Jesteście szczęściarzami, gdyż udało mi się przełożyć jeszcze kawałek przed wyjazdem. A teraz już naprawdę długa przerwa - i mam nadzieję, że po powrocie znajdę kilka nowych komentarzy.

Epizod 25

LONDYN, WIELKA BRYTANIA

Staram się nie myśleć o maszynowni. I o tym, jak piękny był Sherlock, kiedy rozmawiał o gwiazdach z podstarzałym kapitanem „Jonasza" – zarumieniony, z rozczochranymi wiatrem włosami, młody i świeży, całkiem jak chłopiec…
Śniło mi się, że jesteś syreną. Że jesteśmy sami pośrodku bezludnego oceanu… Żeglowałem ku tobie pod pełnymi żaglami, choć wiedziałem, że skusisz mnie i porzucisz, że jesteś obietnicą nieuchronnej zguby… Dlaczego to mi się przyśniło? To… To podobne do muzyki.

Zaciskam powieki i próbuję sobie przypomnieć. Muzyka…

Płyń do mnie,

Płyń do mnie,

Pozwól mi się objąć…
Tak. To to. „Pieśń do syreny".Stara ballada. Mama często ją śpiewała mojej siostrze. Harriet bardzo lubiła tę piosenkę.

Zapisuję wspomnienie w rubryce „ja". A także: Lewiatan, „Jonasz", trzecia zasada Newtona i konstrukcja szkunera. Moja osobista wiedza… Z tym będę się długo borykał… Rozmowa o starożytnych sposobach nawigacji – „Richard". Zajmował się astronomią. Biała chusteczka, którą się wycieraliśmy - „Richard". Cała reszta – „Sherlock". Pot na skórze, zapach, smak… Jego ciepło… Wargi, które pieściły moje ciało… Głośny jęk i palce, zaciśnięte na moich ramionach…
Na próżno się temu opierać. Odchylam głowę do tyłu i zamykam oczy. W głowie wciąż jeszcze mi się kręci od przepicia. Czuję, jak serce zaczyna bić szybciej. Jak rwie się oddech. Nie myśleć o rzeczywistości… Przypomnieć sobie, jakie gorące były jego wargi na moim członku… Nie mogę. Ciało żąda. Ciało prosi. Zrób coś… Pragnę cię, Sherlock. Chcę cię kochać. Wiem, że istniejesz. Obejmowałem cię… Tak… Tak, tak, dobrze… Zawsze byłeś chciwy i szybki… tak dobrze, Sherlock… to… o Boże… Sherlock! Sher…

Do diabła! Diabli by was wszystkich wzięli! Druga w nocy. Komu ja jestem potrzebny? Dzwoni Gregory? Nie. Nieznany numer.

- Halo?

- John? John Watson?
Kobiecy głos. Płakała.

- Kto mówi?

- Molly… Doktor Molly Hooper. Pamięta mnie pan?
Tak. Pamiętam. Jeszcze jedno przypomnienie o kłamliwej rzeczywistości. Powinienem posłać tę Molly do diabła.

Nie, nie powinienem.

- Tak, doktor Hooper. Pamiętam panią.
- John, ja… Proszę nie odkładać telefonu. Chcę…
- …przeprosić?

Pomóc mi wykraść urządzenie?

- Nie. To znaczy, tak. To znaczy…

Panna Hooper milknie i oddycha głośno. Walczę z chęcią, żeby kazać jej iść w cholerę i rzucić komórkę. W końcu Molly odzywa się ponownie:

- To ważne. Nie mogę teraz rozmawiać. Ale to… bardzo ważne. Wczoraj widziałam pana z doktorem Stamfordem przy Barts. Pan był… Powinnam… Możliwe, że w czymś mogę panu pomóc. Jutro, jedenasta rano, kawiarnia „Criterion" w pana dzielnicy. Proszę być tam jutro.
Wyłącza się bez pożegnania.
Co to znaczy? Jak i w czym może mi pomóc? Nie rozumiem… Wciąż jeszcze jestem podniecony, ale teraz moje myśli koncentrują się na czymś innym. To nieważne. Jeśli jest szansa na spotkanie z Sherlockiem, wszystko to nie jest ważne. Zapinam spodnie. Chowam notes. Czuję ciarki na skórze. Jeśli znów cię zobaczę…
Resztę nocy miotam się w pościeli. Walczą we mnie przerażenie i euforia. Panika i triumf… Nad ranem na krótko zasypiam. Śpi mi się maszynownia „Jonasza". Topią się pompy z rozgrzanym olejem. Kotły z wrzącą wodą gotowe są eksplodować. Wał śrubowy wiruje z szaleńczą prędkością. Ogłuszający łomot. Puszczone w ruch mechanizmy wyrwały się spod kontroli. Jestem na łodzi sam. Rzuca nią na wszystkie strony. Jestem świadomy, że niesie mnie na skały – ale nie wiem, co robić. Jak zatrzymać szkuner? Nie mogę wyłączyć głównego silnika. Tylko Sherlock mógłby mnie uratować. Stoję pośrodku przedziału i obserwuję szaleńczą pracę stalowej konstrukcji, wiodącej mnie ku zgubie. Tylko Sherlock może mi pomóc. Gdzie on jest…?
Obudziłem się od potężnego uderzenia i własnego krzyku „Sherlock!". „Jonasz" się rozbił…

…Znów leje deszcz. A ja znów zapomniałem parasola. Pojawiam się w „Criterionie" na pół godziny przed panną Hooper. Nie musiałem się aż tak śpieszyć. Zamawiam kawę. Kawa nie jest prawdziwa. Prawdziwy zawsze jest tylko Sherlock.
„Criterion" to tania knajpka. O tej porze prawie pusta… Co mi powie Molly Hooper? Wszystko to wygląda nierealnie. Po nocnym koszmarze nie mogę się pozbyć uczucia trwogi. Noga znów mnie rozbolała i musiałem przyjąć lekarstwo. Teraz się czuję tak, jakbym ugrzązł w lepkiej, ciągliwej mgle pośrodku Morza Celtyckiego. Podłoga pode mną kołysze się, niczym kadłub rozbitego „Jonasza".
A oto panna Hooper. Ogarnij się, John. Po prostu ogarnij się i trzymaj, John, do kurwy nędzy!
Molly zauważa mnie, podchodzi, siada. Kładzie na krześle obok jakiś spory podłużny przedmiot, owinięty folią. Pozdrawiamy się jak całkowicie obcy ludzie. Zresztą jesteśmy dla siebie całkiem obcy. Molly nie wie, jak zacząć rozmowę. Ma zaczerwienione oczy. Płakała.
- A więc, doktor Hooper…?

Nie zamierzam być wobec niej cierpliwy.

- Zwolnili mnie, John.

Ach tak. Wszystko mi jedno. Milczę.
- Zwolnili mnie przedwczoraj… i rozpoczęli wewnętrzne dochodzenie. Nie wolno mi z panem się spotykać, to wbrew przepisom. Ale ja… czuję się winna…

Podnosi i podaje mi ponad stołem przyniesioną rzecz.

- Co to jest?

- Przed tym, jak Richard… Przed tym, jak Richard zginął… - Doktor Hooper nagle przerywa. Jej twarz krzywi się w grymasie okropnego bólu, oczy wypełniają łzami. Przez chwilę wydaje mi się, że Molly rozszlocha się albo ucieknie, ale ona zaciska swoje małe piąstki i opanowuje się. Jest silna. Tak, teraz to widzę: jest niewiarygodnie silna. - Przed tym, nim Richard zginął, zniszczył wszystko, co tylko mógł. Wszystkie swoje zapiski, pliki… Nawet w Barts. Grozili mu. Wiedział, do czego to wszystko zmierza… Nie chciał dopuścić, żeby ktoś dobrał się do jego myśli, żeby ktoś użył jego idei, przeznaczonych do opracowania w przyszłości. Ale to, co pan trzyma w rękach… nie był w stanie zniszczyć. To zbyt intymne. Zbyt cenne. Przekazał je mnie. A teraz… niech będą u pana. Myślę, że tak będzie najlepiej.

- Co to jest?

- Skrzypce. Jego skrzypce.

Patrzę na to, co trzymam w rękach. Jego skrzypce.
- Dziękuję, Molly.

Troskliwie kładę przedmiot obok siebie i nakrywam dłonią. Będę ich strzec. Przyjdę do domu, rozwinę folię, otworzę futerał… Jego skrzypce.

Doktor Hooper mówi coś jeszcze. Nie mogę uchwycić sensu słów. Serce wali mi zbyt szybko. Dlaczego…
- Dlaczego Richard przekazał je pani, doktor Hooper?

Molly jest zmieszana. Odpowiada wymijająco:

- Herr Reichenbach podobał się wszystkim w Barts… Ja nie byłam wyjątkiem.

- Innymi słowy, pani go kochała.

Jestem bezwzględny. Zabrała mi Sherlocka. Nie ocaliła Richarda.
- Tak. Byłam jego asystentką. Wiem, jak działa REST, nawet lepiej, niż doktor Stamford. Tak, John. – Molly podnosi głowę i patrzy na mnie wyzywająco. – Richard mnie ignorował, ale kiedy nadszedł czas, przyniósł mi skrzypce. I powiedział: „Ratuj niewinnych ludzi, Molly. Wszystkich, których zdołasz wybawić od służby u Mycrofta Holmesa". Tak też zrobiłam.
- To znaczy…?

- Wzmocniłam sygnał. Wybawiłam pana i Gregory'ego Lestrade'a.

Mike mówił o jakimś spięciu podczas pracy REST –a. To znaczy…
- Ty i Gregory… Spodobaliście mi się. Nie jesteście z tych, którzy zgodzą się na to, co zamierza zrobić sir Mycroft. Nie powinniście w tym uczestniczyć. Nie mogliście dokonać właściwego wyboru podczas próby. Tak. Zwiększyłam siłę impulsu, żebyście z Gregiem nie dowiedzieli się jak to jest: zabijać tych, których kochacie.
Zmusiłaś mnie, żebym stracił głowę dla Sherlocka, a potem mi go odebrałaś. Wiedźma.
Chwytam ją za cienki nadgarstek, mocno ściskam, wkręcam boleśnie.

- A kogo ty zabiłaś, Molly? Kto był twoim szablonem?
- Sherlock. To jego zabiłam.
Rozwieram palce. Sherlock był drogi komuś jeszcze. Ktoś go kochał, ratował albo zabijał raz po raz…

To nie to, co myślisz… Ich nie było aż tak wiele… To nie jest wieczne, John. Tak już bywało… Kiedyś znikniesz. Znów zostanę sam. Pusto tutaj, kiedy jestem sam…
Mój Sherlock.
- Obserwowałam, jak go zabijają, raz za razem. Patrzyłam na to ciągle od nowa. Poprzez ciebie… tym razem go uratowałam. Ale to prawie cię zniszczyło, John. Zbyt silny impuls… Ty już się nie odwiążesz. To moja wina. Pomogę ci. Słuchaj.
Molly zaczyna mówić. Wydaje się, że mówi całą wieczność. Opowiada, jak został stworzony szablon. Cały algorytm jego zapisu. W końcu pojmuję, dlaczego tu jestem. Doktor Hooper podaje mi złożoną we czworo karteczkę. Na niej napisano imię, nazwisko i adres.
- Zapamiętaj, John.
Zapamiętuję i zwracam Molly kartkę. Dziwne imię. Uboga dzielnica. Siedzę nieruchomo, próbując uświadomić sobie, co to wszystko znaczy. Co to będzie znaczyć dla mnie…
Panna Hooper wstaje i patrzy na mnie smutno.

- Niech pan nie ma wielkich nadziei. On nie jest taki, jak pan myśli. Zupełnie nie taki… Ale… Powodzenia. Bardzo mi przykro, John. Przepraszam.

Molly, bez pożegnania, kieruje się do drzwi. Nagle przychodzi mi do głowy, że…
- Molly! Panno Hooper!

Odwraca się.

- Proszę się skontaktować z Gregiem. On panią lubi.
- Obawiam się, że teraz już nie. Żegnam.

Zostaję sam. Co dalej? Pójdę tam jeszcze dzisiaj, teraz… Nie. Skrzypce. Muszę do domu…

…Powinienem mu się spodobać. Po prostu muszę. Powtarzam w myśli adres. Dziesiątki, setki razy. Starannie się myję. Wkładam najlepszy garnitur. Wiążę krawat windsorskim węzłem. Wciąż jeszcze kuleję, ale myśl o tym, żeby nabyć laskę, wydaje mi się szyderstwem. Nie. Powinienem być w formie. Powinienem…
Dobrze, że wziąłem ze sobą pistolet. Barnet to dzielnica slumsów na północnych peryferiach Londynu. Zbiorowisko nędzarzy, „kolorowych", głównie Arabów i uchodźców z Europy, którzy nie mogą sobie pozwolić na mieszkanie gdzieś indziej poza Barnet. Stosy śmieci na ulicach, dymiące blaszane beczki, barykady z różnych gratów i połamanych mebli, bandy na ulicach. Zapomniany przez Boga i policję, śmiertelnie niebezpieczny Barnet…
Długo błądzę, szukając tamtego adresu. Nie ma sensu pytać miejscowych – złowrogo gapią się na białego mężczyznę w przemoczonym drogim garniturze.

W końcu znajduję to, czego szukałem. Dom, przypominający długi, zasmolony barak. Wchodzę po krętych schodach. Staję naprzeciwko obdrapanych drzwi.

Oto ona. Chwila prawdy.
Zmierzcha się. Kropi deszcz. Co jest za tymi drzwiami? Trzeba opanować drżenie rąk i nóg.

Dalej, John. Decyduj się.

Stukam.

- Idź do diabła!
Napieram na drzwi, walę w nie pięściami, jak opętany. Otwieraj! Natychmiast otwieraj!
Molly mnie nie okłamała.

Głos. Głos. Żeby usłyszeć go znowu, byłem gotów oddać pół życia.

Za drzwiami jest Sherlock.