usunąć i nie mogę mieć więcej dzieci. - Na chwilę zrobiła przerwę. - Jake jest moim jedynym dzieckiem, Alec…

- Nie mogę ci go oddać - oświadczył trzęsącym się głosem. - Jake to mój syn, ja nie będę miał już nigdy dzieci. Jestem gejem, to jest niemożliwe bym kiedykolwiek miał jeszcze dzieci. Jakey jest dla mnie najważniejszy, Kaelie. Ja nie mogę bez niego żyć. Jest mi przykro, że nie możesz mieć dzieci. To musi być straszne dla kobiety, że nie może mieć więcej dzieci, ale nie mogę ci oddać Jake'a. Nie mogę.

- Możesz zaadoptować dzieci z Magnusem, a ja…

- Ty nie rozumiesz! - wrzasnął. - Jake jest moim życiem, bez niego nie ma mnie. Jest dla mnie wszystkim. I nie oddam go.

- Ja też go kocham, to mój synek. Chcę być dla niego matką, Alec. Proszę…

Wpatrywała się w niego oczami pełnymi łez i błagania. Na ten widok serce się krajało chłopakowi, ale nie mógł jej oddać Jake'a, był dla niego najważniejszy. Nikt się nie liczył bardziej niż jego syn.

- Proszę cię, Alec...proszę…- Przerwało jej silne pukanie do drzwi. Po chwili do środka zajrzał Asmodeus i obrzucił ich zmieszanym spojrzeniem.

- Koniec przerwy, musimy wracać na salę rozpraw.

W sali rozpraw zapadła ciężka atmosfera, którą można było kroić nożem. Głucha cisza była przerywana tylko szybkimi oddechami Alec'a i pociąganiem nosa przez Kaelie, która nadal płakała, choć już nie tak mocno, jak w toalecie kilka minut wcześniej. Lightwood znów czuł jak żołądek ściska mu się ze stresu i strachu. Oddałby wszystko, by Magnus był teraz z nim i trzymał go za rękę, dodając otuchy.

- Proszę wstać, Sąd idzie. - Cała czwórka zgromadzona w sali wstała ponownie, obserwując sędziego, zajmującego miejsce za swoją ławą. Gdy on usiadł, oni również usiedli w swoich ławach i czekali na werdykt.

- Szanowni państwo. Ta sprawa nie jest łatwa, zważywszy że oboje rodziców są młodzi. Zostaliście państwo rodzicami w wieku lat piętnastu, wciąż sami będąc dziećmi. Pan, panie Lightwood - zwrócił się do Alec'a - pan stanął na wysokości zadania i zajął się swoim synem. Niewielu ojców w tak młodym wieku by się na to zdecydowało. Z kolei pani, panno Whitewillow - przekręcił głowę w jej stronę - jest pani młodą kobietą, matką, która dopiero się uczy bycia rodzicem. I choć zostawiła pani swoje dziecko po porodzie, teraz pani chce być jego matką, chce pani być częścią życia Jacoba. Zrozumiała pani, swój błąd. - Westchnął głośno, zaciskając usta w cienką linię. - Po analizie wszystkich oświadczeń i rozmowach z bliskimi obojga stron, jak również, po przeanalizowaniu raportu biegłej pani psycholog i kuratorki, ustalam, że opiekę nad małoletnim Jacobem Lightwoodem, będzie sprawować...


A/N: Dum, dum, dum...

Musicie mnie nienawidzić teraz za ten urywek, prawda? Ja bym tak zrobiła. *złowieszczy śmiech* A teraz dodatkowo potrzymam was trochę w niepewności.

Kolejny to już epilog.

Opinie będą mile widziane.

Intoxic