Rozdział 25

Na haju po eliksirze pieprzowym

,,,

Zmartwienie jest płaceniem kłopotom zanim nastąpią.

William R. Inge

SYRIUSZ:

Po procesie Syriusz zauważył w Remusie nadzwyczajną zmianę. Wszystko w wilkołaku wydawało się radośniejsze. James i Syriusz, którzy nie byli w stanie wytrzymać kilku dni bez spłatania jakiegoś figla, zaczarowali skarpetki profesora Slughorna, aby za każdym razem gdy przechodził korytarzem, śpiewały słoweński hymn narodowy. Remus śmiał się wtedy w sposób, w jaki Syriusz jeszcze nie widział. Była w nim nutka bezradności i histerii. Kiedy łzy popłynęły po jego małej, spiczastej twarzy, Syriusz nie był do końca przekonany, czy były to tylko łzy radości. Wydawały się również zawierać odrobinę ulgi i być może pozostałości goryczy.

Remus wydawał się nawet inaczej chodzić. Jego ramiona były odrobinę mniej zgarbione i nie wyglądał, jakby nieustannie starał się uchylić przed wzrokiem innych. Jego kroki, które były zawsze pełne wdzięku, wydawały się teraz być bardziej sprężyste.

Jednak największa zmiana była widoczna po pierwszej pełni księżyca po procesie. Syriusz, James i Peter szli, jak zwykle, do skrzydła szpitalnego z rękami pełnymi czekolady. Kiedy Madame Pomfrey zauważyła ich, uśmiechnęła się i pomachała im od drzwi.

— Musicie go dzisiaj zobaczyć – powiedziała z nutką radości w głosie, którą rzadko było u niej słychać. — On jest po prostu… - Zamilkła i uśmiechnęła się.

Huncwoci wymienili wstrząśnięte spojrzenia na ten otwarty przejaw pozytywnych emocji ze strony kobiety, która zazwyczaj tolerowała ich dopiero wtedy, kiedy wyrecytowali jej listę „Zasad zachowania w skrzydle szpitalnym, które dotyczą wszystkich, a szczególnie konkretnej grupy młodych gryfońskich chuliganów, którzy nie zostaną wymienieni w celu zapobiegnięcia podążania młodszego pokolenie w ich niepoprawne i zakłócające porządek ślady". Peterowi zajęło cały miesiąc samo zapamiętanie tego tytułu.

— Myślicie, że jest na haju po eliksirze pieprzowym? - wysyczał Syriusz do pozostałej dwójki, kiedy podejrzliwie przechodzili koło kobiety. — Słyszałem, że uzależnia, a ona nie zmusiła nas do recytowania „Listy".

— To dobrze – wymamrotał Peter. — Znów zapomniałem zasady trzydziestej drugiej.

— Zabrania się wkładania arabskich, ognistych chilli do nosów nieprzytomnych Ślizgonów – wyrecytowali zgodnie Syriusz i James.

— Naprawdę? Myślałem, że dotyczy basenu i Podróżnych, Aktywowanych Wodą Fajerwerków Filibustera.

— Nie, stary – powiedział Syriusz, podchodząc do drzwi prywatnego pokoju, gdzie zawsze przybywał Remus po pełni księżyca. — To zasada dwudziesta trzecia. Pomieszały ci się numery.

Otworzył drzwi i prawie wyskoczył z własnej skóry, kiedy wchodząc do pomieszczenia spotkał się z radosnym okrzykiem:

— Sirius!

Spojrzał w kierunku łóżka i zobaczył siedzącego na nim zaspanego Remusa, który obserwował go sennie, ale z błyszczącymi oczami. Wydawał się całkowicie nie przejmować grubym bandażem na jednym ze swoich ramion oraz leczącego się zadrapania na jednym ze swoich policzków. Syriusz nie mógł uwierzyć, że był to ten kulący się kłębek nerwów, który od świąt witał ich po każdej pełni księżyca

— Miałem rację! – powiedział James. — Oboje przedawkowali eliksir pieprzowy!

Cała trójka podeszła ostrożnie do łóżka. Opadli na krzesła dla gości i spojrzeli z ciekawością na ich przyjaciela o aktualnie dziecięcym umyśle.

— Ciekolada? – zapytał Remus, wyciągając dłoń.

— To wszystko, co od nas chcesz, prawda? – zapytał James, drażniąc się i podał mu odpakowaną czekoladową żabę. — Jesteśmy twoimi dostawcami nielegalnej czekolady.

Remus wpatrywał się w nich, kiedy niechlujnie przeżuwał.

— Wilk – powiedział, używając ręki ubrudzonej czekoladą do złapania wypchanej zabawki, którą James transmutował dla niego poprzednim razem. — James zlobił.

James wydał z siebie lekko zakłopotany śmiech.

— Tak. Zrobiłem, stary.

— Pete, ciekolady? – zapytał Remus, wyciągając znów rękę do pulchnego Huncwota. Peter uśmiechnął się szeroko i podał mu kawałek czekoladowego ciasta. Syriusz ze zmarszczonym nosem obserwował go, jak je zjada.

— Czy zdajecie sobie sprawę, że muszę go potem umyć? – narzekał, kiedy okruchy lukru wydawały się zabrudzić wszystko. — Nadal nie wiem, jak wylądowałem z tą fuchą.

— Mmmm! – powiedział Remus, zlizując lukier z palców, kiedy zabawkowy wilk pod jego ramieniem został całkowicie wysmarowany czekoladą.

— Jak myślcie, dlaczego jest taki radosny? – zapytał Peter. — Nigdy taki nie jest. Zazwyczaj zajmuje nam dwadzieścia minut, aby jedynie namówić go do wyjścia spod kołdry.

— Nie wiem – powiedział Syriusz, obserwując uważnie Remusa. — Ale w ogóle jest bardziej radosny, co? I myślę, że nie wygląda na tak poobijanego jak zazwyczaj po pełni. Uważam, że ma to coś wspólnego z pozbyciem się jego taty.

— Tata? – Remus nagle zamarł, radosny uśmiech zniknął z jego twarzy, a bursztynowe oczy rozszerzyły się ze strachu. — Gdzie tata? Gdzie tata? — Skulił się w kulkę na poduszce.

— Syriusz! – warknął James.

— Nie chciałem! – powiedział rozpaczliwie Syriusz. — Wyrwało mi się. Tutaj. Remusie, w porządku. Tata odszedł. Nie pamiętasz? Tata odszedł. On odszedł, Lunatyku.

Usiadł na krawędzi łóżka i chcąc sprawić, aby mniejszy chłopiec przestał się kulić, ale on jedynie w odpowiedzi zaskomlał jak kopnięty szczeniak.

— On odszedł. Obiecuję. Nie ma taty.

— Nie ma taty? – zapytał Remus cichym głosem, obracając lekko głowę, aby spojrzeć na Syriusza.

— Nie ma taty – powiedział Syriusz. — Obiecuję.

Remus wahał się, ale po chwili wyprostował się trochę i wyciągnął swoje chude ręce w stronę Syriusza w oczywistej prośbie, aby go przytulić. Syriusz spojrzał na niego z zakłopotaniem, czując jak rumieniec napływa na jego twarz.

— Cholera, Syriuszu, przytul to biedne maleństwo – powiedział James — To twoja wina, że taki jest.

Syriusz i tak długo nie byłby w stanie oprzeć się temu wyrazowi twarzy. Remus miał najbardziej nieodparte szczenięce spojrzenie na świecie. Według Syriusza miała na to wpływ jego psia natura. Pochylił się i wciągnął mniejszego chłopca na kolana, a Remus złapał się za jego szaty i wcisnął twarz w jego klatkę piersiową. Syriusz chciał, aby rumieniec na jego policzkach zniknął, ale świadomość obserwujących go Jamesa i Petera nie pomagała w tym zamierzeniu. Zazwyczaj, kiedy przytulał Remusa, był pod wypływem silnych emocji i nie zastanawiał się nad tym co robi. Teraz wydawało się to zbyt intymne i krępujące. Z takiej odległości Remus pachniał ciepłą czekoladą i suchymi, jesiennymi liśćmi. Jego włosy, które muskały Syriusza pod brodą, były miękkie i gładkie.

Zapanowała długa, krępująca cisza. Po chwili Remus zaczął rozluźniać swoje dłonie, ściskające przód szaty Syriusza.

— Wszystko z nim w porządku? - zapytał Peter ostrożnie.

— Lunatyku? – zagadnął Syriusz, puszczając lekko trzymanego wilkołaka.

Remus wydał z siebie niezrozumiały mamrot i wcisnął swój nos mocniej w pierś Syriusza, który zarumienił się jeszcze mocniej.

— Myślę, że zasnął - powiedział, pozostałej dwójce.

— W porządku – odparł James, który wyglądał na mocno zażenowanego sytuacją. Podniósł z łóżka jedną z czekoladowych żab, odpakował ją i odgryzł jej głowę. Chrząknął.

— Więc... Będziesz próbował dostać się do drużyny Quidditcha w przyszłym roku?

— Tak, prawdopodobnie – powiedział Syriusz, czując, że zaczyna się odprężać, kiedy skupił się na nowym, o wiele mniej krępującym temacie.

Syriusz wyczyściwszy śpiącego Remusa, odłożył go do łóżka, kładąc zabawkowego wilka koło niego. Kiedy przyszedł czas, żeby opuścić skrzydło szpitalne, Syriusz odkrył, że brakuje mu w ramionach ciepła śpiącego Remusa. Wiedział tym samym, że przenigdy nie może powiedzieć tego Jamesowi i Peterowi.

,,,

Kiedy zbliżał się koniec semestru , Syriusz nie mógł nie zauważyć, że Remus staje się coraz bardziej poddenerwowany. Regularnie zaczął wymigiwać się z ich towarzystwa, aby schować się w bibliotece i poczytać. Był tylko połowicznie zaangażowany w figle, które płatała reszta Huncwotów, ponieważ rozwinął tendencję do gubienia się w myślach. Jeden z nich musiał go czasem nawet dźgnąć, aby z powrotem otrzymać jego uwagę.

W końcu, kiedy po raz trzeci, Remus podczas obiadu znalazł jakąś wymówkę, aby zniknąć, Syriusz wstał, żeby za nim podążyć.

— Myślisz, że powinieneś? – zapytał powątpiewająco James, podnosząc wzrok znad swojego robionego na ostatnią chwilę zadania domowego z Eliksirów.

— Chcę sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku – powiedział Syriusz. — Wiesz, że ostatnio zachowuje się naprawdę dziwnie. Może mogę pomóc.

— Tylko go zdenerwujesz – odparł James, ściskając usta i stukając w nie piórem. — Może tylko chce trochę czasu dla siebie.

Syriusz westchnął.

— Obiecuję, że jeśli nie będzie chciał ze mną rozmawiać, pójdę sobie, dobrze?

James skinął głowę i wrócił do bazgrolenia w zadaniu domowym.

Syriusz zawiesił torbę na ramieniu i skierował się do biblioteki, ignorując spojrzenie Madame Pince, kiedy wszedł do środka. Z jakiegoś powodu, którego nie potrafił zrozumieć – i nie miał on nic wspólnego z odtworzeniem Bitwy Goblinów z roku 1475, zbudowaniem mini fortu z wszystkich książek z działu Zielarstwa i źle wycelowanego zaklęcia Incendio – nie bardzo lubiła Syriusza oraz Jamesa.

Niestety, po krótkim rozejrzeniu się wokół, był oczywiste, że Remusa nie ma w bibliotece. Syriusz wyszedł, zastanawiając się, gdzie indziej jego wilkołaczy przyjaciel mógłby być. Podskoczył, gdy poczuł stuknięcie w ramię i obrócił się, aby zobaczyć rudowłosą Lily Evans stojącą za nim.

— Jeśli szukasz swojego przyjaciela Lupina – powiedziała – jest na zewnątrz pod płaczącą wierzbą przy jeziorze. Wyglądał na zdenerwowanego, więc pomyślałam, że powinnam ci powiedzieć.

Syriusz poczuł ulgę.

— Dzięki, Evans.

— Nie zrobiłeś nic, aby go zdenerwować, prawda? – zapytała. — Tylko ja zauważyłam, że wygląda na trochę chorego i przeczytałam o jego tacie w gazecie.

— Nie – odparł Syriusz, czując się dość oburzonym. — Nie żeby to była twoja sprawa, w końcu nie jesteś jego przyjaciółką, ale nie wiem, co jest z nim nie w porządku. Dlatego go szukam.

Spojrzała na niego zaskoczona, a potem pomachała lekceważąco dłonią.

— Jak chcesz, Black. Nie wiem, dlaczego wybrał ciebie i Pottera na przyjaciół. Wydaje się dość miły, a wy dwaj to jakiś koszmar.

— Nie będziesz tak mówić, kiedy wyjdziesz za Jamesa – wymamrotał Syriusz, kiedy się odwracał.

— Co mówiłeś?

— Nic, Evans.

Zignorował jej oburzone prychnięcia i pobiegł w kierunku głównych drzwi, wybiegając na zewnątrz. Jak można było się spodziewać, pod wierzbą zobaczył małą, zgarbioną sylwetkę Remusa.

— Lunatyku? – powiedział, kiedy doszedł do chłopca i opadł na ziemię koło niego. — Wszystko w porządki, stary?

Remus rzucił mu mocno zirytowane spojrzenie, a potem westchnął:

— Jak mnie znalazłeś?

— Mam swoje sposoby. — Syriusz posłał Remusowi swój najlepszy enigmatyczny uśmiech.

— Syriusz.

— Dobra. Evans mi powiedziała.

— Aha. Dziwnie na mnie spojrzała, kiedy tutaj szedłem.

— Wydaje się o ciebie martwić. Merlin jedyny wie dlaczego. Nawet cię nie zna.

— Podejrzewam, że stara się być miła – powiedział Remus przejeżdżając palcami po stronie w książce leżącej na jego kolanach i wpatrując się w jezioro. Syriusz obrócił się na brzuch i oparł się na łokciach, aby przyjrzeć się przyjacielowi. Twarz Remusa wyglądała na zmęczoną i napiętą, mimo, że zostały jeszcze dwa tygodni do kolejnej pełni.

— Coś się stało, Rem?

Remus odwrócił wzrok.

— Nic się nie stało.

— Och, skończ. Znam cię wystarczająco dobrze, aby wiedzieć, że coś cię martwi.

— Tylko… - Remus zawahał się, odkładając książkę na bok i przyciągając kolana, aby móc o nie oprzeć brodę. — Nie znają mnie za dobrze – powiedział w końcu.

— Co? Kto?

— Andersowie.

— Och. — Syriusz zmarszczył brwi, nie będąc w stanie przewidzieć do czego poprowadzi ta rozmowa. — No więc, podejrzewam, że lato da im okazję, aby poznać cię lepiej.

— Wiem – odparł Remus. — Tym właśnie się martwię.

Syriusz usiadł i z zaskoczeniem spojrzał na przyjaciela.

— Co?

— Co jeśli mnie poznają i nie polubią? Co jeśli ta wilkołacza sprawa będzie dla nich za ciężka? Wiesz jaki staję się dziwny i dziecinny po każdej pełni. I jeszcze kwestia krwi i wielu złamanych kości i tak dalej. Co jeśli będą żałować, że mnie zaadaptowali, ale utknęli ze mną? – Głos Remusa robił się coraz cichszy podczas mówienia, a pod koniec wydobył z siebie tylko nędzy, cichy szept.

— Och, Lunatyku! – powiedział Syriusz, oplatając ramieniem barki wilkołaka. — Tym się martwiłeś przez cały ten czas?

Remus skinął głową, unikając jego oczu.

— Anders cię zna – wytknął Syriusz, wiedząc, że użycie logiki jest jedynym sposobem, którym można zmusić Remusa do myslenia. — Pisałeś do niego prawie przez rok. I wiedzieli, co oznacza adopcja wilkołaka, długo przed tym jak się na to zdecydowali. Nie zapominaj, że Neil jest Aurorem, a Angela pracuje w Departamencie Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami. Nie znalazłbyś lepiej przygotowanych ludzi, nawet jakbyś szukał. A jeśli chodzi o dziecinne zachowanie po każdej pełni… — Syriusz wzruszył ramionami. — Powiedzieliśmy ci już wcześniej – jesteś całkiem słodki. Nie sprawiasz problemów, tak długo, jak dostajesz czekoladę. Pokochają cię, Remie! Szczególnie Angela. Założę się, że cię rozpuści!

Remus był wzruszony i niedowierzający.

— Remie? – zapytał po chwili.

— Straszna ksywka, prawda? Absurdalnie słodka, ale jednocześnie protekcjonalna. Pokochasz ją.

— Uwierz mi, nie pokocham. Naprawdę uważasz, że cała reszta, o której mówiłeś to prawda? – Remus zwrócił na Syriusza spojrzenie pełne nadzieji i desperacji.

— Nie okłamałbym cię w takiej sprawie, stary. Po za tym, jeśli wszystko pójdzie źle i nie będziesz chciał tam przebywać, założę się, że będziesz mógł zostać z Jamesem, jeśli będziesz chciał. Albo z Peterem. Jednak nie ze mną. Znienawidziłbyś moją rodzinę.

— Na pewno nie.

— Uwierz mi. Wszyscy nienawidzą mojej rodziny, Ja nienawidzę swojej rodziny. Nie jest możliwe nie nienawidzenie ich – są jak fasolki o smaku wosku z uszu.

Remus z uśmiechem potrząsnął głową.

— Zawsze mnie rozbawiasz – powiedział. — Nawet jeśli na koniec powiesz, jakąś głupią rzecz jak to. — Wyciągnął dłoń i dotknął wisiorka w kształcie dłoni, który wisiał mu na szyi. Syriusz uśmiechnął się.

— Możemy razem uciec i żyć na ulicy, jeśli będzie zbyt okropnie – zasugerował. — Byłbym przeszcześliwy. Jednym powodem, dla którego nadal tam tkwię jest Reg. Musielibyśmy go wziąć ze sobą.

— Masz tylko trzynaście lat. Nie mógłbyś mieszkać sam.

— Och, nie bądź taki rozsądny. Byłoby fajnie!

— Nie, Syriuszu. To byłaby całkowita katastrofa.

— Och, daj spokój! – upierał się Syriusz, wydymając wargi. — Dobrze wierz, że chciałbyś tego!

Remus potrząsnął głową i rzucił szybkie zaklęcie wskazujące czas.

— Chodź, idioto, spóźnimy się na eliksiry.

Syriusz podążył za Remusem z powrotem do szkoły, zauważając z satysfakcją, że napięcie prawie całkowicie opuściło twarz drugiego chłopca.

— Co na niebiosa robisz? – zapytał Remus, patrząc na niego, kiedy szli. Syriusz wykrzywiał ramię pod dziwnym kontem, starając się dosięgnąć swoje ramię.

— Klepię się po ramieniu, oczywiście.

— Oczywiście – odparł Remus, przewracając oczami.

,,,

Tygodnie poprzedzające koniec roku przeleciały w gorączce egzaminów końcowych i sprawozdań oraz w pełnym determinacji pragnieniu Jamesa i Syriusza, aby spłatać co najmniej osiem fajnych psikusów przed początkiem wakacji. W ciągu tych tygodni nie było czymś niezwykły widok Snape przebiegającego jak burza w limonowo-zielonym irokezie i napisem głoszącym „Kocham Gryffindor" przyozdabiającym jego czoło, albo widok Puchonów, którzy mogli jedynie człapać do skrzydła szpitalnego, kiedy całe ich ciała oprócz głowy i stóp zostały transmutowane w olbrzymie pompony.

— W ten sposób wyglądają dość uroczo – bronili się James i Syriusz, kiedy Remus zapytał, dlaczego wzięli sobie na cel niewinnych Puchonów. — Tak bardzo puszyście.

Jednak w końcu Huncwoci znaleźli się w drodze z powrotem do domu na wakacje. Syriusz starał się zachować optymizm, ale żołądek podchodził mu do gardła za każdym razem, jak myślał o powrocie na Grimmauld Place. Jedyną rzeczą, na którą się ciszył, to możliwość zobaczenia Regulusa. Odwrócił się od ekscytującej rozmowy Petera i Jamesa o zaletach przeklęcia Snape'a ten jeden ostatni raz przed przybyciem na stację i wyjrzał za okno.

— Hej, stary – powiedział James, zwracając jego uwagę trzepiąc go w głowę — Chcesz iść z nami poszukać wózka z przekąskami? Pete i ja umieramy z głodu!

— Nie – odpowiedział apatycznie Syriusz. — Nie jestem głodny.

Pozostali spojrzeli na niego ze zmartwienie.

— Nie jesteś głodny? – zapytał z niedowierzaniem Peter.

— Nie. Możecie iść beze mnie, chłopaki.

— Wszystko w porządku, Syriuszu? – zapytał James.

— Tak – odparł, uśmiechając się słabo do ciemnowłosego przyjaciela. — Tylko, wiesz, wracam do domu i tak dalej.

— Ach. – James skinął głową, nagle wszystko rozumiejąc. — Cóż, Pete i ja przyniesiemy coś tobie i Lunatykowi. Na wypadek, gdybyście później zgłodnieli. — Obaj wymknęli się z przedziału.

— Też nie jesteś głodny? – zapytał Syriusz, zwracając spojrzenie na Remusa, który również patrzył się na niego z wyrazem zmartwienia na twarzy.

— Tak. Tylko, wiesz, wracam do domu i tak dalej – droczył się Remus, mrugając do Syriusza, który poczuł, jak jego usta układają się w uśmiech bez jego woli.

— Dupek – powiedział czule. — Wszystko będzie dobrze, Lunatyku. Andersowie cię pokochają.

— U ciebie też będzie wszystko dobrze – odparł Remus, wyciągając rękę, aby złapać Syriusza za ramię. — Będę dużo pisać, obiecuję. — Przez dłuższa chwilę obserwował twarz Syriusza. — Nigdy wcześniej nie widziałem cię tak przygnębionego. To dziwne. Co się stało z Syriuszem Blackiem – nadzwyczajnym gryfońskim figlarzem?

— Zamknąłem go na razie – odparł Syriusz. — W domu wpędza mnie w kłopoty.

— Ach, wewnętrzny huncwot – powiedział Remus, kiwając głową. — Kłopoty to ich specjalność.

Do przedziału wrócili James oraz Peter z ramionami wypełnionymi słodyczami.

— Wystarczy dla wszystkich – powiedział Peter, wysypując stertę czekoladowych żab oraz kociołkowych piegusków na kolana Syriusza i Remusa.

— Nie ma na świecie tak okropnego zmartwienia, które nie mogłoby zostać uleczone przez czekoladę – dodał James, rzucając się na miejsce koło Syriusza, chrupiąc lukrecjową różdżkę.

Pół godziny i dwanaście czekoladowych żab później, Syriusz był skłonny się zgodzić. Szczególnie, kiedy zobaczył, jak twarz Remusa stopniowo się rozchmurza podczas jedzenia czekolady, a James i Peter uraczyli ich opowieścią o poszukiwaniu wózka z przekąskami. Nagle myśl o powrocie do domu nie wydawała się tak złowieszcza, jak wcześniej. Miał przyjaciół, do których mógł pisać i małego brata, który mógł dotrzymać mu towarzystwa. Jego serce tylko trochę zadrżało, kiedy dotarli do peronu dziewięć i trzy czwarte i zobaczył rozgoryczony wyraz twarzy swojej matki, która na niego czekała.