Kochani,

Z faktu posiadania nieco większej ilości wolnego czasu udało mi się dokończyć nowy rozdział wcześniej, niż planowałam. Niech on będzie moim prezentem noworocznym dla Was :)

Jak zwykle dziękuję za przemiłe komentarze:

C-thru, J, Signed, Anonimek, Jove's Child, GinnyLFC, Keti, Tosia, Olena, Grey, Redhead Ginny, Ellie i Guest.

To dla mnie zaszczyt mieć tak wspaniałych stałych czytelników i zarazem tylu nowych.

Beta: Grim

Zapraszam do czytania:


James Potter już od pierwszego roku w Hogwarcie doskonale wiedział, co to znaczy być w centrum uwagi. Sam potrafił o to najlepiej zadbać. Razem z Syriuszem robili wszystko, by jak najdłużej znajdować się w kręgu zainteresowań innych uczniów. Tak, Lunatyk, Glizdogon, Łapa i Rogacz nie byli tylko jednymi z wielu uczniów, którzy przewinęli się przez szkolne mury. Stali się legendą. Nawet, jeśli ich pseudonimy już na zawsze miały pozostać owiane tajemnicą.

James był pewny, że przez swoje „wyczyny" wybudował sobie trwały pomnik w świadomości uczniów i już na zawsze pozostanie jedną z legend Hogwartu. Dostał się do drużyny Quidditcha, miał świetne wyniki w nauce przy niemal minimalnym wysiłku, tytuł kapitana drużyny i błyszczącą plakietkę Prefekta Naczelnego na piersi, a to wszystko i tak zdawało się być tylko wisienką na torcie. Znalezienie ucznia Hogwartu, który nie wiedziałby kim jest James Potter, było niemal niemożliwe. Młodsi uczniowie odnosili się do niego z szacunkiem, dziewczyny zaczepiały i wdzięczyły się, a wykładowcy – przynajmniej w większości – często przymykali oko na jego niechlubną kartotekę. Wydawałoby się, że jego gwiazda nie może już świecić jaśniej, a jednak!

Od momentu, kiedy trzymając rękę Lily Evans wkroczył na pierwszą, poświąteczną kolację w Hogwarcie, ciekawskie spojrzenia i ciche szepty za plecami zdawały się go nie opuszczać ani na chwilę. James mimo wszystko zachował swobodę i wiedział, jak ma sobie radzić w tej sytuacji. Z dumą na twarzy kroczył odważnie po szkolnych korytarzach. Postronni mogliby nawet powiedzieć, że jest zadowolony z obrotu spraw. Niestety, Lily zdawała się znosić szum wokół własnej osoby dużo gorzej.

- O mało nie wysadziłam w powietrze swojego kociołka – mruknęła na powitanie, wychodząc z klasy. – Wszyscy się na mnie gapią!

- Bo jesteś ładna i inteligentna – zażartował James, całując ją w policzek i biorąc od niej torbę z książkami.

Lily uniosła brwi, zirytowana. Ostatnio przypominała tlący się wulkan, gotowy do erupcji w każdej chwili.

- Och, no to mi ulżyło – zakpiła gniewnie. – A już myślałam, że to dlatego, że spotykam się z chłopakiem, z którym się publicznie kłóciłam przez ostatnie sześć lat pobytu tutaj.

James przewrócił dyskretnie oczami, prychając.

- Wydaje ci się.

Objął ją w pasie, czując wspaniałą satysfakcję z faktu, że mógł pokazać wszystkim, że ta rudowłosa, zadziorna istota należy teraz do niego. Miał jednak na tyle zmysłu samozachowawczego, by nigdy nie wyrazić tej uskrzydlającej myśli na głos.

- Są i nasze gołąbeczki – powitał ich Syriusz, siedzący na bordowej kanapie w towarzystwie Remusa i Petera. – Evans, muszę ci wyjawić pewien sekret.

- Coś czuję, że powinnam się zacząć bać – mruknęła Lily siadając koło Remusa, który uśmiechnął się do niej z nutką współczucia w podkrążonych oczach.

Przez ostatni czas Łapa był wyjątkowo markotny i zaczynał zrzędzić za każdym razem, gdy James wychodził spotkać się z Lily. Dyżur czy randka – wszystko zdawało się wpędzać go w fatalny nastrój. Raz nawet mruknął coś o tym, że teraz to tylko kwestia czasu, zanim paczka Huncwotów się rozpadnie.

Syriusz nachylił się w stronę Lily z diabolicznym błyskiem w oku. James znał tę minę aż za dobrze i wiedział, że nie wróży niczego dobrego.

- Umawianie się z Jamesem to nie jest taka prosta sprawa, jak ci się może wydawać. – Zrobił dramatyczną pauzę pozwalając, by jego słowa w pełni zostały zrozumiane przez słuchających go przyjaciół. – Bo widzisz, spotykając się z nim bierzesz na siebie pewne brzemię. Chociaż, - dodał, wymachując palcem wskazującym w górze, - ja bym to określił bardziej jako przywilej.

Lily uniosła wysoko brwi, a Peter zastygł z czekoladową żabą w połowie drogi do ust. Remus nie odrywał wzroku od gazety, ale jego oczy się nie ruszały. James domyślał się, co zaraz usłyszy i szczerze mówiąc, nie miał żadnego pomysłu, jak temu zapobiec.

- Chodzi o to, moja rudowłosa Gryfonko, że James jest towarem, który kupuje się w pakiecie.

- W pakiecie? – powtórzyła Lily z rozbawieniem.

- W pakiecie ze mną – dokończył zadowolony z siebie Łapa. – Dasz radę to udźwignąć?

James i Remus parsknęli głośnym śmiechem. Tylko Peter dalej mocno ściskał wyrywającą mu się żabę, pragnącą jak najszybciej wydostać się z klatki, jaką stanowiły jego pulchne palce. Lily zamrugała szybko oczami, a kąciki jej ust lekko zadrgały. James już od jakiegoś czasu podziwiał ją za to, jak dobrze radziła sobie z Łapą.

- No nie wiem, Black. Zależy, co przez to rozumiesz – odpowiedziała powoli.

- A to, że będziemy spędzać teraz naprawdę dużo czasu razem. Przyzwyczajaj się.

- Łapo, znajdź sobie własną dziewczynę – wtrącił się James, obejmując Lily ramieniem.

- Myślałem, że ty nią jesteś – odrzekł Syriusz śmiertelnie poważnie.

Peter zachichotał, pakując żabę do ust.

- Ja też tak myślałem.

- Ej! – James udał oburzenie.

- Patrzcie – przerwał im ponuro Remus, wracając do czytania gazety. – Podają nową listę zaginionych.

- Ciekawe, kogo dopisali tym razem – odburknął Syriusz, momentalnie zmieniając wyraz twarzy.

- Ktoś znajomy? – spytał z lękiem Peter.

James obserwował przejętych przyjaciół jakby przez mgłę, niewiele słysząc z tego, co mówią. Zbytnio pogrążony był teraz we własnych myślach. Nie powiedział o tym nikomu, ale wtedy, w Dziurawym Kotle, prawie dwa tygodnie temu, miał nieodpartą pokusę, by już nie wracać do szkoły i zająć się czymś, co naprawdę ma jakieś znaczenie. Czuł nieprzyjemną bezsilność dowiadując się o wydarzeniach ze Świata Czarodziejów tylko za pośrednictwem gazet. Wiedział, że Łapa by go w tym w pełni poparł, może nawet ruszyłby razem z nim. Mogliby wtedy pracować dla Dumbledore'a, jak Marlene, albo nawet działać samodzielnie, gdyby dyrektor nie chciał ich przyjąć. Może wtedy to wszystko nabrałoby sensu? Życie zaczęłoby coś znaczyć? Przestałoby przypominać chowanie się w złotej klatce, którą teraz wydawała się szkoła.

Spojrzał na Lily, dyskutującą z Remusem. Tak naprawdę, to został w Hogwarcie tylko z jej powodu. Teraz, kiedy wreszcie zaczęło im się układać, nie mógł tak po prostu odejść i ją zostawić. Z drugiej strony, nie potrafił zwalczyć frustracji, nie pozwalającej mu ostatnio spać w nocy. Nie wiedział, jak długo będzie w stanie wytrzymać w takim rozdarciu.

Zawsze, gdy czuł się właśnie w taki sposób i zaczynało mu brakować oddechu, najlepszym sposobem wydawało się wzbicie się wysoko w powietrze. Blade słońce nie wzeszło jeszcze na niebie, gdy James stanął na murawie boiska do quidditcha. Pojedyncze kupki brudnego śniegu, które przetrwały ocieplenie, iskrzyły się po bokach, kontrastując ze zgniłą zielenią trawy. James naciągnął czapkę na uszy, przełożył nogę przez miotłę i odbił się mocno od ziemi.

Lodowate powietrze szczypało go w policzki i piekło w oczy, ale z drugiej strony było też cudownie orzeźwiające. Pochylił się płasko nad trzonkiem miotły, nabierając prędkości. Zaczął krążyć nad boiskiem tak szybko, jak tylko potrafił.

Mimo upływu czasu, ciągle pamiętał to uczucie, które towarzyszyło mu podczas ataku. Sam do końca nie potrafił tego zrozumieć. Najpierw ogarnął go strach. Tego nie da się zapomnieć – zupełnie, jakby ktoś zawiązał mu oczy i kazał biec na oślep. Nigdy nie przyznałby tego na głos, ale naprawdę się bał. Nie o siebie, a głównie o swoich przyjaciół. O Lily. W przeciągu sekundy przez jego myśli przewinęły się wszystkie najgorsze, głęboko skrywane obawy – obrazy tak straszne, że musiał naprawdę mocno się skoncentrować, żeby je od siebie odgonić i nie dać się sparaliżować.

Potem jednak, gdy wbiegł do zadymionej sali, poczuł dziwne opanowanie. Nie znał się jeszcze od tej strony, nie wiedział na co go stać pod wpływem tak silnych emocji. Panika zniknęła, zostało tylko poczucie celu. Dokładnie wiedział co robi, czego chce i czego potrzebuje, by to osiągnąć. Różdżka była przedłużeniem jego ręki i nie namyślając się zbyt wiele, był w stanie użyć właściwych zaklęć, we właściwym czasie. To było bardzo pobudzające. Zupełnie, jakby adrenalina, płynąca w jego żyłach, usprawniała umysł. Wiedział, że to jego powołanie. Nigdy jeszcze tak bardzo nie czuł, że żyje. Że chce żyć i coś osiągnąć. Że ma powód.

Zatrzymał się, widząc znajomą postać na trybunach. Opór wiatru sprawił, że czapka niemal całkiem zsunęła się mu z głowy. Poprawił ją, zawrócił i z uśmiechem ruszył w kierunku widowni. Zawisł w powietrzu przy balustradzie. Lily wychyliła się w jego stronę, całując go w usta. James nie był pewny, czy kiedykolwiek przyzwyczai się do tego przyjemnego uczucia. Było bardziej rozgrzewające, niż prażenie się w pełnym słońcu.

- Syriusz powiedział, że wyszedłeś wcześnie rano. Zgadłam, że musisz być tutaj – powiedziała cicho.

- Musiałem trochę pomyśleć – odrzekł James, dalej unosząc się w powietrzu.

- O czym? – spytała Lily, mrużąc oczy.

Dziewczyna nie lubiła zbytnio rozmawiać o uczuciach i James musiał często niemal siłą wyciągać z niej myśli. Jeśli w grę jednak wchodziły jego przemyślenia, Lily była wyjątkowo żądna wiedzy.

- Ciekawska istota – zaśmiał się, dotykając palcem jej zimnego nosa. Nie miał ochoty obarczać ją swoimi problemami. Wiedział, że mogłaby nie zrozumieć. – Chciało ci się tak tutaj siedzieć i marznąć?

- Podobała mi się twoja mina, gdy byłeś tam na górze – mruknęła, uśmiechając się półgębkiem. – Byłeś taki poważny i skoncentrowany, a zarazem taki rozluźniony. To bardzo pociągające.

James uniósł brwi, zdziwiony. Od kiedy to Lily Evans stała się taka odważna?

- Oczywiście, wyglądałeś zupełnie inaczej niż teraz – zaśmiała się, naciągając mu czapkę na oczy.

- Ja ci pokażę! – odpowiedział James udawanym, groźnym tonem.

Nim zdążyła zareagować, złapał ją za rękę i pociągnął. Lily pisnęła i już po chwili unosiła się razem z nim w powietrzu, przewieszona przez jego kolana.

- Może to cię nauczy rozsądku, Evans.

James wyszczerzył zęby, jedną ręką podtrzymując ją w talii, a drugą łapiąc trzonek miotły. Zaczął przyspieszać, śmiejąc się na głos z wrzasków Lily, odbijających się echem po pustym stadionie.

- Potter, przysięgam! Jak tylko stanę na ziemi, to cię zabiję!

- Wiesz, że dajesz mi jeszcze mniej powodów, żeby przestać? – spytał złośliwie, zawracając nagle i lecąc w przeciwnym kierunku. – No chyba, że ładnie poprosisz.

- Proszę! – pisnęła Lily, wbijając palce w jego udo. – Błagam!

- No cóż – mruknął James, udając zastanowienie. – Dobrze, ten jeden raz ci daruję.

Zatrzymał miotłę w powietrzu, na środku boiska i złapał Lily za ręce.

- Odstaw mnie na ziemię, natychmiast! – rozkazała roztrzęsionym głosem.

- Masz dwa wyjścia – powiedział z rozbawieniem. – Albo skaczesz, albo usiądziesz razem ze mną.

Lily przekręciła głowę tak, by na niego spojrzeć.

- Odbiło ci – warknęła nie puszczając jego rąk.

Powoli, z pomocą Jamesa wspięła się chwiejnie na miotłę i usiadła przodem do niego. Jej zielone oczy miotały piorunami, była cała czerwona na twarzy, a jej rude i potargane włosy sterczały we wszystkich kierunkach pod czerwonym beretem. Wulkan gotowy do erupcji – pomyślał z lubością James.

- Zabiję cię – powiedziała gniewnie, zgrzytając zębami i trzymając go kurczowo za ramiona.

- Umrę szczęśliwy – wyszczerzył się, puszczając miotłę rękami i sięgając w stronę jej twarzy.

- Potter! – pisnęła Lily, patrząc w dół. – Trzymaj tę cholerną miotłę!

- Spokojnie, kobieto – odrzekł James. – Mam wszystko pod kontrolą.

Nie mógł się jej oprzeć, gdy była taka wojownicza. Taka Evansowa! Tak, niezaprzeczalnie uwielbiał jej ognisty charakter. Ale czego w niej nie uwielbiał? – podpowiedział złośliwy głosik w głowie.

- A więc uważasz, że jestem pociągający kiedy latam? – spytał, drażniąc się z nią.

Lily nie odpowiedziała. Spojrzała mu prosto w oczy tak intensywnie, że gdyby nie długie lata treningów, James pewnie spadłby z miotły. Złapała go za szalik, przyciągnęła do siebie zdecydowanym ruchem i wbiła się ustami w jego usta. Łapczywie, zmysłowo i z wyczuwalną tęsknotą. James objął ją, odpowiadając na pocałunek ze zdwojoną siłą. Ich nierówne oddechy zmieniały się w biały dym pod wpływem zimna.

Lily, tak zachowawcza i wycofana na co dzień, często brała go z zaskoczenia swoimi nagłymi zmianami emocji. Potrafiła być w jednej chwili Królową Lodu, by za chwilę grzać z mocą słońca.

- I co, dalej chcesz, żebym cię odstawił na ziemię?

Lily uśmiechnęła się, obrysowując leniwie palcem jego górną wargę. James czuł na twarzy jej miętowy oddech.

- No cóż, może już trochę mniej – odpowiedziała cicho, unosząc brwi i spoglądając na jego usta. Przygryzła dolną wargę, jakby się wstydziła wypowiedzieć na głos swoich myśli. – Ale nie miałabym nic przeciwko, gdybyśmy kontynuowali to na jakimś stabilnym podłożu.

James zaśmiał się i szarpnął miotłą, pikując w stronę murawy.


- Myślicie, że moglibyśmy się pojutrze udać do Hogsmade? – spytał Syriusz, pochylając się nad mapą Huncwotów.

Remus westchnął, leżąc na swoim łóżku ze zmęczoną miną. Z każdym dniem księżyc zaokrąglał się coraz to bardziej i z każdym dniem przyjaciel był coraz to słabszy. Jego młoda twarz wyglądała teraz nad wyraz dojrzale.

- Jesteście pewni, że uda wam się mnie znowu upilnować? – spytał z niechęcią, wpatrując się w sufit.

Syriusz prychnął, spoglądając na niego z przesadną litością.

- Proszę cię.

- Nie lekceważ tego! – zezłościł się Remus, podnosząc się gwałtownie. – Mieliśmy parę groźnych momentów.

- Ale zawsze wychodziliśmy z tego obronną ręką! – wtrącił się James. – To nasze ostatnie miesiące w szkole. Wykorzystajmy je na dobrą zabawę, bo nie wiadomo, co będzie potem.

- Merlinie! I ty, Rogaczu, przeciwko mnie? – jęknął Syriusz, kładąc głowę na stole. – Rzygam już tą melancholijną gadką.

- Tak, ja też – dodał Peter. – Chyba nie zamierzamy dać się tak po prostu zabić jak tylko opuścimy Hogwart, co nie?

- Pewnie, że nie – ożywił się James. – Chodzi mi tylko o to, że będziemy się musieli zająć wtedy innymi rzeczami.

- Nie chcesz nam chyba powiedzieć, że Evans jest w ciąży, prawda? – Syriusz udał poważny ton, nachylając się w stronę przyjaciela.

James trzepnął go w potylicę, a Remus i Peter wybuchli śmiechem.

- Jasne, że nie, idioto! – warknął James. – Miałem na myśli pracę dla Dumbledore'a.

- O, a zaproponował ci ją? – zakpił Remus, z powrotem kładąc się na łóżku z kwaśną miną.

James spojrzał na niego spod byka. Przyjaciel krzywił się i uciekał ostatnio na każdą wzmiankę o możliwości pracy po szkole.

- Sam zamierzam go o to spytać – oznajmił, a w pokoju zapadła cisza.

Peter rozdziawił usta, a Remus uniósł nieznacznie głowę. Tylko na twarzy Syriusza powoli pojawił się szaleńczy uśmiech. Jego oczy zapłonęły niezdrowym blaskiem.

- No to chodźmy! – niemal krzyknął, zrywając się z krzesła.

Tym razem to James rozdziawił usta. Tak, to brzmiało stanowczo jak coś, co mógł powiedzieć tylko Łapa.

- No ale… chyba nie teraz, co? – wydukał.

- Ale czemu? – spytał Syriusz, skonsternowany.

- Jasne, pędź! – podjudził go złośliwie Remus, którego złe samopoczucie zdawało się osiągać apogeum. – Pozdrów dyrektora ode mnie i przypomnij mu, że jutro idę do Wrzeszczącej Chaty.

Syriusz zatrzymał się ze wściekłością na twarzy. Przez chwilę stał w bezruchu, po czym nieoczekiwanie dla wszystkich, oburącz uniósł krzesło i cisnął nim o ścianę. Po pokoju poniósł się głuchy łoskot łamanego drewna. James poderwał się na równe nogi, z różdżką w ręce. Kątem oka zauważył, że Remus zrobił to samo. Tylko Peter zniknął z pola rażenia – pewnie przemienił się w szczura i umknął przez jedną z dziur w podłodze. Glizdogon nigdy nie był zbyt dobry w konfrontacjach.

- MAM DOŚĆ SIEDZENIA BEZCZYNNIE NA DUPIE, KIEDY TYLE SIĘ DZIEJE! – ryknął Syriusz, też sięgając po swoją różdżkę.

- I co chcesz zrobić, co? – warknął Remus wypuszczając z różdżki kolorowe iskry, odcinające się na tle granatowego nieba za oknem. – Zapytać Dumbledore'a czy wyśle cię na misję? Jesteś gówniarzem! Szczeniakiem w szkole, rozumiesz?

- Łapo – zaczął łagodniej James, starając się jednak, by ton jego głosu był stanowczy. Syriusz często przypominał psa, którego należy poddawać ciągłej tresurze, żeby nie sprawiał problemów. – Wierz mi, niemal o niczym innym ostatnio nie myślę! Ale nie możemy tak po prostu tam wpaść do jego gabinetu. Zrobilibyśmy z siebie kretynów i być może pogrzebali szansę na jakikolwiek udział w walce.

Syriusz potarł twarz dłońmi, jakby starał się uspokoić. Odetchnął głęboko i jednym ruchem różdżki naprawił krzesło.

– Ostatnio nie mogę już wytrzymać! Te wiadomości! Zaginieni, morderstwa...

Zacisnął mocno oczy. Jak dziecko, które bardzo chce, żeby coś zniknęło i ma nadzieję, że to pomoże. Gdy je z powrotem otworzył, iskra szaleństwa przygasła.

- Wiem – przyznał James, czując ulgę. Nie winił przyjaciela za ten wybuch. Sam ostatnio czuł się tak, jakby ciągle stąpał po kruchym lodzie i niewiele dzieliło go od upadku. Gdyby nie Lily, to on mógłby teraz ciskać po pokoju krzesłami. – Po prostu musimy wybrać właściwy moment do działania. Raz w miesiącu mam szansę widzieć się z dyrektorem w sprawie prefektów. Myślałem, że wtedy mógłbym z nim o tym porozmawiać…

- No i to już brzmi trochę rozsądniej – mruknął Remus, osuwając się na łóżko z miną świadczącą o tym, że właśnie wykorzystał resztki energii na próbę poskromienia Łapy. – Chociaż dalej nieco fikcyjnie, jeśli mam być szczery.

- Co masz na myśli? – spytał ostro Syriusz.

- A może to, że niby jak mielibyśmy się przydać? Jakie mamy doświadczenie? Może opowiemy o tych wszystkich nielegalnych pojedynkach, które stoczyliśmy ze Ślizgonami?

- Walczyliśmy wtedy, w Dziurawym. I wszyscy przeżyliśmy – odrzekł James z naciskiem. – To coś znaczy!

Remus tylko wzruszył ramionami, przykrywając twarz poduszką jakby chciał zdusić śmiech. Albo krzyk.

- Już to mówiłem, ale mogę powtarzać aż do znudzenia – powiedział Syriusz, przeczesując palcami włosy, a jego oczy znów przez moment zapłonęły szaleństwem. – Nie mam nic do stracenia. Jeśli ma to być historia o śmierci, to równie dobrze może się w niej pojawić też sporo buntu.

James ze zrozumieniem skinął mu głową. To dziwne. Te słowa powinny go przygnębić, jednak tylko podniosły go na duchu, przynosząc chwilową ulgę. Trwała ona bowiem tak długo, jak tylko nie przyszło mu przyłożyć głowy do poduszki i zasnąć. Po długim przewracaniu się z boku na bok, zapadł w krótki i pełen koszmarów sen, z którego zbudził się zlany potem. Śnił mu się martwy Syriusz. Nie było tam krwi, krzyku ani brawurowej bitwy. Był tylko rozbłysk zielonego światła – tak nieuchronny, jak sama śmierć.

James usiadł na łóżku, przez chwilę masując skronie i czując się tak, jakby czaszka miała mu się przepołowić z bólu. Rozejrzał się po ciemnym dormitorium, omiatając spojrzeniem zasłonięte łóżka przyjaciół i niemal pełny księżyc za oknem. Znów poczuł ten ciężar na klatce piersiowej, jakby nagle odcięto mu odpływ powietrza.

Skierował się ku drzwiom, a następnie zszedł do pogrążonego w ciemności Pokoju Wspólnego. Rozpalił ogień w kominku i usiadł w swoim ulubionym fotelu, ale nawet on wydał mu się teraz niewystarczająco wygodny. Jakby to nie było jego miejsce.

Był właśnie w trakcie układania w myślach porywającego przemówienia, którym przekonałby Dumbledore'a do powierzenia mu jakiegoś zadania, gdy otwór w ścianie otworzył się i do środka, nieco niezdarnie, weszła Lily. Zmarszczyła brwi, oświetlając sobie drogę różdżką i z surową miną spojrzała na palący się ogień w kominku.

- Studenci powinni już spać – powiedziała swoim surowym tonem, zarezerwowanym tylko dla Prefekta Naczelnego, ale zaraz jej twarz złagodniała, gdy światło padło na Jamesa. – Ach, to ty.

W jej głosie można było dosłyszeć wyraźną ulgę, może nawet zadowolenie.

- Jak dyżur? – spytał James wyciągając w jej stronę rękę i sadzając ją sobie na kolanach.

Lily wtuliła się w niego, przez chwilę wodząc nosem po jego klatce piersiowej. Zamknęła oczy, po czym otworzyła je, jakby przypominając sobie o pytaniu.

- Nic nadzwyczajnego – mruknęła leniwie, sunąc dłonią po ramieniu Jamesa i zostawiając na jego skórze gorący ślad swoich palców. – Wygląda na to, że na razie mamy spokój z atakami.

- Albo odpowiedzialni za nie sami odeszli – odrzekł James, całując ją w czoło i opierając brodę na jej głowie.

Hogwart huczał od plotek nie tylko z ich powodu, ale także dlatego, że Avery i Mulciber zdecydowali się nie wracać po Świętach do szkoły. Najwidoczniej znaleźli sobie inne zajęcie.

Lily wzruszyła ramionami, łapiąc Jamesa za rękę i splatając z nim palce. Przez chwilę siedzieli w niemalże całkowitej ciszy, przerywanej tylko ich oddechami i trzaskającym ogniem. James czuł, jak jego napięte mięśnie powoli się uspokajają pod łagodnym dotykiem dziewczyny. Przytulił ją mocniej czując, że jest jego lekarstwem na ból.

- James? – spytała, zadzierając głowę do góry i spoglądając mu z powagą w oczy.

- Hmm.

- Powiedz mi prawdę, błagam – szepnęła. – Co ci jest? Ostatnio jesteś jakiś… inny. Martwię się o ciebie.

- Niepotrzebnie – odpowiedział niemal odruchowo. – Po prostu sporo myślę nad tym, co się ostatnio wydarzyło.

Nie chciał wyjawiać zbyt wiele. Bał się, że Lily może tego nie zrozumieć. Mogłaby pomyśleć, że zamierza ją zostawić.

- Ja też. – Lily zwiesiła głowę, pochmurniejąc.

Spojrzeli sobie w oczy. James zdał sobie sprawę, że tak naprawdę unikali rozmowy o tym, co się stało. Poruszali wszystkie inne możliwe tematy, udawali beztroskich i oddawali się szkolnym obowiązkom. Może teraz nadeszła właściwa chwila, by to zmienić.

- Budzę się w nocy i widzę martwe oczy, wpatrzone we mnie – powiedziała Lily niemal niedosłyszalnie. - Nie umiem tego wymazać z pamięci. Czasem w moich koszmarach pojawiają się też śmierciożercy. Czasem budzi mnie straszliwy ból.

- Dlaczego nic nie mówiłaś?

- A dlaczego ty mi nic nie mówisz?

Zamilkli.

- Nie potrafię wytrzymać w szkole – mruknął w końcu James, czując, że tym samym spłaca dług za szczerość dziewczyny. Lily zamrugała, widocznie nie rozumiejąc o czym mówi. – Czuję, że powinienem być na zewnątrz. Walczyć. Jestem tam potrzebny.

- James – wymamrotała Lily z niedowierzaniem. Zacisnęła mocniej palce na jago dłoni jakby się bała, że chłopak może w tym momencie zdecydować się opuścić Hogwart. – Tutaj też jesteś potrzebny!

Nachyliła się, by złożyć na jego ustach pocałunek. Najpierw delikatny, ale już po chwili tak desperacko zachłanny, że musieli przerwać, by zaczerpnąć powietrza.

- Nie widzisz tego? – zachrypiała Lily. – Dumbledore powierzył ci funkcję prefekta akurat teraz nie bez powodu! Póki jesteśmy uczniami Hogwartu, musimy pilnować innych studentów. Widziałeś, co się działo, gdy sprawy wymknęły się spod kontroli? Jak bardzo niebezpiecznie może być też tutaj?

James w milczeniu analizował jej słowa i nie mógł się pozbyć wrażenia, że zupełnie pominął tę kwestię podczas swoich przemyśleń. Jasne, nie osłabiało to w żadnej mierze jego pragnienia dołączenia do szeregów Dumbledore'a, ale stawiało codzienność w zupełnie innym świetle. Dawało mu cel, którego do tej pory tak rozpaczliwie szukał.

Ujął twarz Lily w swoje ręce i raz jeszcze pocałował, przelewając całą swoją ekscytację tym pomysłem w jej delikatne usta.

- Jesteś geniuszem. Kocham cię – powiedział, patrząc jej w oczy.

Lily zamarła, jakby chciała coś powiedzieć, ale zabrakło jej słów. Przez chwilę James bał się, że może posunął się za daleko, ale odetchnął z ulgą, gdy dziewczyna uśmiechnęła się promiennie.

- Ja ciebie też – szepnęła, wtulając się w niego.

Czas przestał płynąć.


- Myślicie, że za chwilę będziemy mogli iść? – spytał Peter, nerwowo stukając butem o podłogę.

- Jeszcze trochę. Hagrid kręci się po błoniach i znowu by mnie próbował zwabić kiełbasą – odrzekł Syriusz pochylając się nad mapą. – Ostatnio chciał mnie zmusić do aportowania.

Pogoda tego wieczoru była wyjątkowo paskudna i wielka kula księżyca tylko od czasu do czasu wyłaniała się zza gęstej warstwy chmur. Śnieg nie padał już od dawna i błonia, oprócz tych krótkich momentów, pokryte były niemal całkowitą ciemnością. Zakazany Las wyglądał jak wielka, czarna ściana i był wyjątkowo zniechęcający. James pomyślał, że wbrew pozorom są to idealne warunki na wędrówkę. Nikt nie powinien im przeszkadzać.

- To gdzie się dzisiaj udamy? – dopytywał nadal Peter.

- Może Hogsmade? Kończą mi się zapasy słodyczy – zasugerował James.

- Dobry pomysł. W taką pogodę nikt nie będzie się włóczył po ulicach – zgodził się Syriusz. – No i możemy kupić trochę czekolady dla Luniaczka, żeby miał na potem.

Gdy wreszcie nadszedł właściwy moment, chłopcy udali się do pokoju wspólnego, żeby jak najbardziej niezauważenie ruszyć w stronę wyjścia z zamku.

- James! James, poczekaj!

James odwrócił się i zobaczył spieszącą w jego stronę Lily. Syriusz, który również się zatrzymał, westchnął z niecierpliwością, robiąc wyjątkowo niezadowoloną minę.

- Miałbyś może chwilę? Prefekci z Ravenclawu mają pewne problemy i prosili o rozmowę.

Syriusz prychnął i mruknął cicho:

- Poczekamy na ciebie na korytarzu. Masz pięć minut.

Lily spojrzała w jego stronę ze zdziwieniem, po czym przeniosła wzrok na Jamesa.

- Widzisz, obiecałem chłopakom, że im pomogę… w czymś – zaczął nieskładnie. – Dzisiaj nie mogę. Możemy to przełożyć?

Lily zmrużyła oczy, przez moment obserwując go uważnie.

- Chyba nie chcecie się wpakować w kłopoty, prawda? – spytała cicho.

- Co? – James zaśmiał się nerwowo. – Skąd… Skąd ci to przyszło do głowy?

Lily zrobiła krok do przodu, łapiąc go za rękę.

- Pamiętaj, że tutaj też jesteś potrzebny.

James odetchnął z ulgą, nagle zdając sobie sprawę z powodu jej niepokoju. Objął ją mocno i szepnął na ucho:

- Nigdzie się nie wybieram bez ciebie, głuptasie.

Lily sapnęła cicho i wyraźnie się rozluźniła. Pocałowała go w policzek i bez słowa wróciła do otoczonej notatkami Margot.

- I co? – spytał złośliwie Łapa, gdy James dołączył do nich na korytarzu. – Idziesz spełniać swoje prefektowskie obowiązki?

James spojrzał na niego spod byka.

- Nie przesadzaj, dobra? Ostatnio cały czas na mnie naskakujesz.

- Idziemy? – przerwał im Peter, wodząc wyczekująco wzrokiem od twarzy do twarzy.

Syriusz zatknął Mapę Huncwotów za pas, nakryli się, nieco za małą już aby ich pomieścić, peleryną niewidką i udali się w stronę błoni. Na zewnątrz było tak zimno, jak podejrzewali. James poczuł, jak jego buty powoli przemakają, a ubranie staje się nieprzyjemnie lodowate od unoszącej się w powietrzu wilgoci. Gdy tylko dotarli do skraju Zakazanego Lasu i byli pewni, że nikt ich już nie obserwuje, zrzucili pelerynę.

Od kiedy tylko nauczyli się ciężkiej sztuki animagii, zwierzęta, w które się przemieniali, stały się ich drugim życiem. Wcale nie mniej prawdziwym, niż to w ludzkiej postaci. Nauczyli się wykorzystywać swoje nowe wcielenia jak najlepiej, w pełni zdając sobie sprawę z ich słabości, ale także z mocnych stron. Co najważniejsze, wiedzieli, że są sobie we trójkę niezbędni do zapewnienia bezpieczeństwa. Nawet Peter, który był z nich najbardziej niepozorny, odgrywał często kluczowe role w chwilach grozy. Bez trudu był w stanie przemknąć niezauważony między łapami rozwścieczonego Remusa, tylko po to, by uspokoić go za pomocą czarów.

James przytknął różdżkę do czubka głowy, mrucząc pod nosem skomplikowane inkantacje. Mimo że przemiana trwała tylko parę sekund, zawsze w pełni odczuwał ten sam ból. Zdążył już do niego przywyknąć, ale początkowo bywało bardzo ciężko. Najpierw fala gorąca przelewała się przez jego ciało, jakby miała zamiar stopić szkielet. Nagły ból w kręgosłupie rozkazywał mu się pochylić, niemal zginając go w pół, a na skórze dostawał gęsiej skórki. Z tą tylko różnicą, że ta była wyjątkowo bolesna – jakby ktoś nacierał mu rany solą. Na końcu dotykał go przenikliwy ból głowy, rozsadzający czaszkę. Nieprzyjemności kończyły się równie szybko, jak się zaczynały.

Jako jeleń, James nadal był sobą. Myślał jak człowiek, potrafił planować i abstrakcyjnie szacować sytuację. Często miał ochotę się odezwać, ale zamiast tego z jego ust wydobywały się jedynie pomruki. Największą różnicą było jednak to, jak zmieniał się jego instynkt i rozumienie lasu. Wszystkie zmysły zdawały się ulegać pomnożeniu i były teraz tak wrażliwe, jak nigdy. Jego uszy wyłapywały najmniejszy nawet szelest, bez trudu rozróżniając ciężki chód wilkołaka od miękkich łap Syriusza, ledwo muskających trawę. Słyszał nawet drobne kroczki Petera, który jednak najczęściej wspinał mu się na głowę i zahaczał się ogonem o, całkiem już imponujące, poroże. Węchem był w stanie ocenić, czy w okolicy ktoś się na nich nie czai, a jego wzrok bez trudu rozróżniał kształty, także w ciemności.

James zauważając, że jego przyjaciele również zdążyli się już przemienić, pochylił głowę, ułatwiając Glizdogonowi wspinaczkę i spojrzał wyczekująco na pląsającego wokół niego Syriusza. Łapa szczerze uwielbiał swoje zwierzęce wcielenie i często, gdy nie miał ochoty z nikim rozmawiać lub gdy dręczyły go problemy, przemieniał się w psa i gnał przed siebie, by zaznać choć odrobiny spokoju. Zwykł mawiać, że wszystko wydawaj mu się wtedy łatwiejsze i bardziej błahe. Jako Wąchacz musiał troszczyć się jedynie o to, żeby nie zgubić własnego ogona.

Czarny pies zaszczekał wesoło, dając sygnał do drogi i pognał w głąb lasu. James ruszył za nim, bez trudu go przeganiając. Obejrzał się z satysfakcją do tyłu na przyspieszającego przyjaciela, który gonił go teraz z wywieszonym jęzorem. Często, dla zabawy, spierali się potem, które z nich jest szybsze i bardziej zwinne.

Biegnąc James czuł się tak, jakby wreszcie miał szansę rozprostować nogi po długim siedzeniu w bezruchu. To zdawało się tak naturalne, jak oddychanie. Peter piszczał cicho przy jego uchu, zapewne starając się zdopingować go do jeszcze większej prędkości, bo Łapa, szczekając głośno, zaczynał ich doganiać.

Szybko udało im się powrócić do skraju lasu, do miejsca, w którym rosła Bijąca Wierzba. Glizdogon zszedł po opuszczonym pysku Jamesa na ziemię i pomknął cicho w stronę pnia drzewa, by już po chwili je unieruchomić. Podczas gdy Syriusz bez problemu mógł przejść tunelem jako pies, James musiał powtórnie zmienić się w człowieka, by zmieścić się do otworu u podstawy drzewa. Zazwyczaj przemieniał się dopiero przy wejściu do Wrzeszczącej Chaty, które było już wystarczająco duże, by mógł przez nie przejść jako jeleń. Gdyby Remus wyczuł człowieka, mogłoby się zrobić naprawdę nieprzyjemnie. Już nie raz musieli go poskramiać, często ryzykując przy tym własnym życiem.

Na końcu tunelu dało się już usłyszeć charakterystyczne wycie i warczenie. Wkraczanie do pokoju, w którym przebywał wilkołak zawsze wiązało się z ryzykiem. Co prawda nie krzywdził zwierząt i dlatego mogli sobie pozwolić na przebywanie w jego towarzystwie, ale nigdy tak do końca nie było wiadomo, co może się zdarzyć tym razem.

Lunatyk czuł z oddali ich obecność i czekał już najeżony przy schodach. Jako jedyny z ich czwórki był w pełni zwierzęciem, nie posiadającym ludzkich wspomnień. Polegał jedynie na instynktach i miał pamięć krótkotrwałą, dlatego za każdym razem poznawał ich na nowo.

Łapa, jak zwykle, wydostał się z tunelu jako pierwszy. Na przygiętych nogach, z opuszczonym ogonem ruszył powoli w stronę wilkołaka, który ciągle warczał na niego ostrzegawczo. Syriusz zatrzymał się w pewnej odległości od Lunatyka pokazując, że nie ma wrogich zamiarów i pozwalając mu poznać swój zapach.

Obwąchiwanie mogło się to wydawać śmieszne, ale stanowiło jeden z najważniejszych gwarantów bezpieczeństwa. To dzięki zapachowi Remus odróżniał ich od otoczenia i tym samym nie robił im krzywdy. Stanowili część jego watahy, w której pozwalali mu być samcem alfa. Innego wyjścia nie było.

Gdy tylko skończył wąchać Łapę, zwrócił pysk w stronę Jamesa i siedzącego mu na grzbiecie Petera. Glizdogon trząsł się jak osika, wbijając małe pazurki w skórę jelenia. James musiał bardzo mocno skupiać się na swoich ludzkich myślach, by nie poddać się instynktowi, który teraz bił na alarm z całych sił, ostrzegając przed zbliżającym się drapieżnikiem. Pamiętał doskonale, jak parę razy musiał użyć poroża, by odgonić polującego na jego szyję wilkołaka. To były jednak sporadyczne sytuacje i starał się, by nie przyćmiły wspaniałości tych wypadów.

Gdy uznali, że Remus poznał już doskonale ich zapach i nie stanowi zagrożenia, mogli zacząć myśleć o opuszczeniu Wrzeszczącej Chaty. James zawsze starał się wtedy wypierać z mózgu niepokojące myśli o tym, jak bardzo narażają siebie, innych ludzi, którzy potencjalnie mogliby stanąć im na drodze oraz przede wszystkim Remusa. W razie nieszczęśliwego wypadku, to właśnie on musiałby żyć z wyrzutami sumienia już do końca swoich dni. Ale to nie były tematy, którymi nastoletni chłopcy mieliby zwyczaj się zadręczać. Znacznie bardziej woleli wspominać radosne strony ich wędrówek, a tych na szczęście nie brakowało.

Mogli się skupiać na tym, jak wiele zapachów niosło ze sobą powietrze, przedostające się do ich uwrażliwionych nosów. Biegli razem, ścigając się i rozkoszując wolnością. Księżyc przedostał się na chwilę zza chmur, przebijając przez gołe korony drzew i rozlewając się niebieskawą poświatą po podszyciu. Wszystko było tak wspaniale czarno-białe. Nie było tych szarości, które ostatnimi czasy pozbawiały ich młodzieńczego entuzjazmu.

James obserwował inne zwierzęta, pierzchające w popłochu do swoich nor i jam na widok wilkołaka na wolności. Słyszał obok siebie uderzenia łap przyjaciół, popiskiwanie Petera i czuł się wyjątkowo szczęśliwy.

Drzewa zaczęły się przerzedzać, a księżycowe światło było coraz to intensywniejsze, co mogło oznaczać tylko tyle, że zbliżają się do ulic Hogsmade. Syriusz szczeknął, wyprzedzając ich nieznacznie i wysuwając się na prowadzenie. James wiedział, że przyjaciel zamierza najpierw się upewnić, że na nikogo nie wpadną. Było już wystarczająco późno i zimno, żeby mogli zaryzykować, ale i tak należało wszystko dokładnie sprawdzić.

Łapa szczeknął ponownie, jakby na potwierdzenie, że wszystko jest w porządku i powoli, starając się trzymać Lunatyka między sobą, wkroczyli na jedną z bocznych i opuszczonych ulic Hogsmade. Zawsze wybierali tę stronę miasta, gdyż zazwyczaj świeciła pustkami i chłopcy bez obaw mogli mijać zaniedbane witryny sklepowe, już dawno temu porzucone przez swoich właścicieli. Porządni obywatele nigdy się tutaj nie zapuszczali.

Już wydawało się, że wszystko tego wieczora pójdzie jak zwykle - gładko i przyjemnie, gdy nagle, w przeciągu sekundy, James poczuł znajomy zapach. Zaraz potem Remus warknął, zawył i rzucił się przed siebie, długimi susami pokonując dystans małej uliczki.

Gdzieś niedaleko musiał znajdować się człowiek i nie zdawał sobie teraz sprawy z tego, w jak wielkim jest niebezpieczeństwie. Nie namyślając się wiele, James i Syriusz rzucili się w pogoń. Na szczęście jeleń był najszybszym zwierzęciem w ich dziwacznym stadzie i dlatego udało mu się bez większego trudu dopaść wilkołaka, zagradzając mu drogę. James pochylił głowę, by uderzyć go swoim porożem. Wilkołak jęknął upadając, po czym, warcząc przeraźliwie, skoczył mu do gardła. Gdyby nie to, że mogłoby to jeszcze zaognić sytuację, James już dawno przemieniłby się w człowieka.

Błysnęły dwie pary białych kłów, gdy Syriusz w ostatniej chwili powalił wilkołaka na bruk. Dwa czworonogi zwarły się, pysk przy pysku, tworząc warczącą i skomlącą mieszaninę futra, pazurów i zębów. James, starając się rozróżnić ich od siebie, wycelował i odrzucił wilkołaka od Łapy. Bestia uderzyła o mur starego sklepu, zaskomlała, po czym na oślep pognała w stronę lasu.

James, roztrzęsiony, przez chwilę zastanawiał się, czy nie pobiec za nim. Chciał go zatrzymać, poskromić, tylko jak? W pojedynkę miał marne szanse, a zamknięcie wilkołaka we Wrzeszczącej Chacie nie wchodziło w grę. Rozejrzał się, w poszukiwaniu rozwiązania i jego spojrzenie padło na nadal nie podnoszącego się z ulicy Syriusza. Starają się pozbyć narastającego uczucia paniki, szybko przemienił się z powrotem i uklęknął przy ciężko oddychającym psie. Krew sączyła się drobną stróżką na ulicę z otwartej rany na jego szyi. Jego klatka piersiowa szybko podnosiła się i opadała, wyraźnie sprawiając mu ból przy każdym oddechu. Prawdopodobnie wilkołak pogruchotał mu żebra, gdy złapał go w mocnym uścisku swoich łap.

- Peter! – syknął James, bo przyjaciel zniknął jak tylko zorientował się o nadchodzących kłopotach. – Gdzie jesteś, do cholery?

Z ciemności, nadal trochę niepewnie, wyłonił się roztrzęsiony Glizdogon. Trzymał przed sobą różdżkę, ciągle w pogotowiu, ale ręka trzęsła mu się tak mocno, że pewnie nie byłby w stanie jej użyć. Małe, wystraszone oczka utkwił w Wąchaczu.

- Syriusz! – pisnął. – Co mu jest?

- Jest ranny. Musimy go przetransportować bliżej zamku.

- Do Skrzydła Szpitalnego?

- Nie! – odpowiedział poirytowany James, myśląc gorączkowo. – Nie możemy, bo wtedy wszystko się wyda! I tak się zorientują, że Remusowi udało się opuścić Wrzeszczącą Chatę. Szybko by to powiązali z nami!

- To w takim razie co zrobimy? – spytał Peter, przerażony.

Pochylił się nad Łapą, sprawdzając jego puls.

- Chyba wiem – mruknął James ponuro. – Pospieszmy się, nim straci jeszcze więcej krwi.

Jako pies, Syriusz był łatwiejszy i lżejszy do przenoszenia. Chłopcy lewitowali go ostrożnie przed sobą, starając się wykorzystać całą swoją wiedzę dotyczącą skrótów. James z przerażeniem patrzył na ciągnącą się za nimi drobną strużkę krwi, odcinającą się od jasnego bruku ulicy. Bardzo pragnął, żeby jego ostatni sen, dotyczący martwego Syriusza, przestał o sobie przypominać właśnie teraz, gdy potrzebował się skupić i zachować zdrowy rozsądek.

Mimo, że droga do zamku przebiegła niemal rekordowo szybko, czas dłużył się niemiłosiernie i Jamesowi zdawało się, że wloką się niemal w ślimaczym tempie. Co chwilę poganiał Petera, który sapał już z wyczerpania.

- Co z Remusem? – spytał w końcu cicho.

- Nie dalibyśmy rady go zapędzić do tunelu – odrzekł James, z trudem zachowując spokój. – Miejmy tylko nadzieję, że jest na tyle poturbowany, że nie da rady polować. Jutro odkryją jego nieobecność i na pewno go znajdą.

- Wolę nie myśleć o tym, co może się stać jeśli się mylisz – jęknął Peter mocno kiwając głową, jakby chciał odpędzić od siebie obrazy atakującego ludzi Remusa.

- Chodź, już niedaleko – popędził go James, widząc powiększający się zarys zamku.

Zboczyli nieco bardziej w las, decydując się ominąć główne wejście. Na skraju błoni rozłożyli płaszcz Jamesa, a na nim położyli nieprzytomnego psa, który pod wpływem zaklęcia zaskomlał cicho i zaczął się zmieniać. Już po chwili na jego miejscu leżał Syriusz, jęcząc i trzymając się za żebra. Rana na szyi nadal krwawiła, ale teraz widoczne były na niej także ślady pazurów. Nie zatailiby tego co się stało, gdyby któryś z profesorów ich zobaczył.

- I co robimy? – spytał Peter, przyklękając przy Łapie, nachylając się nad nim bezradnie i starając się zatamować krew.

- Poczekaj tutaj, a ja sprowadzę pomoc – odpowiedział James, czując nieprzyjemne przewroty w żołądku. – Miej różdżkę w pogotowiu, okej?

Nakrył się peleryną niewidką i pomknął w stronę zamku. Przez chwilę wydawało mu się, że słyszy gdzieś z oddali wycie wilkołaka, ale postanowił, że nie ma czasu nad tym teraz rozmyślać. I tak miał już sporo na głowie, a zaraz miał wpaść w jeszcze większe tarapaty. Niestety, ale na myśl przyszła mu tylko jedna osoba zdolna im teraz pomóc. Tylko ona chciała zostać uzdrowicielem i interesowała się tym rodzajem magii.

Pokój Wspólny Gryfonów był niemal pusty, gdy James, już bez peleryny, wpadł do niego, zdyszany i oblany zimnym potem. Lily drzemała w fotelu przy kominku, z głową wspartą na dłoniach. Pewnie czekała na niego. James potarł twarz rękami, po czym – chcąc, nie chcąc, podszedł do niej i położył ręce na ramionach. Tylko jej mógł teraz zaufać.

- Lily! – szepnął gorączkowo. – Lily, jesteś mi potrzebna!

Dziewczyna otworzyła leniwie oczy, uśmiechając się lekko. Zaraz jednak na jej twarzy pojawił się wyraz przerażenia, gdy omiotła go wzrokiem

- James! – wrzasnęła stanowczo za głośno, jak na środek nocy. – Ty krwawisz!

- Co? - Chłopak dopiero teraz zdał sobie sprawę, że Lunatyk musiał go haratnąć pazurami, gdy się na niego rzucił. – Oh, to nic! Musisz iść ze mną, jesteś mi potrzebna.

Lily wstała, wpatrując się w niego z rosnącą wściekłością na twarzy.

- W co ty się znowu wpakowałeś, co Potter? – warknęła, mrużąc oczy.

- Nie ma czasu na wyjaśnienia, chodź! – poirytowany James, czując, że marnują czas, złapał ją za rękę i pociągnął w stronę wyjścia z salonu.

- Gdzie idziemy? – spytała gniewnie Lily, nie wyrywając się jednak z jego uścisku. – Będziesz się słono przede mną tłumaczył.

James nie odpowiedział, stawiając wszystko na jedną kartę. Kto wie, co działo się teraz z Łapą. Lily niemal nie zakrztusiła się z wrażenia, gdy James zaczął kolejno wykorzystywać znane sobie skróty i tajne przejścia.

- Co jeszcze ukrywasz? – szepnęła, bez słowa wciskając się w wąski, ciemny tunel.

Gdy dotarli do wyjścia z zamku, James rozwinął pelerynę niewidkę. Nigdy jej nikomu nie pokazywał, nie licząc oczywiście najbliższych przyjaciół i mimo, że kochał Lily, czuł się niesamowicie niekomfortowo wyjawiając jej swoje największe sekrety. Jeżeli miało to jednak uratować Syriusza, to było tego warte.

- Czy to jest…? – szepnęła Lily dotykając mieniącego się w delikatnym świetle świec materiału.

- Tak, to peleryna niewidka – odrzekł niecierpliwie James. – Chodź, nie mamy czasu na pogawędki.

Okrył jej ramiona i jak najszybciej potrafili, pomknęli przez błonia. Lily nie uskarżała się, ale też starała się nie dotykać Jamesa. Chłopak wiedział, że jest na niego zła, ale był jej wdzięczny za to, że bez słowa rzuciła wszystko, byle by mu pomóc. I to całkiem w ciemno.

- Posłuchaj – szepnął James, wyhamowując i patrząc Lily prosto w oczy. – Musisz mi obiecać, że to co dzisiaj zobaczysz albo usłyszysz zostawisz tylko dla siebie. Nie powiesz nikomu.

- James, co ty…

- Obiecaj! – niemal krzyknął, płonąc z frustracji i strachu o przyjaciela.

- O co ty mnie prosisz, co? – zezłościła się Lily, zrywając z głowy pelerynę i robiąc parę kroków do tyłu. Zacisnęła dłonie w pięści. – Jak mogę tak po prostu obiecać ci, że będę trzymać język za zębami, nie wiedząc na co się piszę? A jeśli to jest niebezpieczne dla otoczenia? Zagraża komuś więcej, niż czwórce niedojrzałych i lekkomyślnych Gryfonów?

- Lily, błagam! – jęknął James, przeczesując włosy palcami.

Czas biegł nieubłaganie.

- James, pomogę ci, ale nie mogę nic więcej obiecać. Chyba, że wszystko mi wytłumaczysz i będziesz miał dobry powód, żeby tak się zachowywać.

- Dobrze, wytłumaczę – przytaknął z rezygnacją. – Ale chodźmy, nie mamy tyle czasu!

Syriusz leżał dokładnie tak, jak James go zostawił. Może tylko był trochę bardziej blady, a na ziemi widniała już sporych rozmiarów kałuża krwi. Peter pochylał się nad nim równie bezradnie, przygarbiony niemal do samej ziemi i starający się opatrzyć ranę. James zerknął na Lily, ale dziewczyna nie odwzajemniła spojrzenia. Jej twarz przybrała wyraz determinacji i profesjonalizmu, którego jeszcze nie widział u niej do tej pory. Zakasała rękawy i przyklęknęła przy jęczącym Syriuszu, z różdżką w ręce.

- Długo krwawi? – spytała rzeczowo, nie kierując słów do nikogo konkretnego.

- Może pół godziny – odpowiedział James, kucając obok niej.

- Czy to ślady pazurów? – kontynuowała przesłuchanie, starając się powstrzymać głos od drżenia.

- Tak.

O nic więcej już nie pytała. Przymknęła oczy i zaczęła mruczeć pod nosem nieznajome zaklęcia, wodząc różdżką nad ciałem Łapy. James i Peter wycofali się nieco, nie chcąc jej przeszkadzać. Już po chwili rana na szyi przyjaciela zaczęła się nieco zasklepiać, a jego oddech stał się spokojniejszy i bardziej miarowy.

- Syriuszu? – odezwała się cicho Lily, przykładając mu dłoń do czoła. – Słyszysz mnie?

Łapa stęknął, otwierając z trudem oczy. Zdawało się, jakby jego twarz znów zaczęła nabierać koloru.

- Gdzie Remus? – spytał słabo.

James szybko przysunął się do niego, postanawiając się wtrącić. Rozmowa przybierała bardzo niekorzystny tok.

- Jest niedaleko. Jak się czujesz?

- Co się stało? – Syriusz nadal był rozkojarzony i najwyraźniej starał się dopasować wspomnienia do rzeczywistości. – Pamiętam tylko, jak się szamotaliśmy…

- Zaraz będziesz w swoim łóżku – przerwał mu James, przywołując Petera. – Chodź, okryjemy go peleryną i przeniesiemy zaklęciem. Masz. – Wręczył mu mapę, starając się zakryć plecami przed Lily.

Cała trójka wycelowała różdżki w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą leżał Syriusz i ostrożnie go transportując, udali się w stronę zamku. James spojrzał kątem oka na Lily. Wyglądała na zmęczoną i zawiedzioną. Chłopak dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że wyciągnął ją na mróz w szkolnych szatach i bez żadnego okrycia.

Szli powoli, uważają by zbytnio nie trząść osłabionym i postękującym o Syriuszem, nadal ukrytym pod peleryną, dlatego droga zajęła im dużo więcej czasu, niż zazwyczaj. Odczuli ulgę, gdy przekroczyli szkolne wrota i zalała ich fala ciepła. James zaczął w pełni odczuwać, jak bardzo skostniały mu palce, zaciśnięte kurczowo na wyciągniętej przed sobą różdżce. Szli w milczeniu i chłopak podejrzewał, że po części dlatego, że każda rozmowa mogłaby się teraz źle zakończyć. Kłótnia była jedną z łagodniejszych możliwych opcji.

- Lily? – usłyszeli męski głos z bocznego korytarza. – To ty?

W małym kręgu światła pojawił się Chriss Collins, prefekt Hufflepuffu z piątego roku.

- Tak, tak – odpowiedziała Lily, uśmiechając się nieco sztywno.

- O, cześć James! – Chłopak skinął mu głową entuzjastycznie. – I Peter. Robicie obchód?

- Tak – odrzekł chłodno James, nadal celując różdżką w niewidocznego Syriusza. – Sprawdzamy, czy wszystko gra.

- Już tutaj sprawdzałem – pochwalił się Chriss. – Musiałem przegonić Suzie Peters i Mika Ryana, bo urządzili sobie schadzkę…

- Dobra robota, Chriss – przerwała mu Lily, z pozornie miłym uśmiechem. James wiedział, że dziewczyna zaczyna się irytować. – Przepraszam, ale trochę się spieszymy.

- Jasne. To do zobaczenia na ewaluacji!

Przez chwilę James zamarł, bo wyglądało na to, że rozentuzjazmowany Collins idzie prosto na lewitującego Łapę, ale chłopak skręcił niemal w ostatniej chwili. Cała trójka odetchnęła z ulgą, a Syriusz jęknął głośno.

- Możecie się pospieszyć? – rozległ się jego przytłumiony głos. – To nie jest najwygodniejsza pozycja…

- Widzę, że odzyskujesz siły, Black – zauważyła cierpko Lily.

– Zaczyna marudzić, to dobry znak – dodał James, uśmiechając się lekko w jej stronę, ale dziewczyna nawet na niego nie spojrzała.

- Chodźmy – zakomenderowała chłodno.

Pokój Wspólny jawił się im niemal jako Ziemia Obiecana. James nie pamiętał, by kiedykolwiek tak się cieszył na widok nadgryzionych zębem czasu foteli, czy porysowanych stolików. Wspólnymi siłami udało im się położyć Syriusza wygodnie w łóżku. Lily zbadała go jeszcze krótko, machnęła nad nim parę razy różdżką i stwierdziła zwięźle, że Black przeżyje. Odwróciła się na pięcie i przekraczając rozwaloną na podłodze, zwęgloną talię kart, ruszyła na dół, jak najszybciej umiała.

- Zaraz wracam – mruknął James do Petera i pobiegł za nią.

Udało mu się ją złapać tuż przed schodami wiodącymi do dormitorium dziewczyn. W razie niepowodzenia miał już obmyślony plan, żeby wedrzeć się tam siłą, unosząc się na miotle. Na szczęście nie musiał go wdrażać w życie.

- Poczekaj – mruknął, zaciskając palce na jej łokciu.

Dziewczyna przez chwilę milczała, wpatrując się we własne stopy, aż w końcu spojrzała w górę, prosto w oczy Jamesa. Uniosła brwi, widocznie starając się dobrać potrzebne jej słowa.

- Czekam – szepnęła. – Wyjaśnij mi to, błagam.

- Wymknęliśmy się z zamku… Do Hogsmade – zaczął cicho James, spuszczając wzrok i zaczynając obracać w palcach jeden z jej rudych loków. – Od czasu do czasu odwiedzamy Rosmertę albo zakradamy się do Miodowego Królestwa. Dzisiaj… nie wszystko poszło po naszej myśli. Jakieś zwierzę zaatakowało Syriusza.

Lily milczała jeszcze chwilę, nie spuszczając oczu z jego dłoni, po czym spytała drżącym ze wściekłości głosem:

- Myślisz, że jestem idiotką?

- Lily…

- Albo szczerze mi wszystko wyjaśnisz, albo jeszcze tej nocy udam się do gabinetu Dumbledore'a.

James podniósł wzrok, zaskoczony, czując się jednocześnie niesamowicie bezradny. Remus będzie wściekły, gdy się wszystkiego dowie.

- Gdzie jest Lupin? – spytała Lily ostrym głosem. – Tylko mów prawdę.

- W lesie.

- Co zaatakowało Blacka?

James otworzył usta, ale nie był w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Tak długo dotrzymywał tajemnicy, że stała się ona nieodzowną częścią jego życia. Spojrzał bezradnie w oczy Lily, ale zobaczył tam tylko chłód i gniew.

- Remus, prawda? – spytała przez zaciśnięte zęby.

- Ja nie…

- Zostaw mnie – warknęła, wyszarpując łokieć z jego uścisku. – Cały czas kłamałeś!

- Nie mogłem ci powiedzieć! Zrozum!

- Zrozum, zrozum! – powtórzyła ze złością jego słowa. – To ty zrozum, Potter! Nawet nie wiem, jak mam to wszystko nazwać!

Dźgnęła go palcem w pierś, czerwieniejąc na całej twarzy.

- Czy to był Remus? – spytała gniewnie.

James spojrzał jej prosto w oczy, po czym powoli skinął głową.

- Jak mogłeś! – syknęła. – Narażałeś wszystkich w koło! Jego, Blacka, Petera! I siebie! Ty kretynie!

Niespodziewanie, chyba nawet dla siebie samej, zamachnęła się i wymierzyła Jamesowi siarczysty policzek. Zachlipała, dławiąc się łzami, gdy, prawie na oślep, ponownie machnęła ręką. Tym razem jednak James w porę złapał ją za nadgarstek.

- Dość – rozkazał łagodnie.

Przyciągnął dziewczynę do siebie, całując mocno w usta. Częściowo po to, by dać upust emocjom, częściowo, by nie dopuścić jej do głosu, ale od razu wiedział, że tego mu właśnie było teraz trzeba. Potrzebował jej. Lily przez chwilę szamotała się, starając się go odepchnąć, ale w końcu poddała się, topniejąc w jego ramionach. Jej usta miały słony smak.

- Lily, przepraszam cię za wszystko – powiedział James, tuląc ją mocno do siebie.

Dziewczyna początkowo nie odpowiedziała. Dopiero, gdy James podniósł jej podbródek tak, by spojrzała na niego, wydusiła z siebie:

- Nie wiem, co miałabym ci odpowiedzieć.

- Wybacz mi. Tylko tyle.

- Wybaczam – odpowiedziała powoli i z trudem. – Ale muszę to wszystko przemyśleć. Nie wiem, czy jestem w stanie kłamać w tej sprawie. Potrzebuję… czasu.

Ponownie spuściła głowę i wyślizgnęła się z jego uścisku. Nie oglądając się za siebie, oddaliła się, przeskakując po dwa stopnie na raz i znikając w ciemności.

James został sam, z zupełną pustką w głowie.