Rozdział dwudziesty: Niczym Chiron
Harry nie był w stanie wyrazić, jak wielką ulgę poczuł, kiedy Acies wreszcie pojawiła się w klasie obrony. Był pewien, że te mieszane klasy McGonagall były dobrym pomysłem. Był w stanie skoncentrować się na ich abstrakcyjnym pojęciu, no i, oczywiście, zawsze było wokół niego kilku innych Ślizgonów, co było pocieszające. Wyglądało na to, że McGonagall zorganizowała wszystko tak, że Harry zawsze uczęszczał na zajęcia w towarzystwie przynajmniej dwóch rówieśników ze swojego domu.
Jednak dla niego osobiście, większość lekcji była po prostu mieszaniną agresywnych emocji. Zawsze byli jacyś ludzie, którzy patrzyli na niego ze współczuciem. Zawsze pojawiało się przynajmniej kilku takich, którzy przychodzili do niego z pytaniem, dlaczego oskarżył Dumbledore'a o znęcanie, czemu nie można było tego załatwić po cichu, a ich liczba zdawała się rosnąć z każdym dniem. Byli tacy, którzy burczeli, mamrotali i kwestionowali to, dlaczego Harry zdawał się być takim istotnym czynnikiem przy powrocie Mrocznego Pana, a Harry był niemal w stanie zobaczyć, jak ich emocje przenoszą się na innych ludzi niczym choroba. Był gotów dojść do wniosku, że to wina jakiegoś zaklęcia, ale nie znał żadnego, które mogłoby spowodować takie reakcje.
Większość swoich emocji po prostu uznał za przewrażliwienie, przez które wydawało mu się, że każde mamrotanie koniecznie musiało mieć z nim jakiś związek, więc zrobił wszystko, co było w jego mocy, żeby się uspokoić i odprężyć. Wiedział jednak, że na obronie będzie mu wyjątkowo ciężko, a to była dopiero pierwsza z ich lekcji tego przedmiotu. W sali siedziała z nimi Margaret z Ravenclawu, jak i Milicenta i Pansy, ale nie Draco. Margaret obecnie dzieliła się z innymi swoimi podejrzeniami wobec niego, tłumacząc im, że Harry miał zamiar nauczać mrocznych sztuk podczas spotkań w klubie pojedynków, a Pansy była chłodną, sztywną obecnością, siedzącą tuż obok niego.
Harry poczuł, że się odpręża, kiedy Acies weszła do sali. Wciąż miała na sobie blade, podobne do sukni szaty takie, jak te, które nosiła pierwszego dnia szkoły, ale tym razem Harry zauważył, ze jej rękawy miały na sobie zielony gradient, rozpoczynający się u mankietów od koloru Slytherinu. Zmarszczył brwi, zastanawiając się, ile osób zauważy subtelną symbolikę, zarówno odcieni i tego, jak te dwa kolory współpracowały ze sobą. Razem były symbolem końca zimy i nadejścia wiosny.
Mniejsza z tym, że to zła pora roku na noszenie ich, pomyślał Harry i podniósł wzrok, żeby spojrzeć na twarz Acies. Przez krótki moment jej spojrzenie napotkało jego – nie dość długo, żeby blask ich dzikiej mocy naparł na niego nieprzyjemnie. Zamiast tego Acies odwróciła się i przeszła na środek pokoju. Większość uczniów była cicha i tylko się jej przyglądała. Harry wiedział, że byli zainteresowani profesor Merryweather. Doniesienia od ludzi, którzy już mieli z nią pierwsze zajęcia, były dziwnie zmieszane. Niektórzy ją lubili, inni byli nią przerażeni.
– Chcę, żebyście mi powiedzieli – oznajmiła nagle Acies, przerywając ciszę głosem, w którym dało się słyszeć niski syk – co wiecie o naturze poświęcenia.
Harry powiedział sobie, że większość głów nie obróciła się w jego kierunku. To po prostu znowu było jego przewrażliwienie.
Pansy złapała go za ramię. Harry nachylił się ku niej.
– Chcę, żebyś powiedział jej, że dobrze znam poświęcenie – szepnęła mu do ucha. – To rdzeń sztuki nekromantów. Bez poddania naszej zdolności do mowy, naszych imion i naszych powiązań ze światem zewnętrznym, nie bylibyśmy w stanie zyskać przywileju i zaszczytu rozmowy ze zmarłymi. – Zamilkła i uśmiechnęła się do niego krzywo. – Tylko upewnij się, że ona będzie wiedziała, że ta odpowiedź pochodzi ode mnie.
Harry kiwnął głową, po czym odwrócił się w kierunku Acies i podniósł rękę. Jeszcze więcej uczniów zagapiło się na niego. Harry zignorował ich i skupił się na nie patrzeniu Acies prosto w twarz, kiedy ta wezwała go do odpowiedzi, a potem na przekazaniu jej dokładnie słów Pansy.
– Trzy punkty dla Slytherinu – powiedziała Acies i Harry przypomniał sobie, że to była kolejna sprawa, o której już słyszeli, że zawsze dawała punkty w trójkach. – Zapytaj pannę Parkinson, czy wie, czemu poświęcanie tych konkretnych zdolności jest takie potężne, panie Potter.
Pansy miała odpowiedź w chwili, w której Harry odwrócił się do niej.
– Ponieważ to nie jest coś, co zwykli ludzie są w stanie zrobić, a nekromanci nie mogą być zwykłymi ludźmi.
Acies jednak pokręciła głową, kiedy Harry powtórzył jej tę odpowiedź.
– Nie. Każde poświęcenie by wystarczyło. Tych konkretnych po prostu wymaga od was sztuka, której się uczycie i wymagała ich już od tak wielu lat, że teraz stały się tradycją. Najważniejszą jednak naturą tych poświęceń, jednym sposobem, w jaki możemy odróżnić je od tego, co Mroczny Pan zrobił odcinając panu Potterowi dłoń, jest to, że chcecie je poświęcić. Poświęcenie z własnej woli jest zawsze potężniejsze.
Harry oblał się rumieńcem, kiedy znowu więcej osób obejrzało się na niego, ale trzymał głowę wysoko. Przecież sam postanowił, że nie będzie dłużej nosić iluzji.
W dodatku to, o czym mówiła Acies, miało sens i było antyczną teorią magii. Szkoda, że tak wielu ludzi, w tym Margaret z Ravenclawu, pośpiesznie notowała, jakby to była dla nich jakaś nowa wiedza.
– Poświęcenie życia – powiedziała Acies, krążąc przed klasą i cicho szeleszcząc szatami za każdym razem, kiedy musiała zawrócić – kończyna odcięta z własnej woli, przywilej poddany bez narzekania, wszystko to tworzy kształt i rdzeń poświęceń, którym ufa większość czarodziejów. Bez tego kształtu i rdzenia, poświęcenie jest zwykle postrzegane jako zła, a w najlepszym przypadku, wątpliwa magia. Co można osiągnąć z krwią, ciałem i innymi rzeczami nie poddanymi z własnej woli? Naprawdę wiele, ale nie tak wiele jak można by zyskać, gdyby poddano je z własnej woli. Wola czarodzieja dodaje potęgi zaklęciu, eliksirowi, czy rytuałowi, przeprowadzonemu z chętnym poświęceniem. – Jej oczy zatrzymały się przez chwilę na twarzy Harry'ego. – Ten, dla którego poświęcenie zostało przeprowadzone, sam staje się bardziej potężny, gotów do działania. Być może nawet zdolny do przetrwania dowolnej burzy, która mogłaby nastąpić po tym poświęceniu.
Serce niespokojnie biło Harry'emu w piersi. Mimo, że żył z poświęceniem całe swoje życie, nie zdawał sobie sprawy z tego konkretnego aspektu, więc nie zastanawiał się nad nim więcej, niż zwykle myślał o robieniu różdżek, mimo, że nosił jedną cały czas ze sobą. Zastanowił się, w nagłym, bolesnym skojarzeniu, czy to, że Syriusz i Sylarana z własnej woli poświęcili za niego swoje życia, mogło być powodem, dla którego udało mu się po ich śmierci walczyć i pokonać Voldemorta.
– Chcę, żebyście wszyscy – powiedziała Acies – pomyśleli o czymś, co musieliście poświęcić i czy zrobiliście to z własnej woli, czy nie. Zróbcie listę. – Wyciągnęła pergamin, Harry nie zauważył, skąd właściwie go wzięła, możliwe, że z jednego ze swoich szerokich rękawów, po czym uderzyła nim w sam środek ławki, przed którą stała. – Powiedzcie mi o nich teraz.
Większość ludzi zaczęła szukać swoich piór, między innymi Harry. Przytrzymał papier kikutem lewej ręki i zaczął pisać. Niektóre z nich, jak jego dłoń i strata czasu, żeby pomóc innym ludziom, były proste.
Nad innymi musiał się zastanowić. Czy to wszystko, co zrobił dla Connora naprawdę było poświęceniem ? Czasami miał takie wrażenie, ale czasami też wydawało mu się, że nie mogło nim być, ponieważ został oszukany i tak naprawdę nie był w stanie podjąć decyzji w sprawie tego, czy chce poddać wszystko, żeby pomóc swojemu bratu. Ale to by chyba znaczyło, że było to poświęcenie nie z własnej woli. Przygryzł wargę i dopisał punkt do listy.
– Przeczytajcie mi swoje listy na głos – powiedziała Acies po jakichś pięciu minutach, po czym wskazała palcem kogoś z tyłu klasy. – Ty.
Harry obrócił się i z lekkim rozbawieniem zauważył, że Acies wezwała Margaret. Ta zalała się rumieńcem i zaczęła czytać cicho i niewyraźnie, ale Acies jej przerwała.
– Wstań i przeczytaj głośno i wyraźnie – powiedziała. – Nie pozwolę wam się z tym kryć po kątach, jakbyście się czegoś wstydzili. Te zajęcia nie jest miejscem dla kogoś, kto wstydzi się tego, kim jest. Każdy z was coś poświęcił, czy to z własnej woli czy nie. Będziemy o tym potem rozmawiać w duchu protestu i dumy.
Ludzie coraz częściej zaczynali spoglądać na profesor Merryweather z ukosa. Harry zaczynał pojmować, czemu wszyscy uczniowie, od szóstorocznych po pierwszorocznych, mieli wobec niej takie mieszane uczucia. Niektórzy ją podziwiali. Niektórzy uważali, że nie mogła tak naprawdę tego po nich oczekiwać i czekali na koniec żartu, tylko po to, żeby się zorientować, że ten nie nastąpi.
Margaret odkaszlnęła i wstała. Zaczęła czytać przeciętną listę, wymieniając czas rodziców, poświęcony młodszemu rodzeństwu, zabawki zniszczone albo zgubione, przywileje odebrane, kiedy się dąsała. Harry próbował jej słuchać, ale większość jego uwagi była skupiona na Acies, stojącej z rękami założonymi za plecami, niczym żołnierz.
Wtedy Margaret przeczytała na głos:
– I dzień nauki i lekcji, stracony na moim drugim roku, ponieważ Potter odbił rzuconą przeze mnie klątwę, posyłając mnie przez to do skrzydła szpitalnego. – Opuściła swoją listę i skrzywiła się w kierunku Harry'ego.
Harry obejrzał się na nią. Nie wiedział co powiedzieć. Ostatnio coraz częściej mu się to zdarzało. Nie wiedział często, co może powiedzieć Snape'owi czy Draconowi, a kiedy patrzył, jak twarz McGonagall robi się coraz bardziej ponura podczas śniadania, a Fawkes każdego dnia krzyczał na niego za jego głupie wejście do umysłu Voldemorta, to czuł się coraz bardziej zagubiony.
– Panie Potter?
Harry zamrugał i zerknął na Acies.
– Tak, profesor Merryweather? – Był rad, że ćwiczył jej nazwisko, bo teraz był tak rozkojarzony, że mógłby nazwać ją przez przypadek profesor Lestrange. Świetliste czarownice zwykle nie wyglądały tak rozkazująco.
– To, co powiedziała panna Parsons – powiedziała Acies nieustępliwie. – Czy to prawda? Naprawdę straciła przez pana dzień nauki, bo musiała go spędzić w skrzydle szpitalnym?
– Tak. – Harry był rad, że udało mu się odpowiedzieć solidnym, a nie chwiejnym tonem. To był obiektywny fakt, wielu ludzi o tym słyszało, chociaż mamrotanie, które rozległo się wokół niego świadczyło, że ten temat naprawdę nie mógł zostać podniesiony w gorszym – czy też bardziej adekwatnym – momencie. Czekał, nie odrywając wzroku od Acies, nawet po to, żeby napotkać gniewne spojrzenie Margaret.
Przez chwilę zobaczył mgnienie smoka. Potem Acies spojrzała z powrotem na Margaret.
– A czemu pan to zrobił, panie Potter?
To będzie nieco cięższe do wytłumaczenia. Harry jednak wiedział, że jeśli teraz skłamie, albo powie cokolwiek mniej okrutnego niż prawda, to nikt mu nie uwierzy. Nie minął jeszcze nawet tydzień, ale już naprawdę miał dość unoszenia się pośród strzępów swoich emocji i zastanawiania się, co powinien powiedzieć. Wszyscy – Draco, Snape, Remus, Argutus, Pansy, Regulus – doradzali mu coś innego, mówili mu, że "przepraszam" nie wystarczy, ale i tak chcieli je usłyszeć, albo pragnęli od niego czegoś, czego nie wiedział nawet jak dać. W tym ostatnim Snape wiódł prym. Harry krył się ze swoimi słabościami przed wszystkimi, bo za każdym razem, kiedy próbował prosić o pomoc, otrzymywał sprzeczne odpowiedzi.
– Byłem wtedy opętany – powiedział cicho. – Tego roku kilku uczniów zostało sparaliżowanych i umieszczonych w skrzydle szpitalnym. Przez pierwszą połowę roku nosiłem w swoim umyśle odpowiedzialnego za to wszystko Toma Riddle'a. To on odbił klątwę. Nie wiem, jak to zrobił.
Klasa zabrzęczała śpiewnie. Harry usiadł i przyglądał się oczom Acies.
– Kłamca – powiedziała głośno Margaret, wzbudzając w Harrym nieco złości. Przecież powiedział prawdę. Co innego spodziewała się od niego usłyszeć? Że nienawidził jej osobiście na tyle, żeby ją przekląć i sprawić jej ból? – Nie potrzebujesz żadnego opętania w swojej głowie, żeby zrobić coś takiego – ciągnęła. – Nosisz w sobie dość zła, żeby zrobić to samemu.
Harry zastanawiał się, czy nie powinien na to odpowiedzieć– zarówno Milicenta jak i Pansy patrzyły na niego, jakby powinien – ale Acies zareagowała pierwsza, szybko obracając głowę, żeby spojrzeć na Margaret.
– Mnie nie okłamiesz – powiedziała. – Żadne z was nie jest w stanie mnie okłamać. Moje oczy widzą prawdę. Moje imię oznacza przenikliwość, bystrość umysłu. Wiem, że nie wierzy panna w to, co przed chwilą powiedziała, panno Parsons. Widzę, jak to kłamstwo leży w umyśle panny, niczym przerażony robak, kulący się za panny oczami. Jakiś czas po tym wypadku usłyszała panna plotki o opętaniu i uwierzyła panna w nie. O ile pan Potter powinien uszanować panny poświęcenie i zdawać sobie sprawę z tego, co musieli poświęcać otaczający go ludzie, panna powinna uszanować jego poświęcenie i dowiedzieć się czegoś na temat zła, które musiał znosić wtedy w swojej głowie. Poświęcanie się nie uwalnia panny od uświadomienia sobie, że ludzie wokół panny też bez przerwy się poświęcają.
Acies wyciągnęła rękę ponad głowę, a jej palce zaczęły poruszać się dziwnie, jakby trzymały coś, uwięzionego na wierzchu jej dłoni. Chwilę potem Harry zobaczył opierzony łepek wychylający się spomiędzy jej palców, a potem nagle siedział tam zielony ptaszek, którego pióra, gdyby przyjrzeć im się uważnie, przypominały łuski. Krawędzie jego skrzydeł były błękitne, co można było zauważyć lepiej, kiedy nagle rozłożył je i wrzasnął na zaskoczonych uczniów, a jego oczy lśniły czerwienią i szaleństwem w sposób, w jaki tylko ptaki potrafiły być szalone. Poderwał się do lotu i wzleciał pod sufit, nie odciągając jednak niczyjej uwagi od słów Acies, a wręcz ściągając ją na nią z powrotem.
– Stworzyłam tego ptaka z mojej magii. Gdyby ktoś z was go teraz zniszczył, to zrujnowalibyście moje poświęcenie i okazalibyście mu brak szacunku.
Opuściła dłoń i rozejrzała się po klasie.
– Bardzo łatwo nam o tym zapomnieć. Kiedy poruszamy się przez świat, zajęci tym, co już daliśmy i co mamy zamiar jeszcze poddać, zapominamy, że inni również wykonali poświęcenia podobne do naszych, czasem większe, czasem poddane chętniej. Porównujemy się do nich i zawsze uważamy, że jesteśmy lepsi od innych, jako ci, którzy poddali najwięcej i zasługujący na największy szacunek. Albo pomniejszamy nasze zasługi, mówiąc, że inni poddali więcej i wyobrażamy sobie, że wciąż czeka nas jakaś nagroda za skromność. Kiedyś im pokażemy. Pewnego dnia ludzie, dla których coś poświęciliśmy, spojrzą na nas ze łzami i miłością w oczach. Idea, że nasza nagroda leży gdzieś w przyszłości sprawia, że zbyt wiele drogocennych darów okazuje się znacznie mniej wartościowych niż powinno być.
Zamilkła na moment, po czym dodała mocniejszym tonem:
– Musicie zawsze pamiętać, że poświęcenie jest wszędzie wokół was, przeplecione z każdą duszą i rozdzierające niektóre z nich, oraz skończyć z porównywaniem waszych poświęceń. Tego właśnie będę was uczyć w tym roku.
Zielony ptak sfrunął spod sufitu i zaczął krążyć wokół głowy Acies. Ta podniosła swoje ramiona. Przez chwilę, tylko chwilę, Harry odniósł wrażenie, że mija go cień potężnych skrzydeł, nawet jeśli nie był w stanie go zobaczyć. Widział sposób, w jaki Acies przygląda się ptakowi i wiedział, jak wygląda inne jej poświęcenie, nawet jeśli nigdy wcześniej mu o nim nie wspomniała.
Acies była po części smokiem, a jej dobrowolna akceptacja tego faktu oznaczała, że poddała coś, co czyniło z niej człowieka.
Harry zamknął oczy. Podziw, emocja, której nie czuł od naprawdę długiego czasu, tętnił mu w uszach niczym bęben. Został uniesiony i wyciągnięty z samego siebie, z dala od oszałamiającego, rozpraszającego ataku emocji, a naprawdę bardzo tego potrzebował. Przez chwilę wydawało mu się, że był w stanie zobaczyć blask wszystkich darów i poświęceń, jakie ludzie poczynili wokół niego, i był zachwycony.
– W czwartek – powiedziała Acies – zacznę was uczyć o znaczeniu etyki poświęcenia i jak łatwo je skrzywić i zrobić z niego coś złego, oraz to, jak wiele mroczne sztuki mogą odebrać tym, którzy zbyt wiele dla nich poświęcili. Koniec zajęć.
Harry pokręcił głową i wstał powoli, wciąż czując się, jakby śnił na jawie. Mimo to w ogóle się nie zdziwił kiedy Milicenta, którą w zeszłym roku poprosił, żeby została jego reprezentantką pośród centaurów, pochyliła się do niego.
– Potter – szepnęła – jeden z centaurów skontaktował się ze mną dzisiaj rano. Chce spotkać się z tobą w Zakazanym Lesie dzisiaj o zachodzie słońca. Nazywa się Firenzo.
– Znam go – powiedział Harry i poczuł, jak serce zaczyna mu szybciej bić, zmuszając, pośpieszając. Nie wiedział, czego mogą od niego chcieć centaury, ale już dawno nie czuł się z nimi tak związany jak w tej chwili – i to nie przez złą, narzuconą przez czarodziejów sieć, ale przez ich wspólny interes, o którym kiedyś wspomniał wieszczce Verze. Ten podziw, że inni ludzie istnieją na tym świecie i byli tym, czym byli, bił mu w gardle niczym drugi puls.
Wychodząc z klasy zerknął na Acies. Zielony ptak siedział w jej dłoniach. Przyglądała mu się. Pachniała dymem i ogniem, a jeden z jej rękawów był lekko osmalony.
Harry uśmiechnął się lekko. Podejrzewał, że po tej lekcji pojawi się jeszcze więcej sprzecznych opinii.
Harry szedł spokojnie skrajem lasu z Draconem u swojego boku. Powiedział mu, co zamierza zrobić o zachodzie słońca i zapytał, czy Draco nie chciałby się wybrać razem z nim. Draco momentalnie się na to zgodził, jednocześnie ochrzaniając Harry'ego, że ten znowu próbuje pakować się w jakieś niebezpieczeństwo.
Jego słowa spłynęły po Harrym w sposób, jaki nie byłby możliwy jeszcze kilka godzin wcześniej. Przypominał sobie wszystko, co Draco musiał poświęcić i niebezpieczeństwo, na jakie go naraził, wchodząc w zeszłym tygodniu do umysłu Voldemorta, a jego uczucie wobec niego rosło, potężne i jasne, niczym promienie słońca, odbijające się od fal. To był najlepszy powód do nie podejmowania więcej takiego ryzyka. Nie dlatego, że ktoś mógłby się na niego rozzłościć za to, że zrobił coś głupiego, ale ponieważ wiedział, że to naznaczy inne osoby i wystawi je na niebezpieczeństwo w sposób, w jaki Harry nigdy nie chciałby ich widzieć naznaczonych i zagrożonych. W dodatku to był Draco, a Harry chciał, żeby on ze wszystkich ludzi miał najwięcej wolności i możliwości wyboru, więc wiedział też, z cichą siłą, która imponowała nawet jemu samemu, że tego rodzaju ryzyko już nigdy więcej nie zostanie podjęte.
Spokojne uderzenia kopyt sprawiły, że Harry podniósł głowę, odrywając wzrok od ścieżki pełnej suchych, kruchych liści, które chrzęściły mu pod stopami. Centaur Firenzo stał przed nimi, machając lekko ogonem. Był izabelowatej maści i miał błękitne oczy, które wbijały się w Harry'ego i przeszywały go nawet z tej odległości. Harry spojrzał mu w oczy, czując, jak wzbiera w nim podziw i osobliwe tętno wyczekiwania, bijące mu w tandemie z sercem.
– Harry Potterze – powiedział Firenzo. – Gwiazdy dziś jasno świecą, a my znaleźliśmy sposób na uniesienie naszej sieci.
Harry podejrzewał, że coś takiego mogło nastąpić, skoro Firenzo kłopotał się wezwaniem do siebie Milicenty. Nie wspomniał o wątpliwościach podobnych do tych, o których poinformował go Scrimgeour, twierdząc że centaury wrócą do gwałcenia ludzi, gdy tylko będą wolne. To było zbyt święte. Kiwnął tylko głową.
– Pokaż mi – powiedział.
Firenzo stanął dęba, mocno uderzając o ziemię opadającymi kopytami, po czym zawrócił i pokłusował do lasu. Harry ruszył za nim, czując jak Draco kładzie mu dłoń na krzyżu, w ten sam sposób jak on sam, kiedy w zeszłym tygodniu odprowadzał go do lochów. Uśmiechnął się lekko i przycisnął się delikatnie do jego dłoni, ale patrzył ciągle przed siebie, na machający przed nimi jasny ogon Firenzo.
Odwrócili się od znanych Harry'emu części lasu – polany, na której kiedyś pojedynkował się z Voldemortem, zakola, gdzie widział jak Quirrell pije krew jednorożca, wzgórza, na którym stały głazy przypominające szubienicę. Szli przez długi czas, na tyle długo, że ciemność opadła wokół nich i Harry rozjaśnił koniec swojej różdżki zaklęciem Lumos. Draco ciągle coś mamrotał pod nosem, ale na tyle cicho, że Harry zorientował się, jak bardzo ten musi się bać.
Nie odwrócił się jednak, żeby go pocieszyć. Draco nie chciałby, żeby ktoś zauważył jego strach.
W pewnym momencie ich ścieżka opadła gwałtownie i Harry zorientował się, że wchodzili do kotliny, znajdującej się głęboko poniżej poziomu reszty lasu. Draco potknął się. Harry sięgnął za siebie, łapiąc go za ramię i przytrzymując w pionie, rozglądając się przy tym wokół i starając ustalić rozmiary miejsca, w którym się znaleźli.
Ściany zagłębienia były wyłożone głazami, tak szczelnie do siebie przylegającymi, że korzenie zanikały kompletnie w połowie drogi do dna kotliny. Im bardziej Harry się im przyglądał, tym bardziej mu się wydawało że te kamienie, mimo że wyglądały naturalnie, zostały przycięte i specjalnie poukładane. Lśniły mocno, a od czasu do czasu coś zdawało się przesłaniać ich blask, jakby coś czworonożnego przebiegło przed nimi i zniknęło szybko. Harry odniósł też wrażenie, że ścieżka prowadząca w dół tej sztucznie stworzonej doliny też zdawała się być przeznaczona dla kogoś o czterech, a nie dwóch nogach. Draco wyciągnął różdżkę, ale na szczęście nigdzie nią nie celował.
Firenzo czekał na nich na końcu ścieżki. Jego kopyta były przesłonięte gęstą, ciemną trawą, od której Harry mógł poczuć zapach lata. Zatrzymał się i spojrzał na Firenzo z pytaniem w oczach.
– To miejsce zostało nam podarowane – powiedział Firenzo, którego głos zdawał odbijać się echem od kamieni. – Mieliśmy już tu pozostać. Tu zawsze jest lato, podobnie jak czarodziejskie dźwięki i widoki, które miały upewnić się, że pozostaniemy tu uwięzieni. – Stanął dęba, ale nie wyglądał przy tym jak koń – czy raczej, jak się Harry'emu wydawało, to wyglądał raczej jak rumak bojowy, wytrenowany do gryzienia i tratowania, równie niebezpieczny jak jego jeździec. – Nie pozostaliśmy tu, ale to miejsce wciąż nas do siebie nawołuje. Zakończymy to dzisiaj. – Ruszył statecznie w kierunku środka doliny.
Harry był w stanie wyczuć uroki, które czepiały się ich, kiedy ruszyli za centaurem. Mignięcia nieopisanego piękna pojawiały się i ocierały mu o twarz – morza, wyniosłe i samotne pustynie, wzgórza lśniące od deszczu. Draco zwolnił kroku raz czy drugi, ale Harry za każdym razem pociągał go delikatnie za sobą. Draco za każdym razem mamrotał, że wcale nie dał się oszukać i że już idzie, już, niech tylko Harry da mu minutkę.
Coś czekało na nich po środku doliny. Harry przyglądał się temu w miarę, jak się zbliżali, ale dopiero, kiedy znalazł się mniej więcej w odległości stopy czy dwóch, zorientował się, na co tak naprawdę patrzy.
Kasztanowy centaur, którego Harry słabo kojarzył, klęczał między dwoma ustawionymi pionowo głazami. Jego przednie nogi były złożone pod jego piersią, a liny trzymały ręce w górze, przywiązując go do głazów. Harry przypomniał sobie stryczek, którym centaury uwięziły Dracona podczas ich pierwszego roku i podejrzewał, że te liny były prawdopodobnie zrobione z tego samego materiału. Kamienie u szczytu były połączone ze sobą metalowym drągiem, z którego ciągnęło się jeszcze więcej lin, owijających się wokół tylnych nóg centaura, rozłożonych za nim.
Centaur podniósł głowę. Harry z wysiłkiem starał się przywołać imię, które należało do tych ciemnych włosów i oczu w kolorze jeżyn.
– Coran – wydusił wreszcie z siebie.
– Ten sam – powiedział Coran. – Przybyłeś, vatesie, w świetle gwiazd przed oblicze głazów.
Gdy tylko skończył mówić, kamienie zaczęły emanować rodzajem magii, jakiej Harry jeszcze nigdy wcześniej nie czuł. Harry zadrżał. To nie do końca była muzyka, a dźgające szpice muzyki, które wbijały się jednocześnie oczami i uszami, sprawiając, że aż dzwoniło mu w zębach, wysokie i nieprzyjemne, niczym...
Niczym uderzenia podków o metal.
Harry obrócił głowę, kiedy z boku zaczęły dobiegać podobne dźwięki odpowiadając muzyce magii. Centaury wychodziły spomiędzy drzew, każdy z nich miał na szyi zawieszony stalowy bębenek. Ich paski były tak długie, że instrumenty wisiały praktycznie na poziomie podków, więc przy każdym kroku, każdym opuszczeniu którejś z przednich nóg, ta uderzała w bębenek. Magia karmiła się tymi dźwiękami, a Harry zaczął oddychać płycej w miarę, jak potęga rosła wokół niego oszałamiająco.
– Co tu się do cholery dzieje? – szepnął Draco.
– Niszczenie naszej sieci – powiedział Firenzo, słysząc go i odpowiadając mu. Wskazał gestem na spętanego i bezsilnego Corana. – Przyjrzeliśmy się naszej sieci. Znana jest nam też moc dobrowolnego poświęcenia. Chcemy zmienić naszą naturę. Kiedy nie będziemy już zagrożeniem dla innych, to będziemy mogli być wolni i nikogo nie skrzywdzimy. – Obrócił na moment głowę, a jego błękitne oczy pochwyciły wzrok Harry'ego. –Vates nie będzie już musiał obawiać się wyzwalania, bo nie będzie już musiał się bać, że kogoś zgwałcimy.
– Obawiam się uwalniania was w sposób, który wygląda jak poddanie się czarodziejom, którzy was spętali – powiedział cicho Harry. – Jeśli zmienicie to, kim jesteście, to czy nie będzie to oznaczało ich wygranej?
– Zostaliśmy spętani dawno, dawno temu – odparł na to Firenzo, podczas gdy pozostałe centaury zatrzymały się i bolesne bębnienie ustało, nawet jeśli nie położyło to kresu przeszywającej, czepliwej magii, która ich otaczała. – Nie jesteśmy już w stanie przypomnieć sobie dokładnie, jacy byliśmy zanim nas spętano. Wyłącznie wolność pozostała w naszych wspomnieniach, jako marzenie, którego spełnienia nie mogliśmy się doczekać, a które zostało nam zesłane z gwiazd. Zmieniliśmy się, Harry Potterze, vatesie. Wiemy, czym jesteśmy teraz i że nie chcemy gwałcić. Wiemy jednak, że to właśnie zrobimy, jeśli nas uwolnisz. Tak długo, jak istnieje taka możliwość, tak długo będziesz się obawiał zdjęcia z nas sieci.
Harry musiał przytaknąć. To była prawda. Nie wystawi innych na niebezpieczeństwo i utratę ich wolności tylko po to, żeby uwolnić centaury spod ich sieci, bo wiedział, że wszystko co by potem nastąpiło, byłoby z jego winy.
– Dlatego podjęliśmy decyzję – powiedział Firenzo. – Wiele legend na przestrzeni stuleci wspomina o potędze składania ofiary. Istnieje jednak taka, która mówi o niej więcej. Historia ta opowiada o centaurze, który żył bardzo dawno temu. Na imię miał Chiron i był wyjątkowo samotny pośród centaurów w Grecji, bo był mądry i dobry, podczas gdy inni byli pijakami i gwałcicielami. – Harry zerknął szybko na twarz Firenzo, ale ta była bez wyrazu, a jego głos w dalszym ciągu pozostał spokojny. – Był również nieśmiertelny i nauczał wielu bohaterów. Jednakże Herakles zranił go dotkliwie, a ponieważ nie był w stanie umrzeć, cierpiał bez końca z powodu swojej rany. Ostatecznie poświęcił swoją nieśmiertelność i odzyskał spokój, ale wykorzystał swoje poświęcenie, by uwolnić Prometeusza z jego pęt i katuszy, by upewnić się, że ktoś inny będzie mógł żyć bez cierpienia.
Firenzo uderzył mocno kopytem o ziemię.
– Tak przynajmniej głosi legenda. Inne wspominają, że Chiron mógł mieć inne motywy, a niektóre nawet o tym, że jego nieśmiertelność podążyła za nim poza śmierć. My jednak nie jesteśmy nieśmiertelni, postanawiamy tylko posłużyć się tą legendą jako naszą inspiracją... Jesteśmy centaurami, chcemy być wolni i postanowiliśmy zmienić się niczym Chiron. Każdy z nas zgodził się na to z własnej woli. – Znowu obrócił głowę, a Harry jeszcze nigdy nie widział, żeby jego oczy lśniły aż tak wielką energią i mocą. – Ta zgoda jest częścią poświęcenia, którą poddajemy, żeby zmienić się w coś nowego. Druga część to dobrowolne poświęcenie życia i dłoń, skłonna do odebrania tego życia. – Przyglądał się Harry'emu bez mrugania.
Harry przełknął ślinę.
– Chcecie, żebym zabił Corana– powiedział, nie robiąc z tego pytania.
– Nie możesz tego zrobić – powiedział gniewnie Draco zza jego ramienia. – Nie możecie go do tego zmusić.
– Nie – powiedział Firenzo. – Nikt nie może zmusić vatesa do czegokolwiek, inaczej byłby czymś mniej niż vatesem. Możemy jednak poprosić.
Harry przyjrzał się twarzy centaura, zdając sobie sprawę z wściekłego dyszenia Dracona za swoimi plecami, jak i ze swoich własnych emocji, które były w tym momencie bulgoczącą mieszanką. Zastanawiał się, jak długo centaurom zajęło zdecydowanie się na coś takiego, w jaki sposób Coranowi udało pogodzić się z własną śmiercią. Nie miał jednak żadnych wątpliwości, że powiedzieli mu prawdę. Gdyby choć jeden się zawahał, magia by osłabła. Coś takiego musiało dokonać się z własnej woli. Acies miała pod tym względem rację. Poświęcenia wykonane z własnej woli potęgowały siłę zaklęcia. Jasne, ktoś mógłby okaleczyć Corana i zostawić, żeby ten się wykrwawił wbrew własnej woli i na tej podstawie przeprowadzić transformację, ale wówczas efekty byłyby znacznie słabsze.
A teraz czekali na jego zgodę.
Harry spojrzał na Corana. Nie znał go za dobrze. Nienawidził zabijania. Nie znosił nawet myślenia o tym, że będzie musiał zabijać w czasie wojny, dlatego właśnie zawsze starał się walczyć z każdym poza Voldemortem, z siłą która nie byłaby dla tej osoby śmiertelna. Być może, gdyby nigdy wcześniej nie zabił, to teraz byłoby to dla niego niewykonalne.
Nie miał jednak już żadnej niewinności do stracenia. Wiedział też jak wygląda morderstwo. Morderstwo przyglądało mu się wytrzeszczonymi oczami, podczas gdy srebrne odłamki podrzynały mu gardło, a potem rozwiewało się ponad jeziorem w obłoku prochów.
To nie było morderstwo. To było zadanie, o którego wykonanie został poproszony.
W głowie przebrzmiały mu słowa Acies o szanowaniu poświęcenia. Harry przytaknął.
– Powiedzcie mi, co muszę zrobić – powiedział, spoglądając znowu na Firenzo.
Draco złapał go za ramię i obrócił nim w miejscu.
– Harry – szepnął. – Nie możesz. To cię zniszczy. – Jego twarz była blada i spięta. – Powinienem cię po prostu oszołomić i zaciągnąć z powrotem do Hogwartu.
– Draco, gdybyś to zrobił, to nie opuściłbyś tego miejsca żywy – powiedział Harry, wiedząc dobrze, że mówi prawdę. Centaury były gotowe powiesić Dracona na pierwszym roku tylko po to, żeby przeprowadzić na Harrym test. Nie zabiłyby go z zawiści, ale sprowadziłyby śmierć na każdego, kto wtrąciłby się w ten rytuał, bo był on dla nich czymś zbyt świętym, by go przerywać. – W dodatku sam chcę to zrobić.
–Dlaczego, Harry, na litość Merlina?
Harry poczuł, że się uśmiecha. To musiał być dziwny uśmiech, sądząc po tym, jak Draco się na niego zagapił. Nie obchodziło go to.
– Ponieważ ich szanuję – powiedział. – Oddaję im cześć i mogę się tylko domyślać, jak wielki zaszczyt mi zaoferowali dlatego, że jestem jedynym czarodziejem, któremu są w stanie zaufać na tyle, żeby go poprosić o pomoc. – Złagodził ton swojego głosu, kiedy zobaczył intensywny niepokój w oczach Dracona. Po raz pierwszy od tygodnia pozostałości po tamtej kłótni kompletnie się między nimi zatarły i Harry wiedział, że Draco po prostu szczerze się o niego martwi. To było wspaniałe uczucie, nawet jeśli podejrzane. – Obiecuję ci, Draco, nic mi nie będzie. Nie zrobiłbym tego, gdyby wydawało mi się, że może mnie to zniszczyć.
– Masz tendencje do przeceniania tego, co jesteś w stanie udźwignąć, Harry. – Dłoń Dracona po raz kolejny spoczęła na jego ramieniu. – Proszę, nie rób tego.
Harry podniósł brwi.
– To prawda, Draco, ale w tym przypadku oni też coś poświęcają, a ich ofiara zależy od tego, co ja zdecyduję się poświęcić. Nie zawiodę ich.
Draco zacisnął dłoń na swojej różdżce, a Harry zobaczył jak pragnienie przerwania tego wszystkiego przemyka mu po twarzy. Potem obejrzał się na centaury, zamknął oczy i skrzywił lekko.
– Obiecaj mi, że wycofasz się jak tylko poczujesz, że twoja wola słabnie – szepnął.
– I tak będę musiał – powiedział Harry, stając na palcach, żeby pocałować go w czoło. – Nie miałbym innego wyjścia. Inaczej zmarnowałbym tylko życie Corana i ich oddanie sprawie.
Draco przytaknął, ale odwrócił głowę, kiedy Harry ruszył w kierunku kamieni, jakby nie był w stanie patrzeć. Harry to rozumiał. Przyklęknął przed Coranem, twarzą do niego, zgodnie z cichymi instrukcjami Firenzo.
Coran spojrzał na niego. Nie był do końca spokojny, białko jego oczu zdradzało go niczym nerwowego konia, ale na twarzy miał wyraz zaciętej determinacji. Harry nie był w stanie powstrzymać bezsilnego podziwu.
– Oto ostrze.
Firenzo podał Harry'emu nóż. Harry poruszył nim przez pasmo światła księżyca, po czym zamrugał, kiedy ten wyglądał jakby zniknął. Pojawił się ponownie, kiedy Harry przytrzymał go przed Coranem, cienka, błękitno–srebrna krawędź. Zrobiony ze światła, pomyślał. Czy ostrze wykonane ze światła jest w stanie kogokolwiek skrzywdzić?
Potem jednak przypomniał sobie, że promienie słońca, jeśli je skupić przed pryzmat, potrafią coś spalić. Kiwnął głową. Jest w stanie, jeśli będzie wystarczająco intensywne.
– Najpierw musisz odciąć pasmo jego włosów – powiedział Firenzo. – Obcinanie włosów to zwyczaj pogrzebowy. Świadczy o pożegnaniu z przeszłością i tym, kim byliśmy. Obcięte twoją ręką, zabrane z jego głowy, symbolizujące nasze postanowienie; ten gest zwiąże w sobie wszystkie trzy poświęcenia podjęte dzisiaj. – Ostatnie słowa wymówił śpiewnym tonem, a kiedy ucichł, kopyta znowu zaczęły uderzać o metalowe bębenki.
Harry kiwnął głową, po czym sięgnął w górę, przyciskając kikut lewej dłoni do czoła Corana, żeby ściąć najbliższy mu, ciemny kosmyk. Nóż przemknął przez włosy zanim jeszcze Harry zorientował się, co się dzieje, więc musiał szybko obrócić dłoń, żeby złapać lekkie pasmo.
A przynajmniej powinno być lekkie. Harry westchnął, zaskoczony. Kosmyk był ciężki niczym kamień, obciążał mu dłoń, przyciągając ją w kierunku środka świata. Przyklęknął znowu, czując jak powietrze wokół niego gęstnieje, a magia tańczy naokoło niczym wiatr w czasie burzy. Jedyne wrażenie, jakie mu się z tym kojarzyło, to nadchodzące spełnienie przepowiedni.
– Włosy zostały obcięte – zaintonował Firenzo. – Muszą zostać włożone do ust ofiary.
Harry wstał. Coran miał już otwarte usta. Harry delikatnie włożył mu kosmyk między zęby, a Coran zacisnął na nich wargi.
– Robimy to ku pamięci Chirona – zaśpiewał Firenzo. – Tak jak był lekarzem za życia i wielokrotnie miał do czynienia z krwią, tak i krwawił, nim był w stanie umrzeć. Pobierz krew ofierze, nacinając mu jego prawe ramię, jako że wierzymy, iż tam właśnie został raniony Chiron.
Harry nabrał głęboko tchu, po czym odwrócił się i przejechał nożem po ramieniu Corana. Skrzywił się na widok krwi, ale zmusił się do zerknięcia na Firenzo, który podszedł bliżej i teraz stał tuż obok niego. Wzrok Firenzo był odległy, zimny i tak pozbawiony emocji jak gwiazdy na niebie, spoglądające na nich teraz z góry.
– Zanurz rękę we krwi – powiedział Harry'emu – i naznacz jego gardło.
Harry posłuchał go, wyginając dziwnie palce, żeby przypadkiem nie upuścić przy tym noża. Krew była dziwna w dotyku, cieplejsza na jego dłoni niż powinna być. Zobaczył, że Coran przygląda mu się, kiedy rozsmarowywał ją we wskazanym miejscu, więc spojrzał mu w oczy, zastanawiając się, jakie życie mógł wieść ten młody centaur. Czemu podjął taką decyzję? Może przez wzgląd na miłość do swoich ludzi? Pragnienie wolności? A może dlatego, że nic innego mu nie pozostało?
Harry wiedział, że nigdy się tego nie dowie i to zwielokrotniło jego podziw i żal, przez co te emocje zmieszały się ze sobą nawzajem i zaczęły się sobą karmić, wzmagając jego determinację, żeby wykonać swoją rolę jak należy.
Magia zamknęła się, przetaczając przez nich, kiedy Harry skończył naznaczanie. Teraz Harry był w stanie zobaczyć tylko siebie, Corana, Firenzo i układ kamieni, który pętał Corana.
– Robimy to ku pamięci Chirona – powtórzył Firenzo. – A teraz włosy zostały włożone do ust ofiary i krew naznaczyła gardło ofiary. Coran, którego imię przypomina Chirona, poddał swoje życie. My poddaliśmy naszą wolę. – Nacisk magii był tak przytłaczający, że Harry niemal nie był w stanie oddychać. – A vates dał nam swoją zgodę.
– Tak – powiedział Harry, niepewny, czy powinien się odzywać, ale słowo zostało niemal z niego wyrwane siłą.
– W takim razie poderżnij gardło ofiary – szepnął Firenzo. – Podążaj ścieżką krwi.
Harry zadrżał, po czym wstał i wyprostował się. Nawet kiedy Coran klęczał, niełatwo było sięgnąć do jego gardła. Harry żałował, że nie jest wyższy, po czym poczuł osobliwe rozbawienie tą myślą. To naprawdę musiał być jak do tej pory najdziwniejszy powód, przez który chciał urosnąć.
Pozwolił swojemu oddechowi uciec z płuc, a potem wrócić do nich z powrotem. Słuchał, jak Coran oddycha. Przypomniał sobie słowa Acies. Kiedy poruszamy się przez świat, zajęci tym, co już daliśmy i co mamy zamiar jeszcze poddać, zapominamy, że inni również wykonali poświęcenia podobne do naszych, czasem większe, czasem poddane chętniej.
Coran poświęcał się z własnej woli. Harry musiał temu zaufać, zmusić się do myślenia, że Coran nie ma żadnego powodu, żeby próbować oszukać Harry'ego pod tym względem, tak samo jak centaury, które powiedziały mu, że się na to zgadzają.
Napływ podziwu sprawił, że Harry musiał zamknąć mocno oczy. Skoro one były gotowe poświęcić tak wiele, czy on w ogóle śmiał wycofać się teraz bez wykonania swojej roli, twierdząc, że na pewno znajdzie jakieś inne wyjście? Czasami musiał rozpoznać własne ograniczenia, musiał ustąpić przed osądem innych.
Sięgnął w górę, a Coran odchylił głowę do tyłu, pokazując ścieżkę krwi, lśniącą dziwnie w intensywnym, ograniczonym świetle, które tu było z nimi zamknięte. Na szczęście naznaczenie objęło aortę.
Harry nabrał głęboko tchu, czując się, jakby nabierał go za nich obu, po czym przejechał ostrzem wzdłuż ścieżki.
Krew buchnęła z rany.
Życie zamigotało przez moment w jeżynowych oczach Corana, ale ich intensywność nie zniknęła do samego końca. Wtedy głowa opadła mu do przodu, zamykając przecięte gardło.
Opadła na nich cisza.
Harry odkrył, że jest kompletnie sam. Ciemność była nad nim i pod nim, a chmury naciskały mu na uszy, pierś i serce. Nóż wyślizgnął mu się z palców; nie wiedział, co się z nim potem stało. Kiedy odchylił głowę do tyłu zobaczył lśniące nad sobą gwiazdy, tworzące obraz centaura, który trzyma coś w ramionach.
Centaur, pomyślał z dystansem. Gwiazdozbiór, którym Chiron stał się po śmierci.
Harry krzyknął, kiedy poczuł, jak magia mija go, niczym fala przebijająca się przez tamę. Część jej pochodziła od niego, tak mu się zdawało, napędzana jego wolą, inna część była z ciała Corana, które teraz wisiało bezwładnie na linach, a jeszcze inna miała swoje źródło w zgromadzonych wokół nich centaurach. Wszystko to zbiło się z trzaskiem, przeskakując i przecinając się nawzajem niczym wezbrane fale, po czym odwróciło się i wbiło w centaury.
Harry czuł emocję, która przyśpieszała działanie magii: surowa i niczym nie ograniczona radość. Wciągnął oddech, który był pośpieszny i niedbały, zarówno dlatego, że i tak nie byłby w stanie wystarczająco odetchnąć powietrzem tak bardzo nasyconym radością, które jednak wciąż nie zmieniało się w wiatr, co pozwoliłoby mu wyładować jakoś dodatkową energię, jak i dlatego, że magia w dalszym ciągu używała jego mocy. Zobowiązał się do tego, oddał się temu, tak samo jak Coran, tak samo jak centaury.
Złożone po trzykroć, oddane po trzykroć, tego strumienia wolnej woli nikt nie byłby w stanie w tym momencie powstrzymać.
Harry poczuł chwilę, w której centaury uległy zmianie, kiedy magia dokonała transformacji, której się poświęcili, odbierając im brutalność, która nakłaniała ich do gwałtów, i stworzyła ich mądrymi i łagodnymi. To był gwałtowny przeskok, wyrywający ich ze starego świata i rzucający nimi w nowy. To były narodziny. To było przebudzenie, jak wznoszenie się feniksa na jego zrodzonych z ognia skrzydłach. Centaury zakrzyknęły, a ich głosy uległy zmianie, kiedy to zrobiły.
Potęga po raz kolejny przeszyła Harry'ego, wyciągając z niego jeszcze więcej magii, niczym krwi. Po raz pierwszy miał wrażenie, że jego magia pracuje niezależnie od niego próbując uwolnić centaury spod ich sieci. Obiecał i miał zamiar dotrzymać obietnicy, a tu naprawdę nie zostało wiele do zrobienia. Centaury obiecały i miały zamiar dotrzymać obietnicy, a on sam przed chwilą widział jak się zmieniły. Teraz magia zalśniła, śledząc i naznaczając kosmyki sieci białym płomieniem, a potem zatapiając się w nich i wypalając je z zewnątrz i jednocześnie przeszywając na wskroś i zmuszając do implozji od środka. Harry czuł, jak surowa radość odrzuca od siebie kosmyki sieci jako coś brzydkiego, niepotrzebnego i niezdolnego do przeciwstawienia się mocy, która przed nimi stała.
A potem wszystko nagle się skończyło. Harry przez chwilę czuł się, jakby opadał w przestrzeni, a potem wylądował. Odkrył, że klęczy na trawie, dysząc ciężko, z powrotem w swoim ludzkim ciele, a światło zniknęło. Przełknął ślinę, żeby powstrzymać się od płaczu, spowodowanego tą stratą.
Podniósł głowę i odkrył, że kotlina uległa zmianie. Jej ściany były teraz zrobione z korzeni i ziemi, dzięki czemu wyglądały znacznie lepiej. Trawa była brązowa i pokryta martwymi liśćmi, tak jak powinno być z nadejściem jesieni.
Ciało Corana wisiało na kamieniach, lśniąc, a ostatnie iskry radości znikały w nim. Wyglądał, ni mniej, ni więcej, tylko po prostu na martwego.
Uderzenia kopyt Firenzo zwróciły uwagę Harry'ego z powrotem na niego. Centaur uśmiechał się do niego, prawdziwym uśmiechem, a Harry jeszcze nigdy nie widział u niego takiego wyrazu twarzy. Podniósł Harry'ego delikatnie z ziemi, po czym posadził go sobie na grzbiecie.
– Teraz należymy bardziej do tego świata – powiedział – bardziej do ziemi, niż do gwiazd, choć te zawsze będą do nas przemawiać. Chodź, vatesie. Zabierzemy cię do domu. – Harry rozejrzał się, szukając Dracona i zobaczył, że inny centaur klęka obok niego, żeby zaprosić go na swój grzbiet. Kiwnął głową, złapał Firenzo za grzywę i zamknął oczy.
Podziw wciąż nim wstrząsał, będąc kontynuacją tej pokory, która wyrwała go z niego samego podczas lekcji obrony, ale głębsza, ciemniejsza, bardziej promieniująca i święta. Harry poczuł, jak bardzo żywe są otaczające ich centaury i zaczął się zastanawiać, o czym mogą myśleć. Czy tęsknią za tym, kim kiedyś były? Czy zaczną, kiedy już szok i urok nowości przygaśnie?
To strasznie miłe ze strony Firenzo i jego towarzysza, że pozwolili Harry'emu i Draconowi wsiąść na swoje grzbiety, szlachetny dar, symbol dumy i szacunku. Harry poczuł, jak część jego podziwu zmienia się we wdzięczność.
O czym myślał Draco? Harry odkrył, że już nie może się doczekać, żeby się dowiedzieć. Zapyta go o to, gdy tylko znajdą się z powrotem w Hogwarcie i zaoferuje pocieszenie, jeśli będzie ono potrzebne. Może powinien też zrobić tak z innymi ludźmi, może będą mieli jakieś pytania? Czy Milicenta wciąż chce być jego łączniczką z centaurami? Może już jej nie potrzebują. Co Pansy o tym wszystkim pomyśli? Czy McGonagall ulży na myśl, że już nie będzie musiała się martwić o to, że centaury zaatakują ludzi, którzy weszli za głęboko w las?
O czym myślał Snape?
Harry zamrugał, oblizał usta i otworzył oczy. Zbliżali się już do krawędzi lasu.
Nie czuł się jak ktoś, kto właśnie zabił, kogo rodzice czekają na rozprawę, oskarżeni o znęcanie się nad dziećmi, kto czuł się zdradzony przez swojego opiekuna jeszcze zaledwie tego ranka. Czuł uniesienie i spokój; czuł się podniesiony na wysokości i owinięty w przytulną ciemność.
Znowu przypomniano mu o świecie, który istniał poza nim, którym powinien się szczerze i intensywnie zainteresować, w którym jeden błąd nie oznaczał końca wszystkiego.
Z żadnej ze stron. Niczyj błąd nie oznacza końca wszystkiego. Możemy zadawać sobie głębokie rany, ale rany się zabliźniają.
Harry kiwnął głową, co było niewielkim, zdecydowanym ruchem głowy, którą wtulił w kark Firenzo, po czym zamknął oczy. Postanowienie, jakie właśnie podjął, miało gdzieś w tle zmartwienie, oczywiście, ale również swoją własną, surową, głęboką radość.
Jutro porozmawiam ze Snape'em. Czas najwyższy, żebym uszanował jego poświęcenie.
