Nie potrafił się nie denerwować, nie wiedząc co dokładnie dzieje się z Hermioną. Sądził, że Draco będzie miał na tyle rozumu, aby dawać mu znać, ale najwyraźniej wszystko pochłonęło syna Lucjusza, bo chłopak nie zafiukał ani raz. Halldor nie wydawał się zaniepokojony i chyba to trochę go uspokajało. Miał trochę wyrzuty sumienia, że postawił Norwega na nogi o tej porze, ale ten zdawał się świetnie bawić w towarzystwie Lucjusza, gdy początkowa niechęć Malfoya zniknęła.
- U nas wszystko jest prostsze – westchnął Halldor, gdy wino zakolorowało jego policzki.
Może nie powinni byli pić o tej porze, ale trudno było odmówić Lucjuszowi tej przyjemności, gdy okupowali jego salon. Herbata zaparzona przez skrzaty zresztą była znakomita. I sądząc po uśmieszku satysfakcji Lucjusza – mężczyzna doskonale o tym wiedział. Może zdradziła Harry'ego trzecia filiżanka i dwie wizyty w toalecie.
- Nie istnieje rząd funkcjonujący w sposób prosty – prychnął Lucjusz.
Halldor skrzywił się, jakby nie zgadzał się z tą uwagą.
- U nas wszystko rozgrywa się o magię. Jeśli jesteś silny, jeśli masz moc, jesteś odpowiedzialny za swoją wioskę – odparł Halldor. – W waszym przypadku Ministrem byłby Harry – dodał, a Potter poczuł jak jego ramiona sztywnieją.
Lucjusz roześmiał się wdzięcznie.
- Nie twierdzę, że Harry nie jest silniejszy ode mnie czy najsilniejszym czarodziejem w Europie, ale nie jest politykiem – przypomniał im Malfoy. – Nie można rządzić bez znajomości prawa.
Tym razem to Halldor roześmiał się wdzięcznie.
- Mówisz o rządach układów, gdzie jedna strona wypierałaby drugą. Harry ma poczucie dobra i zła. Wiedziałby, która ustawa nie jest dobra dla społeczeństwa, którym się opiekuje i odrzuciłby ją. W naszym świecie tak to by wyglądało – poinformował ich Halldor.
- Byłbym niezwykle wdzięczny, gdybyście przestali o mnie mówić tak, jakby mnie tutaj nie było – wtrącił Harry pospiesznie, nie chcąc, aby cokolwiek wypsnęło się Norwegowi.
Ufał trzeźwemu Halldorowi, ale ten z rumieńcami na policzkach mógł nie być równie rozsądnym człowiekiem.
Lucjusz spojrzał na niego przelotnie z tym dziwnym uśmieszkiem, który nie tyle rozświetlał jego twarz, co raczej sprawiał, że wyglądała łagodniej.
- Nie potrafisz przyjmować komplementów? Twój norweski przyjaciel tutaj twierdzi, że powinienem zorganizować dla ciebie całą kampanię na nowego Ministra Magii – prychnął mężczyzna, ewidentnie rozbawiony tą myślą.
Harry poczuł jak w jego gardle formuje się sporej wielkości gula. Oczywiście Lucjusz kpił z tego pomysłu. Harry jednak doskonale zdawał sobie sprawę ze swoich ograniczeń. Hermiona pomagała mu wiele, podobnie jak obaj Malfoyowie. Czasami nie do końca rozumiał jakie jest drugie znaczenie tego, co widywał na własne oczy, ale to nie sprawiało, że był idiotą. Hermiona raz nazwała go prostolinijnym i właśnie to określenie lubił najbardziej. Nie potrafił mącić i kłamać, nie chciał knuć. Nie chciał zmienić się tak bardzo.
- Amelia jest wspaniałym Ministrem – powiedział szczerze Harry, przypominając sobie niemal od razu o tym, że Lucjusz się zaręczył.
I nie dziwiła go obrona przyszłej żony. W końcu musiał być jej lojalnym. To było nawet godne podziwu, że chociaż nic nie było oficjalne, a ta rozmowa była ewidentnie prywatna, zachowywał się tak honorowo.
- Nie przeczę. I byłbyś o wiele lepszym Ministrem, ale w świecie, gdzie polityka nie miałaby takiego znaczenia. Chociaż z drugiej strony chciałbym zobaczyć minę Stevensa, gdybyś powiedział mu, że jego najnowsza ustawa przyniesie zło czarodziejskiemu światu i dlatego ją odrzucasz – zakpił Lucjusz. – Tak, to byłby cudowny widok.
- Ustawa Stevensa? – spytał Harry. – Nie słyszałem o niej… - dodał ostrożnie.
Bywał na każdym spotkaniu Wizengamotu, ponieważ potrzebował późniejszego czasu wolnego na rekonwalescencje, ale był pewien, że to nazwisko mignęło mu tylko podczas głosowań. Stevens niczego nigdy publicznie nie odczytywał.
- Och, dopiero się przygotowuje. Nie miałeś prawa o tym wiedzieć – uspokoił go Lucjusz. – To jeszcze nic oficjalnego, ale Stevens chce kontroli dzieci wywodzących się z rodzin Śmierciożerców. Jakby zło było przekazywane genetycznie.
- Żartujesz?! Czy on zwariował? To da całkiem odwrotny efekt! – oburzył się Harry.
Lucjusz zaśmiał się krótko z kieliszkiem wina w dłoni.
- Dokładnie takiej reakcji oczekiwałem – przyznał mężczyzna i jego oczy lśniły w nikłym świetle świec, które skrzaty ustawiły w pomieszczeniu.
Nie potrafił oderwać wzroku od tych tęczówek, które teraz wydawały się całkiem czarne. Rumieniec na policzkach Lucjusza sprawiał, że mężczyzna wyglądał bardziej żywo niż przeważnie. Nie wiedział jak długo milczeli, ale gdy zdał sobie sprawę kiedy ostatnio widział tego mężczyznę pijącego – przełknął głośno.
- Jedno słowo Harry'ego i mielibyście go z głowy – wtrącił Halldor przywracając go do rzeczywistości.
Herbata w jego dłoni była już całkiem chłodna, ale w międzyczasie ktoś przygotował mu kolejny imbryk za co był cholernie wdzięczny. Nie patrzył na Lucjusza, gdy nalewał sobie kolejną filiżankę, ale wyraźnie czuł na sobie wzrok mężczyzny. To dziwne przyciąganie, które pojawiło się między nimi tygodnie wcześniej, powróciło z całą siłą i zaczynał żałować, że nie wyszedł po prostu na spacer. W posiadłości Malfoyów był uwięziony dopóki poród się nie skończy.
- Ktoś mógłby chcieć nim grać i udałoby mu się to – odparł Lucjusz i coś dziwnego pojawiło się w jego głosie. – Mistrzu Halldor, grasz Harrym Potterem? – spytał wprost mężczyzna.
Norweg uśmiechnął się krzywo, a Harry nie mógł nie wpatrywać się w szoku w Lucjusza.
- Chyba macie dość wina – stwierdził z pewnym wahaniem i zdjął butelkę ze stołu.
- A czy ty grasz Harrym Potterem? – spytał Halldor i przez chwilę mierzyli się wzrokiem.
Jeśli padła jakakolwiek odpowiedź – Harry jej nie dosłyszał.

ooo

Lucjusz nigdy nie bywał bezpośredni. Była to cecha ludzi prostych, a on do nich po prostu nie należał. Halldor jednak stanowił ten rodzaj polityka, którego należało unikać za wszelką cenę. Nie miał problemu z wypowiadaniem na głos tego co myślał, a ponieważ wyglądał na nieobeznanego z obcą kulturą – nie można było mu niczego zarzucić. Mężczyzna jednak wiedział lepiej i sam fakt, że siedział tutaj na jednym z foteli, ignorując kanapę powiedziało mu więcej niż te przelotne rozmowy, które mieli przyjemność przeprowadzić.
Halldor był swoim własnym człowiekiem i nie można było o lekceważyć. Harry mógł nie widzieć niczego za zasłoną ze szczerego uśmiechu, ale Lucjusz wyczuwał, że Norweg jest nie tylko potężny, ale również całkiem zaznajomiony z ich politycznymi metodami negocjacji.
Fakt, że przybyli do Wielkiej Brytanii nie chcąc niczego od początku wzbudził jego podejrzenia. Podróż nie mogła być dla nich wygodna, a jednak się jej podjęli. Należało znaleźć teraz odpowiedź dlaczego.
Spytał zatem wprost o pierwszą rzecz, która intrygowała go najbardziej i wyczuł zdenerwowanie Harry'ego, który zrzucił całą winę za to na alkohol, co było bzdurą. Obaj z Halldorem byli całkiem trzeźwi. Może raz czy dwa patrzył zbyt długo na Harry'ego, ale to w końcu nie było grzechem i skoro nikt nie wiedział o ich wspólnie spędzonej nocy – nie miał jak połączyć faktów.
Przywołał skrzata, który przyniósł więcej filiżanek i przygotował kolejny dzbanek herbaty. Wiedział, że smakuje Harry'emu i to sprawiało mu dziwną satysfakcję. Kiedy robił coś dla Narcyzy – przeważnie były to wielkie gesty i nigdy nie przynosiły mu takiej radości. Znalezienie ulubionego gatunku herbaty Harry'ego natomiast rozpromieniło mu dzień.
- Mogę poprosić skrzaty o przygotowanie pokoi – zaproponował, ale Halldor machnął dłonią.
- Nie mam powodu, aby się kłaść tak wcześnie – rzucił Norweg.
- Ja też podziękuję – dodał pospiesznie Harry. – Jestem chyba zbyt zdenerwowany, żeby zasnąć.
- Sądziłem, że będziesz towarzyszył Hermionie – wtrącił Lucjusz, zastanawiając się na ile jego podejrzenia są prawdziwe.
Słyszał, że magowie naprawdę potężni nie mogli uczestniczyć podczas porodów swoich własnych żon, ponieważ byli narażeni na wszelkie wahania magii. Jego własna szalała, gdy Draco przychodził na świat, ale szybko doszedł do siebie. Jeśli Potter był silniejszy – a temu nie przeczył – to wyjaśniało dlaczego obaj z Halldorem znajdowali się u niego w domu. Sama świadomość tego, że ktoś miał nad nim przewagę nie była przyjemna, ale z drugiej strony nigdy nie uważał Harry'ego za zagrożenie i raczej nie miało się to zmienić.
Chłopak spojrzał na niego niepewnie, jakby zastanawiał się jak wiele może zdradzić i Lucjusz go nie winił. Nie było to przyjemne – wolałby zostać obdarzony większym zaufaniem, ale z drugiej strony zdobywanie go było pewnym słodkim wyzwaniem, którego zamierzał się podjąć.
- Wahania magii – powiedział zatem, bo ktoś musiał zacząć. – Odczuwałem podobne, gdy Draco przychodził na świat – dodał, ponieważ Harry pewnie czuł się jak wyrzutek z objawiamy czegoś, czego nie przechodziło zbyt wielu czarodziejów.
Taka wiedza była przekazywana słownie, ponieważ ci najwięksi nie chcieli dzielić się swoimi tajemnicami.
Harry spojrzał na niego lekko zaskoczony.
- Kiedy rodził się Draco? – spytał chłopak niepewnie.
- Byłem przy porodzie. Jestem pewien, że dla kobiet jest to niesamowite przeżycie, ale mężczyźnie sprawia pewną trudność – ciągnął dalej Lucjusz. – Wiesz, że coś się dzieje, nie potrafisz tego powstrzymać.
- Pierwotna magia – dodał Halldor. – Natura nie jest czymś, na co możesz wpływać. Nie zawrócisz biegu rzeki czarem.
- Nie będziesz w stanie panować nad magią, gdy inna przychodzi na świat – uzupełnił Lucjusz.
Harry przyglądał mu się przez chwilę, jakby łowił wszystkie reakcje. Widział już wcześniej, że chłopak wpatrywał się w niego odrobinę za długo. Nie była to do końca fascynacja, ale jednak coś w nich tkwiło takiego, co wytrącało go z równowagi.
- Myślałem, że czystokrwiści uznają poród za coś brudnego – powiedział w końcu Harry.
- Dlaczego miałbym nazwać przyjście na świat mojego potomka czymś brudnym? – obruszył się Lucjusz. – Moc z mojej mocy. Krew z mojej krwi. Faktycznie traktujemy te sprawy bardzo poważnie. Nie wiem jak opisać ci uczucie, które temu towarzyszyło.
Harry zamrugał, jakby nie spodziewał się po nim tak emocjonalnego wyznania i może Lucjusz po prostu przypomniał sobie jak to było,gdy trzymał małego Draco w ramionach. Dziecko darło się wniebogłosy, ale było kompletnie jego. Do ochrony i kochania. I w odróżnieniu od Narcyzy – Draco był kimś kogo faktycznie wybrał do tego, aby był w jego życiu. Długo decydowali się na potomka. Nie chciał popędzać młodej żony, która nie była mu co prawda niechętna, ale noszenie dziecka człowieka, którego się nie kocha nie mogło należeć do łatwych. To Draco scementował ich związek. Narcyza kochała syna. On kochał syna i ta miłość mogła im wystarczyć do końca życia.
Wątpił, aby Harry zrozumiał jak ważny Draco był w jego życiu. Jak wiele zmienił. Chłopakowi, który miał prawo poślubić kogo chciał i kochać według własnych upodobań – trudno byłoby wyjaśnić, że inni po prostu dostosowują się do tego, co oferuje im los.
- Wydajesz się tym oczarowany – powiedział w końcu Harry cicho i Lucjuszowi wydawało się nawet, że się przesłyszał.
- W moim życiu nie było wielu momentów, które mógłbym nazwać po prostu szczęśliwymi. Pamiętam doskonale każdy z nich – dodał i zdał sobie nagle sprawę, że nie są sami.
Kiedy jednak spojrzał na Norwega, zdał sobie sprawę, że ten zaczyna już nawet pochrapywać. Nie był pewien kiedy mężczyzna zasnął, ale było mu to naprawdę na rękę.
Harry wpatrywał się w swoją filiżankę i między nimi znowu zapanowała ta nieprzyjemna cisza pełna napięcia. Nigdy nie wiedział o czym myśli chłopak i chociaż naprawdę był dobrym teoretykiem, zdawało się, że nie potrafił nigdy trafić w sedno. Kiedyś brał Pottera za naiwnego Gryfona, ale te czasy odeszły. Harry myślał. Innymi kategoriami niż on, ale nie oznaczało to, że były gorsze.
- Skoro tak bardzo cieszyło cię, gdy urodził się Draco, dlaczego nie miałeś innych dzieci? – spytał chłopak i nagle zesztywniał. – Znaczy oczywiście, jeśli nie chcesz odpowiadać…
Gdyby Harry był jednym z czystokrwistych takie pytanie nie padłoby.
- Nie chcieliśmy więcej dzieci – przyznał Lucjusz.
Narcyza nie miewała kochanków, a on nie przypatrywał się innym kobietom. To była niepisana umowa między nimi i dlatego wielu uważało, że kochali się ponad życie.
Harry skinął głową, jakby uznawał tę odpowiedź za dobrą, a jednocześnie ramiona chłopaka, jakby obwisły. Normalnie wziąłby to za gest rezygnacji albo zawodu, nie bez powodu przyglądał się przez lata ludziom. Jednak to tak bardzo nie pasowało do Harry'ego Pottera, że niemal od razu wzbudziło jego podejrzenia.
- Wnuki powitam z radością. Nawet jeśli nie są krwią z naszej krwi i magią z naszej magii – poinformował chłopaka. – Granger nie musi się obawiać, że nie będą tutaj mile widziani. Draco dokonuje swoich własnych wyborów, a chociaż jestem od ciebie starszy, nie jestem antyczny. Wiem, że świat ruszył naprzód.
Harry spojrzał na niego z rozchylonymi w proteście ustami.
- Oczywiście wiem, że nie uważasz mnie za staruszka. Inaczej nasze spotkanie u Amelii nie skończyłoby się tak jak się skończyło – dodał całkiem sugestywnie, wiedząc, że powinien nawiązywać jak najczęściej do ich wspólnej nocy.
Potter jej nie żałował. Widział to w oczach chłopaka. Jednocześnie jednak odcinał się od tego wszystkiego, zapewne przez nieporozumienie, do którego Lucjusz sam doprowadził. A przecież nawet teraz Harry nie mówił ani słowa na ten temat, jakby chciał zachować ich wspólną tajemnicę nawet teraz. Jednak jego słowa wywarły odpowiednie wrażenie, sądząc po tym rumieńcu, który pojawił się na policzkach chłopaka.

ooo

Kiedy Draco pojawił się w końcu w kominku, Harry miał ochotę ukręcić mu głowę. Chłopak był jednak spocony i tak zaaferowany, że postanowił odpuścić mu ten jeden raz. Nie miał pojęcia dlaczego Lucjusz poinformował go, że akceptuje dzieci Hermiony. Może oficjalnie uważał go za jej opiekuna i rozmawiali jak mężczyzna z mężczyzną o przyszłości młodych. Nie potrafiło go to jednak bawić, bo nie po raz pierwszy zauważył jak wiele emocji kłębiło się pod tą z pozoru chłodną powłoką.
Halldor ocknął się dokładnie wtedy, gdy Draco pojawił się z powrotem w ich salonie. Musieli się zbierać. Zagraniczni goście Lucjusza nie powinni ich widywać prywatnie razem. Część dworu została specjalnie dostosowana do ich potrzeb i odcięte skrzydło miało własną jadalnię, zapewne czekali jednak na gospodarza.
- Dziękuję za tę gościnę – rzucił Harry, gdy Halldor ściskał dłoń Lucjusza.
- Moje drzwi zawsze stoją dla was otworem – odparł Malfoy i Harry nie był pewien czy te słowa były kierowane do Norwega czy do niego.
A może po prostu do małej dziwnej rodziny, którą tworzyli z Hermioną. Nie wiedział, co odpowiedzieć, więc skinął tylko głową, nie mogąc nie myśleć o tym, że Lucjusz nie chciał mieć więcej dzieci. Oczywiście powinien był się tego spodziewać. Mężczyźni tacy jak Malfoy, gdy czegoś chcieli – po prostu po to sięgali. I mieli z Narcyzą dostatecznie wiele czasu, aby począć kolejnego potomka, ale się nigdy nie zdecydowali. Może faktycznie były to kwestie majątkowe. Draco nie musiał się dzielić pieniędzmi z nikim.

ooo

Posiadłość Amelii była wypełniona po brzegi ludźmi, których nawet nie znał. Najwyraźniej Minister zwołała jedno z tych nudnych spotkań, gdzie pomniejsi urzędnicy zdawali jej relację ze swoich prac. Nigdy nie brał w czymś podobnych udziału, ponieważ to była czysta strata czasu. Najważniejsze departamenty składały sprawozdania przed Wizengamotem, ponieważ potrzebowały funduszy na dalszą działalność.
Amelia wstała na jego powitanie i odesłała swojego sekretarza machnięciem dłoni. Mężczyzna zamknął za sobą drzwi, a jego chód dziwnie przypominał kroki stawiane przez Boota.
- Masz Niewymownego tak blisko siebie? – spytał zaskoczony.
Amelia wzruszyła ramionami.
- Któż w tych czasach nie ma? – odbiła piłeczkę.
Boot kręcący się po jego posiadłości przestał mu się nagle podobać. Chłopak był zabawny, ale trzymanie go na dłuższą metę przy sobie nie wchodziło w grę. Mogli się jednak wymieniać informacjami, o ile Niewymowny miał na tyle oleju w głowie.
- Nie będę udawać, że twoja wizyta mnie nie zaskoczyła – zaczęła Amelia ostrożnie, odkładając okulary na biurko.
Lucjusz spojrzał jej prosto w oczy. Nie było normalnym dla Malfoya, aby wycofywać się z zawartych umów, ale byli przyjaciółmi dostatecznie długo.
- Zastanawia mnie jedna kwestia – podjął ostrożnie bez pytania zajmując jeden z foteli. – Nie dziękuję – odparł, gdy zaproponowała mu kieliszek brandy.
- Szczyt? – spytała wprost.
- Nasze sprawy prywatne – odparł. – Które nie są prywatne. Nie działam z twojego polecenia, ale z ramienia Wizengamotu podczas tych rozmów, ponieważ nie chcieliśmy, aby wyglądało na to, że znowu Minister ma wielką władzę. Zastanawia mnie czy nasze małżeństwo nie utrudni nam paradoksalnie tego, co chcemy osiągnąć – dodał i uważnie badał jej reakcję.
Amelia zmarszczył brwi, przyglądając mu się otwarcie. Nie był jednak otwartą księgą. Jego obiekcje miały podstawy. Już wcześniej zastanawiał się jak oddzielić ich życie zawodowe od prywatnego i nie wydawało mu się to kłopotem. Nie miało być łatwo, ale nikt tego nie obiecywał. Wiedział, że Amelia miała podobne zdanie na ten temat.
- Draco zainteresował się Hermioną. Czyżby rodzinie Malfoy przestał być potrzebny sojusznik? – spytała ciekawie Minister.
- Wiesz, że popieram cię niezależnie od tego czy sfinalizujemy ślub czy nie – westchnął Lucjusz. – I nie chodzi o Draco – dodał.
Amelia pokiwała głową, jakby tego się już domyśliła.
- Nie wiem – powiedziała tylko, wzruszając ramionami. –Wiem, że jak na polityka daję ci fatalną odpowiedź, ale po prostu nie wiem, Lucjuszu. Wiesz, że świat przechodzi dynamiczne przemiany i wiem, że poradzilibyśmy sobie z oskarżeniami o to, że Ministerstwo wpływa na Wizengamot czy odwrotnie. Zdaję sobie sprawę również z tego, że rozmawiam nie tylko z członkiem Rady, ale przyszłym Przewodniczącym – ciągnęła dalej. – Przeszliśmy dostatecznie wiele razem, abym również wiedziała, że próbujesz wzbudzić we mnie wątpliwości, ponieważ sam podjąłeś już decyzję. Wiele ułatwiłoby mi, gdybyś po prostu powiedział co postanowiłeś. Nie dla połączenia naszych majątków. Nie dla wspólnych rządów? Czemu mówisz dokładnie 'nie'?
Lucjusz poczuł jak kąciki jego ust drgają.
- Dobry polityk nie używa słowa 'nie' – przypomniał jej i Amelia również się uśmiechnęła.
- Nie jestem dobrym politykiem, dlatego potrzebuję ciebie – przyznała szczerze. – I chcę twojego wsparcia, ponieważ bez niego i twoich informacji Ministerstwo runie jak domek z kart. Wiesz w jakiej sytuacji zostawił nas Knot i zdajesz sobie chyba sprawę, że czarodziejskie społeczeństwo może nam nie ufać, ale potrzebują nas. I wiesz, że nie możemy pozwolić, aby wszystko poszło na marne.
- Chcesz grać w otwarte karty? – upewnił się.
- Z tobą zawsze. Nie jestem graczem twojego kalibru, ale wypróbuj mnie – rzuciła zaplatając dłonie na piersi.
Lucjusz nie musiał zastanawiać się długo nad odpowiedzią. W zasadzie decyzja została już dawno podjęta, ale jego malfoyowa dusza podpowiadała mu, że odbieranie sobie planu awaryjnego w postaci Amelii nie było dobre. Harry mógł go nigdy nie zechcieć. To było nawet całkiem prawdopodobne. A jednak nie potrafił postąpić inaczej.
- Nie chcę małżeństwa z rozsądku – powiedział krótko.
Amelia nie kryła nawet swojego zaskoczenia.
- Potrafię to uszanować – odparła i rozluźniła się odrobinę. – Rozumiem, że to nie zmienia nic pomiędzy nami, prawda? – upewniła się jeszcze.
- Dalej zamierzam nadwerężać piwniczkę twojego zmarłego męża – przyznał bez żenady.
Kobieta uśmiechnęła się lekko i sądził, że to spotkanie jest zakończone, ale Amelia przyglądała mu się badawczo. Jeśli chciała jednak więcej odpowiedzi – nie zamierzał ich jej podarować od tak.
- Jak sądzisz? Jak przebiegną rozmowy? – spytała w końcu. – Słyszałam pogłoski, że Norwedzy zainteresowali się Harrym.
- Niewymowny cię obserwuje czy to ty wykorzystujesz Niewymownego? – prychnął rozbawiony.
- Nie trudno było zauważyć fascynację Harry'ego tym młodszym z Mistrzów. Odkąd przyznał otwarcie, że jest homoseksualny, martwiłam się o tego chłopaka, Lucjuszu. Czy Norwedzy są problemem? – spytała wprost.
- Nie wiem. Nie jestem pewien. Wczoraj rozmawiałem z jednym z nich. Twierdzą, że chcieli nas tylko poznać. Zaproponują, aby na ich ziemiach utworzono naszą ambasadę. Harry nie zgadza się jednak na wyjazd z Wielkiej Brytanii i chyba musimy podziękować za to Granger – poinformował ją. – Mam wrażenie, że jeszcze o nich usłyszymy, ale na razie martwiłbym się bardziej Francuzami.
- Porozmawiam z ich Ministrem, ale wątpię, aby cokolwiek do niego dotarło – westchnęła.
Lucjusz podniósł się ze swojego fotela, ale Amelia złapała go za nadgarstek zanim dotarł do drzwi.
- Jeżeli cię to uspokoi… Chyba pierwsza wycofałabym się, gdyby to zaszło za daleko – poinformowała go Amelia. – Jest dobrze tak jak jest – dodała.