21. Nawigacja obustronnością część I


Czwartek, 23 Października, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt

Spostrzegawcza Lily: Dzień 38

Suma Obserwacji: 260

Pewni ludzie posiadają wielkie, czerwone leżanki i profesjonalnie uczonych do zajmowania się tego typu sprawami terapeutów. Ja posiadam łóżko z baldachimem w dormitorium 7-rocznych dziewcząt i Emmeline Vance.

Uważam, że to dość dobre zastępstwo.

- Emma. Em.

Łatwo było zaatakować dziewczynę we wczesnych godzinach porannych. Emma śpi skulona po boku na jednej części łóżka (w przeciwieństwie do Grace, która rzuca się po całym łóżku), co jest całkiem urocze, bo pozostawia obok niej tą małą przestrzeń. To miejsce okazało się być idealne dla mnie i kokonu kołdry, który zabrałam ze sobą, włażąc na łóżko Emmy.

Sadowiąc się wygodnie obok niej, czułam się tak, jakby niemal spodziewała się mojej wizyty i przygotowała dla mnie takie wygodne miejsce. To było z jej strony naprawdę okropnie urocze.

A teraz, gdyby jeszcze się obudziła, żebym mogła jej za to podziękować, to byłoby wspaniale.

- Em? Emmeline, nie śpisz?

Wydała cichy odgłos protestu, ale wydawała się dalej spać pomimo moich prób obudzenia jej potrząśnięciem. Jeszcze bardziej się skuliła. A choć niektórzy mogliby wziąć to za znak zostawienia swoich przyjaciół w ich sennym raju… nie uczestniczę w tej części ludzi. Należę do tych, którzy widzą prawdę – czyli zachętę do wykorzystania palca wskazującego.

Dziub, dziub, pchnięcie.

- Emma!

- Colil? – mruknęła sennie, uchylając powieki. Dopiero po paru sekundach skupiła na mnie spojrzenie. – Czemu jesteś w moim łóżku?

Psh. Tyle z mojego ciepłego powitania.

Cóż, dwie osoby mogą grać w szczerą zabawę.

- Rozmawiałaś już z Mackiem?

- Co?

- Zapytałam czy…

- Słyszałam, co powiedziałaś – rzuciła zirytowana Emma. Potarła oczy zaciśniętą pięścią. Byłam na tyle uprzejma, aby uznać jej niepotrzebną szorstkość za znużenie. – Teraz chcesz o tym gadać? – jęknęła. – Która godzina?

- Wczesna – odpowiedziałam, bo byłam pewna, iż nie zareagowałaby dobrze na oświadczenie, że słońce zaczęło oświetlać błonie dopiero dziesięć minut temu. „Wczesna" to była bezpieczniejsza odpowiedź – i technicznie nie było to kłamstwo! – Potrzebuję uścisku przyjaciółki i pogawędki – poinformowałam. – Czas nie ma miejsca w takich sprawach, Emmeline.

To wyznanie powinno było sprowokować natychmiastową uległość. Każda osoba z odrobiną współczucia przyjmuje do wiadomości prośbę o przyjacielską rozmowę i uścisk z odpowiednią ilością pocieszenia oraz zrozumienia. Jednak wydaje mi się, że Emma musi wrócić na wstępne zajęcia z Odpowiedniej Przyjacielskości, bo zamiast wciągnąć się w wyżej wspomnianą pogawędkę i uścisk, postanowiła, że to pora na przesłuchanie.

- Pogawędka i uścisk? Serio? – Poruszyła znacząco brwiami. – Nie ma to nic wspólnego z twoim wczorajszym ponurym nastrojem, co?

Och, te oskarżenia! Założę się, że Freud nigdy nie był taki wobec swoich pacjentów.

- Nie byłam w ponurym nastroju – powiedziałam gniewnie. – Rozmyślałam!

Emma – ta krowa – wywróciła oczami. – Rozmyślałaś? Zabarykadowałaś się za zasłonami łóżkowymi i słuchałaś smutnych piosenek w radiu, Lily.

- Żebym mogła myśleć! – zawołałam i chciałam dodać, że stacja radiowa Wandy Woes nie puszcza tylko muzyki typu o-spójrzcie-czy-do-kostek-mam-przywiązaną-skałę?-Chodźmy-popływać, ale wiedziałam, jaką otrzymałabym ograniczoną odpowiedź. Serio, Wandy nikt nie rozumie. – Mogę ci powiedzieć, o czym myślałam, proszę? – zapytałam, nim Emma mogłaby zacząć jeszcze większe brednie. – To dość ważne i pouczające.

Powinnam chyba czuć większą urazę, kiedy po tej deklaracji dostałam spojrzenie pt. „Ważne? Pouczające? Ty?", ale biorąc pod uwagę, że dziewczyna miała tutaj rację, postanowiłam, że nie warto się oburzać. Zamiast tego pocieszyłam się faktem, iż moje obecne rozmyślania były tak ważne i tak pouczające, że Emma będzie musiała wyciągnąć mnie ze swojego pudełka „Głupiutka, Płytka, Szalona" i wrzucić do dziury „Dwa Kroki Od Rozwiązania Największych Filozoficznych Dylematów Światowych", i wtedy wszystko będzie cudowne.

W rzeczy samej.

Konfucjusz niczego nie może mi zarzucić.

- W porządku, posłuchajmy tego – powiedziała Emma, wzdychając i nie brzmiąc na zbyt podekscytowaną tą perspektywą. Nie byłam zniechęcona jej narzekaniem. Moje spostrzeżenia zaraz rozwalą jej mózgownicę.

- Zaufanie – powiedziałam dobitnie – jest obustronne.

O tak.

Wspaniałe, co nie?

Szkoda, że Emma tak tego nie widziała.

- Zaufanie jest co? – zapytała, marszcząc brwi. Westchnęłam rozdrażniona.

- Obustronne! – powtórzyłam głośno. – Idzie w obie strony, Em!

Czekałam cierpliwie na objawienie tej chwili, kiedy Emma nagle zda sobie sprawę, że rzeczywiście rozwiązałam większość największych problemów współczesnego świata (a przynajmniej moich), gdy w końcu się odezwała.

Być może nie powinnam być zszokowana rozczarowaniem, które poczułam po jej odpowiedzi.

- Chwileczkę. – Spojrzała na mnie spod przymrużonych powiek. – O to tutaj chodzi? Martwisz się, że James ci nie ufa?

Do jasnego diabła.

Potem zachowywałam się już, jak dukająca idiotka.

- Nie powiedziałam tego. Powiedziałam? Nie powiedziałam.

Emma westchnęła współczująco. – Och, Lily.

Ale nie chciałam tego słuchać. Nie chciałam jej współczucia ani jej „Och, Lily", ani niczego do tego podobnego, bo wszystkie te rzeczy sugerowały, że było czego współczuć. A chociaż wiem, że moje obecne życie nie jest wcale doskonałe, to większą część koncertu Wandy spędziłam na przekonywaniu samej siebie – nie, nie przekonywaniu. Rozgrywaniu sprawy. Logicznym i rozsądnym odkrywaniu – że to nie było problemem.

A przynajmniej nie takim, który nie byłby częściowo moją winą i nie mógł zostać naprawiony odrobiną czasu i cierpliwości. Nie mogło być w tym współczucia. A więc nie pozwolę na niego. Po prostu nie.

Ale Emma tego nie pojmowała.

- Lil, co się dzieje? – zapytała nim mogłabym cokolwiek wyjaśnić, choć bez wątpienia dostrzegała niepokój na mojej twarzy.

Brałam pod uwagę kłamstwo. Wiedziałam, że jest możliwością. Bo ile mogłam jej powiedzieć? Nie mogłam przecież rzucić „James mocno cierpiał emocjonalnie w zeszłym roku z powodu tragicznej sytuacji rodzinnej i nie chce mi nic o tym powiedzieć ani pozwolić sobie pomóc, choć wyraźnie nadal mierzy się ze wspomnieniami i chociaż niby wiem już, co się wtedy wydarzyło", bo wtedy Syriusz mnie zabije, a ja jestem zbyt młoda, żeby umierać. Ale Emma i tak zgadła już źródło problemu. Potrafiłam podpowiedzieć, co jest nie tak bez wchodzenia w szczegóły, prawda? Poza tym, chciałam z kimś o tym porozmawiać. A choć wspaniale byłoby zdjąć cały ten ciężar z moich barków, to wezmę to, co mogę.

Ale teraz musiałam wymyślić, jak to wszystko wytłumaczyć. Wtedy pojawił się problem.

- To trochę… skomplikowane – zaczęłam powoli, przygryzając dolną wargę. Wsunęłam się głębiej pod moją kołdrę, a potem… zwymiotowałam słowami. – Nie mówię, że… Nie sądzę, żeby on… to nie tak… zaufanie to naprawdę delikatna sprawa, wiesz? – wydukałam w końcu, próbując brzmieć stanowczo. – Oczywiście, że tak. Bo ludzie ufają sobie stopniowo, rozumiesz? Ufam Jamesowi, ale to nie znaczy, że będę mu wyznawać wszystkie myśli i ukryte sekrety? A jeśli ja tego nie robię, to nie mogę oczekiwać tego od niego. – Umilkłam na chwilę, wzdychając cichutko. – To po prostu niewłaściwe. Byłaby to hipokryzja. Więc, dopóki ja nie będę robić tego, czego oczekuję od niego, to nie mogę się o to wściekać. Muszę zaufać, iż istnieje powód, dla którego nie mówi mi o pewnych rzeczach – i to jest obustronne. Zaufanie idzie w obie stronie. Muszę zaufać jego decyzji, żeby nie mówić mi o sprawach, tak jak on powinien ufać mnie!

To mniej niż doskonałe wyjaśnienie zakończyło się logicznym zdaniem, ale wypowiedziałam to wszystko w takim pośpiechu i z taką desperacją, iż nie miałam czasu na zastanowienie się czy mówiłam z sensem dla Emmy. Nie zdawałam sobie sprawy, jak się tym denerwowałam, dopóki wszystkiego nie wypowiedziałam na głos, a Emma patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami. Nie wiedziałam czy to oznaczało, że była zaskoczona moją przebiegłością, czy po prostu próbowała odkryć, jak delikatnie mnie potraktować. Ale raz jeszcze powtórzyłam sobie w głowie mój argument i dla mnie brzmiał on logicznie.

Według mnie mogłam wziąć tę sprawę na dwa sposoby: pierwszy, to mogłam się całkowicie rozsypać. Postanowić, że James, którego poznałam był jedynie fatamorganą, a jak można stworzyć związek z uformowaną-fatamorganą? Nie można. I mogłam widzieć ten cały dylemat nie-ufasz-mi-na-tyle-żeby-opowiedzieć-mi-o-swojej-rodzinie, jako pierwszy wielki krok w stronę Odformowania, a co to mówi o mnie – o nas – że nie mogłam tego znieść? Że nie podobał mi się ten James? Że wolałabym sztucznego Jamesa, który ciągle był wobec mnie zobowiązany od prawdziwego Jamesa, który nie był? Takie miałam myśli. Nie zamierzałam kłamać na ten temat, bo tak było.

Ale istniał też drugi sposób. I ten drugi wybór stał się jednym pytaniem.

Czy byłam w stanie stracić przez to Jamesa?

Bo tak by się stało, gdybym pozwoliła, żeby to szaleństwo latało wolno po mojej głowie. Znam siebie na tyle dobrze, by orientować się, że i bez tego byłam bardzo nerwowa, co do tego związku, a gdybym jeszcze dodała presję kwestionowania każdej cholernej rzeczy robionej przez Jamesa, to na pewno bym wszystko zrujnowała. I może czuję lekki niepokój do tego wszystkiego, ale tej rzeczy na pewno… Nie. Nie mogłam tego zrobić. Nie chciałam stracić Jamesa. Nie, jako osobę, jako przyjaciela ani jako… sama nie wiem. Kimkolwiek może być pewnego dnia. Nie było takiej… możliwości.

Tak więc zmusiłam się do przemyślenia tego racjonalnie. Włączyłam zawodzącą Wandę i po prostu myślałam. Pod koniec jedyną wyróżniającą się z tego wszystkiego rzeczą było coś, co wczoraj powiedział mi Remus, tuż zanim opuścił dziedziniec – o tym, że może James sam musi rozgryźć, kim jest bez wpasowywania się w formy innych. Bo rzecz w tym… do diabła, czy my wszyscy nie musimy robić czegoś takiego w którymś momencie życia? Taka jest część dojrzewania, prawda? No i co, jeśli James musi sobie poskładać więcej niż reszta z nas? Nikt nie jest idealny. A sedno sprawy tkwi w tym, że którakolwiek partia Jamesa nie jest teraz naprawdę sobą, to nadal jest nią jego istotna część. I pomimo zeszłej nocy, to na tej części zaczęło mi zależeć. Wiem, że tak. I to się właśnie liczy.

Bo zeszła noc była anomalią, nie normą. Musiałam o tym pamiętać. Było tak, jak powiedziałam Emmie – jeśli chciałam, żeby związek z Jamesem kiedykolwiek wypalił, to musiałam przestać martwić się jego zaufaniem we mnie i zamiast tego popracować nad zaufaniem jemu. Nad jednym miałam kontrolę, nad drugim nie. A jeśli James nie czuł się na tyle pewnie, aby opowiedzieć mi o Rosierach, jego matce i wszystkim innym, co wydarzyło się w zeszłym roku… musiałam to zaakceptować. Musiałam zaufać, że nie robił tego, aby mnie urazić, ale żeby ochronić samego siebie. Nie łatwo jest odrzucić swój instynkt samozachowawczy, nawet dla kogoś, na komu ci zależy. Wszyscy potrafią to zrozumieć.

Obustronność była ważna. Oboje musieliśmy nad nią popracować. A ja… cóż, może nie byłam z tego zadowolona, ale akceptowałam ten fakt. To była integralna część związków. I chociaż to słowo nadal sprawiało, że chciałam się szaleńczo podrapać, to coraz łatwiej było je wypowiedzieć. A to był na pewno postęp, prawda?

Oczywiście, że tak.

Co pewnie oznaczało, że dojrzewam. Musiało się to w końcu stać.

Po raz kolejny przetrawiałam to wszystko we własnej głowie, zapewniając samą siebie, że nie straciłam rozumu, kiedy Emma nadal patrzyła na mnie pusto. Czekałam, aż coś powie, ale widocznie potrzebowała małej zachęty. Uniosłam brew, pytając. – Emma? No i?

- Sama to wszystko wymyśliłaś? – zapytała w końcu.

Wzruszyłam ramionami. – Z pomocą stacji Wandy.

Po chwili na twarzy Emmy pojawił się uśmieszek pełen podziwu.

Hurra!

Wiedziałam, że w końcu przyzna mi rację.

- Wiesz, Lily, chyba jest w tym trochę pouczenia. – Byłam tak ucieszona tymi słowami, że nawet się nie oburzyłam jej niedowierzającym tonem. Ani kiedy dodała: - I szczerze mówiąc, jest to o wiele bardziej rozsądne niżbym się tego po tobie spodziewała.

- Nie martw się – zapewniłam, uśmiechając się promiennie. – Też byłam zaskoczoną swoją racjonalnością. Nie wiedziałam, że mam to w sobie.

- Widocznie mądrzejesz na starość.

- Najwyraźniej.

Pośmiałyśmy się chwilę, a wtedy zdecydowałam, że w sumie Emma nie jest taka okropna w tej przyjacielskiej pogawędce. Może potrzebowała paru chwil na wkręcenie się w sytuację.

- Teraz twoja kolej – powiedziałam, kiedy minął nasz dziewczęcy moment. Usiadłam prosto, czując radość sukcesu i dojrzałości. – Nie widzisz? Obustronność działa tak samo dla ciebie! Nie odpowiedziałaś na moje pytanie. Rozmawiałaś już z Mackiem?

Emma wyglądała na lekko spanikowaną nagłą zmianą tematu. Szukała wymówki. – Chwileczkę, nie skończyłyśmy rozmawiać o tobie! Co zrobił James? Co się wczoraj stało?

- Bez znaczenia. Dałam sobie z tym spokój – odparłam szybko, choć nie byłam pewna czy to prawda, czy czułam taki sam niepokój na rozmowę o moich problemach, co Emma. Pewnie po trochę z obu. W każdym bądź razie nie zamierzałam odpuścić Emmie. – Teraz mówimy o tobie. Odpowiedz na pytanie. Rozmawiałaś już z Mackiem?

Emma poruszyła się niekomfortowo, ale w końcu wymruczała odpowiedź. – Któregoś dnia uśmiechnęłam się do niego na korytarzu. Czy to się liczy?

- Um. Nie. – Szczerze. Uśmiech na korytarzu? Psh. – Na co ty czekasz, Emmeline? Minęło parę tygodni odkąd dał ci list! Czy Grace znowu musi cię na niego pchnąć, żebyś z nim pogadała?

- Nie. – Emma zbladła. – Merlinie, to było takie upokarzające.

- No ktoś musiał coś zrobić – oświadczyłam uparcie. – Gdybyśmy zostawili to tobie, prędzej byś się osiwiała niż dała temu biedakowi drugą szansę. On żałuje, Em. A jeśli nawet ja myślę, że powinnaś mu wybaczyć – a czy muszę ci przypomnieć, ile głupich problemów spowodował mi w tym roku ten chłopak? – to ty też powinnaś, do cholery!

Nie sądziłam, że Emma wiedziała, co zrobić z tym fantem. Wydukała bezradną tyradę cichych słów, otwierając i zamykając usta, jak ryba na lądzie. – Ja nie… to nie… ale…

- Ale nic! – wtrąciłam stanowczo, piorunując ją spojrzeniem. – Obustronność, pamiętasz? Musisz zaufać, że Mac miał swoje powody, aby nie mówić ci o tej sprawie z eliksirami. Tak to działa!

- Mówisz to tak, jakby to była bułka z masłem – narzekała Emma, wyglądając na całkiem zniechęconą.

- Oczywiście, że to nie jest bułka z masłem – odparłam, rozumiejąc aż za bardzo. – Ale jakie masz inne opcje? Życie w nieszczęściu i samotności, takie. A jaka to jest opcja?

- Zła – przyznała Emma, dając mi nadzieję, że ją także dopadnie zapał obustronności. Wiedziałam, że gdzieś tam kryje się we mnie wspaniałość. Po prostu chwilę zajęło, żeby się objawiła.

Tym razem to ja skinęłam współczująco głową. – W rzeczy samej. A więc co zamierzasz zrobić w związku z tym?

Emma zdawała się nad tym myśleć. Schowała się trochę pod kołdrą i zacisnęła usta w swoim zamyślonym wyrazie, a choć odpowiedź była oczywista – porozmawiaj z tym chłopakiem! Wybacz mu! Wycałuj go! Zrób cokolwiek! – to chyba powinnam czekać cierpliwie i pozwolić, żeby sama się ogarnęła. Wszak ile wszyscy czekali, aż poukładam swoje uczucia do Jamesa? Jakieś stulecie czy więcej. Mogłam podarować Emmie przynajmniej kilka minut.

…choć jeśli miała się namyślać długo, to strasznie mi przykro, ale ktoś będzie musiał się wtrącić. Być może ktoś z umiejętnościami wścibskimi i ostatnio odkrytą inteligencją?

Tak właśnie myślałam.

- Może… może dzisiaj z nim porozmawiam – powiedziała w końcu Emma i niemal na to zaklaskałam. Uśmiechnęłam się durnie i uniosłam jej kciuki. Wywróciła oczami i zarumieniła się, mrucząc z zażenowaniem: - Przestań.

- No co? – Próbowałam patrzeć surowo, ale byłam za bardzo z siebie zadowolona. – Wspieram cię!

- Jesteś z siebie zadowolona – mruknęła sucho Emma. Chciałam ją poprawić, ale jaki był w tym sens? Byłam z siebie zadowolona. Nie zasługiwałam na to? Tak rzadko byłam rozsądna.

- Uważam, że ta pogawędka była bardzo korzystna – powiedziałam, kiwając głową. – Najwyraźniej świetnie wychodzą nam przyjacielskie pogawędki.

- Grace będzie bardzo zgorzkniała, że jej nie zaprosiłyśmy – odparła Emma, zerkając przez ramię w stronę łóżka Grace, gdzie ta jeszcze spała. – Może powinnyśmy ją obudzić?

Zrobiłam minę, patrząc, jak Grace obraca się i zgina ramię pod dziwnym kątem. – Ty możesz ją obudzić – powiedziałam beznamiętnie Emmie. – Nie chcę, żeby wydłubała mi oko jakaś latająca kończyna – choć i tak planuję podróż do Skrzydła Szpitalnego. Co tam jeden uraz więcej?

- Skrzydło Szpitalne? – Emma zmarszczyła czoło. – Co zrobiłaś?

Uniosłam wciąż zabandażowany nadgarstek. – Muszę zmienić bandaż. Poza tym, rana nadal jest okropna. To nie sprawiedliwe, że Pomfrey lubi moje towarzystwo tak bardzo, że nie leczy mnie prawidłowo, abym ciągle ją odwiedzała. Chyba będę musiała z nią o tym poważnie porozmawiać.

Emma spojrzała zaniepokojona na mój nadgarstek. – Nadal się nie leczy? Co było w tym kwasie?

Wzruszyłam ramionami, zastanawiając się nad tym samym. – Kto wie? Chyba po prostu źle się leczę. Pamiętasz moją kostkę? Dalej mnie kłuje, a leczono mi ją jakieś czterdzieści siedem razy.

- Może rzeczywiście powinnaś pogadać z Pomfrey – rzekła Emma. – To nie jest normalne.

Potaknęłam, choć nie byłam taka zmartwiona – przecież nie umierałam, tylko byłam lekko uszkodzona. A biorąc wszystko pod uwagę, o wiele bardziej niepokoiłam się o zdrowie mentalne. Choć oba mają skłonności do chwil zagrożenia, jedno choruje częściej od drugiego.

- A więc jest sprawa – ogłosiła Emma po chwili przyglądania się mojemu nieszczęsnemu nadgarstkowi. Teraz patrzyła na mnie znacząco. – Jeśli mam pogadać z Mackiem, to ty musisz porozmawiać z Jamesem.

Uniosłam brwi. – Porozmawiać z Jamesem? O czym?

Emma rzuciła mi spojrzenie. – Bardzo dobrze, że zaakceptowałaś tą obustronność, ale może powinnaś przedstawić tę koncepcję także Jamesowi. Aby był świadom, że istnieje problem.

- Jest świadom, że istnieje problem – mruknęłam beznamiętnie, próbując się nie krzywić. – Wczoraj tak jakby wyszłam w trakcie korepetycji.

Emma nie wyglądała na zbytnio tym zaskoczoną. Może to miało coś wspólnego z tym, że jak wróciłam, to zabarykadowałam się za zasłonami łóżka. A może to była chwila pt. „Uciekanie? Klasyczna reakcja Lily". W każdym bądź razie nie chciała dać mi spokoju.

- I tak sądzę, że powinnaś z nim pogadać – powiedziała. Po chwili uniosła kpiąco brwi. – Chyba, że nie ufasz Jamesowi, że zaufa tobie.

Na brodę Merlina.

Wbij sztylet jeszcze głębiej, Em. Równie dobrze możesz go też przekręcić.

- Au – powiedziałam tylko. Emma szybko pokręciła głową.

- Nie mówię, że ci nie ufa. – Wyglądała, jakby naprawdę tak sądziła, ale nie mogłam być pewna. – Mówię tylko, że bez sensu jest obustronność, jeśli tylko ty ją prowadzisz. Powinnaś powiedzieć Jamesowi, że… droga wolna! Rozumiesz?

Nie, nie rozumiałam. Uważałam to za najgłupszy pomysł na świecie. Ale znałam Emmę i wiedziałam, że pomimo pozornej słodkości i niewinności, dziewczyna miała głowę, jak mur. Była bardziej zawzięta ode mnie. Choć nie miałam zamiaru tego robić (no bo serio, wyobrażacie to sobie? „Hej, James. Chciałbyś mi dziś zaufać?") skinęłam głową z udawanym zamyśleniem i mruknęłam żałośnie: - Tak sądzę. Chyba powinniśmy pogadać.

Racja. Pogawędka. O pogodzie. Albo Zaklęciach. Albo hipopotamach. Nie będzie to tak głęboka rozmowa, żebyśmy mieli odkrywać przed sobą najgłębsze sekrety.

A jeśli Emma nie kazała mi się zgadzać na coś bardziej specyficznego, to tylko jej cholerna wina.

Ciągnęłyśmy z Emmą naszą pogawędkę i uściski dopóki nie zorientowała się, która jest godzina, spojrzała na mnie, jakbym oszalała i wyrzuciła mnie ze swojego łóżka, żeby wrócić do snu. Próbowałam się kłócić, że czas to tylko liczba, ona już nie spała i po prostu niegrzecznie było mnie wyrzucać jak stary papierek po czekoladowej żabie po naszym nawiązaniu wielkiej więzi, ale Emma znowu skuliła się w kłębek, zamykając z zadowoleniem oczy.

Brałam pod uwagę zakłócenie jej spokoju, ale stwierdziłam, że dopiero co dojrzałe czarodziejki nie powinny robić takich rzeczy. Więc także wróciłam do swojego łóżka, choć nie chciało mi się spać. Zamiast tego pouczyłam się trochę na egzamin z Zaklęć, a potem zapisałam to wszystko tutaj. A kiedy już skończyłam to chyba wezmę prysznic i pójdę odwiedzić Pomfrey. Na pewno ucieszy się na mój widok.

Tak. Dobry plan.


Później, Skrzydło Szpitalne

Spostrzegawcza Lily: Dzień 38

Suma Obserwacji: 261

Zabiję go.

Zabiję, rozumiecie? Różdżką, ławką, boleśnie ostrym piórem lub własnymi cholernymi rękami, jeśli będzie trzeba, ale i tak UMRZE, a mnie nie będzie z tego powodu ŹLE ani PRZYKRO, będę czuć tylko SZCZĘŚCIE, bo JEGO JUŻ NIE BĘDZIE. ZNIKNIE. NA ZAWSZE.

Ten łajdak. Zdradliwy, dwulicowy łajdak! Nie mogę uwierzyć, że to zrobił. Nie do wiary! Po tym wszystkim, co zrobiłam – całą noc spędziłam na racjonalizowaniu! – on robi coś takiego? Jakby nie miało to w ogóle znaczenia? Jakbym to, co czuła, o co prosiła a on obiecał, nie miało żadnego znaczenia? Gówno mnie obchodzi, że technicznie zrobił to zanim spędziłam całą cholerną noc na próbie uratowania naszego przeklętego związku – czy czymkolwiek to jest, bo zamierzam go zamordować – bo to nie jest nawet… nie jest… Merlinie.

Powiedział, że nie będzie się wtrącał.

Powiedział, że nie będzie się wtrącał, do pieprzonej cholery, a ja mu zaufałam.

A POTEM I TAK TO ZROBIŁ.

A ja nie miałam pojęcia. Ani przez chwilę tego nie podejrzewałam, choć Merlin wie, że powinnam. Przecież praktycznie mi o tym wczoraj powiedział. Po prostu nie słuchałam. Prawda uderzyła mnie dopiero, kiedy weszłam niewinnie do Skrzydła Szpitalnego, czując lekkość i odświeżenie po pogawędce z Emmą. Przedtem byłam praktycznie nieświadoma, bardziej zmartwiona głupim, poparzonym nadgarstkiem. Schowałam obrzydliwe poparzenie pod rękawem koszulki, stwierdzając, że pozwolę Madame Pomfrey być dla mnie miłą przez kilka minut nim dostrzeże oparzenie i jakoś znajdzie sposób, aby obwinić mnie za jego brak wyleczenia. Taki był plan. To był dobry plan.

Wchodząc do Skrzydła, przybrałam swój najlepszy uśmiech. Pomfrey przechadzała się po pomieszczeniu, poprawiając rzeczy. Odwróciła się na dźwięk otwieranych drzwi.

- Dzień do… och. To ty.

Serio. Tak po prostu. To było moje ciepłe powitanie od zadowolonej Uzdrowicielki Hogwartu – „Och. To ty."

Jasna cholera, a gdzie są maniery?

Zmieniłam uśmiech w zmarszczenie brwi. – E, tak. Ja.

Jeśli jednak Pomfrey zobaczyła moje zdezorientowanie albo wyczuła niesprawiedliwość swojej nieżyczliwości, to nie pokazała tego. W rzeczywistości posłała mi jeszcze gorsze spojrzenie, potrząsając białym prześcieradłem z większą siłą niż to było potrzebne.

- Miałam ciężką noc – mruknęła, wygładzając pościel na leżance, jakby ta insynuacja miała coś dla mnie znaczyć. Patrzyła na mnie z dezaprobatą, zdając się czekać na odpowiedź.

Podciągnęłam plecak wyżej na ramieniu i przestąpiłam z nogi na nogę. – Um. Przykro mi?

Pomfrey odwróciła się na moje skonsternowane przeprosiny, mrucząc pod nosem. Nie słyszałam o czym paplała, ale sądząc po tonie głosu, nie było to nic miłego.

Co się tutaj wyrabiało? Myślałam, że jesteśmy kumpelkami!

Gdy Pomfrey wróciła do swojego biurka i zaczęła przeglądać papiery, dalej do siebie mamrocząc, przysunęłam się do pustej leżanki i zajęłam miejsce. Opuściłam plecak na podłogę i czekałam, aż kobieta przestanie w końcu narzekać i powie, co takiego zrobiłam, że zniszczyłam jej noc, poranek czy co tam jeszcze. Nie wyglądała na zbyt chętną, żeby to zrobić. Siedziałam tam przez dobre pięć minut, aż zdałam sobie sprawę, że sama będę musiała rozpocząć rozmowę.

- Potrzebuję nowego opatrunku – zawołałam, kiedy Pomfrey zniknęła w magazynku. Pochyliłam się, próbując zerknąć do środka i zobaczyć czy mnie usłyszała, ale drzwi blokowały mi jej widok i nie nadeszła żadna odpowiedź. – Eee… na moje oparzenie? Na nadgarstku. Pamięta pani… kwas… mówiła pani, że powinnam wrócić…

Urwałam, kiedy moja skonsternowana paplanina spotkała się z dźwiękiem przesuwania rzeczy w magazynku przez Pomfrey. Słyszałam trzaski, uderzenia i świszczenie, ale żadnej słownej odpowiedzi. Kobieta mnie ignorowała. Moja dobra przyjaciółka Pomfrey. Totalnie udawała, że mnie tam nie było. Hmph!

Odczuwając lekkie rozdrażnienie, zaczęłam brać pod uwagę zaczęcie długiej i żałosnej diatryby o moim wielkim cierpieniu i kiepskich zdolnościach leczniczych Pomfrey, bo wciąż bolał mnie nadgarstek i czy jej my, biedne dzieci jej nie obchodziłyśmy, kiedy mi przerwano. Pierwszy zirytowany krzyk opuścił moje usta, gdy drzwi Skrzydła Szpitalnego znowu się otworzyły i ktoś wszedł do środka. Ktoś, kogo znałam. Uwaga umarła mi na ustach.

- Remus. – Spojrzałam na niego zaskoczona. – Co ty tutaj robisz?

Remus wyglądał na tak zaskoczonego moim widokiem, jak ja jego. Biorąc pod uwagę, jak obrócił gwałtownie głowę na dźwięk mojego głosu, wiedziałam, że wcześniej mnie nie dostrzegł. Gdy mnie zauważył, otworzył szerzej oczy i wyglądał na podenerwowanego, jakbym przyłapała go na gorącym uczynku. Nie byłam pewna, o co chodzi, ale dość szybko się ogarnął.

Teraz wiem, że pewnie wiązało się to z tym, o czym wiedział, a ja nie.

- Lily. – Wypowiedział moje imię trochę zbyt spięty, choć uśmiechnął się lekko, co wyglądało prawdziwie. – Ja… em. Co ty…

- Pan Lupin. – Pomfrey wyszła z magazynu, trzymając w zgięciu ramienia świeżą rolkę bandaża. A więc słuchała! – Jest wcześnie – powiedziała do Remusa, jakby pora była jakimś czynnikiem w jego dolegliwościach. Remus otworzył usta, by coś powiedzieć, ale Pomfrey zbyła jego wyjaśnienia machnięciem wolnej dłoni. Wskazała na pustą leżankę obok mnie. – Siadaj. Zaraz wrócę.

Opuściła bandaże na pusty stolik przy łóżku, odwróciła się na pięcie i znowu zniknęła w składziku. Remus podszedł do leżanki obok mojej i usiadł. Zauważyłam, że nie wyglądał zbyt dobrze i na bardziej spiętego niż zwykle. Byłam tym zaskoczona. Wczoraj wydawał się czuć dobrze, kiedy z nim rozmawiałam, choć temat naszej rozmowy wystarczał, żeby pochorować każdego delikatnego człowieka. Jednak nie sądziłam, żeby akurat to mu dolegało. Najwyraźniej coś w międzyczasie go dopadło.

- Jesteś chory? – zapytałam nim zorientowałam się, jakie to durne pytanie. Oczywiście, że był chory. Czy właśnie nie myślałam o tym, że wygląda na chorego? Nieprawdaż? – Wybacz. Pewnie, że tak. Jesteś tutaj. Przykro mi, że jesteś chory.

Remus zbył moje przeprosiny nerwowym wzruszeniem ramion. – Nie przejmuj się. Mój system odpornościowy nigdy nie był silny. Łatwo choruję.

Skinęłam głową, bo oczywiście o tym także wiedziałam. Od pierwszego roku Remus należał do ludzi, którzy zawsze spędzali nadmierną ilość czasu w Skrzydle Szpitalnym. I nawet nie udawał. Po pierwsze, pomimo swojej kłopotliwej grupki przyjaciół, Remus nie był typem wagarowicza. Naprawdę lubi chodzić na lekcje. Po drugie, takiej bladości nie da się sfałszować. Serio wyglądał mizernie. Nie, żebym miała mu o tym mówić. Nie jestem taka wredna – a przynajmniej nie bez prowokacji.

- Po co tu jesteś? – zapytał Remus nim zrobiłabym z siebie większą idiotkę. Szybko uniosłam zranione ramię.

- Nowy opatrunek – powiedziałam i skinęłam głową w stronę świeżych bandaży, które Pomfrey porzuciła na stoliczku. – To miała być szybka wizyta, ale jakoś udało mi się zdenerwować Pomfrey. Postanowiła obwinić mnie za okropną noc. Uroczo, co?

Spodziewałam się chichotu, konspiracyjnego przewrotu oczami ze słowami „Też to przeżyłem" albo przynajmniej uśmiechu. Było to przecież komiczne Pomfrey'owe zdarzenie.

Zamiast tego Remus widocznie zbladł.

Co do licha

Może to coś o mnie świadczy (i o moim wyraźnie aktywnym instynkcie) że dziwna reakcja Remusa od razu wzbudziła we mnie podejrzenia. Nie brałam pod uwagę, że jego stan nagle się pogorszył, nagle pomyślał o czymś okropnym ani nie wymyślałam żadnego bzdurnego wyjaśnienia… doszłam od razu do teorii „Co on wie?". Coś było nie tak. To nie była normalna odpowiedź.

Zmrużyłam oczy.

- Ha! – Remus wydał nijaki i spóźniony chichot, wyraźnie próbując naprawić swój błąd. Żałosny śmiech zamienił się w kaszel. – Ta Pomfrey. Wariatka.

- Słucham? – Wspomniana Uzdrowicielka wyszła z magazynu, kiedy Remus się odezwał. Nie wyglądała na zadowoloną z jego stwierdzenia i dała mu o tym znać swoim osławionym piorunującym spojrzeniem. Normalnie czułabym poczucie winy za wpakowanie go w kłopoty z drażliwą Pomfrey, ale tym razem mnie to nie obchodziło.

Remus o czymś wiedział.

Nie wiedziałam co, nie wiedziałam czemu, ale wiedziałam, że wiedział. I wiedziałam, że onnie chciał, bym ja wiedziała.

W jednej chwili nie czułam się już tak lekko i odświeżona.

- Remusie…

- Czy wy plotkujecie? – warknęła Pomfrey, teraz patrząc gniewnie na nas oboje. Była wyraźnie oburzona tą perspektywą, jakbyśmy planowali jej morderstwo czy coś. – To miejsce dla chorych i rannych uczniów. Możecie sobie gdzieindziej urządzić spotkanie przy porannej herbatce!

- Tak, proszę pani – odpowiedział natychmiast Remus. Obrzucił mnie krótkim spojrzeniem, ale nic nie powiedziałam. Pomfrey także patrzyła na mnie oczekująco, ale moje myśli biegły zbyt szybko, by posłać jej skruszone spojrzenie czy wymamrotać przeprosiny.

Bo zdałam sobie nagle sprawę, iż ona miała powód, żeby być na mnie wściekłą i nie mogłam uwierzyć, że o tym zapomniałam. Amos. Oczywiście. Jeśli, tak jak zasugerowała wczoraj Emma, miała ona powód, by podejrzewać, że to ja wpakowałam Amosa do jednej z tych pustych leżanek, to miała wiele prawa, żeby teraz tak chłodno mnie traktować. Ale sama mówiła, że „miała ciężką noc". W sensie zeszłą noc. Posłałam Amosa w zmieniającą-kolor śpiączkę we wtorkowy wieczór. A wypuściła go wczoraj wieczorem. Co mogło być w tym takiego wielkiego? A nawet jeśli coś się stało, to ja nie miałam z tym nic wspólnego. Byłam na korepetycjach, potem spędziłam resztę nocy z Wandą. Miałam świadków. Świadków, mówię!

Ale spróbujcie powiedzieć to Pomfrey. Nadal patrzyła, jakby chciała owinąć dłonie wokół mojego gardła.

I choć wiedziałam, że to może wpakować mnie w jeszcze większe kłopoty, to postanowiłam zadać pytanie prosto z mostu. Bo miałam dziwne podejrzenie, że już wiedziałam, o co tu chodzi.

- Madame Pomfrey, co wydarzyło się zeszłej nocy?

Pomfrey otworzyła szerzej oczy. Remus jeszcze raz kaszlnął, po czym zaczął paplać o medycznych zaklęciach.

A wtedy byłam pewna. Wtedy wiedziałam, że moje dziwne podejrzenia miały rację. Bo istniał tylko jeden powód, dlaczego Remus wiedziałby coś, czego ja nie i dlaczego starałaby się to przede mną ukryć. I istniała tylko jedna osoba, która mogłaby zmienić wczorajsze wypuszczenie Amosa w fiasko. Tylko jedna. Ta sama osoba, która zmieniła moją noc w fiasko. Ostatnio to chyba jego mocna strona.

Krew zamieniła mi się w lód.

Nie.

Nie, nie, nie.

Odwróciłam się do Remusa.

- Co – wyplułam – on zrobił?

Bez odpowiedzi czułam już furię. Już wiedziałam, jakie to będzie przestępstwo. Remus wyglądał, jakby naprawdę chciał zapaść się teraz pod ziemię, ale nie zamierzałam mu tak łatwo odpuścić. Gdy potrząsnął tylko głową i mruknął nieprzekonująco: - Nie wyciągaj pochopnych wniosków… to nie było takie złe… - Odwróciłam się do Pomfrey. Wiedziałam, że ona wyzna mi prawdę. Dla niego nie będzie niczego słodzić.

- Co się stało? – spytałam gniewnie.

Pomfrey uniosła leciutko wąskie brwi. Spojrzała na Remusa. – To ona nie wie? – zapytała.

Remus pokręcił nieszczęśliwie głową.

Jeszcze bardziej go unieszczęśliwię, jeśli ktoś nie zacznie zaraz gadać.

- Co – warknęłam ostatni raz – się stało?

Chyba oboje zdali sobie sprawę, że zaraz zacznę rzucać klątwami, bo Pomfrey nareszcie zaczęła mówić, a Remus – z wyrazem kompletnego przygnębienia – nie próbował jej zatrzymywać.

- Zeszłego wieczoru na korytarzu zaczęło się zamieszanie – powiedziała w końcu ostrym tonem.

- Niech zgadnę – mruknęłam gorzko, nie mogąc się powstrzymać. – Gdzieś koło ósmej, prawda?

Pomfrey potaknęła, jakby to było potrzebne. – Tak sądzę. Właśnie wypisałam pana Diggory'ego. – Uzdrowicielka raz jeszcze uniosła brwi. – Znasz pana Diggory'ego, nieprawdaż?

Na litość boską, Poppy, nie teraz.

- O Boże – jęknęłam, bo w głowie pojawiły mi się przeróżne sceny. Schowałam twarz w dłoniach. – Boże.

Remus nadal próbował udawać rozjemcę, idiota.

- Wiesz, może nie powinnaś wysłuchiwać tego od…

- Zamknij się, Remus. – Podniosłam głowę z rąk, żeby przeszyć go wzrokiem. Potem znowu spojrzałam na Pomfrey. Musiała to usłyszeć. Musiałam wiedzieć, co się wydarzyło. – No dalej.

Pomfrey nie wyglądała na szczęśliwą, że jej rozkazuję, ale tę emocję przewyższała wyraźna potrzeba wyżalenia się na temat zeszłej nocy. Minę miała ponurą i wzburzoną, kiedy opowiadała resztę historii w swej typowej manierze.

- Wypuściłam wczoraj pana Diggory'ego po tym – posłała mi kolejne znaczące spojrzenie – jak jego poprzednie urazy zostały wyleczone. Nie minęło pięć minut, jak usłyszałam na korytarzu wrzaski. Początkowo je zignorowałam, oczywiście – załatwianie uczniowskich awantur nie jest moją sprawą – ale robiło się dość głośno i usłyszałam ten odgłos.

Do cholery jasnej. Odgłosy nigdy nie są dobre.

- Odgłos? – powtórzyłam z niepokojem.

Pomfrey skinęła lekceważąco głową. – Piszczący odgłos.

Jaki odgłos?

Jeśli Pomfrey zauważyła moją zszokowaną konsternację, to i tak nie powściągnęła swoich słów ani tonu aby załagodzić resztę historii. Teraz mówiła już w rozgorączkowaniu i tak jakby oburzonym wigorze.

- Nie należy to do moich obowiązków, ale to było takie niepokojące, że zamierzałam sprawdzić, jakie kłopoty się gotują, kiedy… wielka świnia wparowuje do mojego Skrzydła Szpitalnego…

- Właściwie to był dzik – wtrącił ponuro Remus. – James nie robi świń.

- …zanieczyszcza moje Skrzydło i biega jak w amoku, przewraca wózki z lekami, wchodzi pod czyste leżanki i terroryzuje moich pacjentów…

- To nie była wina Jamesa

- …a wtedy do środka wchodzi sobie normalnie pan Potter, który zechciał mnie poinformować, że szaloną kreaturą rozrywającą moje Skrzydło Szpitalne był pan Diggory, który pewnie będzie potrzebował uwagi medycznej, kiedy komuś uda się przemienić go z powrotem w chłopca! I tak było! Złamany nos i dwa połamane żebra! Po bójce przed moim Skrzydłem Szpitalnym!

Remus nie miał na to nic do powiedzenia.

Ale Pomfrey jeszcze nie skończyła.

- A wtedy, zanim ten delikwent sobie wyszedł, jak gdyby nigdy nic, równie bezceremonialnie oświadczył, że to on wcześniej wpakował tutaj pana Diggory'ego i według niego za pierwszym razem nie był on „odpowiednio uszkodzony i trzymany w uwięzi" na wystarczająco długo!

O Boże.

Mój Boże.

Wtedy to straciłam.

Całkowicie straciłam.

Ale czy można mnie winić?

- Nie! – krzyknęłam, gwałtownie się podnosząc. – Nie, on… nie.

- Tak! – odkrzyknęła Pomfrey zadowolona, że ktoś podzielał jej wściekłość, ale ja jej nie słuchałam. Zwróciłam się do Remusa.

- Zabiję go, rozumiesz? – syknęłam z furią. – Znajdę go i zamorduję. Mam nadzieję, że pasuje ci posiadanie tylko dwójki przyjaciół, bo ten trzeci nie przetrwa tego dnia!

Remus wyglądał na dość zaniepokojonego. – Daj spokój, Lily…

- Nawet się nie waż! Obiecał. Kazałam mu się nie wtrącać, a on… on… na Merlina, zabiję go. Zabiję!

- Nie bądź impulsywna…

- Impulsywna? – Och, naprawdę zaczynał przeginać. – Mówisz mi, żebym nie była impulsywna? Kiedy ten… ten… skończony idiota kogoś zaatakował? A potem przyznał się do czegoś, czego nawet nie… i to ja jestem impulsywna?

- Wiesz, dlaczego to zrobił – próbował racjonować ze mną Remus, jakby to było w ogóle możliwe. – Wiesz, jak działa jego rozum. To nie…

Ale miałam dosyć słuchania jakiejkolwiek logiki, którą próbował dołączyć do tego Remus. Bo nieważne, jakie bzdury wymyśli, tutaj nie było logiki. Nie było w tym żadnej dobrej strony, żadnego usprawiedliwienia. Wiedziałam, że wczoraj było coś nie tak z Jamesem, to jak przybiegł spóźniony i zdyszany do biblioteki – adrenalina po bójce. Merlinie, czemu tego nie zauważyłam? – i mówił te wszystkie durne rzeczy o tym, że zrobiłby coś, gdyby ktoś zamierzał mnie skrzywdzić.

Cóż, teraz to on będzie potrzebował ochrony, ponieważ nie zamierzałam przestać na prostym zranieniu go. Nie skończę, dopóki nie przestanie oddychać. A potem jego przemienię w cholernego dzika i zobaczymy, jak jemu będzie się to podobać!

…no okej. Może przemienię go w talerz czy coś. Dzik jest dla mnie odrobinę za trudny. Ale nieważne. Uczucie pozostaje takie samo. A i tak nie będzie to miało znaczenia, jeśli schrzanię mu organy wewnętrzne, bo nie będzie ich już potrzebował. Wiecie, biorąc pod uwagę, że będzie martwy.

Ale nawet to nie będzie wystarczyło. Bo bez względu na to, jak bardzo go zranię, to nie zmieni faktu, że… cóż, ja też cierpiałam.

Okłamał mnie.

Znowu mnie okłamał.

Tym razem nie w obronie emocjonalnego bólu czy z powodu jakiejś skazy w obustronności. Tylko przez jego cholernie wielkie ego. Bo nie mógł opanować swojej cholernej dumy na tyle, by pamiętać, że kilkanaście razy rozmawialiśmy o pomyśle rozerwania Diggory'ego na strzępy i za każdym razem kazałam mu odłożyć różdżkę i pięści. Myślałam, że wyraziłam się dostatecznie jasno – bo tak było! A jeśli sądził, że tak łatwo mu to wybaczę, to czeka go mocna pobudka.

Bo to nie był żart. Nie zamierzałam tego odpuścić. Tym razem James zaszedł za daleko.

Byłam wściekła. Chciałam znaleźć Jamesa i potraktować go takimi urokami, aby nie mógł się podnieść. Teraz będzie w Wielkiej Sali, prawda? Tak. Na pewno tam będzie. Poczułam się żywsza. Pochylałam się po swój plecak z drżącymi rękami zanim jeszcze uformowałam swój plan. Wiedziałam tylko, że muszę coś zrobić. Musiałam stąd wyjść. Musiałam znaleźć Jamesa i musiałam… musiałam…

- Muszę iść. Ja…

- Siadać! – rzuciła gniewnie Pomfrey, stając mi na drodze i wycelowała palcem w leżankę. Była onieśmielającą kobietą, ale byłam gotowa ją odepchnąć, jeśli będzie trzeba. Furia pozwala na unikalną siłę i głupotę. Musiałam opanować wściekłe spojrzenie, kiedy się w siebie wpatrywałyśmy.

- Madame Pomfrey – wycedziłam – muszę iść.

- Siadaj – rozkazała znowu Pomfrey. Wyglądała bardzo poważnie. Jej palec ani przez chwilę nie zadrżał. – Jeszcze się tobą nie zajęłam.

Och, jakby obchodził ją mój głupi nadgarstek!

- To nie…

- Lily – odezwał się Remus. – Przestań. Usiądź.

- Tylko ty mi nie rozkazuj! – warknęłam, odwracając się do niego wściekle. – Jesteś tak samo zły, jak oni! Założę się, że czekałeś za rogiem, kiedy James robił swoje! Założę się, że zasugerowałeś mu parę uroków, gdy zabrakło mu pomysłów!

- Nie miałem z tym nic wspólnego – zapewnił cicho Remus. – Dowiedzieliśmy się dopiero, kiedy James wrócił do dormitorium po godzinie policyjnej. Nie mieliśmy pojęcia, że zrobi coś takiego.

Teraz mam świadomość, iż Remus nie miał powodu, żeby na ten temat kłamać. Nic by to mu nie dało może oprócz poczucia winy przed Pomfrey, ale wątpiłam, żeby tym się przejmował. Ale wtedy byłam zbyt rozgniewana, żeby myśleć logicznie. Reagowałam przez złość, frustrację i cały kocioł gorzały na własną tępotę. Nie była to przyjemna mieszanka.

- O, ha – prychnęłam, splatając ramiona na piersi. – Jakbym miała w to uwierzyć! Jakbym miała uwierzyć w słowa któregokolwiek z was! Wszyscy jesteście cholernymi łgarzami. – Wciąż gotując się od środka, zerknęłam na Pomfrey. – Nie może mnie pani zmusić, bym tu została – powiedziałam. – Nie może pani.

Pomfrey wyglądała, jakby zamierzała się kłócić – i niechętnie teraz przyznaję, że pewnie miała prawo, żeby zmusić mnie do pozostania, jako że jest członkinią kadry i władzą medyczną – ale urwała, kiedy drzwi Skrzydła Szpitalnego otworzyły się dziś po raz trzeci. Patrzyliśmy, jak do środka weszła dwójka Ślizgonów. Jeden z nich miał wielkie, brzydkie, czerwone bąble na twarzy. Drugi sunął marnie stopami, wyglądając na skruszonego. Pomfrey uniosła wzrok ku sufitowi.

- Dzieci – westchnęła. Opuściła spojrzenie na tyle długo, żeby spojrzeć na mnie surowo. Znowu wskazała na pustą leżankę. – Siadaj – powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Za chwilę wrócę, żeby obejrzeć ci nadgarstek. A ty – wskazała na Remusa – twój eliksir jest w schowku.

Potem odeszła, żeby zająć się Ślizgonami, wołając „Co wyście dzieci zrobiły?".

Co zostawiło mnie sam na sam z Remusem.

Rzecz w tym, że wiedziałam, iż mogłam sobie wtedy wyjść. Kto mógł mnie zatrzymać? Tak, Pomfrey rozkazała mi zostać i to było dość przerażające, ale teraz była zbyt zajęta karceniem biednych Ślizgonów, a Remus na pewno nic by nie zdziałał przeciw mnie. Ale chyba mówi coś o tym cholernie głupim, niedogodnym uroku, który udało się rzucić na mnie Jamesowi Potterowi fakt, że mimo mojej furii… chciałam dać mu jeszcze godzinę życia. Choćby po to, żeby dłużej pławił się w nieszczęściu na myśl o tym, że odkryłam jego zdradę.

I… cóż, może było w tym też coś więcej niż przedłużenie tylko jego tortur. Sedno w tym, że gdybym teraz znalazła Jamesa i szybko zniszczyła jego ciało oraz wieczną duszę, to pewnie zniszczyłabym równie szybko moją furię. A jeśli furia zniknie, to jej miejsce na pewno zajmie inne uczucie. I dla wszystkich – zwłaszcza dla mnie – szykowały się kłopoty dotyczące tego uczucia. Naprawdę nie chciałam o tym myśleć. Nie chciałam brać pod uwagę, że to wszystko mogło zakończyć się czymś innym niż wściekłością. Łatwiej było pozostać w gniewie.

Miałam przeczucie, że cokolwiek nadejdzie potem, nie będzie nam dobrze wróżyć.

Chyba zaskoczyłam wtedy Remusa, że nie od razu rzuciłam się do drzwi. Widziałam, że się tego spodziewał, może nawet zastanawiał się nad powstrzymaniem mnie. Ale kiedy spuściłam plecak na ziemię i znowu podeszłam do leżanki, musiał tak jakby dwa razy mi się przyjrzeć. Gdy rzuciłam się na leżankę, przyjrzał mi się ostrożnie.

- Eee. – Podrapał się po brodzie, wyraźnie skonsternowany. – Dobrze. Zostań.

- Idź po swój eliksir – powiedziałam tonem, który brzmiał twardo nawet w moich uszach. – Idź po eliksir, a potem wynoś się stąd i ostrzeż swojego kumpla, że wydał się jego cholerny sekret. Nie chciałabym go zaskoczyć. Broń ci Merlinie, żeby jeszcze usłyszał o tym ode mnie.

Ale zamiast zrobić, co poprosiłam, Remus nie zrezygnował z rozsądnych przemów.

- Posłuchaj, Lily – rzekł. – Wiem, że to co zrobił było złe, ale zastanów się nad tym, dobrze? Nie chcesz… na pewno nie chciałabyś…

- Co? – warknęłam. – Czego bym nie chciała, Remusie? Stracić ten wspaniały i pełen zaufania związek, który dzielimy z Jamesem? O tak. Szkoda byłoby go zniszczyć.

Remus pokręcił smutno głową. – Nie rób tego, Lily. Pomyśl. Wiesz, że według niego zrobił to dla ciebie. Jego metody są niedobre, ale serce ma we właściwym miejscu. Po prostu…

- Nie broń go – powiedziałam cicho. – Zostaw mnie w spokoju. Muszę pomyśleć. Zostaw mnie.

Wyobrażam sobie, że Remus ciągnąłby dalej, ale nie dałam mu zbytnio wyboru. Skuliłam się na leżance i odwróciłam do niego plecami. Westchnął głośno, ale nie przejmowałam się jego rozczarowaniem. Ja też byłam rozczarowana. I przy naszej parze powiedziałabym, że ja miałam więcej powodów do bycia rozczarowaną niż on.

Ale gniew jest prostszy od rozczarowania, więc pozwolę mu wygrać ten konkurs. Tak jest o wiele łatwiej.


Wciąż Później, Skrzydło Szpitalne

Spostrzegawcza Lily: Dzień 38

Suma Obserwacji: 262

Remus wziął swój eliksir i poszedł, mówiąc Pomfrey, że pewnie wróci później.

Cóż, przynajmniej ktoś się mnie słucha.


Wciąż Wciąż Później, Skrzydło Szpitalne

Spostrzegawcza Lily: Dzień 38

Suma Obserwacji: 262

Pomyśleć można, że ta kobieta byłaby milsza po tym poranku. Czy ona nie ma duszy? Odrobiny zrozumienia czy współczucia? Co się stało z czarodziejką, która pozwoliła mi ukryć się w Skrzydle Szpitalnym tego jednego poranka, kiedy mój zidiociały w-tej-chwili-zdecydowanie-bardziej-przyjaciel-niż-potencjalny-ktoś-tam-a-może-i-nawet-nie-przyjaciel próbował mnie dopaść? Chcę jej. Przywróćmy ją z powrotem.

- Coś ty robiła z tym nadgarstkiem? Prawie w ogóle się nie zagoił!

- Nic nie robiłam! Moje ciało nie lubi się leczyć. Nic na to nie poradzę.

- Może gdybyś bardziej zamartwiała się dbaniem o siebie, a trochę mniej swoimi romantycznymi problemami, to nie miałabyś takich dylematów.

Dzięki, Poppy. Wielkie dzięki. Też cię kocham.

I za to zostaję tutaj do Zaklęć i nic z tym nie zrobi, chociaż życzliwie kazała mi wyjść jakieś pięćdziesiąt razy. Życzliwie odpowiedziałam, że skupiam się na zdrowieniu, tak jak sugerowała, a gdzie znajdę lepsze na to miejsce od Skrzydła Szpitalnego?

Ha.


Potem, Historia Magii

Spostrzegawcza Lily: Dzień 38

Suma Obserwacji: 263

Ostatecznie musiałam opuścić Skrzydło Szpitalne. Gdzieś przy pięćsetnym „Panno Evans, sądzę, że jesteś w doskonałym stanie" zerknęłam na zegar, zobaczyłam, że mam gdzieś dziesięć minut na dojście na Zaklęcia, odpowiedziałam „Tak, sądzę, że ma pani rację" i w końcu zeszłam z leżanki. Pomfrey chyba była zadowolona, że pozbyła się mnie i mojego nieszczęścia, ale była zbyt zaskoczona moją uległością, żeby to pokazać. Zamiast tego po prostu się na mnie gapiła. Mimo wszystko wzięłam swój plecak, pomachałam zrzędliwej kobiecie i wyszłam ze Skrzydła. Miałam przed sobą egzamin. Na tym właśnie się skupiłam. Na egzaminie z Zaklęć.

Najprostszą drogą na trzecie piętro było przejście przez Wielką Salę, ale nie zamierzałam wchodzić w oko cyklonu (znanego jako społeczeństwo Hogwartu) jeśli nie musiałam, więc wybrałam długą drogę schodami. Na szczęście na schodach spotkałam jedynie garstkę młodszych uczniów i albo byli za ciemni, albo za uprzejmi, żeby celować we mnie palcami i szeptać za moimi plecami. Ale wiedziałam, że to nie potrwa długo. Nie wątpiłam, że informacja o ataku Jamesa dotarła już do wszystkich. Szepty i spojrzenia wkrótce się zaczną. Już niemal jestem do nich przyzwyczajona.

Korytarz Zaklęć był trochę zatłoczony, kiedy w końcu tam dotarłam, ale większość siódmorocznych było zbyt zajętych nauką, żeby mnie zauważyć. Niestety było parę takich, których nie przejmowały takie akademickie sprawy. Nim mogłabym utkwić stalowy wzrok przed siebie i nałożyć pokerową maskę, zauważyłam pod ścianą Kiki Molter. Julie Little stała obok niej. Posłały mi tak nienawistne spojrzenia, że na chwilę stanęłam. Cieszę się, że mój umysł skupiony na egzaminie wstrzymał mój gniew na tyle, że nie odwzajemniłam się równie przerażającym spojrzeniem. Oddaliłam się, zanim którakolwiek z nich miałaby odwagę się do mnie odezwać.

Idź dalej. Po prostu idź dalej.

Grace i Emma stały na dalekim końcu korytarza, szepcząc między sobą z zapałem. Nie odrywałam od nich wzroku, to było moje światełko w tunelu. Emma pierwsza mnie dostrzegła. Spojrzała mi w oczy. Niespokojnie przygryzła dolną wargę. Grace także spojrzała w moim kierunku, ale nie wyglądała na zmartwioną. Naturalnie.

- Lily – odezwała się Emma, kiedy zatrzymałam się przed nimi. Jej lekki uśmiech był widocznie spięty. – Eee. Cześć.

Emma nigdy nie była dobra w te klocki.

- Witajcie – odparłam tak naturalnie, jak tylko mogłam. Obrzuciłam je wzrokiem. – Uroczy poranek, nie sądzicie?

Grace uniosła brew, gdy Emma zmarszczyła zmartwiona czoło. Emma nachyliła się, mówiąc ściszonym głosem. – Czy ty… słyszałaś…

- Co słyszałam? – zapytałam z udawaną niewinnością. – Że ten egzamin z Zaklęć ma być trudny? Że przegapiłam dziś śniadanie? Nie? Och. Musi ci chodzić o to czy słyszałam, że zamierzam rozerwać Jamesa Pottera na kawałki, aż nie pozostanie nic prócz krwi i kości.

Grace wyszczerzyła się.

- O, dobrze – powiedziała. – A więc słyszałaś.

Zawsze taka żartobliwa.

- O rany – mruknęła Emma. Wyglądała na tak zaniepokojoną, że niemal było mi jej żal. – To… rozumiem, że jesteś zła, Lil, ale może nie powinnaś jeszcze myśleć nad morderstwem…

- Nie myślę – odparłam spokojnie. Gdy Emmę wyraźnie zalała ulga, dodałam. – Mam zamiar najpierw iść na egzamin z Zaklęć. Potem go zamorduję.

Grace parsknęła śmiechem i poklepała mnie po ramieniu. – Przynajmniej masz dobrze ułożone priorytety.

Potaknęłam. – Nauka na pierwszym miejscu.

Gdy uśmiechałyśmy się i chichotałyśmy z Grace, jak to tylko potrafią najbardziej szaleni z nas, Emma nadal się zamartwiała. Zaciskała i rozluźniała nerwowo dłonie, przyglądając mi się ostrożnie. Chyba niepokoiły ją moje spokojnie zachowanie i żarty. Oczekiwała krzyków, nie śmiechu. Nie winię jej. Wyraźnie nie rozumiała – w przeciwieństwie do Grace – że moja miarka już się przebrała.

Nie zastanawialiście się dlaczego wariatki w kaftanach bezpieczeństwa zawsze się śmiały?

No to teraz wiecie.

Po jakimś czasie bycie tak cholernie wściekłą zaczyna robić się naprawdę zabawne. Więc czemu nie chichotać?

Święty Mungu, nachodzę.

- Nie wydajesz się… to znaczy, przyjęłaś to o wiele lepiej niż się spodziewałam – powiedziała Emma, chociaż nie brzmiała na zadowoloną tym faktem. Nakręciła pasemko włosów na palcu. – Oczywiście nie tę część z morderstwem, ale… no jeszcze nikogo nie zabiłaś. A to dobrze.

- Też tak sądzę – odparłam, nadal śmiejąc się wariacko. Nie mogłam się powstrzymać. Śmiech nie chciał się skończyć. – To szalony świat, Emmeline. I wiesz co? Ja to widzę tak, że – a miałam trochę czasu namysłu – mogę zrobić jedną z dwóch rzeczy. Mogę posłać Avada Kedavra wszystkim, którzy mnie irytują – a chociaż mogłoby to terapeutyczne, to stworzyłoby bałagan z prawem, którego nie można by było tak łatwo wytłumaczyć – albo mogę zaczekać, aż natrafię na tę jedną osobę, z której morderstwa usprawiedliwiłyby mnie wszystkie rozsądne czarodziejki i efektownie wyładować na nim całą skrytą we mnie furię. A w międzyczasie mogę się trochę pośmiać. Lepiej to będzie wyglądać na moi świadectwie niepoczytalności. Zgodzisz się, Gracie?

Obróciłam się do Grace gotowa na kolejną salwę śmiechu i pełne aprobaty skinięcie głową, bo często można nią liczyć w takich sprawach, ale zamiast tego Grace wściekle potrząsała głową.

Psh. Co to ma być?

- Nie? – zapytałam z udawanym oburzeniem. – A więc co…

Ale wtedy zorientowałam się, że nie byłam odbiorcą tego gorączkowego kręcenia głową Grace. Wpatrywała się w coś – kogoś – zlokalizowanego tuż za moim lewym uchem. Byłabym tym ucieszona – miło było wiedzieć, że jednak zgadzała się z moimi logicznymi przemyśleniami – gdyby nie fakt, że od razu znieruchomiała, kiedy dostrzegła mój wzrok. Na jej twarzy pojawił się dziwny uśmiech. Rzucając jej spojrzenie, spojrzałam przez ramię, by zobaczyć komu słała sygnały.

…i dostrzegłam szybko znikające za rogiem ciało Jamesa Pottera.

Tak po prostu… eksplozja.

Serio. Nie wiem jak inaczej to określić. Eksplodowałam.

- PO CZYJEJ TY JESTEŚ STRONIE? – wrzasnęłam do Grace. Byłam zbyt wściekła, by poczuć wstyd dźwiękiem mojego głosu, choć na pewno teraz gapiło się na mnie parę uczniów. Nawet ich nie zauważyłam. Byłam zbyt zajęta przyszpilaniem Grace.

- Skrzatów domowych! – odparła Grace. Miała jeszcze czelność żartować. – Naprawdę, Lil – krew na korytarzach przed dziewiątą rano? Pewnie dopiero skończyli sprzątać po śniadaniu.

- TO NIE JEST ŚMIESZNE.

- Śmiałaś się jeszcze przed…

Ale nie czekałam na usłyszenie głupiutkich (em, i może prawdziwych) tłumaczeń Grace. Cholerny łajdak uciekał. Grace mu zasygnalizowała, a teraz miał przewagę. A chociaż zamierzałam pozostać opanowana dopóki nie skończy się ten głupi egzamin z Zaklęć, to nagle nie wydawało się to być już takie ważne. James cholerny Potter mi umykał i musiałam go schwytać. Bo jeśli go nie złapię, to jak mam go zabić? Wściekły czerwony odcień, który na pewno dominował na mojej twarzy pasował do morza czerwonej krwi, którą radośnie wyobrażałam sobie rozlaną na korytarzu Zaklęć. Jego morze czerwonej krwi. Zmiana z czarodziejki w bestię była natychmiastowa. Ludzka Transmutacja może mi nie wychodzić, ale cholernie dobrze potrafiłam przejąć zwierzęcego ducha, jeśli wymagała tego sytuacja.

I w tamtej chwili obawiam się, że zamieniłam się w oszalałą lwicę.

Nie jest to najbardziej atrakcyjna cecha dziewczyny, ale są pewne rzeczy, nad którymi nie ma się kontroli. Niestety nie sądzę, żeby choć stary Godryk Gryffindor był dumny.

- Przytrzymaj to – powiedziałam gniewnie, rzucając plecak Emmie. Nie dałam jej czasu, żeby zrobić coś więcej niż pisnąć „Lil…", bo odwróciłam się na pięcie i pobiegła za Palantem Potterem. Skręcałam już za rogiem zanim ułożyłam sobie plan akcji.

…nie przejmowałam się także patrzeniem sobie pod cholerne nogi. Dlatego, kiedy skręciłam za rogiem wpadłam prosto na Syriusza Blacka.

- Ugh… do jasnej cholery, Evans – powiedział, zataczając się do tyłu i łapiąc mnie za przedramiona. – A ja myślałem, że nasza niezgoda nie zakończy się przemocą fizyczną.

- Gdzie on jest? – zażądałam, wyrywając się Syriuszowi i obróciłam głową na wszystkie strony. – Gdzie poszedł?

- Kto? – zapytał Peter, wychodząc zza Syriusza.

- Och, nawet nie próbujcie! – krzyknęłam, obrzucając ich gniewnym spojrzeniem. Gdzie on był? – Widziałam, jak tutaj poszedł! GDZIE ON JEST, DO CHOLERY?

Patrzyli na mnie, jakbym całkowicie straciła rozum – co pewnie się stało, ale wiedziałam, co zobaczyłam. Grace zasygnalizowała durnemu kretynowi i uciekł w zakręt. Widziałam. Ale… na Merlina, gdzie więc zniknął? Staliśmy na długim korytarzu, najbliższe skrzyżowanie korytarzy znajdowało się jakieś dwadzieścia metrów dalej. Niemożliwe, żeby tak szybko tam dotarł. Niemożliwe, żeby dotarł do następnego zakrętu, a ja bym go nie zauważyła.

Zatem gdzie poszedł? Patrzyłam i patrzyłam, nawet odepchnęłam Syriusza na bok, aby nie zasłaniał mi widoku, ale Jamesa nigdzie nie było. Czułam na sobie dziwaczne spojrzenia uczniów znajdujących się w pobliżu, ale nie należały one do jednej osoby, której szukałam.

Co tylko jeszcze bardziej mnie zdenerwowało… jeśli to możliwe.

Na szczęście mogłam wyżyć się na Syriuszu.

- Gdzie on polazł? – wrzasnęłam znowu, patrząc na niego swoim najgorszym spojrzeniem. – Ukrywacie go i chcę wiedzieć gdzie!

Syriusz – ten dupek – ledwie się uśmiechnął.

- Gdzie go ukrywam? – zapytał niewinnie, unosząc ramię. – W rękawie?

Peter parsknął śmiechem.

Nie miałam nastroju na cholerną przemądrzałość Syriusza Blacka i przeklęte chichoty Petera Pettigrew. Z siłą, która pojawia się tylko w chwilach furii, pchnęłam Syriusza w klatkę piersiową i poczułam lekką satysfakcję, kiedy zatoczył się do tyłu, podpierając się o ścianę za sobą. Wyprostował się z oszołomionym wyrazem twarzy. Peter zamilkł.

- To nie żart, dupku! – syknęłam i wycelowałam drżącym palcem w jego twarz. – Powiedz temu… temu swojemu kłamliwemu przyjacielowi, że może ukrywać się, ile chce, ale i tak go znajdę. A kiedy to zrobię… och, kiedy to zrobię

- Co? – pisnął Peter, otwierając szeroko oczy. – Co zrobisz?

Nie odpowiedziałam. Przyszpiliłam go swoim najbardziej morderczym wzrokiem, który mówił sam za siebie.

Chyba podziałało, bo Peter przełknął ciężko ślinę.

Przynajmniej on kumał. Syriusz po prostu się gapił.

- Nie sądzisz, że trochę przesadzasz, Evans? – zapytał, choć byłam dumna z faktu, że nawet on zaczął brzmieć niepewnie, jakby bał się powiedzieć coś nie tak. – Nikogo nie zabił.

Ale zamiast przedstawić mi sprawę w jakiejś wypaczonej perspektywie Huncwotów, komentarz Syriusza zdołał jedynie jeszcze bardziej mnie dobić.

Zabić kogoś? Nie, nie zabił.

- Nie kogoś – odparłam z napięciem, przybierając kamienną twarz. Nie odrywałam spojrzenia od Syriusza. – Coś. Coś, co myślałam, że było dla niego ważne. Mam nadzieję, że było warto.

Syriusz zmrużył oczy i wiedziałam, że zrozumiał. A chociaż wyglądał, jakby miał coś do powiedzenia na ten temat, to nie chciałam tego słuchać. Jamesa tutaj nie było – a przynajmniej go nie widziałam. Może ukrył się w klasie czy coś, nie wiem – i nie chciało mi się dalej sprzeczać z jego przyjacielem. Bo w tym tkwi problem mojego gniewu – wybucha nagle i efektownie, ale równie szybko znika. A jeśli miałabym tam stać i kłócić się z Syriuszem, to wykorzystałby całą moją dobrą wściekłość, którą musiałam oszczędzić na właściwy cel.

Obracając się na pięcie, zostawiłam zdezorientowanego Petera i zaczynającego coś mówić Syriusza, kiedy wróciłam pod klasę Zaklęć. Do tego czasu większość uczniów weszło do środka razem z Grace i Emmą. Weszłam do klasy bez skupienia większej uwagi i usiadłam obok Emmy na przodzie. Czułam na plecach spojrzenia, ale nie na tyle, aby wywołały we mnie większe rozdrażnienie. Z prawej strony Grace położyła mi rękę na ramieniu.

- Przepraszam – szepnęła. Słyszałam żal w jej głosie. – Stwierdziłam po prostu, że chciałabyś bardziej przemyśleć to morderstwo. W Azkabanie jest zimno. A Emma wspominała coś o obustronności.

Psh.

Obustronność.

James zabił naszą obustronność. Teraz ja musiałam zabić jego.

Zbyłam przeprosiny Grace, wiedząc, że tak naprawdę to nie była jej wina, że nie miałam na kim się wyżyć. Skupiłam się na czymś innym, wyciągając z plecaka podręcznik Zaklęć i schowałam się w nim, choć mogłabym wyrecytować z niego wszystko. Kilka minut później do klasy wszedł Flitwick. Nie potrzebowałam kuksańców od Grace, by wiedzieć, że James wkradł się do klasy za nim. Czułam na karku to znajome mrowienie i wiedziałam, że tam był i pewnie też mi się przyglądał.

Chociaż to powinno wystarczyć, abym zwariowała, to przypuszczam, że Dumbledore być może nie był całkowicie pijany, kiedy zrobił ze mnie Prefekt Naczelną, bo jakoś udało mi się oczyścić ze wszystkich emocji na tyle długo, aby skoncentrować się na egzaminie.

A kiedy lekcja się skończyła i oddałam egzamin, nie byłam ani trochę zaskoczona, kiedy Peter oddał egzamin Jamesa razem ze swoim, bo tego drugiego już nie było.

Trzeba dać mu punkty za instynkt samozachowawczy. Chyba to oznacza, że Syriusz przekazał mu wiadomość.

Próbowałam być mądrzejsza i usiadłam na tyłach klasy Historii Magii, aby James był zmuszony do zajęcia miejsca przede mną i tym samym będzie musiał przejść obok mnie wchodząc i wychodząc z klasy, ale cholery łajdak (znowu wszedł w ostatniej chwili) jakoś wywabił Carrie Lloyd z jej siedzenia w ostatnim rzędzie po drugiej stronie pomieszczenia. Więc teraz nie tylko nie minie mnie, wychodząc (jest bliżej drzwi), ale czuję irytujący skurcz w szyi, kiedy próbuję na niego spojrzeć wściekłym wzrokiem. I siedzi obok Saunders, która ciągle się do niego nachyla i coś mu szepcze, chociaż jego wyraźnie to nie obchodzi, bo uważnie zapisuje notatki, jak grzeczny Prefekt Naczelny. Choć to jest Historia Magii. A nikt nigdy nie zapisuje notatek na Historii Magii. To oczywiste, że nie chce z nią rozmawiać. Jest zbyt żałosna, żeby do zauważyć.

I wiem, że to wygląda tak, jakby czasami odpowiadał coś innego niż szorstkie „Zamknij się. Mam to w nosie", ale to może dlatego, że mówi „Zamknij się. Mam to w nosie. Wiedźma z ciebie, nienawidzę cię i choć moja mniej-więcej-przyjaciółka-z-potencjałem chce mnie teraz zabić, to nadal jest moja przyjaciółka-z-potencjałem, a ty nią nie jesteś, więc proszę bardzo".

Próbowałam czytać z jego ust i mógł tak powiedzieć. Albo, no wiecie, coś w tym stylu.

Podwójne cholerne pieprzone kurde, czy ona może przestać?


Trochę Później, Wciąż Historia Magii

Spostrzegawcza Lily: Dzień 38

Suma Obserwacji: 264

COŚ TY SOBIE MYŚLAŁ, TY DURNY, ZIDIOCIAŁY KRETYNIE? –LE

O, nawet się nie WAŻ chować tych kartek do torby bez czytania! ROZWIŃ JE, TĘPY DUPKU.

Ale z ciebie TCHÓRZ, uciekasz i ignorujesz moje liściki. Co by powiedział Godryk Gryffindor, hm? Powiem ci co – RYCZAŁBY ZE WSTYDU, Potter. RYCZAŁ. ZE. WSTYDU.

Przeproś za mnie Saunders, że mój ostatni liścik trafił ją prosto w oko. (Ale wcale nie jest mi przykro. Zrobiłam to celowo).

A gdybyś o tym MYŚLAŁ, to rzucenie kawałkiem pergaminu komuś w oko TO NIE TO SAMO CO ICH FIZYCZNE POTURBOWANIE I ZMIENIENIE W WIELKĄ ŚWINIĘ.

Nie przepraszam też za ten ostatni liścik, który trafił ją dość mocno w ten durny, pusty łeb. ALE TO WCIĄŻ NIE TO SAMO.

NIENAWIDZĘ CIĘ.

Co ty wyprawiasz? –GR

Daję upust frustracjom poprzez liściki. –LE

Ale on ich nie czyta.

Później przeczyta. Uczucia pozostaną takie same.

Napisałam mu, że go nienawidzę.

Ale tak nie jest.

Mogłabym.

Ale tak nie jest.

Powinnam.

Może.

Jestem na niego wściekła – taka wściekła. I czemu on ode mnie ucieka i ignoruje moje liściki, co? Dlaczego nie zmierzy się ze mną, jak mężczyzna?

Bo jesteś przerażająca. Na pewno stwierdził, że jeśli trochę przeczeka, to się uspokoisz i może nie będziesz taka szybka do rzucania uroków.

Tak sądzisz?

Um, nie. Ja to wiem. Powiedział mi.

ROZMAWIAŁ Z TOBĄ?

Przed Historią – zatrzymał mnie, kiedy ty i Emma popędziłyście do przodu, żeby go złapać. Pojawił się z cholernego nikąd. Jest zdruzgotany, Lil. O co chodzi z tym, że coś „zabił"?

Usłyszał o tym, co?

Na to wygląda. Wciąż powtarzał. „Ona nie mówi poważnie, co? Uspokoi się, co nie? Nie zabiłem tego, prawda?" Pełno w nim pytań.

Niech się nimi udławi.

Co się stało z twoją obustronnością? Myślałam, że pracujesz nad zaufaniem?

Ha! Bo on jest taki godny zaufania. Wybacz, jeśli nagle znalazłam parę przeszkód.

Lil. No daj spokój. Dał wycisk Diggory'emu? Dupek na to zasługiwał. A James to facet – facet, który uważa, że słońce wchodzi i zachodzi na twojej głupiutkiej, ślicznej główce, może ci przypomnę. Faceci nie są znani z używania słów.

Ale powiedziałam mu, żeby trzymał się od tej sprawy z daleka. A on się zgodził – zaufałam, że dotrzyma słowa!

Po prostu pomyśl zanim go zaatakujesz, Lil. Tylko tyle mówię. Bo najwyraźniej James nie pomyślał i patrz gdzie jesteśmy.

Cicho, Grace.


Nadal Trochę Później, Nadal Nadal Historia Magii

Spostrzegawcza Lily: Dzień 38

Suma Obserwacji: 264

Nie chcę myśleć przed atakowaniem. Chcę atakować przed atakowaniem. Chcę opleść palcami jego durną szyję i ściskać, aż nie będzie już co ściskać, a potem rzucić urok na jego zwłoki. Nie chcę być lepszą osobą. Lepsza osoba to najnudniejsza, najbardziej denerwująca i gówniana osoba, jaką może się być. I nie może mu to ujść na sucho. Nie pozwolę na to. To nie jest cholernie sprawiedliwe. Zrobił coś złego – bardzo złego – i teraz powinien za to zapłacić. Sprawiedliwość powinna zwyciężyć!

Nie obchodzi mnie, jeśli oni wszyscy mają cholerną rację, bo niemożliwym jest powstrzymywać tak cholernie długo gotujący się wulkan gniewu, chociaż on zasługuje na wybuch wulkanu tuż nad swoją głową. Zamierzam dalej go powstrzymywać. Nie uspokoję się. Nie zrobię tego.

A JEŚLI TA DURNA ZDZIRA NIE PRZESTANIE GO DOTYKAĆ, TO PIERWSZA ZGINIE.


Wciąż Trochę Później, Obiad

Spostrzegawcza Lily: Dzień 38

Suma Obserwacji: 265

No cóż, robi się coraz lepiej, nieprawdaż?

James został wezwany do gabinetu Dumbledore'a.

Tak, racja. Dumbledore. Dyrektor. Zarządca wszystkiego. Ten, który rzadko kiedy angażuje się w głupie, dyscyplinarne przypadki uczniowskie, bo to wielki, ważny czarodziej i ma o wiele ważniejsze rzeczy do roboty, coś jak ratowanie świata i tym podobne. Wezwał Jamesa do swojego gabinetu.

O Boże, co jeśli James straci przez to swoje stanowisko Prefekta Naczelnego? Albo zostanie wydalony? Przeze mnie?

A nie miałam jeszcze nawet szansy na rozmowę z tym przeklętym idiotą!

Wszystkie informacje nadeszły od Grace, która chyba zatwierdziła się – dość nielojalnie – cholernym państwem neutralnym i wpasowuje się w oba obozy. Byłabym bardziej zdenerwowana tą zdradą przez najlepszą przyjaciółkę, gdyby nie fakt, że bez niej nie wiedziałabym praktycznie nic, biorąc pod uwagę, że James nadal unika mnie na każdym kroku. Więc postanowiłam zbierać korzyści z jej zdrady.

- Mamy problem. – Od tego zaczęła Grace, zajmując miejsce obok mnie przy stole Gryffindoru kilka minut po tym, jak przybyłyśmy z Emmą na obiad. Była lekko zdyszana, jakby tutaj przybiegła – co prawdopodobnie zrobiła – i miała ten podekscytowany wyraz twarzy, co zawsze, kiedy miała coś wielkiego do powiedzenia. Jamesa nie było w Wielkiej Sali.

- Kolejny? – zapytała Emma, wzdychając ze zmęczeniem i opuszczając swój talerz z sałatką. – Myślałam, że już nam ich zabrakło.

- Karma – mruknęłam tylko, choć brałam pod uwagę gniewne potrząśnięcie pięścią niebiosom. Ktoś tam na górze miał ze mną problem. Gdybym tylko wiedziała dlaczego.

- To jeszcze nie koniec – powiedziała Grace, kręcąc głową. – Właśnie rozmawiałam z Jamesem…

- Naprawdę? Jak miło.

- …i Dumbledore wezwał go na spotkanie po obiedzie.

Zamknęłam gwałtownie usta.

Podwójne cholerne pieprzone kurde.

- O rany – powiedziała Emma.

- Co takiego? – wydukałam.

Grace skinęła głową. – Wiem. Myślał, że wczoraj McGonagall ochrzaniła go wystarczająco, jak na trzech profesorów – o, i jest jeszcze Filch. Wiecie, że James dostał tydzień szlabanów? A ten cholerny dozorca już sobie z niego szydzi, że będzie dzisiaj czyścił płytki w izbie pamięci, aż mu ręce odpadną. Co za menda. To jak…

- Grace – wtrąciłam, rzucając jej spojrzenie. – Dumbledore.

- Racja. Wybaczcie. – Uśmiechnęła się z zakłopotaniem, ciągnąc. – James dostał notkę po Historii. Ma iść podczas Transmutacji, więc przypuszczam, że Dumbledore i McGonagall sobie pogadali. Notka była dość uprzejma i James nie wydawał się tym zbyt zaniepokojony, ale nie wiem. Przecież to Dumbledore. On i James niby dobrze się dogadują, ale staruszek może zrobić wszystko.

- Ale nie mógłby… znaczy, nie myślisz chyba, że… - Nie dokończyłam pytania. Słowa wciąż zamierały mi w gardle. Grace skrzywiła się i wzruszyła ramionami.

- Nie wiem – powiedziała.

Nie na taką odpowiedź liczyłam i była ona jeszcze mniej pocieszająca. A chociaż nadal byłam wściekła – jestem wściekła. Bardzo! – to nie mogłam poradzić nic na mieszane uczucia, chociaż to manipulujący, kłamliwy, głupi dupek… no dobra, może ma tam jeszcze jakąś jedną dobrą cechę. Wiecie, w głębi duszy.

Poza tym w siedemnastoletniej wiedźmie są przeważnie hormony i może nie są one najmądrzejsze, ale wiedzą, czego chcą, więc to nie moja wina, że kiedy rozum mówi „Ściąć mu głowę!", one pytają „A możemy najpierw się poprzytulać?" Hormony są głupiutkie i podatne na wpływy. I zdzirowate. Przez które ja jestem zdzirowata. A zdzirowaci ludzie nie lubią, kiedy obiekty ich zdzirowatości mogą im zostać na zawsze odebrane… nawet, jeśli wspomniany obiekt to wielki dupek. To zaakceptowany przez hormony, wielki dupek. Co sprawia, że nie martwienie się o niego jest bardzo ciężkie i frustrujące.

Więc przez to – i tylko przez to – mój umysł zaczął wymyślać najgorsze scenariusze. James ma już trochę za uszami. Pomiędzy wszystkimi żarcikami, które odwalał ze swoimi przyjaciółmi i wydarzeniami z zeszłego roku, zaczęłam panikować nad faktem, że to mogłaby być kropla przelewająca czarę. Co jeśli Dumbledore uważał, iż to oznaczało, że James wrócił do swoich starych nawyków? Co jeśli uważał, iż James nie był na tyle stabilny psychiczny by pozostać w szkole? Co jeśli… cholera jasna, było zbyt wiele możliwości. Zbyt wiele złych, okropnych, to-wszystko-moja-wina możliwości.

A moje hormony nie mogły sobie z tym poradzić. Po prostu nie potrafiły.

Ale to Dumbledore zrobił z Jamesa Prefekta Naczelnego – racjonalizował mój mózg. Zrobił to pomimo podejrzanej przeszłości Jamesa i jego impulsywnej natury. To musiało coś oznaczać, prawda? Więc nie… no bo nie mógłby… prawda?

Sama nie wiem. Grace miała rację. Staruszek mógł zrobić wszystko.

Kiedy sortowałam sobie to wszystko w głowie (kiedy i mózg, i hormony dorzucały swoje dwa knuty) Emma i Grace kontynuowały cichą rozmowę na temat nieuchronnego spotkania.

- Ludzie ciągle się biją. – Taka była logika Grace. – Czemu James ma mieć za to większe problemy od innych?

- Ale jest Prefektem Naczelnym – odparła Emma. – To ważne stanowisko.

Grace prychnęła głośno. – No i co? Lily jest Prefekt Naczelną, a to ona pierwsza wpakowała tego kretyna do Skrzydła Szpitalnego!

Jakie to spektakularne moralne wsparcie ze strony przyjaciółki i dałam jej znać, co o tym myślę swoim najbardziej nieprzyjemnym spojrzeniem.

- Po pierwsze – wtrąciłam, unosząc sprzeciwiający się palec – nie porównuj mnie z tym kłamliwym, dwulicowym dupkiem. Sytuacje różniły się na wszystkie możliwe sposoby. A po drugie, jeśli zechciałabyś sobie przypomnieć, to nie jestem już odpowiedzialna za pierwsze wpakowanie tego kretyna do Skrzydła Szpitalnego. James za to też przypisał sobie zasługi!

- Żebyś nie miała przez to kłopotów – powiedziała Grace. – Według mnie facet zachował się rycersko.

Wywróciłam oczami. – O tak, prawdziwy z niego Galahad.

Ale mimo mojej wstawki, Grace nie zamierzała odpuścić. Zdawała się być ze mnie niezadowolona, chociaż powinno być całkiem na odwrót, ta zdrajczyni.

- Wiesz czym przejmuje się James? – zapytała, rzucając mi bardzo znaczące spojrzenie. Nie czekała na odpowiedź. – Nie Dumbledorem – ani trochę go to nie zmartwiło. Jest zbyt zajęty martwieniem się tobą. Czemu musiałaś mu powiedzieć, że go nienawidzisz?

Ha! A więc je przeczytał!

- Bo nienawidzę! – odparowałam uparcie, ale kiedy zobaczyłam jedynie przewroty oczami, dodałam niechętnie. – Cóż, myślę nad tym.

- On o tym nie wie – mruknęła Grace, jakby miało mnie to obejść. Nagle jej spojrzenie stało się podenerwowane. Wyjęła bułkę z koszyczka i wzięła ogromny kęs. Przeżuwała tak wściekle, że prawie jej nie usłyszałam, kiedy dodała: - …a przynajmniej nie wiedział, dopóki mu nie powiedziałam, że gadasz bzdury.

ZDRAJCZYNI.

- Grace! – Walnęłam ją mocno w ramię, nie przejmując się, że zrobiłam to tak silnie, że lekko się zakrztusiła i upuściła na ziemię resztę bułki. – Czemu to zrobiłaś, do cholery?

Grace – dość szybko i irytująco otrząsając się po mojej przemocy – posłała mi rozdrażnione spojrzenie i zabrała mi kanapkę z talerza. Oderwała ogromny kęs. – Bo to prawda – odpowiedziała z pełnymi ustami.

Jakby to było dobre wytłumaczenie!

- Co ma z tym wspólnego prawda? – zapytałam, wyrzucając ręce we frustracji i opuściłam je na stolik z głośnym plaskiem. – To jest wojna. Nie ma miejsca na prawdę w wojnie!

- Och. No dobra, Dramatyczna Debbie.

- Nie miałaś prawa…

- Ale przecież wcale go nie nienawidzisz – zainterweniowała Emma, przerywając moją gniewną, gorzką tyradę o prawach neutralności i jak łatwo było zmieść takich ludzi z ziemi podczas walki i co ona na ten temat myślała? Emma patrzyła na mnie błagalnie. – Dziś rano zachowywałaś się tak racjonalnie. Co się z tym stało? Sądzę, że częścią obustronności jest zaakceptowanie drugiej osoby, kiedy coś schrzani, prawda?

Och, teraz będzie próbować odwrócić kota ogonem.

- Uważam, że istnieją pewne ograniczenia w klauzuli „chrzanienia" – odparłam zgorzkniale. – Nie pokrywa zdrad i dzików.

- Mogło być gorzej – powiedziała zamyślona Grace. Nadal jadła moją kanapkę. – Mógł przemienić dupka w karalucha i go zdeptać. Albo w mrówkę. Wyobraź sobie poszukiwanie jednej małej mróweczki! O, to byłoby bezcenne.

Obserwacja #265) ZNAJDŹ. NOWYCH. PRZYJACIÓŁ.


Później, Transmutacja

Spostrzegawcza Lily: Dzień 38

Suma Obserwacji: 265

Nic nie mogę zrobić. On tam jest, a ja nic nie mogę zrobić. A ostatecznie nic nie powinnam robić, nawet jeśli chciałabym. Nie jestem odpowiedzialna za głupie decyzje, które podejmuje. To nie moja robota. Nawet gdybym była jego cholerną żoną, to i tak nie byłabym odpowiedzialna za głupoty, które wyprawia, nie mówiąc o byciu tylko jego mniej-więcej-przyjaciółką-z-potencjałem. Wszystko to jego sprawa. Wszystko.

Tak myślę.


Wciąż Później, Transmutacja

Spostrzegawcza Lily: Dzień 38

Suma Obserwacji: 265

Nie, żebym kiedyś w ogóle pomyślała o wyjściu za niego za mąż. Błagam. Nawet nie w najgorszej chwili mojej zdzirowatości. To byłoby… na brodę Merlina, nie potrafię przetrwać choćby doby bez pragnienia, żeby go zabić. Wyobrażacie to sobie? W ciągu paru dni wylądowałabym w Azkabanie za mężobójstwo. A wtedy pewnie czułabym ulgę, bo w końcu bym się go pozbyła.

Racja.

Merlinie, co za głupota.


Nadal Później, Nadal Transmutacja

Spostrzegawcza Lily: Dzień 38

Suma Obserwacji: 265

Wiecie co? Sądzę, że jednak go nienawidzę.

Nienawidzę go.

NIENAWIDZĘ.