Rozdział 25
Michelle jak zwykle obudziła się w pustym hamaku. Dzieląc życie na dwa, musiała któreś poświęcić. Wstawała zawsze najpóźniej, podczas gdy reszta była już na nogach. W tym czasie Jake z Neytiri udali się do Hell Gate. Głównie po to, żeby porozmawiać z dawno nie widzianymi przyjaciółmi, jak i po to, żeby w powrotnej drodze zabrać ludzkie ciało Michelle. Poinformowali Titee o ich zamiarach, także o tym żeby rozłączyła się wcześniej niż zwykle. Teraz o polowaniu nie było mowy, gdyż jej myśli krążyły wokół rozpoczęcia nowego życia. Po prostu nie mogła by się skupić na tym. Kiedy Michelle nie polowała, zajmowała się ułatwianiem sobie życia codziennego. Wyrabiała sobie kosze na rzeczy osobiste, pożywienie i wodę. Tworzyła także strzały do łuku, które wymagały staranności, jeśli miały być skuteczne.
Na zewnątrz przystąpiono do oprawiania wielkiego Tytanodera. Zajęła się nim trójka najbardziej doświadczonych w tej dziedzinie ludzi. Nie chciano zmarnować nic, ani ze skóry, ani z mięsa. Wiedząc ile trudu to kosztowało. Wykorzystane zostały nawet kości, które rozstawione wokoło Drzewa Domowego posłużą do straszenia niebezpiecznych zwierząt.
Tymczasem w Hell Gate zjawili się Jake i Neytiri z niespodziewaną wizytą. Wylądowali przed głównym wejściem, nie zastając przy tym nikogo. Weszli więc do środka bazy. Neytiri pierwszy raz znalazła się w wewnątrz kompleksu. Wszystko było szare i smętne, zaś chłodna posadzka pod stopami powodowała niemiłe odczucia. Musiała uważać na głowę, kiedy wędrowała niskimi korytarzami.
Kiedy przechodzili obok pomieszczenia z linkierami, Jake wszedł tam na chwilę. Wtedy ujrzał, że było aktywne jedno z urządzeń. Domyślił się od razu, kto tam był. Nie mógł przerwać połączenia, gdyż mogło to spowodować niespodziewane skutki lub nawet śmierć człowieka.
Doszli do końca korytarza, który wychodził na zewnątrz. Dopiero tam spostrzegli obecność kogoś z załogi.
-Cześć Norm. Co robisz? -powiedział prosto Jake.
-Jake, Neytiri długo nie widzieliśmy się. Widzę też, że niedługo dziecko przyjdzie na świat.
-To prawda. Jeszcze tylko parę miesięcy.
-Chcecie to użyje skanera, żebyście mogli je zobaczyć.
-Nie trzeba żadnego skanera. Zapewniam cię Norm. -powiedział obejmując talie Neytiri.
-Jak chcecie. Słuchaj Jake, pracuje nad przystosowaniem ziemskich roślin do tutejszego środowiska.
-I jaki wynik?
-Powiem, że dziwny. Część roślin rozrasta się kwitnąc, drugie z kolei usychają. Chce uzyskać żywność dla nas ze świeżych roślin.
-Mogę ci życzyć tylko powodzenia, nie jestem naukowcem. Nie mam głowy do takich spraw, sam wiesz. Słuchaj Norm przybyliśmy się z wami zobaczyć, jak też zabrać Michelle. A mówiąc wprost, ona chce przenieść się do drugiego ciała na stałe, jak ja.
-Wiedziałem, że tak się stanie. Często o tym wspominała.
-Jake, Neytiri chodźcie za mną. Porozmawiamy o tym w bardziej odpowiednim miejscu.
Przeszli do kantyny, gdzie w większości toczyły się rozmowy. Było to świetne miejsce z widokiem na lasy Pandory, także słońce zdecydowanie najdłużej tam operowało, co poprawiało nastrój. Mieli okazję porozmawiać zarówno o sytuacji w klanie jak i Hell Gate w którym nie było za wesoło. Zapasy jedzenia nie były nieograniczone. Musieli więc podjąć się hodowli tego co mieli. Wkrótce dołączyła do nich Michelle.
-No i jak tobie minął dzień. -zapytał Jake.
-Praca, praca, praca. -odpowiedziała siadając obok nich.
-Jak wiesz, jesteś jedną z nas i takie życie mamy na co dzień. Sama się na to zdecydowałaś.
-I takie życie mi się podoba. Jest zupełnie odmienne od tego na Ziemi.
-Tu zgadzam się z tobą całkowicie. -Jake jej przytaknął.
Wkrótce dołączył do nich Max, który po przywitaniu się z nimi, od razu przeszedł do sedna sprawy.
-Co planujecie w najbliższym czasie? -zapytał spoglądając na Jake'a.
-Wiesz to zależy od sytuacji, ale jeśli się uda i kiedy nasze dziecko się urodzi i podrośnie. To ja z Neytiri wraz z dzieckiem chcemy skorzystać z zaproszenia od klanu Ikran.
-Aż tam was niesie?
-Ja nawet na Ziemi nie miałem okazji na spokojnie zobaczyć morza, a po bitwie obiecałem, że zjawimy się u nich.
-Jake mam dobrą nowinę. Możliwe, że uda nam się z stąd wyrwać. Mamy tu jednego z mechaników pracującego dawniej przy Samsonach, który zawsze marzył o lataniu. Jego ojciec też latał, tyle że w cywilu i czasami go z sobą zabierał. Na razie doucza się na symulatorze, ale on sam jest dobrej myśli.
-Ty żartujesz. Tak? -zapytał zaskoczony Jake.
-Nie. Jak chcesz to spotkaj się z nim.
Po wielu ciekawych nowinach, postanowili już wracać wraz z dodatkowym pasażerem. Jake postanowił użyczyć jej miejsca na swoim Ikranie. Najpierw połączył się z nim, zaś Michelle chwyciwszy się podanej ręki weszła na Ikrana siadając za Jake'em. Mocno się go złapała, gdyż spadnięcie człowieka z takiej wysokości to pewna śmierć. Silniejszy Na'vi mógł to przeżyć bez uszczerbku na zdrowiu, zaś ona nim nie była. Podróż mijała na podziwianiu widoku lasu z góry. Piękne uczucie beztroski o jakim marzyła, mogło już wkrótce stać się realne. O ile dla Neytiri było to codziennością, o tyle pozostała dwójka ciągle w to nie wierzyła. A wszystko dzięki Ikranowi jako środek transportu, ale nie bezduszna maszyna. Lecz jako żywa istota z którą się łączysz i porozumiewasz myślami. Takiego uczucia nie zapewni żadna, nawet najbardziej wyrafinowana technologia. Dodatkowo Ikran jest wierny, stając w obronie swego jeźdźca, nawet sam przy tym ginąc.
Jake wylądował z Michelle przed wejściem do Drzewa Domowego. Neytiri tradycyjnie na jednym z wysokich konarów. Jake odesłał swoją zmorę i razem z Michelle weszli do środka. Starszych widok człowieka nie zdziwił, ale dzieci natychmiast się nią zainteresowały. Dorosła duchem, ale fizycznie wyglądała jak dziecko Na'vi. Witając się z nimi w ich ojczystym języku wywołała tylko uśmiech na ich twarzach. Zaintrygowały się jej jasnymi długimi włosami i ubraniem. Nosiła na sobie obcisłą białą bluzkę i długie białe spodnie. Bardziej przypominała anioła niż człowieka. Uznała, że to najlepiej pasuje na dzisiejszą uroczystość.
Michelle weszła z dziećmi do środka szukając Titee, lecz tu go nie znalazła. Dopiero jedna z osób powiedziała jej, że jest na zewnątrz, ostrząc nóż o kamień. Gdy się przy nim zjawiła, zwróciła się do niego po imieniu.
-Titee.
Gdy on podniósł wzrok, wzdrygnął się zaskoczony jej widokiem. Nie tak ostatnio ją zapamiętał z wizyty w Hell Gate. Michelle poprosiła dzieci żeby odeszli, mogąc zostać z nim na osobności. Wtedy, gdy byli sami, podeszła do niego i mocno go objęła. Ściągnęła swą maskę całując go tak długo, jak starczyło jej powietrza. Musiała znowu ją założyć i była tym zirytowana. Miała ochotę rzucić się na niego, lecz fizyczne różnice miedzy nimi były zbyt duże.
Słońce powoli zachodziło i zbliżał się wieczór. Neytiri udała się do małego zakrytego czerwoną zasłoną pomieszczenia, gdzie przechowywano rzeczy o szczególnym znaczeniu dla niej, jak i dla Jake'a. Nikt oprócz nich nie miał prawa tam zaglądać, a tym bardziej dotykać. Znajdował się tam . Błękitny Flet, Łuk ceremonialny używany wyłącznie przez wodza i starszyznę klanu, nóż o półokrągłym ostrzu używany do odbierania życia, gdy ktoś złamał w istotny sposób prawo ustanowione przez Olo'eyktana lub dopuścił się zdrady klanu. Była tam także półprzeźroczysta szata zakładana podczas uroczystości związanych z kontaktem z samą Eywo.
Michelle poszła zobaczyć swe przyszłe ciało, tyle że z innej perspektywy. Rozłączyła się w jeden z komnat Drzewa Domowego. Kiedy weszła do środka, był to dla niej z pewnością dziwny widok. Podeszła do "siebie" i nachylając się nad ciałem słyszała jego miarowy spokojny oddech. Oprócz wzrostu, Avatar przejawiał jej łagodne rysy twarzy, miał także krótsze uszy, nie tak szpiczaste jak u innych kobiet Na'vi. Ręką przegarnęła włosy z czoła, na których to miała kilka zwiniętych warkoczyków zakończonych fioletowymi koralikami. Uwielbiała ten kolor. Zaś na jej twarzy Avatara świeciło kilka pigmentów, gdyż pomieszczenie było słabo oświetlone.
Do pomieszczenia wszedł Titee, mówiąc:
-Nie możesz się tam udać w takim stroju.
-Przecież to najlepszy jaki mam. -stwierdziła patrząc na swe ubranie.
-Może i tak, ale pozwól żeby natura cię ubrała.
Wyciągnął pnącze z zielonymi listkami. Popatrzyła na to i zrozumiała co miał na myśli. Odwróciła się do niego tyłem, zdejmując bluzkę i stanik.
Ostatnia rzecz wzbudziła zainteresowanie Titee.
-To jakaś ukryta broń. Coś jak... bola? -zapytał ciekawie.
-Skxawng. To nie jest broń, a zwykła część ubrania. -odpowiedziała rozbawiona jego zaskakującym stwierdzeniem.
-Wy ludzie tyle tego nosicie. Przecież to niewygodne.
-Może i niewygodne. Ale tak jesteśmy wychowani, żeby zakrywać swe ciało.
-Wstydzić się tego co natura dała. Nie rozumiem?
-Titee pamiętasz co mówiłam o naszym różnym pochodzeniu. Właśnie taka jest różnica między naszymi światami, a nawet większa. Na Ziemi nie szanuje się przyrody, innych ludzi, a nawet siebie. Ludzie na ziemi robią okropne rzeczy, byle postawić na swoje i dlatego miałam rozterkę. Nie chciałam się z tobą wiązać, gdyż znam wasze przywiązanie do partnera. I gdybym nagle odeszła, mogłabym ciebie skrzywdzić. Jako, że miałam dużo czasu na przemyślenie wszystkiego, zdecydowałam się jednak związać z tobą. Wiem, że będziesz mnie szanował i dbał o mnie. Ja też ci to obiecuję, a dzisiaj to przypieczętuje.
-Wy ludzie macie skomplikowaną osobowość.
-To prawda. Czasami niepotrzebnie się zadręczamy, nie słuchając tego co mówi serce.
-Ale jedno muszę przyznać. Nawet wy ludzie, jesteście na swój sposób piękni. -powiedział, kiedy zdejmowała pozostałą część ubioru.
Podeszła do niego, a on tymczasem zaczął oplatać jej nagie ciało, zakrywając winoroślą narażone miejsca . Następnie wziął ją na ramiona i udał się ku jej przeznaczeniu. Nie była dla niego w żadnym ciężarem, nie to co jej ciało Avatara, które niesiono na drewnianych noszach.
Cały korowód mieszkańców klanu Omatikaya zmierzał w kierunku Drzewa Dusz. Olo'eyktan w wraz Tsahik przewodniczyli im, zmierzając do miejsca ich kultu oraz wiary. Takie wspólne modlitwy umacniały więzi w klanie, stając się wtedy częścią samej Eywy. Jeszcze większym wydarzeniem dla każdego Na'vi jest uroczyste zgromadzenie wszystkich klanów wokół Drzewa Dusz. Zdarza się to raz na pokolenie. Wspólnie łącząc się z Eywo swym duchem. Umacniając swą wiarę w nią oraz żeby wymienić się między sobą różnymi historiami jakie przeżyli, jak też drobnymi rzeczami jakie przy sobie posiadają.
Kiedy dotarli na miejsce, Drzewo Dusz mocno jaśniało swą błękitną poświatą. Ciało jej Avatara położono na podniesieniu pod drzewem. Michelle niesiona przez Titee zwracała uwagę wszystkich. Mała drobna słaba istota, która już na zawsze miała się stać Na'vi. Jednocześnie ginąca Ziemia stanie się dla niej tylko paskudnym wspomnieniem przeszłości.
Titee położył ją głową naprzeciw jej nowego ciała. Sam odsunął się, zaś Neytiri kazała jej zamknąć oczy i oczyścić umysł. Michelle zaczęła czuć mrowienie na całej skórze. Jej ciało oplotło wiele różowobiałych nici. Chwile po tym osiadło na niej wiele nasion Atokiryna. Wtedy ogarnęło ją dziwne uczucie, jakby unosiła się do góry, widząc przy tym przebłyski światła. Słyszała dziesiątki, coraz bardziej niezrozumianych głosów. Nagle nastąpił jeden mocny błysk światła po którym znalazła się w nieznanym miejscu. Powietrze przed nią drgało i falowało. Widziała Drzewo Dusz otoczone oceanem światła. Miała wrażenie, że ktoś lub coś z niego wychodzi. Dostrzegła, że to kobieta, która szła bardzo pewnym wolnym krokiem w jej stronę. Im była bliżej, tym większy czuła niepokój. Spuściła głowę unikając jej wzroku. Widziała tylko jak powoli zatoczyła wokół niej koło, po czym się przed nią zatrzymała. Czuła jej wzrok na sobie, a po chwili także jej ręce na swych ramionach. Mrowienie rozchodziło się po jej całym ciele. Wtem jedna z dłoni, skierowała się na jej czoło. Gdy ją poczuła, odniosła wrażenie spadania.
Zrobiła jeden głęboki oddech i roztwierając oczy ujrzała wiele rozmazanych kolorów, które po chwili zlały się w spójny obraz. Zobaczyła nad sobą Titee i Neytiri, którzy nie kryli radości.
-Udało się? -zapytała nieco niepewnie Michelle.
-Tak. Spójrz. -odpowiedział Titee z uśmiechem na ustach.
Uniosła swe dłonie i były niebieskie. Następnie podniosła głowę i patrząc na siebie, była już tego pewna. Z pomocą Titee wstała i podeszła do swego dawnego ciała. Słyszała jak oddychało i nieco się wahając, ściągnęła z niego maskę. Oddech zmienił się na nierównomierny, żeby po kilku chwilach ustał. Był to z pewnością już koniec tamtego dawnego życia. Wzięła je na ręce, po czym udała się z nim do jednego z drzew rosnącego koło Drzewa Dusz, żeby tam je złożyć. Była tam sama, prosząc żeby nikt jej nie przeszkadzał. To było bardzo osobiste przeżycie.
Ujęła jedno z nasion Atokiryna i składając je na swym dawnym ciele odmówiła modlitwę:
-Dusza stając się częścią nowego ciała. Zwraca tobie Eywo, to czym kiedyś byłam.
Wkrótce zjawił się przy niej Titee, objął ją i razem odeszli. Wracali jako ostatni. Była tak zmęczona dzisiejszymi wydarzeniami, że po przybyciu do Drzewa Domowego, od razu udała się na spoczynek. Zasnęła mając nadzieje, że nie był to tylko kolejny sen.
