Z perspektywy Emili Rose

"I hope you know, I hope you know

That this has nothing to do with you..."*

Dźwięki radia wypełniały kuchnię i idealnie komponowały się ze skwierczącą na patelni jajecznicą oraz moim niezbyt profesjonalnym nuceniem pod nosem. Ruchem biodra, które przeszło już niejedną operację, zamaszyście zamknęłam szufladę, z której chwilę temu wyjęłam solniczkę. Nie, nie bałam się kolejnego złamania. W końcu raz się żyje, prawda? Nie warto przejmować się takimi błahostkami.

Właśnie za takie chwile kochałam życie. Mąż przebywa już na tamtym świecie od kilku ładnych lat, a dzieci, którymi mogłabym się zajmować, też nie miałam. Samotność nie jest łatwa, o nie. Miałam jednak to szczęście, że moi sąsiedzi są życzliwi. Chłopaków mieszkających nade mną byłam skłonna uznać nawet za swoje wnuki.

Przechyliłam patelnię, tym samym zrzucając skwierczącą jajecznicę na okrągły, malowany w róże czerwony talerz. Cholesterol? Kto by się tym przejmował. Nie miałam zamiaru umrzeć samotnie w mieszkaniu, jedząc tylko warzywa. W końcu muszę mieć jakąś przyjemność, prawda?

Przez głowę przemknęła mi myśl, czy nie zaprosić chłopaków na obiad. Wątpię, czy po śmierci Sally wzięli się już w garść, a nie mogłam zostawić ich na pastwę losu. Ktoś musi mieć na nich oko, a w szczególności na Percy'ego.

Na początku nie byłam zachwycona wieścią, że moim zadaniem na zasłużonej emeryturze będzie doglądanie dzieci, jednakże po kilku latach znajomości z nimi zaczęłam pałać do nich sympatią. Przestałam robić to z przymusu. Do dziś z uśmiechem na ustach wspominam czasy, gdy Sally zostawiała u mnie kilkuletniego wówczas Percy'ego, a sama biegła do pracy na dwa etaty.

Mały z wiekiem zaczął coraz bardziej przypominać swojego ojca. Te same bystre, zielone, szczere oczy, kruczoczarne włosy i uroczy uśmiech, za którym mimo woli tęskniłam. Może był od niego nieco mniej pewny siebie i mniej arogancki, jednakże nie dziwiłam się, że okoliczne panny chichoczą, gdy przechodzą obok naszej kamienicy. Wiedziałam, że jest inteligentny, moje zdanie jednak nie miało zbyt wiele do znaczenia, ponieważ większość mieszkańców naszej ulicy miała o nim odrębne zdanie. Półgłówek, chuligan, niewyżyty młokos - takie określenia najczęściej słyszałam pod jego adresem. Cóż jednak innego mogli sądzić ludzie, którzy nie znali nawet procenta prawdy?

Z cichym westchnieniem opadłam na kuchenne krzesło. Dlaczego ludzie znający kogoś tylko z widzenia mają czelność go oceniać? Sama też byłam obiektem wielu bezpodstawnych plotek. Jak mogłam jednak wytłumaczyć ludziom, że mój ukochany syn wcale nie zmarł poprzez niedopatrzenie? Nikt nie mógł jednak wiedzieć, co tak naprawdę się wydarzyło. Może tak jest lepiej. Przecież nikt by mi nie uwierzył w to, w co sama ledwie zdołałam uwierzyć.

Potrząsnęłam energicznie głową i starając się nie zwracać uwagi na ból i sztywność w karku, wyrzuciłam wspomnienia z głowy. Przynajmniej na chwilę.

Wtem do moich wspomaganych aparatem słuchowym uszu dobiegło pukanie do drzwi, chociaż w tej sytuacji bardziej pasowałoby określenie "nieokrzesane walenie". Ktoś niczym neandertalczyk dobijał się do mojego mieszkania. Zaalarmowana i zaniepokojona boleśnie odczułam efekt moich wygibasów przy kuchence i przeklinając wysłużone biodra, ruszyłam ku drzwiom.

Uchylając je lekko, odskoczyłam zaskoczona, widząc wbiegającego do środka, zapłakanego, szlochającego spazmatycznie i tulącego się do mojej spódnicy Briana, syna Sally i jej męża, Gabe'a.

Moje serce zaczęło wybijać niespokojny rytm, jakby tabletki na ciśnienie nagle przestały działać. Musiało stać się coś poważnego, ten dzieciak nie płakał z byle powodu, chociaż w jego krótkim życiu było ich mnóstwo.

- Brian, co się stało? - zapytałam roztrzęsionego sześciolatka, z trudem kucając, aby chwycić go za ramiona.

- On go zabije! Zabije go! On nie może umrz-rzeć! - krzyknął chłopak, patrząc na mnie z rozpaczą.

Czyżby w ich mieszkaniu znowu rozpętało się piekło? Od dawna korciło mnie, aby zadzwonić na policję i nie pozwolić dłużej pastwić się mężowi Sally na jej dzieciach, ale zostało mi to surowo wzbronione. Nie widziałam w tym sensu, jednakże nie omieszkałam złamać przysięgi. Moje życie, choć dobiegało końca, było jednak dla mnie ważne.

Od dawna z ciężkim sercem przymykałam oko na agresję w ich domu, jednakże nigdy nie widziałam Briana w takim stanie. Musiało być naprawdę źle.

Zacisnęłam usta w wąską linię. Strumienie łez, spływające po policzkach chłopca wsiąkały w jego ciemnozieloną bluzkę, zostawiając na niej dwie mokre plamy, powiększające się z każdą sekundą.

- Zostań w moim mieszkaniu, dobrze? - powiedziałam, sadzając małego na krześle kuchennym. Wiedziałam, że to, co chciałam zrobić, nie było najlepszym wyjściem. Innego jednakże nie miałam, a musiałam działać szybko. Nie mogłabym znieść wyrzutów sumienia, gdyby słowa Briana stały się prawdą.

Dzieciak nie odpowiedział, jedynie podkulił nogi i ukrywając twarz w kolanach, zaczął szlochać. Pośpiesznie chwyciłam z szafki mały, prostokątny przyrząd z jednym, okrągłym, niebieskim przyciskiem pośrodku. Nigdy wcześniej go nie używałam. Teraz nadeszła pora.

Serce mi się krajało, gdy wybiegłam na korytarz, zostawiając Briana samego. Cóż, nie mogłam się rozdwoić.

Drżąc na całym ciele, trzymałam w ręku małe urządzenie. Pomimo tego, że wydarzyło się to prawie siedemnaście lat temu, dotąd pamiętam dzień, w którym zostało mi podarowane. Było to kilka dni po tym, jak mały i kruchy niczym bańka mydlana Percy pojawił się w naszej kamienicy. Wtedy po raz ostatni GO widziałam. Nigdy nie pomyślałam, że Sally może być JEGO nową kochanką. Tym bardziej bolało mnie to, że miała z NIM syna. Postanowiłam jednak, że nie pozwolę, aby ten chłopak skończył tak, jak mój Eric, którego bolesna strata prześladowała mnie każdej nocy.

Mocno przycisnęłam niebieski przycisk, oczekując jakiejkolwiek reakcji ze strony prostokątnego, zakurzonego pudełeczka.

Emilio, mówiłem ci, abyś nie zawracała mi głowy bez nagłej potrzeby - usłyszałam stłumiony głos, dochodzący z urządzenia. Odruchowo przysunęłam je do ucha, aby lepiej słyszeć.

Zamilkłam na ułamek sekundy. Doskonale pamiętałam ten głos. Groźny, potężny, a zarówno delikatny, jak i czuły. Pamiętałam także nasze pierwsze spotkanie. Nad brzegiem oceanu, przy szumie fal i śnieżnobiałej pianie wlewającej się na plażę. Nie dziwiłam się, że Sally nie mogła mu się oprzeć. Sama też nie potrafiłam, chociaż późniejsze rozstanie bolało bardziej, niż jakakolwiek inna rzecz, której doświadczyłam w swoim życiu.

- Posejdonie, sądzę, że zaszła nagła potrzeba - powiedziałam drżącym głosem, przypominając sobie, co być może dzieje się piętro wyżej.

Daj mi minutę - rzucił bóg, po czym ku mojemu zaskoczeniu urządzenie wydało z siebie dwa przeraźliwe piski i rozsypało się w pył, który okrył rękaw mojej bawełnianej bluzki.

- Em, co się stało? Gdzie Percy? - nie minęła nawet obiecana przez niego minuta, a już zza moich pleców usłyszałam jego przyprawiający o ciarki na plecach głos. Oh, czy żyjący kilka tysięcy lat faceci muszą być tacy pociągający? Nawet jeżeli wyglądają, jakby mogli być moimi synami.

- Chyba w mieszkaniu. Brian przybiegł do mnie cały zapłakany, myślałam... - zaczęłam, jednak ten przerwał mi zdecydowanym ruchem ręki.

- On mnie nie interesuje - warknął, wbiegając po schodach na górę, kompletnie mnie ignorując.

Nie zaprzeczę, kompletny brak uwagi z jego strony mnie ranił. Wiem, że zakochał się do szaleństwa w Sally, ale to nie usprawiedliwia go przed tym, aby traktować mnie jak śmiecia. Jestem przecież matką jego nieżyjącego od kilkudziestu lat syna. Świadomość, że stałam się dla niego jedynie maszyną do opiekowania się Percym mnie rozdzierała.

Nie mogę sobie przypomnieć, ile czasu stałam na klatce schodowej, beznamiętnie gapiąc się w przeciwległą, obdrapaną ścianę. Ocknęłam się z zadumy dopiero wówczas, gdy do moich uszu dobiegł ogłuszający huk z wyższego piętra. Domyśliłam się, kto mógł go spowodować i pełna obaw zaczęłam wspinać się po schodach.

Nim zziajana i wylewająca ostatnie poty wspięłam się na czwarte piętro, zobaczyłam uchylone drzwi do mieszkania Jacksonów. Chociaż w sumie obecnie mieszkał tam tylko jeden Jackson.

Cóż, korytarz otaczający mnie z każdej strony nie zdradzał niczego, co działo się w tym mieszkaniu. Zawsze modliłam się w duchu, aby któryś z pozostałych mieszkańców kamienicy zareagował na ciągłe kłótnie i wrzaski dobiegające zza zamkniętych drzwi. Ja sama nie mogłam tego zrobić. Posejdon dał mi wystarczające dowody, że nie należy łamać przysięgi złożonej na Styks.

Serce mi się krajało, gdy widziałam trzaskającego drzwiami Percy'ego, który ciągnął za sobą Briana, aby wyrwać go, choć na chwilę, spod tyranii ojca. Te dzieciaki miały istne szczęście w nieszczęściu. Kochająca matka, która dałaby się za nich zamordować u boku Gabe'a - największego prostaka, jakiego w życiu spotkałam.

Cóż, nie popierałam też "ojcowskiej opieki" Posejdona nad synem. Tylko mi zdradził, że kazał Sally żyć u boku tego gnoja, aby chronić Percy'ego. Nie do końca rozumiałam jego poczynania. Czy aby chronić syna przed potworami, musiał skazywać go na życie w jednym mieszkaniu z tyranem, który zmienił jego życie w piekło? To nie mieściło się w głowie.

Sam fakt, że Sally posłusznie zgodziła się na jego proźbę mnie zdziwił. Uświadomiło mnie to jednak w tym, że była gotowa poświęcić wszystko, aby zapewnić swoim bliskim bezpieczeństwo. Czasami nieświadomie wybieramy większe zło, aby chronić się przed tym mniejszym.

Jednak jeżeli teraz przypomnę sobie czasy, gdy byłam młodsza, żałuję, że nie zgodziłam się na takie życie jak Sally. Może i miałam cudownego męża, wiele szczęścia i radości, ale syna nikt mi nie zwróci.

Otrząsnęłam się z zamyślenia i przekroczyłam próg mieszkania. To, co zastałam w środku, zmroziło mi krew w żyłach.

Omal nie krzyknęłam, gdy zobaczyłam leżącego na korytarzu nieprzytomnego Gabe'a. Pewnie dosłownie przed chwilą osunął się na podłogę, ponieważ w ścianie, tuż nad jego głową widniała sporej wielkości dziura, z której odpadał tynk, opadając na jego pulchną twarz, pokrytą kilkudniowym zarostem i krwią sączącą się z rozbitego nosa. Ktoś musiał nieźle go pokiereszować.

Mówiąc "ktoś", mam na myśli Posejdona, oczywiście. Bogowie zazwyczaj nie uciekają się do takiej brutalności. Zwykle zabijają swoje ofiary od razu.

Szerokim łukiem ominęłam bezwładne cielsko i skierowałam się ku drzwiom do pokoju chłopców, mając nadzieję, że tam znajdę Posejdona.

Nim dobrze zdążyłam przyjrzeć się temu, co zobaczyłam w środku, zachłysnęłam się powietrzem. Czując odurzający zapach krwi, zasłoniłam usta dłonią i oparłam się o framugę drzwi.

Pierwszym, co rzuciło mi się w oczy, był klęczący na podłodze, pochylający się nad czymś Posejdon. Jednakże moją uwagę szybko przykuło coś innego, a mianowicie ktoś.

Na podłodze, na wznak leżał Percy. Z jego głowy cienkim strumieniem sączyła się krew, szybko wsiąkając w dywan i tworząc na nim czerwoną plamę. Jego prawa noga, dziwnie wygięta w nienaturalnej pozycji, również krwawiła, pozostawiając na niebieskich spodniach chłopaka dwie krwiste smugi.

Klatka piersiowa herosa, również cała zakrwawiona, niemal niedostrzegalnie unosiła się i opadała, a posklejane czerwoną cieczą czarne włosy rozsypały się wokół jego głowy, tworząc kontrast dla trupiobladej twarzy.

- Zabieram go na Olimp, zajmij się tym małym - mruknął Posejdon poprzez usta zaciśnięte w wąską linię przypominającą nieco wykrzywiony ołówek. Chciałam zaprotestować, wyrazić chęć potowarzyszenia im, jednak zanim uświadomiłam sobie, że jestem tylko zwykłą śmiertelną kobietą, mój były partner chwycił Percy'ego i podniósł go z taką łatwością, jakby ten ważył tyle, co torebka cukru. Głowa chłopaka bezwiednie opadła na ramię ojca, plamiąc jego koszulę krwią.

Nim zniknęli, pozostawiając po sobie zapach słonej, morskiej wody wydawało mi się, że słyszałam padające z ust Posejdona słowa "Zabiję tego sukinsyna". Tak, w to nie wątpiłam.

Musiało minąć dobre kilka chwil, abym uświadomiła sobie, co tak naprawdę tu się wydarzyło, oraz że czym prędzej powinnam stąd iść. Nie chciałam, aby pan Ugliano posądził mnie o napaść lub coś podobnego.

Cicho, starając się nie robić hałasu, wyszłam z mieszkania, zostawiając drzwi otwarte. Starałam się zahamować łzy cisnące mi się do oczu. Zdawałam sobie sprawę, że Percy nie wyglądał dobrze. Naprawdę pokochałam tego chłopaka, był dla mnie jak wnuk, a jego uderzające podobieństwo do ojca wręcz niekiedy sprawiało, że zatracałam się we wspomnieniach. We wspomnieniach tak gorących, jak żar tamtego niezapomnianego lata. Wiedziałam, że będę je trzymać w sobie do końca moich dni.

Byłabym ponownie zatraciła się w obrazie tych wspaniałych, głębokich oczu koloru morza, ale gdy tylko bezwiednie zaczęłam schodzić na dół, mój wzrok powędrował do stojącej tuż przy drzwiach do mojego mieszkanka postaci.

Drobny, zapłakany szatyn wpatrywał się we mnie z niepokojem, zapewne bojąc się o los swojego brata. Cóż mogłabym mu powiedzieć? To dziecko widziało w życiu więcej przemocy niż wszystkie nastolatki z naszej okolicy razem wzięte.

Westchnęłam cicho, ścierając z policzka łzę i podeszłam do Briana. Ignorując ból w biodrze, ukucnęłam przy nim, przygarnęłam do siebie i pogłaskałam po potarganych włosach.

- Wszystko będzie dobrze, nie bój się - szepnęłam, próbując uspokoić malucha.

- Kto to był? - zapytał cicho mały, uruchamiając swoją wrodzoną, dziecięcą ciekawość.

- To tata Percy'ego. Pomoże mu - odparłam po chwili milczenia, odpychając od siebie chęć wplecenia w zdanie jego prawdziwego imienia.

Brian zamilkł na chwilę, jednak wbrew moim oczekiwaniom nie wytrzymał nawet kilku sekund w milczeniu.

- Też bym chciał takiego tatę - stwierdził z żalem.

Wstrzymałam powietrze, próbując nie uronić ani jednej łzy. Musiałam zająć się Brianem, nawet w obawie przed interwencją policji. Miałam szczerą nadzieję, że Posejdona użyje Mgły, aby choć odrobinę ułatwić mi tę sytuację.

Pozostały mi tylko modlitwy, aby z Percy'm nie było tak źle, jak sądziłam. Ten chłopak dość już wycierpiał w życiu.

Wiedziałam też jeszcze jedną rzecz. Wbrew wszystkiemu, nie pozwolę obojgu wrócić do tego domu. Niech umieszczą ich w domu dziecka, ktoś ich adoptuje lub niech zamieszkają w tym obozie dla herosów. Wszystko, byle ja ich więcej w tej kamienicy nie widziała.