Minęło prawie dziesięć dni. Książki które zniknęły ostatnio pojawiły się znów, jakby nigdy nic na półce w chacie. Lucjusz uparcie twierdził, że nie miał z tym nic wspólnego. A Severus zaczynał mu nawet wierzyć, bo po jaką cholerę miałby kraść własne książki, skoro mógł je po prostu zabrać kiedy chciał. Nie udało mu się jednak ustalić przez ten cały czas kto był intruzem w jego chacie. Stan ten bardzo go drażnił. Severus Snape nie lubił żyć w niewiedzy.
Pomimo przewertowania różnych podań na temat legendy nadal nie mieli stuprocentowej pewności, że cały rytuał zadziała. Ponadto nie znaleźli nic o skutkach ubocznych i to ich trochę martwiło. Nikt do tej pory nie próbował wygrzebywać kogoś, kto był martwy tak długo. Severus obawiał się czy jak gówniarz się dowie wszystkiego, to nie zmieni nagle zdania. Postanowił więc, że będzie dla niego miły tak długo jak będzie to konieczne. W końcu wyznaczył mu spotkanie na wieczór.
#
Ku zdziwieniu Severusa Harry zjawił się we wrzeszczącej chacie o wyznaczonej porze. Nie podejrzewał młodego Gryfona o punktualność, ale uznał, że to zapewne przypadek.
Potter zadawał bardzo konkretne pytania. O ilości składników potrzebnych do rytuału, o obecność ciała na miejscu. O porę w której należy dokonać całego przedsięwzięcia. Severus podstawił mu pod nos jedną z książek w nadziei, że chłopak zdurnieje jak zobaczy obcy język. Ale on rzucił tylko na siebie zaklęcie, którego oni sami używali z Lucjuszem, i czytał uważnie. Severus nie dowierzał , że ten opryskliwy bachor mógł się nad czymś skupić dłużej niż 5 minut. Musiał przyznać, że zaskoczył go pozytywnie.
A potem zaczął pytać o skutki uboczne. Snape postanowił mu wyjaśnić możliwe konsekwencje i to, że nie udało im się z Malfoyem znaleźć na nie rozwiązania. Ku jego zdumieniu Potter nie wycofał się z całej sytuacji.
- Co zamierzasz zrobić, jeśli stanie się to co podejrzewacie z Lucjuszem? – spytał tylko rzeczowo.
- Zamierzam się nią zająć jeśli będzie wymagała opieki.
- To powinno należeć do moich obowiązków.
- To był mój pomysł. I ja poniosę odpowiedzialność, jeśli coś pójdzie nie tak. – powiedział Snape. Chłopak uśmiechnął się.
- To moja matka. I będę za nią na równi odpowiedzialny co ty. – powiedział Harry.
- Ty się musisz jeszcze uczyć. Nie możesz zmarnować sobie życia. – dodał w końcu Severus. Po chwili nie wytrzymał. – Jak udało ci się ją przekonać?
- Powiedziałem jej, że jest mi potrzebna.
- Tylko tyle? – spytał mężczyzna z niedowierzaniem. Harry wzruszył ramionami.
- Widać mam u niej wciąż wyższe notowania niż ty. – Snape napiął się. Zabolało. Ale nie chciał, żeby gówniarz to zauważył. Wstał z sofy i nalał sobie koniaku. Zaproponował chłopakowi , a ten się zgodził.
- Co zrobisz bez swojego patronusa? – zapytał nagle Potter popijając powoli alkohol. Czarne oczy nauczyciela wpatrywały się w niego z ciekawością.
- Pewnie odszukam tego poprzedniego.
- Co to było?
- Jastrząb. – Harry uśmiechnął się na myśl o zwierzęciu, wydawało mu się, że pasował do osobowości ślizgona. Severus przez chwilę udawał, że czyta, po czym spojrzał na Złotego Chłopca.
- Co cię skłoniło aby tu zostać Potter? Wtedy, pod koniec wakacji...
- Świadomość, że nie będę jedynym bohaterem noszonym przez innych na rękach w tej szkole. – uśmiechnął się tajemniczo.
- Jakież to urocze. – odciął się Snape
- I to, że być może, ty to zniesiesz gorzej ode mnie. – Harry uśmiechał się teraz złośliwie.
- Przestaniemy być bohaterami, wiesz. Jak czarodzieje dowiedzą się co zrobiliśmy. – powiedział. Chłopak spojrzał na niego nagle bardzo poważnie.
- I może właśnie na to liczę.
- Czyżbyś się w końcu zmęczył obłudą i fanklubami piszczącymi na twój widok?
- To nie moje fotografie wiszą nad łóżkami dziewczyn ze Slytherinu. – rzekł zgryźliwie Harry. Snape uśmiechnął się jadowicie.
- Tu cię boli Potter, chciałbyś wisieć też tam, ale ktoś sprytniejszy i bardziej przebiegły zajął twoje miejsce.
- Chciałbym przechodzić niezauważony do wielkiej sali z dormitorium. Chciałbym, żeby nauczyciele karali mnie jak coś schrzanię. Chciałbym, żeby ludzie traktowali mnie normalnie. I chciałbym kogoś kto będzie w życiu dla mnie, a nie dla Wybrańca-który-ocalił-świat.
- To dlatego z nią rozmawiałeś?
- Uznałem, że obu nam się przyda ktoś taki. Głos rozsądku, który sprowadzi nas na ziemię. – Snape uśmiechnął się nieznacznie. – Czy gdyby się okazało, że coś poszło nie tak… że ona cierpi… że nie możemy jej pomóc… Czy będziesz potrafił to zakończyć? – spytał nagle Harry bardzo poważnie, Snape spojrzał na niego z przerażeniem w oczach. Ta opcja nawet nie przyszła mu przez myśl do tej pory. Przełknął nerwowo ślinę.
- Właśnie do tego potrzebujemy Malfoya. – szepnął w końcu ze smutkiem.
##
#
Przez kilka następnych dni Draco próbował zakradać się w okolice chaty, lecz nigdy nie usłyszał stamtąd żadnego dźwięku. Ani słowa. Nawet skrzypnięcia podłogi, które mogłoby świadczyć o tym, że ktokolwiek był w środku. Nigdy też nie widział, żeby Harry wchodził , lub wychodził stamtąd. Był pewny, że jeśli się tam zjawia, to okryty swoją magiczną peleryną.
Ale sam Potter nie wzbudzał podejrzeń. Większość czasu spędzał w bibliotece, na boisku quiditcha, lub w wielkiej sali na posiłkach. Potem szedł do swojego dormitorium. I Draco nigdy nie widział, by je opuszczał.
Sam Snape, też wydawał się zachowywać raczej zwyczajnie w trakcie zajęć. Traktował Pottera oschle, choć bez zbędnej agresji, jak zwykł to czynić w poprzednich latach. Cóż, może w końcu zakończył swoją grę, skoro wojna była już zakończona i nie musiał unikać Wybrańca.
Mimo, że bardzo się starał, młody ślizgon nie był w stanie znaleźć nic, by przyczepić się do ich zachowania, co dałoby mu wystarczający punkt odniesienia, by ich przycisnąć.
##
#
Harry od kilku dni unikał przyjaciół. Nie potrafił spojrzeć im w oczy, wiedząc, że musiałby ich okłamać o tym co robi wieczorami. A co robił Harry Potter? Złoty Chłopiec? Wybawca świata? Chłopiec-który- zabił-Voldemorta? Spędzał wieczory w przeklętym domu, śmierdzącym śmiercią i strachem. Z dwoma byłymi śmierciożercami. Popijając wino. Pilnując kolekcji włosów, krwi i przedmiotów, które będą niezbędne do odprawienia rytuały czarno-magicznego. Rytuału opartego na magii krwi, której tak się brzydził. Spędzał wieczory z ojcem swojego nemezis. Z człowiekiem, którego jeszcze rok temu zabiłby bez wahania. Z człowiekiem, który dowodził grupą uderzeniową na ministerstwo, gdy zginął Syriusz. Z człowiekiem, który przetrzymywał we własnym, prywatnym lochu Lunę i Ollivandera.
A jednak dziś nie podniósłby przeciw niemu różdżki. Wiedział, że mężczyzna starał się wskrzesić Severusa, gdy myślał, że ten nie żyje. Że dbał o swojego syna. I w jakiś pokręcony sposób wydawał się nawet lubić jego – Harrego. Nie ufał mu za grosz. Obserwował jego płynne ruchy niemal co dzień. Ale ufał Snape'owi, a ten wierzył Lucjuszowi. Powoli, dzień po dniu Harry zaczynał czuć się pewnie w towarzystwie tego dumnego mężczyzny. Dostrzegał w nim zwykle niezmąconą pewność siebie i wyniosłość. Ale czasem także zawadiacki błysk w oku, jaki doskonale pamiętał w spojrzeniu Syriusza.
Harry nadal go nie lubił. Ale spędzanie z nim wieczorów nie było taką katorgą jak się spodziewał. Czasem łatwiej się z nim rozmawiało, niż ze Snapem.
Czarnowłosy mężczyzna był nadal dla chłopaka zagadką, Mimo iż widział jego wspomnienia. Nie rozumiał co dzieje się w głowie mężczyzny. Ciągle był opryskliwy. Napięty. Ciskał w niego piorunami swoich spojrzeń. Choć Harry już się go nie bał, z każdym dniem narastała w nim potrzeba konfrontacji. Miał ochotę wykrzyczeć w tą twarz, pozbawioną wyrazu, wszystko co nazbierał sobie przez te siedem lat. I niech go nawet uderzy. Niech rzuci w niego klątwą. Harry miał już serdecznie dość. Nie mógł dłużej żyć w takim napięciu.
##
#
Severus spędził z Potterem kilka kolejnych wieczorów. Nów miał wkrótce nadejść. Żeby wszystko poszło zgodnie z planem, przygotowywali się do tego we trzech. Musiał mieć pewność, że Harry ani Lucjusz niczego nie sknocą. O dziwo, młody Gryfon nie kłócił się, nie sprzeciwiał. Wolne chwile spędzał na poszukiwaniach innych wersji tej samej historii. Jemu tak samo jak Severusowi zależało na tym, by Lily zjawiła się na tym świecie cała i zdrowa.
Przez chwilę Severus wyobraził sobie nawet, jakby to było, gdyby Potter od początku tej cholernej wojny był jego sprzymierzeńcem. O Ile łatwiej byłoby mu żyć, nie musząc wciąż użerać się z jego gryfońskim uporem. Gdyby ten gówniarz ufał mi dwa lata temu, durny Black nigdy by nie zginął.
- Severusie? – spytał nagle chłopak pewnego wieczora, już po wyjściu Malfoya z chaty. Mężczyzna spojrzał na niego z irytacją. – Właściwie to nigdy nie miałem okazji ci podziękować. – powiedział nie odrywając wzroku od książki, którą rzekomo czytał. Oczy Snape'a rozszerzyły się teraz w zdumieniu. – Wiesz, za to wszystko co zrobiłeś do tej pory. Za ratowanie mnie.
- Mam się wzruszyć i wpaść ci w ramiona, Potter? – spytał ociekając sarkazmem. Nie miał ochoty na taką rozmowę dzisiaj. Właściwie to nie miał ochotę na tą rozmowę nigdy. I był pewien, że ten stan się nie zmieni nawet za sto lat.
- Och, na Merlina! – krzyknął chłopak. – Próbuje być miły! Zmienić coś! Jesteś aż tak zapatrzony w koniec swojego nochala, że tego nie widzisz? Ty? Z pośród wszystkich ludzi? Zapominasz, że…
- To ty się zapominasz gówniarzu! – nie wytrzymał Severus. - Nic ci nie jestem winien. Ani ty mnie.
- Nie mówię tu o długach. Przez twoją krótkowzroczność umarli moi rodzice!
- Zamilcz. – uciął potok słów jak nożem. Miał ochotę udusić chłopaka.
- Nie zamierzam! Voldemort zabił mojego ojca i moją matkę! – Severus usłyszał słowa dzieciaka przed nim i coś w nim pękło.
- Myślisz, że tego nie wiem, głupi dzieciaku?! Myślisz, że nie budzę się codziennie z krzykiem na ustach z tego powodu? Że patrzę na siebie w lustrze… i co widzę? Głupiego zazdrosnego barana, który zabił swoją… który - jego głos się załamał. Harry zaniemówił, spojrzał na niego z uwagą. Zwykle zimna, pozbawiona emocji twarz, przestała być na jedną krótką chwilę maską. Ból, który Harry widział w jednym ze wspomnień, malował się teraz na twarzy mężczyzny. Z gardła wydobył się skowyt, jakby ktoś kopał psa. Zatopił swoje długie palce we włosach i ukrył twarz. Jego ciałem wstrząsnął dreszcz.
#
Powrócił znów ból. Czemu akurat dziś ten durny bachor musiał zacząć ten temat? Poświęcił cały poranek, żeby przybrać na twarz maskę po kolejnej nieprzespanej nocy. Czuł jakby miał się rozpaść na małe kawałki. Ciemność otaczała go z każdej strony. Pochłaniała. W środku czuł falę chcąca rozerwać każdy kawałek jego udręczonej i czarnej duszy. Nienawidził siebie w tym momencie. Świat przestał istnieć. Był tylko ból. Nagle poczuł na ramieniu dłoń. Zamarł. Na szklanej skorupie którą się otoczył, pojawiło się małe pęknięcie.
- To nie twoje wina. Nie ty ich zabiłeś. – usłyszał
- Nic nie wiesz… - odwarknął – Nie masz pojęcia jak to jest! – spojrzał znów w te oczy. Tak znajomo zielone. Złość zaczynała w nim na nowo kiełkować. Dobrze, pomyślał, złość jest bezpieczna. Ona pozwalała mu przetrwać każdego dnia. Źrenice chłopaka zwężają się. W strachu? Nie. Widział w nich ból.
- Wyobraź sobie, że mam pojęcie! Zabiłem przecież Syriusza! – krzyknął chłopak. Na jego twarzy widać było cierpienie. Musiał coś z tym zrobić.
- Nie wygłupiaj się. To nie ty, poza tym…
- To ja. To ja powiedziałem ci, że go porwali. Ja dałem się oszukać! Ja nie uczyłem się tej cholernej oklumencji! Ja! To moja wina. – wyrzucił z siebie.
- To wina Voldemorta. To on posłał ludzi do ministerstwa. To jego rozkaz. To oni was zaatakowali! – próbował tłumaczyć.
- Myślałem, że jesteś mądrzejszy! – powiedział teraz ten gówniarz patrząc mu w oczy wyzywająco.
- Zapominasz się Potter! Dwadzieścia pun-
- Oj, zamknij się! – chłopak doskoczył do niego. – Nie widzisz analogii?! Naprawdę?! Czym ta sytuacja różni się od mojej? Ja popełniłem niewybaczalny błąd i umarł Syriusz! – pięści chłopaka zacisnęły się, aż zbielały mu palce. – Ty popełniłeś swój – umarli moi rodzice. – dokończył już teraz spokojniej.
- To jest niewybaczalne.
- I nie wybaczam. Ale nie dlatego, że nie potrafię. Nie wybaczam, bo nie ma czego wybaczać. To był błąd. Byłeś wtedy..
- Głupi. – przyznał w końcu Snape odwracając się od Harrego plecami.
- Chciałem powiedzieć młody. Jestem pewny, że nigdy byś jej nie zdradził. Widziałem to. Pamiętasz? Widziałem twój świat. Twój wzrok. Twój ból.
- Potter… - złość znów zaczynała w nim krążyć, na wspomnienie, że ktoś mógł dostać się tak głęboko.
- Przestań zaprzeczać, choć na jedną cholerną chwilę! I przyznaj się! – Potter dźgnął go palcem w pierś. Krew uderzyła do twarzy mężczyzny. Słyszał w uszach uderzenia własnego serca. Chwycił wścibskiego bachora i przyparł do ściany.
- Co chcesz usłyszeć? Że kochałem ją odkąd tylko dostrzegłem? Że oddałbym za nią życie bez zastanowienia? A potem jeszcze raz, i kolejny? Że oddałbym wszystko? Wszystko! Życie. Zdrowie. Nawet swoją magię, żeby znów zobaczyć ją żywą? Że chroniłem cię bo dzięki temu wydawało mi się, że ona będzie ze mnie dumna? Że mi wybaczy? Że każdego ranka walczyłem z bólem, żeby nie rozpaść się na kawałki? Że zasypiałem z jej imieniem na ustach? To chcesz wiedzieć?! – wrzasnął prawie jednym tchem - A ty musiałeś tak bardzo przypominać Pottera. Że zabijało mnie to każdego pieprzonego ranka na śniadaniu w wielkiej sali. – jego głos cichł z każdą chwilą – Że byłeś chodzącym dowodem na to, że ona wybrała jego. Że nigdy… - urwał. Przygryzł wargi jego ręce opadły wzdłuż boków bezwładnie niemal. Harry wpatrywał się w niego przez długą chwilę w ciszy, po czym powiedział:
- Ona wciąż przy tobie była. Cały ten czas. Chroniła cię… - umilkł na chwilę. Po czym spokojnym głosem powiedział. - Nie byłem moim ojcem. I nigdy nie chciałbym być taki jak on. Znęcać się nad słabszymi. Tylko dlatego, że się nudzili z Łapą. Chciałem ci wyjaśnić, że nigdy nikomu nie powiedziałem. O tym co oni ci zrobili. Co robili przez ten cały czas.
- Przeprosiny przyjęte. – warknął Snape.
- Nie mam cię za co przepraszać! To Syriusz i mój ojciec cię poniżali. Nie ja! Ja się starałem pojąć od pierwszego dnia, o co ci do cholery chodzi!
- Mam cię przeprosić? – zapytał zaskoczony mężczyzna.
- Byłoby miło. Ale nie. Nie potrzebuję tego. Rozumiem. Rozumiem teraz dlaczego to się wszystko stało.
- Może jednak ten stary, wścibski dureń miał rację i jesteś jednak bardziej podobny do niej, mimo wszystko.
- Mam dość walki. Dość. Wojny. Dość przepychanek. Dlatego zgodziłem się zostawić w spokoju Draco. A my… ty i ja, musimy się nauczyć współpracować. Dla niej. – wskazał na zdjęcie matki stojące nad kominkiem. Harry nie pamiętał kiedy się tam znalazło, ale wydawało się rozświetlać tą ponurą chatę.
- Nie możesz mi mówić co mam robić. – próbował oponować Severus, lecz bez przekonania. Usiadł zrezygnowany w fotelu.
- I nie zamierzam. Ale pomyśl, jak to się skończy dla ciebie, jeśli będziesz mnie wciąż obrażał. Zwłaszcza przy niej. Myślisz, że jak ona…
- Nie będę. – Harry usłyszał cichy pomruk dochodzący z fotela.
- Co? – spytał zszokowany.
- Nie będę cię już obrażał! Dobra?! To chciałeś usłyszeć? Nie będę… No, chyba, że dasz mi do tego dobry powód.
- Tak lepiej. – Potter uśmiechnął się nieśmiało. – Ja postaram się ich nie dostarczać. – zapadła cisza, ale po chwili zielone oczy wpatrywały się w mężczyznę, po czym ich właściciel przemówił ponownie. - Ja naprawdę doceniam to wszystko co zrobiłeś do tej pory. Nie potrafię sobie wyobrazić bycia w twojej skórze. Ja nie miałbym w sobie tyle siły. – czarne oczy mężczyzny wpatrywały się teraz w tego nieznośnego chłopaka z uwagą.
- Miałbyś. Zawsze miałeś.
- Potrzebujemy jej. Obaj. Wiem to teraz doskonale. – powiedział Harry z pewnością w głosie.
- Nic nie wiesz. – zaczął Snape z uporem, a potem dodał przymykając z rezygnacją powieki. – No dobra, może jednak coś tam wiesz. A teraz zostaw mnie samego.
- Z tego co widzę ty, potrzebujesz jej bardziej niż ja. – zaczął niepewnie. – Wojna się skończyła. Nie musisz już oglądać się za siebie na każdym kroku, Możesz zacząć …
- Brzmisz jak Dumbledore. Jak stary, wścibski… - mężczyzna czuł rosnącą znów irytację. Żaden dwudziestolatek, nie będzie mu mówił….
- Po prostu się nad tym zastanów. – ku jego uldze, Potter zaczął się zbierać do wyjścia.
- Nigdy nie chciałem cię skrzywdzić. – powiedział w końcu Severus prawie szeptem za odchodzącym chłopakiem.
- Wiem. – odparł Złoty Chłopiec i wyszedł. Uśmiechał się w duchu do siebie. Wiedział, że było to stwierdzenie najbliższe przeprosin jakie kiedykolwiek mógł uzyskać od tego mężczyzny siedzącego w fotelu.
