Rozdział 25.
Przetrwanie.
Dowódca Wraith stanął przed metalową wnęką w ścianie, przyglądając się jej.
To miejsce miało się stać jego ratunkiem… albo grobem, pomyślał z ironią.
Tak, to było możliwe, przyznał. Jeśli tu wejdzie, istnieje ryzyko, że ludzie już go więcej nie uwolnią… Chyba, że będzie im znów do czegoś potrzebny.
I tylko ta możliwość dawała mu nadzieję, że któregoś dnia opuści to miejsce. To miasto.
Wszedł do wnęki, ustawiając się przodem zebranych. Stali tam wszyscy, nawet Przewodnicząca Rady Hydra z wnuczką, patrząc na niego niczym na skazańca. I zapewne tym właśnie był dla nich: skazańcem, , pomyślał z nuta ironii i uśmiechnął się lekko kącikiem ust.
"Nie martw się, wnuku Guide… Twój czas jeszcze nie minął" - odezwał się niespodziewanie w jego umyśle głos Mi'na'ri.
Spojrzał na nią zaskoczony, a ona uśmiechnęła się łagodnie.
"W krótce znów się spotkamy" - dodała i skinęła głową w jego stronę.
Wciąż zupełnie zdezorientowany faktem skąd zna linię, z której się wywodzi, Wraith odpowiedział po chwili tym samym gestem.
Sheppard spojrzał na nich oboje podejrzliwym wzrokiem, lecz nie spytał o nic.
- Miłych snów - zażartował.
- Do zobaczenia… w krótce - odparł tajemniczo Starburst.
Tym razem to na twarzy pułkownika pojawiło się zaskoczenie. Znów jednak przemilczał tą kwestię, uznając iż jest to typowa dla tego Wraith riposta na jego słowa. Potem uruchomił urządzenie.
Niemal przeźroczysta poświata zaczęła szybko przesuwać się od tyłu ku przodowi wnęki i w ciągu kilku sekund pochłonęła go zupełnie.
Zebrane w sali osoby patrzyła na niego, wciąż dumnego Dowódcę, spoglądającego na nich z tym dziwnym błyskiem w oku. Jakby znów wiedział więcej niż oni, pomyślał pułkownik… a potem spojrzał na Mi'na'ri, marszcząc nieco brwi.
- Powiedziałaś mu coś, prawda? - spytał. - Telepatycznie.
- Zapewniłam go tylko, że niebawem opuści to miejsce - odparła spokojnie.
- Skąd możesz to wiedzieć? - zdziwił się.
Samica uśmiechnęła się łagodnie.
- Są rzeczy na tym świecie, które nie śniły się nawet filozofom… pułkowniku Sheppard - powiedziała tajemniczo i ruszyła spokojnie w kierunku wyjścia wraz z A'he'ye.
Zebrani spoglądali za nimi, zupełnie zdezorientowani.
- To był cytat z Shekspira? - spytała w końcu Sam?
- Tak… Z "Hamleta" - przytaknął Woolsey.
- Myślałem, że oni nie sondują umysłów - zauważył John.
- Tak nam powiedzieli - odparł Daniel. - I może to zabrzmi teraz dziwnie… ale wierzę im, że tak jest.
- Więc skąd zna te słowa? - wytknął McKay.
Archeolog spojrzał na niego.
- Sporo rozmawiałem z najstarszymi z nich… i muszę przyznać, że wiedzą o wielu rzeczach związanych z Ziemią, które mnie zaskoczyły.
- Ale skąd?
- Nie wiem… Może rzeczywiście Pradawni wciąż kontaktują się z nimi… i przygotowali ich na spotkanie z nami… To byłoby jedyne logiczne wytłumaczenie - przyznał.
- W takim razie zapewne jeszcze nie raz nas zaskoczą - oznajmił z lekkim uśmiechem Richard i również ruszył powoli w kierunku wyjścia.
.
.
Mesa powoli wypełniała się ludźmi.
Kemayos przyglądał im się z zainteresowaniem, siedząc samotnie przy jednym ze stolików… No, prawie samotnie. Cały czas towarzyszyło mu bowiem dwóch uzbrojonych żołnierzy. Jako jego ochrona… a raczej jako jego strażnicy. Ale nie winił za to ludzi. Sam postąpiłby podobnie. W końcu był jednym z tych, którzy ich zaatakowali i próbowali zabić. Było więc logiczne, iż pomimo wykazania przez niego chęci współpracy, nie ufali mu. Musiał najpierw zasłużyć na ich zaufanie. A do tego czasu… no cóż, prawie już nie zwracał uwagi na swoją świtę, zażartował w myślach, prawie kończąc swój obiad.
Nadeszła pora obiadowa, więc personel stacji przybywał coraz to liczniej na zasłużony posiłek. A od paru dni było ich znacznie więcej niż do tej pory. I to nie tylko dlatego, ze przybył ziemski statek, zwany "Generał Hammond". Ale także dlatego, iż odkąd podłączono ZPM Hydra za głównego generatora mocy miasta, umożliwiając tym samym otwarcie wrót także poza tą galaktykę, na Atlantydę zaczęto sprowadzać pozostałą część personelu, który pozostał na Ziemi.
Kemayos z zainteresowaniem obserwował ten proces. Wydawali się być bardzo życzliwi dla siebie i zżyci. Zapewne przeszli nie jedno podczas pobytu w Pegazie, pomyślał. Stali się sobie przez to bliżsi… niemal jak rodzina.
Było to dla niego niemal coś zupełnie nowego. Wśród Lantean już od dawna nie panowała taka atmosfera. A wręcz przeciwnie. Walka pomiędzy dwoma rządzącymi ugrupowaniami, które starały się przejąć całkowitą kontrolę, udzielała się także cywilom i nawet wśród "swoich" czuło się podejrzliwość.
Tak właśnie skończyli potomkowie tych, których ci ludzie z dumą nazywają Pradawnymi… Wielkimi budowniczymi wrót… Przodkami.
Teraz to brzmiało bardziej jak ironia, parsknął sam do siebie.
Ktoś zatrzymał się przy jego stoliku, wyrywając go z jego rozmyślań. Spojrzał w górę, by zobaczyć twarz jednego z oficerów Hydra i pułkownika Shepparda.
- Mar'dall ma ci coś do powiedzenia - oznajmił mężczyzna z podejrzliwą powagą.
Kemayos przeniósł na niego wzrok.
- Po uzyskanych od ciebie informacjach o sytuacji na waszej planecie, wysłaliśmy tam Zwiadowców… Godzinę temu otrzymaliśmy od nich raport… Wasza armia, pod dowództwem Lothriela Rahu, zaatakowała budynki Rady. Konflikt szybko rozprzestrzenił się na pozostałe dzielnice miasta. W końcu użyto ciężkiej artylerii… - przerwał na moment, a to nie wróżyło nic dobrego. - Przykro mi… ale obawiam się, że tego konfliktu nikt nie przeżył. Całe miasto uległo zagładzie… Istnieje możliwość, że jakaś grupa zdołała zbiec przez wrota. Nasi Zwiadowców zanotowali ich krótką aktywację… Ale nie mamy pewności… Jak na razie z żadnej z planet nie otrzymaliśmy informacji o ocalałych.
Kemayos nie odpowiedział od razu. Przez dłuższą chwilę zdawał się zastanawiać nad czymś z powagą i obaj żołnierze mogli jedynie domyślać się jakie myśli opanowały teraz jego umysł. W końcu jednak wstał powoli i spojrzał na Mar'dalla.
- Czy… - jego głos załamał się w pierwszej chwili. - Czy istnieje możliwość, aby sprawdzić dokładniej czy ktoś na planecie ocalał? Może w dalszych rejonach? Mieliśmy kilka baz w okolicy.
- Nasi Zwiadowcy wciąż tam są… Ale możemy cię tam zabrać… jeśli oczywiście Pan Woolsey wyrazi na to zgodę - zerknął na pułkownika. - Nasze czujniki są silniejsze, niż w statku zwiadowczym.
- W takiej sytuacji nie sądzę, aby się sprzeciwiał - powiedział John.
- Dziękuję - odparł Lanteanin i lekko skinął głową.
.
.
Statek opuścił nadprzestrzeń i powoli zbliżył się do planety.
Niemal natychmiast dołączył do niego drugi, znacznie mniejszy pojazd.
Kemayos wciąż stał przed głównym oknem mostka Morskiego Sokoła, wpatrując się nieobecnym wzrokiem w to, co znajdowało się po drugiej stronie.
Stał tam cała podróż do jego ojczystego świata… Świata, który już nie istniał… a który, jak na ironię, dwa wieki temu siłą odebrano miejscowemu gatunkowi humanoidów.
- Osiągnęliśmy wysoka orbitę - poinformował pilot.
- Przeskanujcie planetę - poleciła Li'mea, chociaż w jej głosie zdało się wyczuć powątpiewanie w to, aby znaleźli tam cokolwiek żywego.
Nawet stąd było bowiem widać skutki konfliktu: wielkie połacie wypalonej ziemi.
Jeszcze przed wylotem Hydra odebrali kolejny raport od swoich Zwiadowców. Broń, której użyto, okazała się bardziej zabójcza, niż sądzono początkowo. Nie tylko zniszczyła wszystko, co znajdowało się na powierzchni planety, ale także pozostawiła po sobie śmiercionośne promieniowanie. Skażeniu uległa ziemia w promieniu kilkuset kilometrów, a cała planetę powoli skrywała chmura radiacyjna. A to oznaczało, że w niedługim czasie wyginie większość życia na planecie… O ile nie całe.
- Miasto zostało kompletnie zniszczone - poinformowała w końcu Główny Oficer Kontroli. - Nie wykrywam także żadnych oznak życia… Promieniowanie jest tam silne, a chmura trującego pyłu szybko się rozprzestrzenia.
- Wygląda jak po wybuchu bomby atomowej - zauważył Rodney.
- Tak… to prawda - przyznał Sheppard.
Dowódca Morskiego Sokoła spojrzała na Lanteanina.
- Tak mi przykro - powiedziała ze współczuciem.
- Mnie również - mruknął… i nagle uśmiechnął się lekko kącikiem ust. - Jak na ironię, Calderi nigdy nie wierzyła, kiedy ostrzegałem ją, że konflikt między Rada a wojskiem może do tego doprowadzić… Zawsze powtarzała: nie jesteśmy ludźmi, aby do tego dopuścić.
- No cóż… najwyraźniej się myliła - odparł John.
- Najwyraźniej - rzekł ze smutkiem Kemayas
- Na Ziemi również użyto bomby atomowej… a przynajmniej skutki wyglądały podobnie do tego - oznajmił Rodney. - Na szczęście efekty przeraziły wszystkich na tyle, że zaprzestano kolejnych ataków z jej użyciem… Chociaż jeszcze przez długie lata obie strony wygrażały sobie, że w ostateczności znów to zrobią.
Ale mężczyzna nie odpowiedział, wciąż wpatrując się tylko w zniszczony obszar planety.
- Dowódco? - odezwała się w końcu oficer. - Odbieram dziwną sygnaturę energii z planety - dodała i spojrzała na główny ekran. - Tam… na południu. Kilkadziesiąt metrów pod ziemią.
Na komputerowej mapie obszaru pojawił się czerwony, migający punkt.
- To tereny starej bazy wojskowej - wyjaśnił Kemayos. - Wykorzystywaliśmy ją głównie do szkoleń. Ma rozległy system podziemnych tuneli i pomieszczeń.
- Bunkry? - rzucił Sheppard. - Może ktoś się tam schronił?
- To nie są oznaki życia… Bardziej rodzaj pola siłowego - wyjaśniła samica.
- Tam nie było takiej technologii.
- Mimo wszystko może warto to sprawdzić - przyznał pułkownik. - Macie jakieś kombinezony, które ochronią nas przed promieniowaniem?
Li'mea spojrzała na niego dziwnie.
- Chce pan tam zejść i zaryzykować życie dla tych, którzy próbowali was zabić? - spytała spokojnie.
- A jeśli tam są cywile? Może zdołali skryć się w bunkrach widząc, co dzieje się w mieście - zasugerował, wskazując na ekran ręką. - Mają cierpieć za czyny grupki żołnierzy, o których nawet nie wiedzieli?
Był poirytowany jej pytaniem. Nie spodziewał się go usłyszeć z ust istoty, której ziomkowie uważają się za humanitarnych i pokojowych.
I nagle samica uśmiechnęła się i skinęła lekko głową.
- Mar'dall i jego oddział będą wam towarzyszyć - powiedziała łagodnym tonem.
- Dziękuję - odparł lekko zdezorientowany i klepnął w ramię Lanteanina. - Pójdziesz z nami. Znasz teren lepiej niż my - dodał i tym razem szturchnął Rodneya, ruszając w kierunku wyjścia. - Nie cierpię kiedy to robią - mruknął, gdy wyszli na korytarz.
- Co takiego? - spytał McKay.
- Nie zauważyłeś? Testują nas… w takich sytuacjach, jak ta. Zadają podchwytliwe pytanie, a potem czekają na nasza reakcję.
- Hydra to spokojna społeczność… Ale mają złe doświadczenia z naszego powodu. I wiedzą także do czego zdolni są ludzie - wtrącił spokojnie Kemayas. - Mam tu na myśli te negatywne rzeczy… Dlatego to robią. Chcą się upewnić, że przynajmniej wam, jako przedstawicielom ludzi na Ziemi, mogą zaufać.
- Po pięciu latach pobytu w Pegazie mamy wprawę w narażaniu życia za obcych - parsknął lekko Rodney. - To znaczy, mam na myśli innych. Spoza Atlantydy.
- Dlatego tym bardziej jestem wam wdzięczny za pomoc.
- Podziękujesz później - niemal mruknął John. - Jeszcze nic nie zrobiliśmy.
- Ale chcecie… To ma nieraz większe znaczenie, niż późniejszy rezultat.
.
.
Bladożółte światło zmaterializowało odzianą w pancerne stroje grupę.
Przeniesiono ich tak blisko źródła energii jak tylko było to możliwe. A mimo to i tak mieli do pokonania dwie kondygnacje w dół, aby dotrzeć na miejsce.
Wokół panował półmrok rozświetlany jedynie przez nieliczne, mrugające lampy. Kompleks wyglądał na bardzo stary i był częściowo zniszczony. Prawdopodobnie był jednym z pierwszych jakie wybudowali Lanteanie po zajęciu tej planety, pomyślał Mar'dall i uniósł swoje ramię. Przyjrzał się holograficznemu, trójwymiarowemu obrazowi, który uzyskano podczas skanowania tego miejsca z orbity. Widniały na nim dwa mrugające punkty. Ten wyżej był żółty, natomiast ten znajdujący się niżej, czerwony.
Kemayos przyjrzał się obrazowi a potem wskazał w głąb korytarza.
- Kilka metrów stąd znajdują się schody - oznajmił. - Jeśli przetrwały, doprowadzą nas wprost do celu.
- Ruszajmy zatem - odparł Dowódca oddziału Hydra i ruszył przodem.
Tak jak powiedział Lanteanin, zaledwie kilka metrów dalej znajdowały się schody. Problem w tym, że częściowo zostały zniszczone, najprawdopodobniej podczas bombardowania tego terenu.
- Damy radę zejść? - spytał Sheppard.
- Raczej tak… Chyba widzę drogę… Ale będziemy musieli uważać - odparł i odwrócił się do pułkownika, chwytając jego ramię. - Na wszelki wypadek uruchomię wam program zabezpieczający. Gdybyście spadli, automatycznie uruchomi się urządzenie anty-grawitacyjne. Nie uchroni was przed upadkiem, ale znacznie go spowolni, co uchroni was od obrażeń… To tak, jakbyście spadali w zwolnionym tempie - dodał żartobliwie i po chwili to samo polecenie wstukał na panelu kontrolnym Ronona, a na koniec Lanteanin. - Teraz możemy iść dalej - stwierdził i znów ruszył jako pierwszy.
W kilku miejscach kamienne stopnie były uszkodzone, a w innych niemal zupełnie ich brakowało. Musieli iść więc bardzo ostrożnie i rozproszeni. Gdyby konstrukcja okazała się jednak zbyt słaba, aby ich utrzymać, nie spadną wszyscy na raz.
