Baaardzo was przepraszam, że tyle musieliście czekać na nowy rozdział. Powód jest prosty - nauka i brak czasu :/ Nawet nie miałam kiedy usiąść i włączyć komputera... Przepraszam! Ale nowy rozdział już jest i mam nadzieję, że się wam spodoba. Napiszcie, co myślicie! :D
JoAnna: Jasne, że działa :D Jak widzę, że jest nowy komentarz, to od razu dostaję kopa do pisania ; To bardzo prawdopodobne... :3 Króliczki to nie będą, ale dostanie pewne zwierzątko... Jakieś pomysły, jakie? :D Stwierdziłam, że nie ma co tego tak długo przeciągać i trochę miłości się przyda. Haha ok! Dziękuję za komentarz, kochana! ^^
Daria: Jak przyjemnie móc odpowiedzieć na więcej niż jeden komentarz! :D To naprawdę motywujące. Bardzo dziękuję :3 Weź mi tak nie słodź, bo moje ego wyjedzie na Jamajkę i już tam zostanie... - i kto wtedy będzie pisał nowe rozdziały? XD Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam!
Bolo: Teraz He he he he :D
Życie prawie jak w bajce
Już po pierwszych minutach spędzonych w towarzystwie Malfoyów mogła stwierdzić, że Draco uwielbiał narzekać. I to dosłownie na wszystko. A to na to, że stoją w korku, że inni ludzie nie umieją prowadzić, ogólnie na to, że upadł już tak nisko, że musi poruszać się mugolskim środkiem transportu, że Scorpius ma chorobę teleportacjyjną i nie mogą podróżować, jak szanujący się czarodzieje. A gdyby mógł, to pewnie zmieszałby z błotem cały świat.
Nora obserwowała to z mieszanymi uczuciami. Targała się między ochotą wybuchnięcia śmiechem a wyskoczeniem z wrzaskiem, z samochodu. Tylko rozbawione, i jak zwykle dobrotliwe spojrzenie Astorii, sprawiły, że zachowała spokój. Scorpius jednak nie potrafił tak samo postąpić.
Dało się wyczuć wielkie napięcie panujące między męską częścią rodziny Malfoyów. Nora wiedziała, że Scorp posiada wybuchową naturę, ale przy Rose nigdy nie tracił nad sobą kontroli. Teraz ledwo nad sobą panował.
Ulubionym tematem do narzekania Dracona był właśnie jego syn… Nora wiedziała, że nie powinna się wtrącać w ich sprzeczki – kłócili się o oceny, o przyjaźń chłopaka z Albusem, o Quidditch – ale naprawdę czuła przymus, by bronić przyjaciela. Na szczęście do akcji wkroczyła Astoria, która, mimo swojej spokojnej fasady, potrafiła ich ustawić.
Dalsza podróż przebiegła im w ciszy.
Dziewczyna wbiła spojrzenie w szybę, skubiąc skrawek swojej koszulki i przygryzając usta prawie do krwi.
W co ja się wkopałam? –nie po raz pierwszy zadawała sobie to pytanie, ale dalej nie mogła pojąć, dlaczego się na to zgodziła. Chyba po prostu miała dość uciekania i mimo że łatwiej by jej było odciąć się od swojej prawdziwej rodziny, postanowiła stawić temu czoła. Miała tylko nadzieję, że przez te dwa tygodnie nie zwariuje. Przecież była wystarczającą wariatką bez tego!
Zapadał już wieczór, gdy przed oczami dziewczyny pojawił się cel ich podróży. Miała wrażenie, że nigdy w życiu nie widziała tak wspaniałej i wielkiej rezydencji.
Ściany lśniły własnym blaskiem, skąpane w pomarańczowych promieniach zachodzącego słońca i dopiero, gdy podjechali bliżej, dostrzegła, że są śnieżnobiałe. Wysoki mur otaczał z każdej strony dwór. Walczył on o dominację z oplatającym go żywopłotem. Od frontu nie można było tego spostrzec, ale zza domem ciągnął się niesamowity ogród, którego nawet najlepsi ogrodnicy nie potrafili poskromić – co oczywiście nie oznaczało, że nie prezentował się schludnie i okazale. Obecnie przykryty śnieżnobiałą pierzyną śniegu, co tylko dodawało mu uroku.
Dziewczyna przyglądała się temu z rozdziawioną buzią. Wierciła się na swoim miejscu, próbując ogarnąć wzrokiem nowe otoczenie. Scopius i Astoria bezkarnie śmiali się, obserwując jej wygibasy, a na ustach Dracona także pojawił się delikatny uśmieszek.
Przeżyła chwilowy szok, gdy ojciec – czy tylko dla niej to wciąż dziwnie brzmiało? – zamiast zahamować przed żelazną bramą, przyspieszył i wyglądało na to, że zamierza ją zniszczyć. Miała już zacząć wrzeszczeć – czuła, że na twarz wypływa jej grymas strachu – gdy bez problemu przejechali przez przeszkodę, by z głośnym piskiem zahamować przed domem – a może raczej dworem? Rezydencją?
– O Merlinie! – szepnęła, łapiąc się za serce i posyłając rozbawionemu Draconowi ostre spojrzenie. – Mogłeś mnie uprzedzić!
– Ale wtedy nie byłoby to takie zabawne – powiedział, chichocząc pod nosem i wysiadając z samochodu.
Nora pokręciła tylko głową. Nie rozumiała tego człowieka. Wydawało jej się, że miał poważny problem ze swoją zmienną osobowością. Pospiesznie wygramoliła się z samochodu, gdyż cała trójka już na nią czekała. Razem udali się w kierunku frontowych drzwi.
Eleonora Zabini czuła się bardzo nie na miejscu w swoich wyświechtanych trampkach, piszczących na wypolerowanej posadce, w której bez problemu mogła ujrzeć swoje odbicie. Zaczęła żałować, że nie zdecydowała się ubrać jednej ze swoich nielicznych, czarodziejskich szat. Widać było wielką różnicę między jej ubiorem a ubiorem reszty Malfoyów. Nieprzyjemne spojrzenia dostojnych czarodziei, spoglądających na nią z ciągnących się przez całą długość holu obrazów, tylko przypominały, że tutaj nie pasuje.
Zanim rozpoczęli oprowadzenie, podbiegł do nich mały skrzat domowy. Jego widok nie zdziwił jej – wiedziała, że czystokrwiści czarodzieje dalej korzystają z ich usług – ale ten stworek nieznaczenie różnił się od tych, które na co dzień spotykała w zamkowej kuchni. Po pierwsze nie był aż tak brzydki, po drugie zdecydowanie mniejszy, a po trzecie ubrany w schludny, świąteczny, czerwono-zielony garniturek. Z uśmiechem na twarzy zbliżył się, wziął ich płaszcze i machnięciem ręki przeniósł je w tylko sobie znane miejsce.
– Państwo Malfoyowie! Wróciliście! – Zatrzymał się przed Astorią i skłonił nisko. – I panicz Scorpius! Miło panicza znowu zobaczyć! – Uśmiech, jaki posłał jej bratu, zdecydowanie wskazywał, że był on ulubieńcem skrzata.
– Cześć, Krupniczku! – Scorp pomachał mu ręką, odwzajemniając uśmiech.
– A to musi być panienka Eleonora! Przygotowałem już dla panienki pokój! Mogę panienkę zaprowadzić i…
Astoria uklękła przed Krupniczkiem, zniżając się do jego wzrostu – coś, do czego nie każdy czarodziej by się zmusił – i powiedziała:
– Na razie zabierzemy ją, by obejrzała rezydencję. Mógłbyś przynieść kufy z samochodu? Bardzo bym cię o to prosiła. I gdybyś mógł powiadomić Rukolę, że może już przygotowywać kolację, byłabym ci także bardzo wdzięczna. – Astoria długo nie musiała czekać na reakcję skrzata. Malec pokiwał gorliwie głową i zniknął. Kobieta podniosła się z posadzki, otrzepując skraj swojej szaty.
– Właśnie sobie przypomniałem, dlaczego moi rodzice tak bardzo cię nienawidzą – powiedział pod nosem Draco, podając żonie dłoń i czule się doń uśmiechając.
Scorpius prysnął szybko, mówiąc, że chce się rozpakować i coś sprawdzić. Nora po prostu czuła, iż chciał dać jej szansę na spędzenie trochę czasu sam na sam z nowymi rodzicami. Nie wiedziała, czy się gniewać, że ją zostawiał, czy być za to wdzięczna.
Zaczęli od salonu.
Dziewczyna posiadała pewne obawy, co do tego pomieszczenia – słyszała o kilku niemiłych wydarzeniach, jakie miały tam miejsce za czasów Voldemorta – ale zupełnie niesłusznie.
Pokój był bardzo przestronny i urządzony w jasnych barwach. Bił od niego spokój i coś, czego dziewczyna nie sądziła, że odnajdzie w tym domu. Rodzinna atmosfera. W kominku tańczył wesoło ogień, rzucając cienie na znajdujące się w pobliżu kanapy i fotele, wypełniając salon tak bardzo upragnionym ciepłem. Całą jedną ścianę zajmowały okna, ukazujące zaśnieżony ogród. Na niewielkim stoliku leżała odwrócona grzbietem do góry książka – szczegół, na którym dziewczyna najbardziej się skupiła; nie wiedząc czemu, lżej jej się na sercu zrobiło, gdy spostrzegła, że ten pokój nie jest jakimś muzeum i od razu zrozumiała, że będzie się mogła w nim dobrze poczuć.
– I… jak ci się podoba? – Astoria posłała córce nerwowe spojrzenie, splatając przed sobą palce. Drobna sylwetka kobiety delikatnie drżała, gdy zaczęła chodzić po pokoju. – Po ślubie z Draconem wprowadziłam bardzo dużo zmian. Nie mogłam znieść mrocznej atmosfery, która tutaj panowała. Gdybyś zobaczyła wtedy swoich dziadków! Myślałam, że mi oczy wydrapią! Jeżeli coś ci się nie podoba, to mów. Możemy zawsze coś zmienić! Chociaż największe zmiany wprowadzimy w twoim pokoju, byś czuła się tutaj jak we własnym domu. Bo to jest twój dom! I…
Nora wykorzystała fakt, że Astoria przerwała, by wziąć głęboki oddech – dziewczyna właśnie się przekonała, po kim odziedziczyła swój zwyczaj ględzenia, gdy jest zdenerwowana – i powiedziała:
– Bardzo mi się podoba. Niczego bym nie zmieniła. – Posłała rodzicom promienny uśmiech, dmuchnięciem odgarniając z twarzy kosmyk blond włosów, który wyślizgnął się z jej warkocza.
Pozostałe pomieszczenia prezentowały się odrobinę mniej przytulne, ale wciąż bardzo piękne. Nora z wielką ciekawością słuchała opowieści Dracona o ich przodkach i z każdą minutą coraz bardziej się odprężała. Widać było, że Astorii naprawdę zależało, by dobrze się u nich czuła, a jej mąż dosyć niezdarnie starał się ją lepiej poznać.
Musieli przerwać zwiedzanie w połowie, by udać się na kolację. Zjedli posiłek w przestronnej jadalni, którą jako jedyną urządzono w bardziej surowym stylu. Scorpius jej później wyjaśnił, że to dlatego, iż Narcyza i Lucjusz często wpadali do nich na posiłki i po prostu lepiej było ich nie drażnić przesadną swobodnością. Nora zakodowała sobie w pamięci, by przy pierwszym spotkaniu z dziadkami być bardzo ostrożną, by im się nie narazić.
Po kolacji Scorpius i Draco – którzy pogodzili się po sprzeczce w samochodzie – udali się na męską partyjkę szachów w salonie. A Astoria zabrała ją w pewne miejsce…
– Wiem, że musi ci być ciężko. – Kobieta ujęła dłoń córki i delikatnie ścisnęła, prowadząc ją wzdłuż ścian korytarza. – Tylko sobie mogę wyobrażać, jak wielka jest to dla ciebie zmiana. Słyszałam od Scorpius, że lubisz muzykę. – Zatrzymały się przed białymi drzwiami. Położyła dłoń na gładkiej powierzchni. – I nic dziwnego. Blaise zawsze był bardzo utalentowanym muzykiem. Tak się zresztą zaczęła nasza przyjaźń. Spotkaliśmy się przypadkowo na zajęciach muzycznych dla zawansowanych i odnaleźliśmy wspólny język. Później on mnie zapoznał z Draconem, a ja go z Melody… – Astoria zamilkła, kręcąc smutno głową i zmieniła temat. – Mam nadzieję, że pokochasz to pomieszczenie tak bardzo, jak ja i Scorpius je kochamy – powiedziała i pchnęła drzwi opuszkami palców. Stanęła z boku, puszczając ją przodem.
Była się konfrontacji z Eleną.
Tak, Roxanne Weasley była przerażona perspektywą rozmowy z Rumunką. Dlaczego? Nie chciała stracić jej przyjaźni. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak cenne stało się dla niej towarzystwo dziewczyny. Po tym, jak opuściła ją Sam, Elena była dla niej prawdziwym skarbem.
Szła z Julsem za rękę, czując się jednocześnie jak najszczęśliwsza kobieta na świecie i najgorsza przyjaciółka. Miała ochotę śmiać się i chwalić każdemu – tak, ten przystojniak obok jest moim chłopakiem! – ale nie wiedziała, jak Elena na to zareaguje.
– Co jest? – spytał Flamel, gdy milczała dłużej niż zazwyczaj; a do milczących osób przecież się nie zaliczała.
– Nic, nic – odpowiedziała cicho, bawiąc się jego palcami, gdy stanęli pod ich domkiem.
– Rox – mruknął niebezpiecznie chłopak. Roxie miała ochotę zakląć nosem. Jules znał ją na tyle dobrze, by rozpoznać, kiedy kłamała. – Albo powiesz, albo…
– Albo, co? – warknęła, posyłając mu groźne spojrzenie. Ale po chwili się zreflektowała. Przecież Jules nie był jej wrogiem. Mogła mu zaufać. – Martwię się o Elenę. Myślisz, że bardzo się wściekła? – Opatuliła się mocniej kurtką, przygryzając wewnętrzną stronę policzka i wzdrygając się, gdy poczuła na języku metaliczny smak krwi.
– Znając ją? W ogóle nie będzie na ciebie zła. Może tylko na mnie. – Uśmiechnął się gorzko pod nosem. – Ale nie martw się tym teraz. Wchodzimy? – Wskazał głową na drzwi, przestępując z nogi na nogę. – Zaraz mi uszy odmarzną.
Kiwnęła głową i mocniej ścisnęła go za rękę.
Bardzo zaskoczył ją widok wylegujących się, rozmawiających i pijących gorącą czekoladę przyjaciół. Nawet nie raczyli się podnieść, gdy wkroczyli do domku.
– I co, Annie? Ile lat dali ci w Azkabanie? – Cristian był pierwszym, który ich zauważył.
– A chcesz się przekonać, za co tam wyląduję? Wydaje mi się, że twoje ząbki są za równe… – Chciała brzmieć groźnie, ale nie mogła powstrzymać uśmiechu, który podstępnie wkradł się na jej usta. Cieszyła się, widząc ich wszystkich razem. I właśnie dlatego nie chciała opuszczać tego miejsca.
W końcu wstali, by mocno ją uściskać, wysłuchując relacji z całego dnia.
– Dobrze, że cię nie odesłali. – Tobey uśmiechnął się do niej delikatnie, poprawiając swoje rude, pomazane farbami loki. – Straszne nudy by bez ciebie były.
– Czy ja wiem? W końcu byłby spokój – mruknął Cristian i od razu niemo krzyknął z oburzenia, gdy palnęła go dłonią w głowę.
– To był piękny cios, Weasley. Zyskałaś mój szacunek. Bobby wymiękł. – André Torres, ten ponury Brazylijczyk, zasalutował, uśmiechając się półgębkiem. – Ja bym na twoim miejscu jej nie drażnił, Cioran. Wydaje mi się, że Wojowniczka udowodniła dzisiaj, że nie można z nią zadzierać.
Gdy chłopcy zaczęli się ze sobą sprzeczać i do dyskusji dołączył także Jules, Isabelle, która była wyjątkowo milcząca, podeszła do niej i szepnęła do ucha:
– Czeka na ciebie na górze. – Roxie nie potrafiła niczego wyczytać z jej twarzy, ale nie miała wątpliwości, kogo spotka, gdy uda się do swojego pokoju. Ale nie mogła tego odkładać.
Szepnęła przyjaciołom, że zaraz wraca i skierowała swe kroki na piętro. Stanęła przed drzwiami i wzięła głęboki oddech.
– Nie wygłupiaj się, Roxie. Dasz radę – mruknęła i otworzyła drzwi.
Elena wyglądała strasznie. Ciemne włosy wyślizgnęły się z warkocza, odstając z prawej strony głowy, wyglądając jak miniaturowe gniazdko dla feniksa. Tusz spływał smugami pod powiekami, a nos straszył swoją czerwonością. Siedziała z podkulonymi nogami na łożu, płacząc delikatnie. Po raz pierwszy nie była ani piękna, ani idealna. Ubrała należącą do Roxie bluzę z Ravenclawu i przykryła się w połowie wełnianym kocykiem od babci Molly.
Uniosła głowę, gdy usłyszała, że Roxanne weszła do pokoju i zrobiła coś, czego dziewczyna się nie spodziewała. Wyciągnęła do niej ręce, w geście wyrażającym taką beznadzieję i rozpacz, że Roxie nie mogła na to nie zareagować. Rzuciła się do niej biegiem i mocno ją przytuliła.
Pozwoliła dziewczynie płakać w ciszy, głaszcząc ją po kruczoczarnych włosach. Elena w końcu się uspokoiła, odsunęła od niej i uśmiechnęła nieśmiało.
– Nie tego się spodziewałaś, co? – mruknęła, ocierając oczy i starając się wytrzeć rozmazany tusz.
– Muszę przyznać, że troszkę mnie zaskoczyłaś. – Starając się zignorować niezręczność tej sytuacji, Roxie zmrużyła powieki, przypatrując się jej uważnie. – Myślałam, że będziesz wściekła.
– Wściekła? – spytała z niedowierzaniem, unosząc się na łóżku i poprawiając głosy. Jęknęła, gdy jej palce zaplotły się w feniksie gniazdko. – Za co? Nie mogłabym się przecież na ciebie gniewać.
– Ale powinnaś! – przerwała jej Weasley, podnosząc odrobinę głos i patrząc na nią spod łba. – Gdyby nasze role się odwróciły, ja miałabym ochotę poderżnąć ci gardło, a później zrobić sobie z twoich flaków szykowny naszyjnik!
– Dziękuję, że mi to tak pięknie zobrazowałaś – sarknęła Elena, krzywiąc się na twarzy. – Szczerze? Już po tym ognisku spodziewałam się, że prędzej czy później to się wydarzy… – Dziewczyna spuściła głowę i zaczęła zdrapywać różowy lakier z paznokci. – Ale to nic złego. Jest okej. Pasujecie do siebie. Mi nic nie będzie. – Głos jej zadrżał przy ostatnich słowach, ale wzruszyła tylko ramionami.
– Ale… – Roxie zabrakło słów. Kilkukrotnie otwierała usta, nie mogąc znaleźć słów. Co się mówi do przyjaciółki, z którą zerwał chłopak i która wyrażała zgodę na twój związek ze swoim byłym?
– Nie mówię tego tylko dlatego, że jestem miła. Naprawdę tak myślę. Ale to wciąż jest bolesne… Czy możemy po prostu nie rozmawiać o tym więcej? Nadal cenię Julesa jako przyjaciela, ale potrzebuję od niego trochę odpocząć – mówiąc to, wpełzła pod pierzynę i przykryła się nią aż pod samą brodę. Jej oczy spojrzały na nią słodko. – Mogę z tobą spać?
Roxie miała ochotę wyjąć różdżkę i za jej pomocą zrobić coś dziewczynie. Dlaczego Elena Cioran musiała być taka… dobra? Kochana, miła, bezinteresowna? Powinna być wredną suką! Wtedy przynajmniej Weasley wiedziałaby, jak sobie z nią poradzić. A co zrobić w takiej sytuacji?
– Jasne – powiedziała, patrząc na już pogrążoną we śnie przyjaciółkę. Oczywiście, nie potrafiła jej odmówić.
Zrzuciła z siebie ciuchy, zostając tylko w podkoszulku i majtkach, i położyła się obok Rumunki. Nie miała wyrzutów sumienia, że nie wróciła do przyjaciół, którzy zapewne dobrze bawili się piętro niżej. Ten dzień wykończył ją psychicznie. Po kilku sekundach odpłynęła.
Pokój muzyczny.
Czy to niesamowite, że niektórych ludzi stać na to, żeby mieć pokój, w którym znajduje się każdy możliwy instrument świata?
To nie było życie.
To była bajka.
Astoria obserwowała ją z uśmiechem na twarzy, gdy skakała od instrumentu do instrumentu, piszcząc jak mała dziewczynka i zachwycając się wszystkim.
– O mój Merlinie! To jest niesamowite! – Zasiadła przy fortepianie, delikatnie przebiegając palcami po klawiszach. – Tak dawno nie grałam!
– Dlaczego? – Astoria usiadła obok niej; ławka była na tyle szeroka, by pomieścić dwie drobne osoby. – Chyba macie w Hogwarcie fortepian, prawda? I zawsze mogłaś sobie coś wyczarować. Ja tak robiłam.
– Bo… – Nora czuła się odrobinę niezręcznie, gdy przypomniała sobie powód, dla którego przestała grać. Przez trzy sekundy zastanawiała się, czy zdradzić go swojej matce. – …gra za bardzo przypominała mi o Blaise'ie – mruknęła w końcu, ciągnąc za koniec swojego warkocza.
– Rozumiem. – Astoria znów się do niej uśmiechnęła i nie drążyła tematu. – Swojego czasu byłam bardzo dobra. Wręcz określali mnie mianem zjawiskowej. Akademia muzyczna, koncerty, wyjazdy… To było życie! A później wszyłam za mąż – powiedziała to takim tonem, że Nora musiała zachichotać. Mina kobiety była bezcenna. – Teraz przynajmniej mamy zajęcie na najbliższy czas. Muszę przywrócić twoją miłość do muzyki!
Pokój muzyczny, biblioteka, salon i jej własny pokój stały się dziewczyny ulubionymi miejscami w Dworze Malfoyów. Była szczęśliwa. Mogła grać, komponować, czytać książki i spędzać czas z Astorią, Draconem i Scorpiusem. I coraz bardziej jej się to podobało. Uwielbiała męską część swojej rodziny, jednak najlepszy kontakt miała ze swoją matką, która kazała się łagodną, błyskotliwą, miłą i zabawną kobietą. Przyjemnie im się rozmawiało na błahe, ale także i te poważniejsze tematy. Miała w sobie coś takiego, dzięki czemu Nora w jej towarzystwie od razu się odprężała.
Do pokoju Scorpiusa zapukała następnego ranka.
– Nie, Krupniczku! Nie nauczę cię latać na miotle o dziesiątej rano! Teraz ani nigdy! – Dało się słyszeć wrzask Scorpa. Później uchylił drzwi i wystawił przez nie głowę. Nora nie mogła się nie uśmiechnąć, gdy spostrzegła jego potargane włosy i odcisk od poduszki na policzku. – A. To ty, siostrzyczko – powiedział, szczerząc do niej zęby.
– Fajna pidżama. – Nora uśmiechnęła się sarkastycznie, wskazując na jego strój. – Wzory z Insygnii Śmierci? Oryginalnie – mruknęła, rozpoznając charakterystyczny trójkąt z kołem i pionową kreską w środku.
– Fajna… twarz. – Scorpius zmarszczył brwi, nie mogąc znaleźć w niej niczego, z czego mógłby się ponabijać. Dziewczyna prezentowała się bardzo ładnie w błękitnej sukience na długi rękaw, po której padały płatki śniegu; złudzenie, które było o wiele ciekawsze niż zwykłe wzorki. Jasne włosy zaplotła w schludnego koka. – Przyszłaś tylko po to, by podziwiać moją garderobę, czy masz jakiś interes?
– Chciałam tylko, no wiesz, pogadać – powiedziała cicho, wzruszając nieporadnie ramionami i przestępując z nogi na nogę.
– Właź. – Otworzył szerzej drzwi, wpuszczając ją do swego królestwa.
Pokój Scorpiusa bardzo zadziwił Eleonorę. Znaczy, przewidywalny fakt –urządzony w tonie barw Slytherinu. Żadnym szokiem nie były także liczne regały z książkami dotyczącymi zaklęć i rozrzuconymi wszędzie fiszkami. Ale Nora nigdy nie przypuszczała, że Scorpius będzie fanem muzyki! Wszystkie ściany pokrywały plakaty przedstawiające magicznych wykonawców, a w rogu, obok jego lśniącej miotły, stała piękna gitara elektroniczna – napędzana samą magią, jak wyjaśnił jej brat.
Stanęła na środku pokoju, zatapiając białe czółenka w jego włochatym zielonym dywanie i zadzierając głowę, by móc wszystko ogarnąć wzrokiem.
– Łoł – szepnęła zdumiona i drgnęła, gdy usłyszała za plecami śmiech. Odwróciła się do Skorpiusa z pytaniem wymalowanym w spojrzeniu.
– Gdybyś widziała swoją minę! – Chłopakowi udało się wysapać, w przerwie pomiędzy kolejnymi parsknięciami. Odrobinę się uspokoił, ale na jego ustach pozostał głupkowaty uśmiech. – Co cię tak zaskoczyło, co?
Nora otrząsnęła się trochę i postanowiła go zaatakować. Na razie słownie…
– Idioto! Czemu mi nigdy nie powiedziałeś, że jesteś fanem… no! Ich wszystkich! – wykrzyknęła, gestem ręki wskazując na plakaty. – Uwielbiam Gacie Merlina! – rzekła, widząc nazwę swojego ulubionego zespołu. – Ostatni Pocałunek Dementora, Furiaci z Doliny Godryka... to wszystko moje klimaty! Czemu nic nie mówiłeś?
Uśmiech mu trochę zmarkotniał. Oparł się o kolumnę łóżka, odgarniając z czoła blond grzywkę.
– Em… Bo to takie moje tajemne hobby… – powiedział w końcu speszony. Nora miała ochotę znów na niego nawrzeszczeć, ale pozwoliła mu dokończyć. – Nie przystoi arystokracie zajmować się takimi bezproduktywnymi zajęciami…
– Arystokracie nie przystoi też spotykać się z czarownicą półkrwi, przyjaźnić się z Potterem i ubierać się w takie dziecinne pidżamy – parsknęła, posyłając mu pocieszający uśmiech. W jej szarych oczach lśniły iskierki rozbawienia. – Wydaje mi się, że czasy się zmieniają. I dzieci Malfoyów mogą być fanami ostrej, magicznej muzyki. Zresztą, twoja mama wydaje się być bardzo tolerancyjną osobą. Przywitałaby Rose z otwartymi ramionami w swojej rodzinie – skończyła z pewnością w głosie.
– Nasza mama – poprawił ją automatycznie Scorpius i zmarszczył brwi. – Może masz rację. Astoria, i ogólnie cała jej rodzina, po wojnie zmieniła swój cały światopogląd, stając się bardziej tolerancyjnymi. Ale z ojcem i jego rodzicami – wzdrygnął się na tę myśl – nie będzie już tak pięknie.
Zamyśliła się, opierając się bokiem o drugą kolumnę łóżka i przytrzymując jego spojrzenie. Czasami miała wielkie trudności ze zrozumieniem wielu mechanizmów, jakie panowały w tym środowisku. Na pierwszy rzut oka wszystko wydawało się idealne, bez żadnych problemów, szczęśliwe… Ale im dalej się zajrzało, im głębiej się w to weszło, od razu widać było wielkie różnice, jakie panowały między tą częścią magicznego świata. Czy Nora pasowała do tego bajkowego obrazu?
– Czemu Narcyza i Lucjusz są tacy… – Oparła czoło o chłodne drewno, szukając odpowiedniego słowa.
– …staroświeccy? – podpowiedział Scorpius, który zdążył zmienić swoje położenie. Gestem ręki zaprosił, by usiadła obok niego na łóżku.
– Użyłabym ostrzejszych słów, ale niech ci będzie. – Uśmiechnęła się łobuzersko i pstryknęła go w ramie, siadając przy jego boku.
– To kwestia wychowania, tradycji. Tak myślę. – Scorpius nieświadomie zaczął wystukiwać rytm na kolanie. Nora zmarszczyła brwi, patrząc na jego palce, jak na jakiegoś wkurzającego insekta. – Ja miałem to szczęście, że Astoria i Draco postanowili mnie wychować na dobrego człowieka i nie mieszać w głowie tymi głupotami dotyczącymi ideologii czystości krwi. Ale starsze pokolenia tego nie rozumieją. Nie myśl sobie, że to źli ludzie! – powiedział pospiesznie, myśląc, że grymas irytacji na jej twarzy jest spowodowany jego słowami, a nie nerwowymi ruchami. – Po prostu wiele przeszli i musieli szukać innych metod na przeżycie.
– Scorp, albo się ogarniesz, albo odrobię ci te palce. I nic mnie nie obchodzi, że mogę wylądować za to w Azkabanie – mruknęła niebezpiecznym głosem, żałując, że nie może używać czarów poza zamkiem. Tak bardzo tęskniła za możliwością ranienia innych ludzi za pomocą machnięcia ręką i krótkiego słowa… Ech…
– Co? – Chłopak trochę nieprzytomnie spojrzał na palce, które tańczyły salsę na jego udzie. – Nie podejrzewałbym cię o takie mordercze skłonności. Myślałem, że takie rzeczy pozostawiasz Potterom do załatwienia – powiedział, przybierając na ustach bezczelny uśmieszek. Ale jego palce zatrzymały się. Nora westchnęła z ulgi. Była tak bardzo zestresowanym czarodziejem…
– Al i James wkraczają tylko w ostateczności. Na twoim miejscu bardziej bym się martwiła, co mogłaby zrobić Lily! Ta dziewczyna ma z nich największe jaja. – Zachichotała pod nosem, gdy przed oczami stanął jej obraz rudowłosej dziewczynki, tańczącej zwycięski taniec nad ciałem Scorpiusa. Nie wiadomo dlaczego w tej wizji, Lily miała na sobie strój Indianina i wymachiwała jajami smoków… Hm… Z psychiką Nory było coś zdecydowanie nie tak.
– A ja na twoim miejscu tak bardzo bym się nie chichrał. – Scorpius posłał siostrze skonsternowane spojrzenie. – Na balu nie będzie ci już tak do śmiechu.
Nora momentalnie spoważniała.
– Balu? Jakim balu?
– Corocznym Bożonarodzeniowym Balu Malfoyów, na którym pojawią się najdostojniejsi i najbardziej czysto-krwiści czarodzieje świata. Będzie niezła zabawa! – powiedział uroczystym głosem. Wyraz twarzy Scorpa powiedział jej, że o zabawie nie będzie mowy…
– Musicie jechać? – Roxie patrzyła, jak przyjaciele ładują torby do powozu. Miała nadzieję, że w jej wzroku nie widać smutku, który pożerał ją od środka. Zły smutek! Nie traw mnie! – myślała, chcąc poprawić sobie humor. Nie działało.
Stali przed bramą rezerwatu, wśród tłumów wyjeżdżających i żegnających się uczniów. Wyglądało na to, że Roxanne będzie jedyną uczennica, która spędzi święta w szkole. Genialnie.
Jej przyjaciele – i chłopak sztuk jeden! – musieli ją opuścić. Na nic się zdały błagania, prośby, groźby kastracją i oskalpowaniem… Uparci jak hipogryfy! Ciekawe, kto ich tego nauczył, co? Towarzystwo Roxie miało na nich zgubny wpływ… A kiedyś byli takimi miłymi i pomocnymi dzieciakami…
– Gdybyś była grzeczną dziewczynką, mogłabyś jechać z nami. – Cristian uśmiechnął się do niej współczująco, choć Roxie wydawało się, że chłopakowi naprawdę nie jest przykro. Rozbawione oczy go zdradzały. – Nie martw się. Przywieziemy ci trochę słodyczy, jeśli tym razem będziesz się dobrze zachowywała.
Jules podszedł do niej i przygarnął ją do swojej piersi. Roxie – nie zważając na spojrzenia, jakie rzuciła jej reszta – wtuliła się mocno w chłopaka.
– I ty też przeciwko mnie? – mruknęła, odsuwając się od niego i posyłając mu bardzo rozpieszczone i naburmuszone spojrzenie.
– Zobaczymy się za dwa tygodnie. Szybko zleci. Będę do ciebie pisał. – Jules uciszył protesty dziewczyny bardzo szybkim i czułym pocałunkiem. Puścił ją, uśmiechając się łobuzersko i wsiadł do powozu.
– Kretyn – powiedziała wściekle, gdy zdała sobie sprawę, że po raz pierwszy wyglądała przy przyjaciołach tak bezbronnie. Do czego ją ten koleś doprowadza?
– Ha! Zwycięstwo! – szepnął przyjaciółce do ucha Cristian, przytulając ją mocno. Lubili się przekomarzać, ale chłopak był dla niej prawdziwym wsparciem. – Wiedziałem, że te twoje popękane usta to od całowania na mrozie… – Tylko się zaśmiał, kiedy dała mu sójkę w bok.
Pożegnała się jeszcze z Tobey'em, Torresem, Isabellą i Hisoto Otsu – milczącym Japończykiem, który też miał to szczęście, że mógł wyjechać. Brakowało tylko jednej osoby.
Elena znikła bardzo szybko rano, budząc ją tylko, by mocno ją uściskać i obiecać, że na pewno do niej napisze. Roxie nadal czuła wielkie wyrzuty sumienia, ale kamień spadł jej z serca, gdy dziewczyna jej nie odrzuciła. Była zupełnym przeciwieństwem Sam.
Machała, stojąc samotnie na dziedzińcu, gdy ich powóz wzniósł się w powietrze. To będą bardzo samotne i smutne święta…
Rose po raz kolejny przejrzała się w lustrze, poprawiając włosy – które zaplotła w koronę na czubku głowy – i przygładzając czarną koronkową sukienkę, którą założyła na ten wieczór. Wyglądała całkiem nieźle – skromnie mówiąc. Ale to nie miało dla niej znaczenia. Przecież i tak nie będzie mogła się pokazać chłopakowi, którego kochała…
Westchnęła przygnębiona, wsuwając stopy w wygodne balerinki.
– No proszę, proszę. – Spostrzegła swojego ojca w lustrze, który oparł się o framugę drzwi i przyglądał się córce z podziwem w oczach. – Czy to moja mała dziewczynka? Raczej jakaś piękna dama. Na ulicy bym cię nie rozpoznał!
– Tato – mruknęła, rumieniąc się delikatnie i posyłając Ronowi promienny uśmiech.
– Nie tatuj mi tutaj, kochanie. Pięknie wyglądasz – szepnął, podchodząc i mocno ją przytulając. – Twoje kuzynki padną z wrażenia. – Wyszczerzył się, śmiejąc się głośno, gdy jego córka zrobiła się jeszcze mocniej czerwona na twarzy.
– Ty też prezentujesz się nie najgorzej. – Zmierzyła go uważnym spojrzeniem, poprawiając ojcu krawat. Była już tak wysoka, że sięgała mu do połowy głowy. – Mama padnie, jak cię zobaczy. – Po minie Rona, który nigdy nie należał do ludzi dobrych w ukrywaniu swoich emocji, zorientowała się, że coś jest nie tak. – Bo cię zobaczy, prawda? Przyjdzie na wigilię do dziadków?
Skrzywił się na twarzy. Rose odsunęła się od niego gwałtownie, czując, jak łzy napływają jej do oczu. Tylko siłą woli powstrzymała płacz.
– Rosie… Wiesz, że mama chciałaby tutaj być. Ale… ma rację, nie chcąc zostawiać Hugona samego w ten wieczór. – Dziewczyna nie potrafiła się wściekać, gdy widziała, że ojcu jest tak samo przykro z tego powodu.
– No dobrze – mruknęła.
– Dzielna dziewczynka. – Ron cmoknął ją w czoło i podał płacz. – Idziemy?
Rose po raz ostatni przejrzała się w lustrze, postanawiając, że przygnębienie nie wpłynie na przebieg tego wieczoru. Uśmiechnęła się promiennie – i trochę sztucznie, ale się starała – do ojca i powiedziała:
– Jasne!
Ubrali się i ramię w ramię, teleportowali do Nory na kolację.
O mój Merlinie… O mój Merlinie… O mój Merlinie…
Scorpius nie kłamał. Tradycją było, że ród Malfoyów organizował Bal Bożonarodzeniowy. Tylko dlaczego nikt jej nie uprzedził?! Nora miała wrażenie, że umrze ze zdenerwowania…
Astoria wyjaśniła, jak ma się zachowywać.
– Nie zataimy faktu, że jesteś naszą córką. Wybuchnie wielka afera, ale nie możemy nic na to poradzić. – Astoria uśmiechnęła się gorzko, przy układanie jej włosów; upinała je, wplatając w pasma złoto-czarne gałązki. Nora starała się siedzieć nieruchomo, ale wzrok wciąż wracał do przepięknej sukni, wiszącej na wieszaku i tylko czekającej, by dziewczyna w nią wskoczyła. Była bardzo delikatna. Złoty, haftowany gorset, wiązany z tyłu czarną aksamitną wstążką i spływająca do ziemi, tiulowa, czarna suknia, po której migotały złote refleksy. Efekt zjawiskowy. – Najpierw odbędzie się kolacja, na której zostaniesz uroczyście przedstawiona i niestety będziesz musiała założyć na suknię szatę. – Kobieta zaśmiała się pod nosem na widok jej skwaszonej miny. – Po kolacji przybędzie jeszcze więcej gości i wszyscy udamy się do sali balowej. A jutro, kochanie – Nora poczuła, oplatające ją od tyłu ramiona. Westchnęła, wtulając się w matkę – będziemy mieć już normalne święta. Obiecuję.
– Chyba to jakoś przeżyję – mruknęła, zdając sobie sprawę, że naprawdę nie może się doczekać tych normalniejszych momentów w życiu Malfoyów. Bycie członkiem arystokracji było bardzo męczące.
– To ja cię zostawiam. Sama muszę się wyszykować, ale nie ma wątpliwości, że to ty będziesz najpiękniejszą kobietą na sali. – Astoria pocałowała córkę w policzek i wyszła.
Kolejny gość bardzo ją zaskoczył.
Właśnie zakładała pantofelki – pantofelki! inaczej ich nie dało się nazwać – gdy usłyszała pukanie do drzwi. Krzyknęła proszę! myśląc, że to Scorpius lub Astoria, ale… to nie byli oni.
– Mogę wejść? – Draco wyglądał bardzo nieporadnie, stojąc w drzwiach i patrząc na nią z góry. Nora wyprostowała się, opuszczając skraj sukni i skinęła głową. – Em… Widzę, że już się ubrałaś. To dobrze. I bardzo ładnie wyglądasz! – Mężczyzna plątał się we własnych słowach, wchodząc do pokoju i zamykając drzwi.
– Dziękuję – powiedział i zmarszczyła brwi. Jej ojciec pozostawał jedyną osobą, która nie potrafiła z nią rozmawiać. Ze Scorpiusem, od ich przygody w Zakazanym Lesie, nie miała problemu, a Astoria była niesamowita. Za to Draco… wydawał się przerażony perspektywą spędzenia z nią sam na sam kilku minut. – Coś się stało? – spytała, starając się jakoś mu pomóc.
– Co? Nie, nie. Chciałem tylko, no wiesz, porozmawiać. – Nora uśmiechnęła się promiennie, gdy zdała sobie sprawę, że Draco użył tych samych słów, co ona, gdy chciała wejść do pokoju Scorpiusa. Mężczyzna wydawał się także tak samo zakłopotany.
– Dobrze. – Dziewczyna spojrzała na niego wyczekująco. Przecież nie będzie mu tego ułatwiać! Niech się facet trochę postara. Położyła ręce na biodrach, zadzierając głowę do góry, by móc mu spojrzeć w oczy i starając się nie śmiać, powiedziała: – Słucham. Co masz mi do powiedzenia?
Draco musiał poznać, że się z niego zgrywała.
– Śmiejesz się ze mnie. – Było to bardziej zdumione stwierdzenie niż pytanie. Mężczyzna zmarszczył brwi skonsternowany. – Nie jestem za dobry w rozmawianiu…
Nora nie mogła się powstrzymać. Wybuchła serdecznym śmiechem i posłała mu uśmiech.
– Kiedyś też nie byłam. Jakoś sobie poradzimy. – Przysiadła na stołku od toaletki i skinęła na niego głową. – Może zacznij od tego, dlaczego tutaj przyszedłeś.
– Chciałem tylko powiedzieć, że naprawdę się cieszę, iż udało nam się ciebie odnaleźć i podziękować, że zechciałaś spędzić z nami święta. To naprawdę wiele dla nas znaczy. – Draco podrapał się po tyle głowy, wyraźnie zakłopotany, jakby to oświadczenie wiele go kosztowało.
– Ja też się cieszę – mogła tylko szepnąć, podchodząc do niego i mocno go przytulając. Mężczyzna najpierw znieruchomiał, ale później schylił się i przygarnął ją do siebie. Nora, po raz pierwszy od dłuższego czasu, czuła, że ma dom.
Kolacja była koszmarem.
Po tym, jak Draco wyjaśnił kim była, wszystkie oczy skierowały się na jej osobę. Każde spojrzenie wyrażało coś innego: szok, przerażenie, konsternację, nawet obrzydzenie. Najbardziej zdumieni i wściekli byli jej dziadkowie. Lucjusz Malfoy przez zęby wycedził, że cieszy się, iż może ją poznać, a Narcyza kiwnęła sztywno głową.
Dziewczyna straciła apetyt. Siedziała obok Scorpiusa, który próbował podnieść siostrę jakoś na duchu i dziewczyny, która chodziła z nimi do Hogwartu. Siedemnastoletnia Amanda Bulstrode, dumna Ślizgonka potrafiła rozmawiać tylko o swojej nienawiści do mugoli, mugolaków, zdrajców krwi… Nora mocno musiała się powstrzymywać przed rzuceniem na nią jakiegoś paskudnego zaklęcia.
Po kolacji przeszli do Sali balowej, gdzie lepiej się bawiła.
Nigdy nie przypuszczała, że będzie na balu. Takim prawdziwym balu, wypełnionym muzyką, tańcami, rozmowami, pięknymi sukniami… Było naprawdę niesamowicie.
Okazało się, że wiele osób chce z nią porozmawiać. Na początku Astoria i Draco nie odstępowali dziewczyny ani na krok, ale udało jej się ich przekonać, że da sobie sama radę.
Wielokrotnie musiała wyjaśniać, że woli, jak mówi się do niej Eleonora lub Nora, a nie Kasjopeja. Milczała w kwestii swojego wcześniejszego życia. Opowiadała o Hogwarcie i udawała, że nie widzi pogardliwych spojrzeń, gdy wspominała, że jest Gryfonką. Przetańczyła kilka utworów. Niektóre tańce były przyjemniejsze – okazało się, że na balu przebywało kilku przystojnych młodzieńców – ale niektóre… mniej przyjemne – myślała, że umrze, jeżeli jeszcze jeden gruby wuj lub kuzyn poprosi ją do tańca i będzie udowadniać, że prawo niedeptania nóg go nie dotyczy.
Wykończona, skierowała się w stronę stołów, by nalać sobie odrobinę pączu. Stanęła pod ścianą ze szklaneczką w ręku, obserwując całą salę.
Malfoyowie naprawdę się postarali, sprawiając, że sala balowa prezentowała się magicznie. Wzdłuż ścian, z odstępami, stały wysokie choinki ozdobione niebieskobiałymi bombkami i łańcuchami. W powietrzu, nad tańczącymi parami, unosiły się szklane kule, oświetlające salę ogniem w barwie morza. Stół zastawiono białymi naczyniami; wypełniał całą szerokość pod ścianą. Bardzo jej się też podobały błękitne i białe ozdoby, porozstawiane w niby przypadkowych miejscach. Wszystko prezentowało się w iście świątecznym klimacie.
Tak mocno pogrążyła się w myślach, że nie spostrzegła, iż ktoś się do niej zbliżył, póki nie było za późno.
Siwowłosy Lucjusz Malfoy, mimo swojego podeszłego wieku, prezentował się w majestatyczny sposób. Jego ruchy nie straciły nic z typowej gracji, a jasne oczy zerkały na nią z wyjątkową uwagą i skupieniem.
– Kasjopejo! – wykrzyknął, stając obok niej i posyłając wnuczce zimny uśmiech. Nora poczuła, jak jaszczurki strachu przebiegają jej po plecach. – Jak miło, że zaszczyciłaś nas swoją obecnością!
Dziewczyna nie wiedziała, co odpowiedzieć. Instynkt drżał i wrzeszczał do ucha: Uciekaj do tego wariata! Uciekaj na Wyspy Wielkanocne albo i nawet dalej!
Wzięła głęboki oddech. Postanowiła być uprzejma.
– Ja też się cieszę, że mogę tutaj być. Sceneria jest naprawdę niesamowita! – Posła mu delikatny uśmiech, choć ciało naprawdę mocno protestowało wobec takiej postawy.
– Zapewne, moja droga. – Lucjusz wbił w nią spojrzenie i nachylił się, łapiąc ją za nadgarstek. Szklanka z pączem rozbiła się o ziemię. Dźwięk tłuczonego szkła utonął w gwarze rozmów i muzyki. Nora poczuła, jak jego palce mocno wbijają się w jej skórę. – A teraz mnie posłuchasz uważnie. Nie wiem, co knujesz ani kim jesteś, ale nie pozwolę wpadać ci do mojej rodziny i uważać, że masz jakiekolwiek prawo nazywać się Malfoyem. Bo nie masz. Nie jesteś moją wnuczką. Nigdy nie przyznam się do pomiotu wychowanego przez tego zdrajcę krwi Blaise'a Zabiniego. Możesz się uśmiechać i dalej udawać, że nie masz żadnego interesu. Ale prędzej czy później cię zniszczę – ostatnie słowa wyszeptał jej do ucha. Później puścił oszołomioną dziewczynę i uśmiechnął się. – Miłej zabawy życzę.
Nic nie widziała, biegnąc przed siebie i walcząc z napływającymi do oczu łzami. Nie chciała myśleć. Nie chciała czuć. Chciała się tylko wyrwać z sali. Tłumy, którymi przed chwilą się zachwycała, stały się teraz dla niej największą przeszkodą. Ale w końcu udało jej się stamtąd wydostać. Nie mogła już powstrzymać łez. Wpadła do pierwszego lepszego pomieszczenia i osunęła się po drzwiach, wybuchając płaczem.
Jak mogła myśleć, że zaczyna przynależeć do tego świata? Jak mogła być taka naiwna? Przecież od początku wiedziała, że do nich nie pasuje! Wmawiała sobie tylko, że wszystko się jakoś ułoży… ale przecież ludzie nie zaakceptują faktu, że jest Eleonorą Zabini i Kasjopeją Malfoy równocześnie. Była uwięziona pomiędzy dwoma światami.
Nie wiedziała, ile czasu minęło, ale nagle usłyszała nad sobą chrząknięcie. Uniosła głowę i spostrzegła białą, lnianą chusteczkę do nosa. Oszołomiona chwyciła materiał i spojrzała na osobę, która ją trzymała.
W przytłumionym świetle ujrzała chłopaka, który wydawał się być w jej wieku. Przystojny – choć nie zrobiło to dla niej zbytniego wrażenia; przecież miała Jamesa – posiadał piękne rysy twarzy, wesołe błękitne oczy, ciemne włosy, na których lśnił samotnie biały kosmyk i uśmiechnięte kształtne usta.
Nora pociągnęła nosem, zdając sobie sprawę, że musi wyglądać jak obraz nędzy i rozpaczy.
– Dzięki – mruknęła, wysmarkując nos.
Chłopak pomógł jej się podnieść i powiedział:
– Nie ma sprawy. Tobie bardziej się przydała. – Miał cichy, przyjemny głos.
Rozejrzała się po pomieszczeniu i zdumiała się, zdając sobie sprawę, że wylądowała w bibliotece. Jeszcze raz zmierzyła spojrzeniem swojego towarzysza, rejestrując, że miał on na sobie elegancki garnitur, a pod ramieniem trzyma dwa opasłe tomy.
– Co tutaj robisz? – spytała, odsuwając się od niego nieznacznie. – Nie powinieneś być z resztą w sali balowej?
– Nie moje klimaty. – Chłopak skrzywił się na twarzy i wskazał na niesamowity zbiór książek, otaczający ich z każdej strony. – Przyszedłem tutaj tylko dla książek.
Wydało jej się to dosyć dziwnym stwierdzenie. Zmrużyła oczy, przyglądając mu się uważnie.
– Nie było cię na kolacji – stwierdziła. Nie mogła jakoś go sobie przypomnieć.
– Nie. Udało mi się przekonać rodziców, żebym mógł z nimi iść na bal, ale nie miałem ochoty siedzieć z tą bandą… – Chłopak odchrząknął, zdając sobie sprawę, że nie powinien przeklinać w towarzystwie damy. – W tak zacnym gronie niesamowitych czarodziei. Jak już mówiłem, tylko książki mnie interesują. – Wzruszył ramionami, odwrócił się na pięcie i skierował w głąb biblioteki.
Eleonora zerknęła w kierunku drzwi, a później za chłopakiem. Stwierdziła, że ma już dosyć balu jak na jeden wieczór i podążyła za tym dziwnym molem książkowym.
Znalazła go, siedzącego przy jednym z licznych stolików. Leżało przed rozłożone z pięć książek i dziewczyna odniosła wrażenie, że czyta je wszystkie równocześnie. Uniósł głowę, gdy usłyszał jej kroki. Okulary, których przed chwilą nie miał na sobie, niebezpiecznie zjechały mu na czubek nosa.
– Nie będą na ciebie czekali? – spytał, przewracając kartki w dwóch książkach na raz.
– Chyba nie – mruknęła, siadając naprzeciwko niego w wygodnym fotelu. – Ten wieczór dał mi nieźle w kość. Mogę z tobą posiedzieć? – spytała cicho, decydując, że jeszcze nie jest gotowa, by zostać sama.
– Jasne. – Wzruszył ramionami, posyłając Zabini przyjazny uśmiech. – To nie moja bibliotek. Ja się tutaj tylko włamałem.
– Może powinnam powiadomić Malfo'ów o twoim najściu, co? – Czuła coraz większą sympatię do tego dziwnego, przypadkowego chłopaka.
– Co roku od – zamyślił się przez chwilę – ośmiu lat przychodzę na ten bal i zaszywam się w bibliotece. Astoria mnie kiedyś przyłapała i obiecała, że nikomu nie zdradzi mojej tajemnicy, dając mi tym pozwolenie na przesiadywanie tutaj. Jak widzisz, jestem bezpieczny. Ale nie wiem, jak będzie z tobą… – Udał, że musi się namyślić. – Mógłbym im wspomnieć, że mają nieproszonego gościa…
– Nie fatyguj się. Ja tu mieszkam. – Wybuchła śmiechem na widok jego zdumionej miny i nachyliła się przez długość stolika, by podać mu rękę. – Eleonora Zabini, ale ostatnio odkryłam, że jestem także Kasjopeją Malfoy. Dla przyjaciół Nora.
– Kastiel Rosier. Miło mi. – Uścisnął wyciągniętą dłoń i po raz kolejny się uśmiechnął. – Wypadałoby cię teraz przeprosić…
– Nie trzeba. Masz u mnie plusa za tę chusteczkę. – Miał także u niej punkty za nie zadawanie pytań; dziewczyna na jego miejscu próbowałaby go przycisnąć, by zdradził jej swoje tajemnice. Usadowiła się wygodniej na fotelu, ściągając buty i podkulając nogi. – Ile masz lat?
– Szesnaście – mruknął, zapisując coś w swoich notatkach. Dziewczynie przemknęło przez myśl, że może go nudzi, ale Kastiel wydawał się w równym stopniu zainteresowany rozmową z nią, jak i książkami, które miał przed sobą. – A ty?
– Także. Ale nie widziałam cię w Hogwarcie…
– Uczę się w domu – powiedział bardzo szybko i nieznacznie zaczerwienił się na twarzy.
– Hej! To nic złego. Też uczyłam się w domu. Dopiero od tego roku poszłam do Hogwartu. – Czuła, że chłopak nie ma ochoty o tym rozmawiać, więc zmieniła temat, ziewając szeroko. – Jesteś jedynym chłopakiem w moim wieku, który woli książki od jakiejś imprezy i który nosi ze sobą staroświecką chusteczkę – mruknęła, patrząc na niego spod przymrużonych powiek i opierając głowę na oparciu fotela. – To trochę dziwne…
– A co? Twój chłopak tak nie robi? – Nora zastanawiała się, jak ma rozumieć jego wypowiedź. Normalnie, gdyby usłyszała taki tekst od jakiegoś kolesia, myślałaby, że próbuje ją poderwać, wypytując, czy jest zajęta, ale jakoś Kastiel nie pasował do tego obrazu. Wydawał się szczerze zainteresowany odpowiedzią.
– On… nie do końca jest moim chłopakiem. W sensie, że prawie nim jest – mruknęła, myśląc o dziwnych relacjach, jakie ją ostatnio łączyły z Jamesem.
– Dlaczego? – Błękitne oczy wlepiły się w nią, obserwując dziewczynę uważnie.
Nora zamrugała powiekami oszołomiona.
– Dlaczego, co? – spytała, dokładnie nie rozumiejąc, o co mu chodzi.
– Dlaczego nie jest twoim chłopakiem?
Eleonora zastanowiła się nad tym prostym pytaniem.
– Bo nie jestem do końca przekonana, czy powinien nim być – odpowiedziała w końcu.
– Więc naprawdę nie powinien nim być – stwierdził Kastiel i zamknął jedną z książek.
– Co masz na myśli? – Ta dyskusja zdecydowanie szła w dziwnym kierunku…
– Jeżeli nie jesteś pewna, to znak, że nie powinnaś się z nim wiązać. – Dla chłopaka było to oczywiste. Ale dziewczyna wciąż nie mogła pojąć jego toku myślenia. Rosier westchnął, jakby zastanawiając się, z kim musi rozmawiać i nachylił się do niej. – Dla mnie to proste. Jeżeli miałbym być z jakąś dziewczyną, nie chciałbym wchodzić w związek z wątpliwościami. Chciałbym być stu procentowo pewien, że to ta właściwa.
Nora rozdziawiła usta, zastanawiając się, skąd się biorą tacy ludzie. Widać było, że Kastiel jest bardzo inteligentną osobą, która postępuje według własnych zasad.
– No tak, ale… – zaczęła, ale jej przerwał. Myśli wirowały jej w głowie, a emocje nie chciały dać się nazwać.
– Jeśli nie jesteś pewna, a chcesz to sprawdzić, to może warto go po prostu pocałować, co? Wtedy od razu zrozumiesz, o czym mówię. Całowałaś się z nim? – Chłopak zdjął okulary i uśmiechnął się do niej w trochę łobuzerski sposób.
– No… prawie – mruknęła, bawiąc się kosmykiem włosów, który wymknął się z koka.
– Znów to słówko! Prawie! Nie można z kimś prawie być i prawie się całować. – Kastiel zaśmiał się na widok jej miny. Teraz ich role się odwróciły. – No dobrze. To powiedz mi, co twoim zdaniem znaczy prawie pocałunek?
– Pocałowałam go w policzek. – Dopiero, jak to powiedziała, zdała sobie sprawę, jak absurdalnie to brzmi. Ale Kastiel kiwnął głową, próbując być poważnym.
– I co czułaś, całując go w policzek? – spytał, co Norę odrobinę zirytowało.
– Co ty? Bawisz się w mojego psychologa? – warknęła, lecz po chwili się uspokoiła. Bardzo dobrze się z nim rozmawiało. Nie miała powodów do gniewu. – Psycholog to osoba, która… – zaczęła mu wyjaśniać, zdając sobie sprawę, że zapewne tego nie wie.
– Wiem. Nie musisz mi tłumaczyć. Czytam też mugolskie książki. – Tym już zupełnie wkupił się w łaski dziewczyny. Od początku roku próbowała przekonać przyjaciół, że mugolska literatura i muzyka może być nawet lepsza od czarodziejskiej, spotykając się z lekceważącym podejściem i pogardą do tego tematu. – Przepraszam. Nie powinienem się pytać. Czasami jestem zbyt ciekawski. – Skruszony uśmiech chłopaka – miał urocze dołeczki w policzkach(!) – wystarczył, by Nora jednak podzieliła się z nim swoimi myślami.
– Nie. Jest okej. Czasami przyjemnie z kimś tak po prostu porozmawiać. Z kimś obcym, kto ciebie nie zna…
– …i nie będzie ciebie oceniał – dokończył i kiwnął zachęcająco głową. Zabini zacisnęła na moment usta, zastanawiając się od czego zacząć.
– Z Jamesem od zawsze łączyły mnie dziwne relacje… Już na początku roku zwróciłam na niego uwagę. Bardzo mi się podobał. – Zarumieniła się lekko, zdając sobie sprawę, że to pierwszy raz, gdy odważyła się do tego przyznać. – Ale on traktował mnie tylko jak przyjaciółkę, mówił, oczywiście w żartach, że nie jestem w jego typie… Później związał się z dziewczyną, której naprawdę nie lubiłam. Miał opinię podrywacz, nadwornego przystojniaka. Każdy mnie ostrzegał, że to nie chłopak dla mnie, więc zaprzeczałam, że mógłby mi się podobać. Następnie wszystko się skomplikowało. Ja miałam… pewne problemy. – Kastiel kiwnął głową na znak, że rozumie i nie musi mu o nich opowiadać. – On zerwał z dziewczyną, ale później się z nim pokłóciłam. Udawałam, że chodzę z jego największym wrogiem… A on nagle się mną zainteresował, w chwili, gdy udało mi się siebie przekonać, że nic do niego nie czuję. I teraz jestem tak bardzo… bardzo… zagubiona. Byłam z nim na randce, która była nawet fajna, ale później zaatakowały nas dementory, a on mnie zostawił! – wykrzyknęła, przypominając sobie, jak bardzo ją to wtedy zraniło. – Udawałam, że mu to wybaczyłam, choć nie mam pojęcia, co o tym myśleć. A później pocałowałam go w policzek na peronie. Podobało mi się to, ale… czegoś mi brakowało. Nie było motylków w brzuchu ani nic z tych rzeczy. Więc dlatego jest moim prawie chłopakiem. Wydaje mi się, że nie znam go jeszcze wystarczająco dobrze. Mówił mi, że się zmienił, że zależy mu na mnie, ale jaką mam mieć pewność, że mną też się nie znudzi? – Skończyła wypowiedź, chowając głowę w rękach i jęcząc ze zrezygnowania. Po raz pierwszy tak bardzo się przed kimś otworzyła. W pewien sposób poczuła się lepiej, mówiąc o swoich problemach na głos.
– Dlatego czasami cieszę się, że nie chodzę do szkoły… Czekolady? – Nora uniosła głowę, słysząc pytanie. Powoli pokiwała głową, ułamując sobie kawałek z tabliczki. – Naturalny antydepresant. Może poprawi ci humor.
Na ustach dziewczyny pojawił się delikatny uśmiech. Po raz kolejny przez myśl jej przebiegło, że nie każdy chłopak by się tak zachował.
– Nie znam odpowiedniego rozwiązania tej sytuacji. Ale wydaje mi się, że musisz gościa po pierwsze: mocno i porządnie pocałować, a po drugie: porozmawiać z nim. Powiedz mu, jak się czujesz. Jeśli naprawdę mu na tobie zależy, to to zrozumie i jakoś razem sobie z tym poradzicie. Pamiętaj tylko, że musisz mieć pewność, iż to ten właściwy facet – powiedział, zjadając jedną kostkę czekolady i uśmiechając się do niej.
– Dzięki, Kastiel – szepnęła, układając się wygodniej w fotelu i zamykając oczy. – Naprawdę mi pomogłeś.
– Serio? – Chłopak wydawał się mocno zdziwiony tym stwierdzeniem. – Nie ma sprawy.
– Będziesz tutaj jeszcze posiedzieć? – spytała, czując, jak zmęczenie przejmuje nad nią władzę.
– Mam z milion siedemset cztery książek do przeczytania, a bal zapewne będzie trwał do rana, więc tak. – Potrafiła sobie wyobrazić, nawet z zamkniętymi oczyma, jak chłopak ogarnia teraz zachłannym wzrokiem wszystkie książki w bibliotece.
– To dobrze – mruknęła, spokojnie zasypiając. Przez myśl jej jeszcze przemknęło, że chciałaby mieć takiego przyjaciela jak Kaspiel Rosier… A może już go miała?
Słuchajta, Potterowi Ludkowie!
Dla każdego, kto skomentuje, wirtualne ciasteczka (::) (::) (::) (::) (::)!
No patrzcie jakie ładne ciasteczka! Kto by takich nie chciał? :D A w łatwy sposób możecie je dostać... He he he he he
Pozdrawiam,
Gabsone nene :)
