Witajcie moi drodzy! Wiem, że dużo czasu minęło, od kiedy wstawiłam ostatni rozdział, ale muszę przyznać, że się ogromnie za Wami stęskniłam. Tym razem nie będę Wam obiecywać, że postaram się pisać szybciej i zakończyć tę historię, powiedzmy, do końca sierpnia, bo tego nie wiem. Mój laptop się starzeje i często odwiedza serwis techniczny, gdzie "podleczają" kolejne usterki. Ostatnio dużo piszę na telefonie, ale rozdziały udaje mi się wstawiać jedynie na Wattpada, gdzie prowadzę między innymi historię pt. Tajemnica Przeszłości. Przy okazji zachęcam Was, żebyście zaglądali i tam, ponieważ też ciekawa, moim zdaniem oczywiście, historia, niestety niewiele osób zagląda tam na mój profil.

Teraz, chcę podziękować: Ten Jake, Braila125, Kina, Dragisis, Hecu, Tomdzi465, KraStick, goshia33, vera, Kto, GFGSDFGFGF, kaszka, xx2, Tygryska, ddd i Maja. Tyle oczekujących, mam nadzieję, osób, że aż trudno mi uwierzyć, ile otrzymałam wspaniałych komentarzy i próśb o kontynuację. Naprawdę dziękuję Wam, zwłaszcza za upór, bo bez tego opowiadanie zatrzymałoby się na Prologu. Dziękuję też cichym czytelnikom, których liczba, szacując po odsłonach, zrobiła z tego opowiadania cichy bestseller. ;) Wspaniali jesteście!

Oczywiście muszę polecić: Braila125 (na Wattpadzie Dzagulka), która pisze świetne KFP i nie tylko, ;) polecam także Isabelle666 (na Wattpadzie DarkBloom98) romanse to chyba jej specjalność. Polecam również PandęSylwie1 (na Wattpadzie PandaSylwia12) na obecną chwilę pisze Lego - Ninja Go. Jest też tutaj nowa osoba, mianowicie RRagnar, zachęcam do czytania jego historii pełnych legend i nieoczekiwanych zwrotów akcji. Na Wattpadzie jest też RadNo3, który pisze historie KFP oraz TrueJackob. Gorąco ich wszystkich polecam i mam nadzieję, że zachęciłam Was do zajrzenia tam.

Myślę, że wystarczy już podziękowań i poleceń. Myślę, że powinnam dać Wam się już w pełni nacieszyć tym rozdziałem. Zmieniłam trochę wygląd opowiadania, Wattpad mnie do tego tak jakby zmusił. ;D Niestety, muszę powiedzieć, że z Playlisty i Soundtracku nici, bo nie mam odpowiedniego do tego sprzętu. Przy zbliżających się rozdziałach puszczę listę piosenek i podczas ich przeróbki, bo cała historia zostanie odświeżona i gruntownie poprawiona, zwłaszcza te początkowe rozdziały.

Na końcu, kiedy wreszcie wstawię ostatni rozdział, wyjawię jeszcze kilka ciekawostek, bo przez te lata się ich trochę nazbierało, ;) tam też będzie pełna lista piosenek towarzyszących mi podczas tworzenia. Ostatnie, co już tylko powiem to to, że całe opowiadanie na koniec wstawię na mojego chomika - lola3934 w wersji PDF, bez moich komentarzy, wtrąceń i przerywania, a muszę powiedzieć, że w treści z trudem powstrzymywałam się od komentowania. ;) Poza tym czcionka i wygląd na pewno będą lepsze niż tu, więc jeśli będziecie ciekawi, to napiszcie później w komentarzach, czy chcecie... :)

Playlista:

- Adele - Don't You Remember

- Evanescence - Bring Me To Life

- Adele - Hello

- One Direction - Still The One

- Bracia - Po Drugiej Stronie Chmur

- Dido - White Flag

- Adele - All I Ask

Okay, to tyle. Życzę Wszystkim Miłego Czytania! ;*


"Czyżby to miłość sama nas opuściła, bez naszej zgody? A może nie ona nas, lecz my ją opuściliśmy? Więc po co zaklinaliśmy się, że nie wyobrażamy sobie życia bez siebie? Czyżbyśmy wówczas nie wiedzieli jeszcze, co to jest miłość? Czyżbyśmy byli za młodzi, żeby widzieć, czym jest? I musiała nas dopiero rozłączyć, abyśmy zrozumieli, że nie jest takim łatwym szczęściem, jak nam się wydawało? Że jest pełna lęku, niepewności, że kryje w sobie zapowiedź rozpaczy, gdy coraz wyraźniej widać zbliżający się kres. Trzeba widocznie przeżyć całe życie, aby się dowiedzieć czym ona jest."

Wiesław Myśliwski – Ostatnie rozdanie


Rozdział 25

Wszystko od Nowa…

Tygrysica chodziła nerwowo długim korytarzem Zamku Nanette. To wszystko miało miejsce niecałe półgodziny temu, a jej ciągle chodziły po głowie te słowa:

"Nie czuję pulsu"

To było takie niespodziewane. Znaczy, może i było, ale zawsze pozostawało tu jakieś ale. Ktoś tego dnia miał umrzeć. Miało tylko wypaść na nią albo na tygrysa wybranego przez Nanette. Nieprzewidziany okazał się tutaj atak Guana.

– Wszystko będzie dobrze – pocieszyła ją Żmija, podchodząc do niej. – Wyjdzie z tego – wyszeptała.

Tygrysica po prostu zmrużyła oczy, powstrzymując je od płaczu, który lada moment miał przybyć z niespotykaną jej dotąd siłą.

– Lekarz się nim zajmuje, zaraz postawi go na nogi i znów będzie tak jak dawniej. No może prawie – zająknęła się.

Tygrysica ciągle odmawiała sobie, żeby na nią spojrzeć.

– Ech… – westchnęła Żmija i wróciła z powrotem do pozostałych.

– I co z nią? – zapytał Małpa.

– Martwi się – odparła tak po prostu Żmija.

– Jest dokładnie tak samo, jak ostatnim razem, gdy Shen wystrzelił Po z fabryki – zauważył Małpa.

– Bądź cicho, – skarciła go, wiedząc, że Tygrysica prawdopodobnie wszystko słyszy – nie tutaj.

– Okay, okay, okay. Pogadamy później – stwierdził Małpa, machając rękami.

– Chodźcie może na zewnątrz – zaproponował Żuraw.

– Pogięło cię? Jest koszmarna pogoda – odparował mu Modliszka.

– Ale przynajmniej będzie można spokojnie rozmawiać. – Żuraw cały czas stawiał na swoim.

– Zamiast wychodzić, udajmy się do jakiegoś pokoju – zasugerowała pokojowo Żmija, wyczuwając nadciągającą sprzeczkę.

– Dobry pomysł. – Wszyscy trzej się z nią zgodzili, następnie cała czwórka udała się wzdłuż korytarza.

W tym czasie Diana oparta twarzą o szybę zimnego okna wpatrywała się w szare chmury deszczowego nieba. Chłód był teraz dla niej taki kojący, a może to po prostu woda przynosiła jej ulgę? Nie była pewna, ale lubiła ten stan.

Kątem oka zerkała na rozgorączkowaną Tygrysicę, która jako jej przeciwieństwo, niczym kamienny posąg wbudowany w ścianę, gorączkowo i z histerią wpatrywała się w zdobione drzwi pokoju, w którym lekarz zajmował się Po.

Bez przerwy wzdychała. Wyglądała, jakby co jakiś czas rozmawiała sama ze sobą. Diana już dawno to zaobserwowała, a może jej się wydawało, że Tygrysica, kiedy się martwi, jest niby cicha, ale jakby głośniejsza duchem; nie rozmawia z nikim, oprócz siebie i swojej głowy. Czasami tylko myśli, a czasami szepta coś pod nosem.

Była taka pełna sprzeczności, że Diana widziała sens w tym, dlaczego włada ogniem, była tak samo nieprzewidywalna.

Patrząc tak na nią, Diana poczuła wobec niej litość. Nie czuła już tej nienawiści, która towarzyszyła jej przez ostatnie kilka dni. Po znów zniknął i to dziwne uczucie wraz z nim.

Westchnęła. Po był sprawcą tej ich idiotycznej zawiści. Tylko, czy on w ogóle był wart tego zachodu? Pocałowała go. Zniszczyła jego związek. Myślała, że staną się parą. A Po? Stawał na głowie, żeby przeprosić Tygrysicę.

A gdyby wiedział, że żeby tego dokonać, musi po prostu otrzeć się o śmierć, czy wtedy też by tak skakał?

Potrząsnęła głową i powoli zaczęła iść w stronę Tygrysicy, która co jakiś czas „zdobiła" kolejne kolumny. Idąc w jej kierunku zastanawiała się, co ma jej powiedzieć.

Czy w ogóle ma coś mówić? Czy ją pocieszyć? Czy wyjaśnić i przedstawić swoje spostrzeżenia w kwestii swoich uczuć wobec Po?

Jednak w tym momencie z sali wyszedł lekarz i Tygrysica z prędkością światła zerwała się w jego kierunku. Diana nigdy nie widziała, żeby ktoś tak szybko reagował, a Tygrysica przy tym się nawet nie zadyszała.

– I jak?! – krzyknęła na pół korytarza, po czym zaczęła bełkotać. – Co z nim? Żyje? Będzie dobrze, tak?

Diana podeszła w odpowiednim momencie, żeby wysłuchać wywodu starego kozła.

– Jest stabilny, ale najbliższe godziny pokażą, czy przeżyje – odpowiedział fachowo Kozioł.

– Mogę tam wejść i go zobaczyć? – Tygrysica zapytała z taką miną, jakby ktoś wbijał jej sztylet między żebra.

– Tak, tylko proszę uważać – odparł i powoli zaczął odchodzić w stronę wyjścia.

Tygrysica skinęła głową i ruszyła w kierunku komnaty. Pokój był jasny, bardzo ładnie umeblowany i przestronny niczym dla króla. W centrum stało wielkie łoże, na środku którego leżał bardzo zmarniały Panda.

Tygrysica podeszła do niego i ostrożnie chwyciła jego rękę, gdy w tym czasie Diana położyła swoją na jej ramieniu.

Tygrysica na ten gest niemal podskoczyła. Była tak pogrążona w myślach, że nie dostrzegała tego, co się wokół niej dzieje. Nie miała nawet pojęcia o obecności Diany.

– Nie martw się, będzie dobrze – zapewniła ją Diana.

– Wgląda tak…

– Spokojnie – wtrąciła Diana.

Tygrysica spojrzała na nią z ukosa. Było jasne, że nadal jest na jej czarnej liście.

– Nie powinnaś mnie teraz obgadywać wraz z pozostałymi? – zapytała ironicznie Tygrysica.

– Nadal jesteś wściekła – stwierdziła Diana, na co Tygrysica skinęła głową.

– A ty nadal bezczelna – odpowiedziała jej Tygrysica.

Diana natychmiast odsunęła się od niej i usiadła na krześle po lewej stronie Po, chwytając jego drugą rękę. Tygrysica szybko odnalazła dla siebie fotel, po czym usadowiła się w nim, nie puszczając dłoni Pandy.

Z coraz większą siłą zaczęła gładzić jego rękę, próbując wyczuć puls, jednak to była jedna z tych rzeczy, których nie mogła zrobić. Dwadzieścia lat treningu sprawiło, że jedyne, co mogła wyczuć pod opuszkami placów, to odrętwienie jej własnych kończyn, które nigdy z tego stanu nie wychodziły.

Im mocniej uderzała, tym czuła pod skórą większe wrażenie piasku, czy też pełzających pod nią mrówek, które były tylko jej imaginacją na opisanie tego odczucia. Ból pojawiał się dopiero, gdy natrafiała na coś naprawdę twardego, twardszego od niej samej. Tak więc przybliżyła głowę do jego klatki piersiowej i nasłuchiwała. Po chwili wyłapała lekki szmer, który wywoływało serce Po.

Uśmiechnęła się z wdzięcznością na ten dźwięk. – Bij, bij proszę dla mnie. Nie opuszczaj mnie – szepnęła. – To jedyna rzecz, która napędza mnie jeszcze do życia, więc nie rób mi tego – kontynuowała.

Gdyby w pokoju nie było Diany, po prostu rozpłakałaby się. Diana przyglądała się Tygrysicy, gdy ta siedziała w bezruchu pochylona nad ciałem Po i szemrała coś pod nosem.

– Nie wiedziałam, że tak bardzo go kochasz. – Diana szepnęła niczym wiatr.

– Trudno się domyślić? – skwitowała zirytowana Tygrysica, prostując się.

– A żebyś wiedziała! Gdyby Po nie powiedział mi, że myśli coś o ślubie, czy coś takiego, to bym w życiu się nie domyśliła, że może cię tak bardzo kochać. – Diana odparowała trochę ostrzej niż planowała.

– A to mi kiedyś ktoś zarzucił zaślepienie – skomentowała Tygrysica. – Widzisz czasami coś więcej, niż czubek własnego nosa?! – obruszyła się.

– Wybacz, nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało, ja po prostu…

– Nie chciałaś sobie tego uświadomić – wtrąciła Tygrysica.

– Skąd wiesz? – Diana uniosła brwi ze zdziwienia.

– Powiedzmy, że mam swoje sposoby. – Tygrysica wzruszyła ramionami, a w jej dłoni coś zaświeciło.

– Ach, no tak – westchnęła Diana.

Przez chwilę patrzyły na siebie i milczały, aż Diana znów przełamała lody.

– No to teraz już wiesz o mnie wszystko.

Tygrysica po prostu westchnęła, ale później trochę się rozchmurzyła.

– Ty też, a nawet więcej ode mnie, wróżbitko – puściła do niej oko.

– Eee, jestem w tym raczej dość kiepska – wyznała Diana.

– Dopiero się uczysz, ja też niedawno zaczęłam i wiem, jak to jest. – Tygrysica próbowała się uśmiechnąć, ale przez to, jak bardzo martwiła się o Po i ostatnie wyczyny Diany, nie było jej łatwo.

– No tak – zreflektowała się Diana, wysuwając dalsze wnioski. – Pewnie żałujesz, że musisz mnie uczyć, ta misja pewnie podziałała mocno na twoje nerwy.

– Bywało gorzej – odparła Tygrysica, kręcąc głową.

– Ale założę się, że jeszcze nigdy nie byłaś ani nie musiałaś być aż taka zazdrosna – spostrzegła Diana.

– Pewnie nie. – Tygrysica tylko westchnęła.

– No to witaj w klubie. Też się tak czułam. Zwłaszcza, gdy go pocałowałam, a on nie zrobił żadnego kroku w moją stronę, tylko tak bardzo próbował cię odzyskać – zwierzyła się Diana.

– Nie chciałam być taka zaborcza, ale chyba widzisz, że moje przeczucia nie okazały się wcale takie bezpodstawne – wytknęła jej Tygrysica.

– Najgorsze jest to, że teraz, kiedy Po leży tutaj taki… nieprzytomny, ja… nie czuję już nic. Chodzi mi o to, że nie odczuwam już takiej potrzeby bycia z nim. Nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale chyba rozumiesz, co mam na myśli – wyrzuciła z siebie Diana.

– Świetnie! – rzuciła sarkastycznie Tygrysica. – To twoje zauroczenie mogło nas sporo kosztować, wiesz o tym? – oskarżyła ją.

– To nie jest zauroczenie, – zaprotestowała Diana – ale pewnie do prawdziwej miłości jest dalekie – wyznała. – Nie ukrywam, popełniłam błąd i przepraszam. Wiem jednak, że to uczucie pojawi się ponownie, gdy tylko Po się ocknie – oznajmiła Diana.

– To jest zauroczenie – zapewniła ją Tygrysica, pozbawiając ją i siebie wątpliwości. – Łatwo je pomylić z jakimkolwiek innym uczuciem. I uwierz mi, naprawdę wiem, co mówię.

– Byłaś kiedyś w kimś tak zauroczona? – zapytała z zainteresowaniem Diana.

– No ba, takie rzeczy się zdarzają – stwierdziła. – To głupie, wiem, ale mogę nawet wyznać, że byłam w podobnej sytuacji – dodała. – Po jest twoim Mistrzem, pomaga ci, chroni cię, więc jak nie zauroczyć się w kimś, kto tyle dla ciebie robi, kto dosłownie wyciąga cię z piekła, tylko że takie odczucia w stosunku do nauczycieli do niczego dobrego nie prowadzą. – spostrzegła Tygrysica, choć Diana trochę nie zrozumiała, co jej właściwie powiedziała.

– Czyli byłaś w kimś tak zauroczona? – upewniła się.

– Tak. – Tygrysica skinęła głową.

– W swoim nauczycielu? – zauważyła Diana.

– Tak. – Tygrysica znów potwierdziła.

– Kim on był? – zapytała Diana.

Tygrysica na to pytanie się rzewnie zarumieniła. Mogła skłamać, że to był bohater bajki, którą kiedyś słyszała, co też po części byłoby prawdą, że to był jakiś inny wojownik, bo to też by się zgadzało. W końcu o tym, że zakochała się w Shifu wiedziało tylko kilka osób. Choć było ich niewiele, to pewnie i tak prędzej, czy później mogłyby o tym powiedzieć Dianie, więc ostatecznie zdecydowała, że po prostu będzie szczera.

– To był Mistrz Shifu – wyznała, szepcząc.

– To ten Mistrz, do którego ostatnio pisaliście? – zapytała trochę zaskoczona Diana.

– Tak, ten sam – odparła Tygrysica, widząc zdziwienie Diany.

– Och em, ale jak? – zapytała natychmiast Diana. – To znaczy, on pewnie jest dość stary – potrząsnęła głową.

– Tak jakoś. Najwyraźniej pomyliłam kilka kwestii na drodze relacji pomiędzy mną, a nim – stwierdziła Tygrysica. – Tak właściwie, jest dla mnie bardziej, jak ojciec, którego nigdy nie miałam – wyjawiła.

– Rozumiem – przyznała Diana, po czym zapytała. – Długo to trwało zanim zobaczyłaś to od tej strony?

– Kilka lat. Potrzebowałam terapii wstrząsowej, żeby to sobie uprzytomnić – westchnęła, czując lekkie zażenowanie własną głupotą.

– Powiedziałaś mu, a on cię odrzucił? – zgadywała Diana.

– Nigdy się o tym nie dowiedział. Ale na jednej misji w Świątyni zdałam sobie sprawę, że psuję reputację nam obojgu, że swoim zachowaniem sprowadzam na nas niezbyt korzystne plotki i docinki ze strony tamtejszych Mistrzów – wyjaśniła.

– No tak. A co zrobisz z Po? – Diana w końcu przeszła do przewodniego pytania.

– To zależy od tego, co ty masz zamiar zrobić – odparła Tygrysica, patrząc na nią pytająco.

– Odpuścić go sobie? – Diana wzruszyła ramionami. – Wiem, że to pewnie będzie trudne, ale sama widzę, że to działa na naszą niekorzyść. Muszę postarać się być dla niego tylko przyjaciółką – westchnęła ciężkim głosem.

– Właśnie liczę na to, że tak zrobisz, inaczej może mi nie starczyć cierpliwości, żeby wam ciągle przebaczać te pocałunki i inne – stwierdziła z goryczą Tygrysica.

Diana tylko westchnęła.

– Może nie udało ci się tym razem, ale skąd mam mieć tą pewność, że za czwartym to nie będzie dla niego czegoś znaczyć? – zapytała retorycznie Tygrysica.

Ciągle nie wiedziała, co tak naprawdę siedzi w głowie tego Pandy, w końcu nadal się uczyła i w dalszym ciągu okazywało się to za mało. Nie miała pojęcia, ile czasu jej zajmie, zanim dostanie się tam ponownie.

Jednak, czy miało to wystarczyć, żeby mogła mu ufać? Zwłaszcza wtedy, kiedy zostaje sam na sam z zauroczoną w nim bez pamięci Dianą? A co jeśli uczucie Diany było czymś więcej niż zwykłą miłostką? A Po mógłby w końcu poczuć to samo do niej?

Oczywiście mogła zejść mu z drogi w myśl zasady, jeśli kogoś kochasz, to pozwól mu odejść. Jednak będąc zmuszoną do pożegnania się z nim na zawsze, czułaby wtedy ogromny ból, który z czasem... może za kolejne dwadzieścia lat przyzwyczaiłaby się znosić i już więcej go nie czuć? Kto wie, jak podążają ścieżki przeznaczenia, jak to mawiał Mistrz Oogway.

– Nie wydaje mi się, żeby kolejny taki pocałunek coś zmienił. – Diana przerwała jej rozmyślania. – Po kocha ciebie i tylko ciebie. Wiem to, tylko ciągle nie mogę pogodzić się z tym, że mnie nie chce, – wyznała – ale nie powinnam się więcej łudzić. Czas pójść na przód – stwierdziła rozsądnie.

– Dobry pomysł. – Tygrysica po prostu się z nią zgodziła.

– W końcu, co to za uczucie, jeśli znika, gdy obiekt twoich westchnień jest nieprzytomny? – prychnęła Diana.

– Wygląda na to, że niezbyt potężne – zaśmiała się sardonicznie Tygrysica. – Ale wiesz co? Gdyby teraz podczas walki coś mi się stało, to po mnie byłabyś najbardziej pasującą kandydatką na nową narzeczoną Po – wyznała.

– Naprawdę? Ale dlaczego? – zapytała zdumiona Diana.

– Jest coś między wami, co was łączy. Rozmawiacie z taką lekkością, wykonujecie ten sam zawód, oboje jesteście adoptowani, a wasze charaktery to jakby idealna kompozycja. Choć uważam, że Po powinien spróbować powiązać swoje życie z kimś ze swojego gatunku, z kim mógłby mieć rodzinę, dzieci, rozumiesz. Ale on jest w tej kwestii inny i nie zwraca na tamte kobiety uwagi – wyjaśniła Tygrysica.

– Ty też jesteś inna, bez obrazy, ale jesteśmy w dolinie pełnej tygrysów, twoich pobratymców, a ty nie zwróciłabyś uwagi na żadnego z nich, czyż nie? – zauważyła Diana.

– Możliwe, ale ty też jesteś wśród nas odosobnieniem od swoich pobratymców. No i tych moich też, bo jestem pewna, że tutaj wielkiej różnicy nie ma – zauważyła Tygrysica. – Może ten sen o kosmosie miał nam jeszcze pokazać, że wszyscy troje jesteśmy jacyś nie z tej planety? – obie natychmiast roześmiały się na jej komentarz.

– To wielce prawdopodobne – odrzekła Diana. – Wiesz, nie jesteś taka zła, jak myślałam i wybacz za tą sytuację w lesie, ja też jestem tutaj ofiarą – stwierdziła skruszonym tonem.

– Wiesz, że ty też nie – odparła Tygrysica. – Też cię przepraszam za to, jak cię traktowałam, no i w ogóle – wyznała.

– Może w takim razie zaczniemy od nowa? – zasugerowała Diana, wyciągając w jej stronę rękę. – Zgoda?

– Zgoda – powtórzyła Tygrysica, chwytając dłoń Diany. – Jeśli chcesz to możemy od teraz zostać przyjaciółkami.

– No jasne – uśmiechnęła się do niej Diana.

– Wiesz, że moja relacja z Po zaczęła się od swego rodzaju nienawiści?

– No widzisz. Może w takim razie mamy szansę na stanie się najlepszymi przyjaciółkami? – zasugerowała przymilnie Diana.

– Cóż, kto wie? – Tygrysica wzruszyła ramionami.

– A teraz takie moje pytanie – zaczęła Diana. – Kiedy masz zamiar odpowiedzieć Po na jego oświadczyny? Znaczy, ja wiem, że namieszałam między wami i teraz pewnie nie chciałabyś za niego wychodzić, ale powiedz mu to, a nie trzymasz go w niepewności.

– Nie wiem, co i kiedy niby miałabym mu powiedzieć, nawet nie wiem, czy on przeżyje! – Tygrysica odparła głosem pełnym emocji. – To przedłużanie i odwlekanie odpowiedzi, to z mojej strony tylko gra na zwłokę, żeby oszczędzić nam/mu trochę czasu – wyszeptała.

– Nie chcesz, żeby stracił tytuł – zauważyła Diana. – Ale nie rozumiem, czemu zwlekasz? Zwłaszcza teraz, skoro po tym wszystkim powinno ci być łatwiej powiedzieć „nie." Czemu ciągle się wahasz? – zapytała.

– A może ja wcale nie chcę tego tak odrzucić, tylko chcę się na przykład, no nie wiem, zgodzić?

Diana uniosła brwi. – Myślałam, że jesteś tak wielką altruistką i dobroduszną osobą, że nie pozwoliłabyś na coś takiego, a tutaj pod tym względem też nie jesteś taka złota, jakby się wydawało Po – stwierdziła, choć zabrzmiało to jak zgryźliwość.

– Bo taka nie jestem, – zaprzeczyła – zakochani zwykle koloryzują obraz ukochanych osób – spostrzegła Tygrysica. – Ale z tym, że nie chcę być egoistką, to prawda. Poza tym ten tytuł był kiedyś dla mnie bardzo ważny, był moim jedynym celem życiowym. Dla tego tytułu niektórzy postradali rozum. A on to ma i dla niego to też bardzo ważne, więc jak mogę mu to odebrać? Jak? – Tygrysica pokręciła głową.

– Wybacz – szepnęła Diana.

– Nic nie szkodzi. Już nie mogę tego dłużej odwlekać i tak podjęłam tę decyzję już jakiś czas temu, tylko nie chciałam mu jeszcze tego mówić – uśmiechnęła się Tygrysica. – Nie dopuszczałam chyba do siebie tej myśli, że tak bardzo też tego pragnę.

– Rozumiem – szepnęła Diana, po czym mrugnęła do niej. – Może jeszcze nie jest za późno?

Tygrysica dzięki swojej Mocy wiedziała, że Diana nic nie zobaczyła, ale mimo wszystko taka zmyślona wizja napawała ją optymizmem, który tak rzadko jej towarzyszył.

– Zobaczymy – stwierdziła. – Teraz już tylko liczę na to, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. – westchnęła Tygrysica, po czym dodała. – Myślisz, że z tego wyjdzie?

Diana od razu zrozumiała, że nie jest to pytanie w stylu: „Co sądzisz?" tylko, „Co widzisz?", więc starała się skupić, ale żadna wizja do niej nie przyszła.

– Niestety nie mogę jeszcze tego zobaczyć. – odpowiedziała Diana, na co Tygrysica ponownie posmutniała.

– Czasami boję się, że ta historia skończy się tak, jak z tą Smoczycą z naszego snu – wyznała z rozżaleniem Tygrysica.

– Nie martw się, będzie dobrze, wystarczy uwierzyć – pocieszyła ją Diana.

– Łatwo ci mówić, ja już raz, a właściwie to dwa razy, przeżyłam już coś podobnego. Gdyby najczarniejszy ze scenariuszy się sprawdził, nie przeżyłabym tego. – W tym momencie zakryła twarz ręką.

– Rozumiem. – Diana pogłaskała ją po ramieniu.

Tygrysica nawet nie zauważyła, kiedy biała tygrysica wstała ze swojego miejsca. Przez chwilę tak obie siedziały przy ich ulubionym Pandzie, aż do pokoju wbiegła Piątka. Wszyscy chórem zaczęli je o wszystko wypytywać.

– Co z nim? Będzie żył? Wyjdzie z tego? Co powiedział lekarz? Kiedy się obudzi? – zasypywali je pytaniami.

Diana próbowała na wszystko im odpowiadać, a Tygrysica znalazła ratunek w postaci Nanette, która również przyszła do pokoju, a raczej stanęła tylko przy wejściu.

– Tygrysico, mogę cię prosić na moment? Wiem, że nie chcesz teraz opuszczać boku Po, ale musimy kilka spraw sobie wyjaśnić – zakomunikowała.

– Dobrze, oczywiście – odparła Tygrysica, kierując się w jej stronę.

– Chodź ze mną! – rozkazała rzeczowo Nanette, co wywołało w Tygrysicy jakieś złe przeczucia.

– Dokąd idziemy? – zapytała natychmiast Tygrysica.

– Do mojej Sali Narad wojennych. Już tam na nas czekają moi doradcy. Nie martw się, tym razem nie chcę ci stawiać warunków ani zmuszać do walki – wyjaśniła przepraszającym tonem Nanette.

– W takim razie nie każmy na siebie czekać – odparła Tygrysica.

Przeszły kilka ciągnących się korytarzy, nie zamieniając między sobą ani słowa. Obie trzymały ręce za plecami, co bardzo je do siebie upodabniało. Gdy weszły do wielkiej sali ze stojącym pośrodku okrągłym, drewnianym stołem, Tygrysica spostrzegła pięcioro tygrysów, których już kiedyś, gdzieś widziała. Nanette usiadła na swoim stałym miejscu przywódczyni. Tygrysica stała w drzwiach i się im wszystkim przyglądała.

– Usiądź, Tygrysico. – Nanette uśmiechnęła się do niej, co z jakiegoś powodu wywołało zdziwienie wśród piątki tygrysów.

Tygrysica znalazła sobie pierwsze lepsze miejsce z brzegu i usiadła.

– Po tym, co wydarzyło się kilka godzin temu na dziedzińcu, oficjalnie ogłaszam, że kończymy z wszelkimi samodzielnymi próbami walki z Guanem – zapowiedziała Nanette. – Ta sprawa jest poważniejsza od naszych roszczeń wobec Lampartów. Po tym, co dziś zrobili, wiem, że są większym zagrożeniem, niż się tego spodziewałam. Ich egzystencja zagraża nie tylko nam, ale całemu światu. – zastrzegła Nanette.

– To znaczy, że zaprzestajemy walki dla własnego bezpieczeństwa? – odezwał się jakiś mężczyzna nieznany Tygrysicy.

– Nie, mój drogi Hektorze. Gdybym zaprzestała walki, nie przyprowadziłabym tutaj Mistrzyni Tygrysicy na naradę – odparła Nanette, kręcąc głową.

– W takim razie, co robimy? – zapytała jedna z kobiet, ubrana w dość luźny strój — oliwkową kamizelkę i brązowe spodnie.

– Będziemy walczyć, a Pani Mistrzyni, mam nadzieję, że nas w tym wesprze, prawda? – spojrzała w stronę Tygrysicy.

– Taka jest w końcu nasza misja. – Tygrysica zapowiedziała.

– W takim razie nasz sojusz wydaje się być zawarty – uśmiechnęła się tryumfalnie Nanette.

– Trzeba będzie opracować plan ataku. – wtrącił mężczyzna w czarnej szacie.

Nanette spojrzała na Tygrysicę i widząc jej lekko zdezorientowane spojrzenie, jej twarz objął smutek.

– Myślę, że zapomniałam o najważniejszej rzeczy, którą powinnam była zrobić na początku. Znałaś moje imię, więc wyciągnęłam pochopne wnioski, że wiesz też coś na temat pozostałych – stwierdziła przepraszająco.

Następnie wskazując ręką zaczęła przedstawiać wszystkich po kolei. – To jest Ian – wskazała mężczyznę w chabrowej szacie. – To jest Hektor – mężczyzna w czarnej szacie uśmiechnął się do niej. – Aylin – pokazała na kobietę we fioletowej sukni. – Aksel – mężczyzna skinął głową, był ubrany w jakiś ciemno brązowy komplet, który go charakteryzował. – A to jest Nike – przedstawiła drugą kobietę.

– Em, miło mi was wszystkich poznać, to wielki zaszczyt – wyjąkała Tygrysica.

– Dobrze, teraz skoro formalności mamy za sobą, to ustalmy coś – zakomenderowała Nanette, wstając z krzesła i zatrzymując się przy oknie.

– Powinniśmy wysłać patrol w poszukiwaniu Guana i jego przebrzydłej bandy! – Nike niemal warknęła.

– A gdy ich nasi znajdą, to zaatakujemy – przyłączył się Aksel.

– Mam warunek – zaczęła Tygrysica, co wywołało wśród wszystkich jakieś dziwne westchnienia, jak wśród Piątki, gdy Po sprzeciwia się jej własnym poleceniom.

Czy rzeczywiście tak postąpiła?

– Słuchamy – odparła z uśmiechem Nanette.

– Jeżeli nie zajdzie taka konieczność, nie rozpoczynamy walki, dopóki Po nie dojdzie do pełnej sprawności. Inaczej odmówimy walki – zażądała Tygrysica.

Piątka doradców patrzyła na nią z szeroko otwartymi oczami.

– Dobrze, zgadzam się na twój warunek. – Nanette skinęła z uśmiechem w jej stronę.

– To znaczy, że dopóki Panda nie wyzdrowieje nie walczymy? A co jeśli on umrze, co wtedy Pani Mistrzyni zrobi? – zapytał rozgorączkowany Hektor.

Tygrysica spuściła wzrok.

– Właśnie. I ty chcesz wchodzić z nią w układy, kiedy ten sojusz zależy tylko od tego, czy jakiś Panda przeżyje? Czy to ma być jakiś żart? – oburzył się Hektor.

– Spokojnie Hektorze. Poradzimy sobie i nie obrażaj naszych gości. – Nanette zwróciła mu uwagę.

– Ale on ma rację, taki układ nie ma sensu. Postaram się jednak dopełnić, żeby nasz sojusz utrzymał się bez względu na to, co się wydarzy – oświadczyła Tygrysica, wdychając i wydychając powietrze dla uspokojenia.

– Dobrze. Ostateczny plan ustalimy, gdy życiu Po nie będzie zagrażać niebezpieczeństwo. A teraz wszyscy jesteście wolni i możecie wrócić do swoich zajęć, bądź obowiązków – oznajmiła Nanette.

Wszyscy zaczęli powoli wychodzić, jednak Tygrysica wsparta o łokcie została i nadal siedziała na krześle.

– Jesteś zmęczona, powinnaś odpocząć – stwierdziła Nanette pochylając się nad nią.

– Nie, już idę. Muszę wrócić do Po i czuwać przy nim, jeśli coś zacznie się dziać, chcę przy nim być i wezwać pomoc – odpowiedziała hardo Tygrysica.

– Dam ci pokój. Nie pozwolę, żebyś się tak poświęcała. A przy Po postawię wartę, w środku jego pokoju i na zewnątrz. Obiecuję, że jeśli coś się wydarzy, pierwsza się o tym dowiesz – przekonywała ją.

– Dobrze, ma Pani rację, jestem wykończona. Od dość dawna nie spałam, znaczy, tak żeby się wyspać – wyznała zawstydzona Tygrysica.

– Chodź ze mną – powiedziała cicho Nanette.

Tygrysica natychmiast wypełniła jej prośbę. Po chwili obie opuściły pomieszczenie i ruszyły korytarzem w kierunku schodów.

– Czasami też miewam problemy ze snem. – przyznała Nanette.

Tygrysica mimo wyczerpania próbowała wyłapać coś z myśli kobiety. Jednak były takie mylące, że nie mogła się z nich niczego dowiedzieć. Był tam taki okres czasu, który odznaczał się niewyobrażalną ciemnością i cierpieniem, pomiędzy którymi była jakaś ogromna luka. W podobny sposób wyglądały wczesne lata jej dzieciństwa.

– Co się stało z… Pani… rodziną? – zapytała niepewnie Tygrysica.

– Zginęli. Wszyscy, co do jednego – powiedziała chłodno Nanette, z lekkim westchnienie.

Tygrysica próbowała się skupić, żeby sprawdzić, czy słowa kobiety zgadzają się z jej myślami, ale wszystko było tak idealnie do siebie pasujące.

– Guan ich zabił? – zapytała, dla potwierdzenia faktu.

– Tak – skinęła głową.

Tygrysica nie musiała słyszeć nic więcej.

– Większość dzieciństwa spędziłam w sierocińcu. To nie były zbyt szczęśliwe lata mojego życia, ale, gdy już tutaj jestem, pomyślałam, że może Pani wie coś na temat moich rodziców? – Zaintrygowana Tygrysica podpytywała z zawahaniem.

– Przykro mi, ale nie wiem, kim byli twoi rodzice. Mogę jedynie przypuszczać, że byli bardzo odważni i dzielni, skoro udało im się ciebie ocalić – odparła Nanette, a jej oczy i myśli stały się nieczytelne.

– Może oni nadal żyją, tylko mnie nie poznają? – zapytała z nadzieją w głosie Tygrysica. Chyba naprawdę była już bardzo zmęczona, że robiła się taka czułostkowa.

– Było nas tysiące, teraz została garstka. Nie sądzę, żeby twoi rodzice przeżyli tę bitwę – zanegowała ciężkim głosem Nanette.

W tym momencie dotarły na czwarte piętro, gdzie mieściły się najwspanialsze komnaty. Nagle Nanette zwróciła swój wzrok w kierunku jakiejś kobiety, która sprzątała.

– Hano, przygotuj proszę dla Pani Mistrzyni pokój po moim Ojcu – rozporządziła.

– Ale ja myślałam, że ten pokój nie jest przeznaczony dla nikogo – zaoponowała Hana.

– Ale teraz ma być gotowy dla Mistrzyni Tygrysicy – odcięła ostro Nanette.

– Dobrze. – Hana bąknęła, po czym zabrała się za odświeżanie pokoju.

– Hana ma rację, nie powinnam – zaprotestowała Tygrysica.

– Nie bądź strachliwa, mój Ojciec nie straszy po nocach. A zbyt wielki szacunek jest przereklamowany, nie sądzisz? – mrugnęła do niej Nanette z lekkim uśmiechem.

– No dobrze, wezmę ten pokój – zgodziła się Tygrysica. – Widzę jednak, że jest dla Pani ważny. – Tygrysica podała aluzję, unosząc brwi.

– Ty też jesteś ważna. – odparła dziwnym tonem Nanette.

Przez chwilę czekały w milczeniu, aż Hana zakończy swoją pracę. Tygrysica chciała jeszcze coś powiedzieć, ale ostatecznie nie wiedziała co, więc stała tak i myślała. Zastanawiało ją, dlaczego Nanette była teraz dla niej taka miła.

Dlaczego stała się taka, jaką się wydawała w jej snach? Taka jak widziała ją Diana. Co się zmieniło? Kim tak naprawdę jest? Co ukrywa? Czy rzeczywiście nie zna jej rodziców? Te pytania krążyły jej niemal bez przerwy po głowie.

Miała też wrażenie, że Nanette ma coś wspólnego z Dianą, tylko co? Nie miała jednak okazji przedstawić swoich myśli na głos, bo Hana skończyła pracę.

Nanette wprowadziła ją do pokoju, który był po prostu ogromny. – Tam na lewo jest łazienka. Od jakiegoś czasu mamy kanalizację i woda powinna pojawić się w kranie, albo w prysznicu, tylko trzeba ją podgrzać – objaśniła Nanette, wskazując odpowiednie drzwi. – Zachęcam, żebyś wzięła kąpiel, choć nie żeby ci była niezbędna, ale to pomoże ci się rozluźnić – ciągnęła, ciągle się uśmiechając i przyglądając jej się w taki nietypowy, przeszywający sposób.

Tygrysica skinęła głową, po czym wyszeptała. – Dziękuję.

Nanette skierowała się do drzwi i w podobnym tonie odparła. – Nie ma za co – z tymi słowami opuściła pokój, zostawiając Tygrysicę samą z jej myślami. Tygrysica bardzo powoli podreptała do łóżka. Kładąc się na nim, zatopiła się w jego miękkości, ale i twardości, a właściwie to w idealności. Nigdy nie leżała na czymś podobnie wygodnym. Składane łóżka i materace w pałacu były przy tym wręcz niewygodne. Do tego były jeszcze miękka poduszka i wypełniona czymś dziwnie miękkim i lekkim kołdra.

Z dużym wysiłkiem zeszła z łoża i udała się w stronę szafki. Gdy ją otworzyła okazało się, że w środku znajdują się jakieś ręczniki, jej ubrania oraz jakieś inne i świeże. Tak jakby były przygotowane w jakimś specjalnym zapasie dla przybyszów. Nie dziwiło ją nawet to, że skądś mieli jej podróżną torbę. Wszystko tak ładnie pachniało. Widać było, że mieszkańcy tej doliny potrafią naprawdę przyjmować gości.

Wzięła jeden z ręczników i powoli udała się do łazienki. Pomieszczenie w środku było ozdobione bladymi, kremowymi, kamiennymi płytami. Dookoła wisiały drewniane półki, a na nich kosmetyki, świece i inne akcesoria. Ponad tym wszystkim zawieszony był górny świecznik. Wanna była wydrążonym kraterem obłożonym płytami. Nad nią znajdował się prysznic, a po drugiej stronie coś na kształt kranu. Wszędzie na ścianach wisiały lustra.

Tygrysica podeszła do wanny, zatkała małe wgłębienie korkiem, po czym odkręciła kurek i zaczęła nalewać wodę. Tak jak powiedziała jej już Nanette, woda w zamku była zimna. Właściwie to w niewielu miejscach można było znaleźć taki luksus w postaci ciepłej wody, poza Jadeitowym Pałacem oczywiście. Nie było dla niej żadnym problemem, gdy odpowiednia ilość wody zapełniła wannę, Tygrysica użyła swojej Mocy, żeby ją po prostu podgrzać.

Gdy wszystko było już gotowe, rozejrzała się po pułkach. Nie spodziewała się tam znaleźć całkiem nowych płynów do kąpieli. W tym momencie pomyślała, że ta cała Hana musi mieć tutaj równie wyboistą pracę, co Zeng w Pałacu, który zawsze musi czuć pod skórą nowe polecenia Shifu.

Wzięła jakiś płyn, który pierwszy wpadł jej w rękę i nalała go trochę do wody. W całym pomieszczeniu zagościł wspaniały, cytrusowy zapach — mieszanka cytryny i pomarańczy. Powoli rozebrała swoje nieświeże ubranie i weszła do wanny.

Przez jakiś czas siedziała tak w bezruchu, po czym trochę wolniejszymi ruchami zaczęła się myć. Gdy skończyła, zawinięta w ręcznik wyszła z wanny i wróciła do pokoju. Żeby się już nie męczyć z ubieraniem, wzięła z szafki jakąś krótką czerwoną szatę, kształtem przypominającą kimono, a równocześnie trochę od niego dłuższą. Jak tylko ją założyła i zawiązała, położyła się na łóżku i przykryła kołdrą. Nie musiała długo czekać, aż sen całkowicie ją pochłonął w swoich objęciach.

W momencie jej przebudzenia było już bardzo jasno i wydawało się, że słońce wzeszło przynajmniej kilka godzin temu. Otworzywszy oczy, Tygrysica poczuła się niezwykle wypoczęta, co w jej życiu zdarzało jej się bardzo rzadko, a w dodatku jeszcze nigdy nie spała o tak późnej porze.

Wiedziała, że tak nie powinna, a zwłaszcza, gdy Po mógł tam już dawno leżeć martwy. Szybko zerwała się na równe nogi i zaczęła szukać czystych ubrań. Kiedy miała się już zacząć przebierać, nagle usłyszała pukanie. Myśląc, że to może ktoś z Piątki, Diana, albo Nanette, a ostatecznie ta sprzątaczka Hana, szybko wszystko rzuciła i delikatnie zawołała.

– Proszę wejść!

Do pokoju wszedł jakiś mężczyzna, który w przybliżeniu mógłby być w jej wieku. Miał na sobie bordowe, treningowe spodnie i porażał imponującą muskulaturą ramion i klatki piersiowej. Górne partie jego łap zdobiły metalowe obręcze. Był od Tygrysicy odrobinę wyższy.

– Hej! Mam nadzieję, że dobrze ci się spało – przywitał się, ciepło się uśmiechając. Tak rzadko to robił, że musiał trochę nad tym poćwiczyć, żeby wypaś idealnie przy tej Mistrzyni.

– Tak, dzięki. Przyszedłeś mnie obudzić? – zapytała zdezorientowana Tygrysica, kontynuując. – Czy coś się stało?

– Cóż, o ile mi wiadomo, to jak na razie wszystko jest spoko. A ja przyszedłem się z tobą przywitać – wyjaśnił, po czym dodał. – Jestem Ron.

Tygrysica już miała pokręcić głową, ale zdała sobie sprawę, że to byłoby z jej strony niegrzeczne.

– Tygrysica, miło mi cię poznać, Ron. – odparła, wyciągając do niego rękę.

Bursztynowe oczy chłopaka rozbłysły. – Wiem, kim jesteś. Może mnie nie kojarzysz, znaczy, to ty uwolniłaś nas wtedy z lochów. Mieliśmy już okazję się poznać, może nie osobiście, ale prosiłem Pandę, żeby cię przekonał, żebyś nie zabijała mojego kumpla Bena. – Ron na ten moment się rozgadał.

– Och – westchnęła Tygrysica, której oczy były szeroko otwarte ze zdziwienia i lustrowały Rona od stóp do głów.

– Nie masz nawet pojęcia, jak bardzo nie mogłem się doczekać tego spotkania. Jesteś taka wspaniała i wow – ciągnął.

– Jesteś moim fanem? – wyszeptała Tygrysica, jednak to nie było pytanie, tylko raczej stwierdzenie oczywistego faktu.

– Można tak powiedzieć. – uśmiechnął się.

Od tak dawna był taki ponury, a w tym momencie miał ochotę skakać — tak działała na niego ta Tygrysica. Po krótkiej chwili milczenia Ron znów zaczął rozmowę.

– A więc jak to jest być taką Mistrzynią i żyć na wolności? – zapytał podekscytowany.

– Całkiem dobrze – odpowiedziała krótko Tygrysica.

– Czym się zajmujesz tak na co dzień? – kontynuował Ron.

– Walczę, trenuję i chronię swoją dolinę i Pałac przed złymi bandytami – wyjaśniła z westchnieniem.

– To musi być super, też bym tak chciał, no wiesz walczyć i chronić, nadawałbym się do tego, bo wiem – zachwycał się Ron.

– A niby skąd to wiesz? – zapytała z ciekawości Tygrysica.

– Bo dużo trenowałem. Pewnego dnia wykończę Guana, a wtedy Pani Nanette będzie w końcu ze mnie zadowolona – obwieścił dumnie Ron.

– Jesteście razem? – zdziwiła się Tygrysica, unosząc obie brwi.

– Nie. Jest dla mnie matką – odpowiedział jej szybko.

– Myślałam, że rodzina Nanette została zabita – zauważyła Tygrysica.

– No bo tak jest. Straciła męża, ojca, syna i dwie córki. Najmłodsza z nich była mi przeznaczona – wyjaśnił jej.

– A więc ciebie adoptowała – stwierdziła Tygrysica.

– No, tak jakby. Dużo mnie uczyła, ale wiesz, widziałaś jaka ona jest. Od czasu tamtej tragedii nikomu nie ufa i nie okazuje uczuć, więc pomyślałem, że może jak zgładzę tego Guana, przyczynę jej cierpień, to wreszcie mnie, no wiesz, zaakceptuje, będzie dumna i zadowolona, i uzna za swojego syna – wyjaśnił wzdychając i robiąc dramatyczne pauzy, świadczące o jego ekscytacji, ale w jego głosie definitywnie można było wyczuć smutek.

– Walka z Guanem to nie jest coś, co można zrobić od tak, a pokonanie go jak na razie graniczy z cudem. Nie rwij się na coś, co może ci przynieść tylko śmierć – powiedziała poważnym, ostrzegawczym tonem.

– Po to trenowałem. Teraz jestem wolny i gotowy – odparł z dużą pewnością siebie.

Tygrysica spojrzała na niego i zauważyła między nimi duże podobieństwo. Czy przypadkiem kilka lat temu, żeby zadowolić Shifu, nie dałaby się zabić szaleńcowi, jakim był Tai Lung?

– Jeżeli Nanette nie uważa cię za syna, to nawet ta walka niczego nie zmieni – zauważyła. – A jeżeli tak myśli, to kiedyś ci to powie. Dlatego nie walcz po to, żeby zabić Guana, tylko wspieraj tych, którzy są wstanie tego dokonać – poradziła mu Tygrysica.

– Ale ja jestem wstanie tego dokonać, sama zobaczysz – zaoponował Ron.

– Kiedyś też upierałam się przy tym, że mogę pokonać Tai Lunga i zostać Smoczym Wojownikiem. Prawda jest taka, że nigdy nie było mi to przeznaczone, a najgorsze, że przekonałam się o tym na własnej skórze – wyznała Tygrysica.

– Ale ty tego nie rozumiesz, ja tutaj muszę uszczęśliwić Panią Nanette – protestował.

– A ja zrobiłam tamto tylko po to, żeby sprawić, by mój Mistrz był ze mnie dumny. I mimo porażki w końcu to usłyszałam – wyjawiła, tłumacząc mu.

– No dobra, trochę mnie rozumiesz – stwierdził.

– Opowiedz mi coś o Pani Nanette – poprosiła.

– Nanette pochodzi z wielkiego rodu przywódców, ma niesamowitą Moc. Kiedyś trenowała Kung Fu i dużo podróżowała. Podobno zawsze była trochę zdystansowana do świata, ale po ataku Guana stała się jeszcze bardziej… ponura? Coś w ten deseń. Jej Ojciec był bardzo rygorystyczny, miała ciężkie dzieciństwo – wymienił wszystkie znane mu fakty, trzymając się za brodę niczym myśliciel.

– Nie dziwię się, że jest taka, a nie inna – wyszeptała Tygrysica.

– A jak wyglądało twoje dzieciństwo? Jako Mistrzyni żyjąca w Pałacu musiałaś mieć wszystko – stwierdził Ron.

– Nie do końca. Dużo trenowałam i się uczyłam. Byłam też w sierocińcu, przy którym więzienie w lochu nie jest takie złe. A co z tobą? – zapytała.

– Treningi, lochy, nauka i tak codziennie. Czasami Nanette opowiadała mi jakieś bajki lub legendy. – Ron wzruszył ramionami.

– Ja prawie nie znam bajek, mój Mistrz nie bawi się w takie bzdury – wyjawiła Tygrysica.

– No widzisz – poklepał ją po plecach.

Oboje nie zdawali sobie sprawy, że usiedli na łóżku. Ron zaczął patrzeć Tygrysicy w oczy i po chwili objął ją ramionami i pocałował. Reakcja Tygrysicy była natychmiastowa. Szybko go od siebie odepchnęła, a następnie otwartą dłonią uderzyła w twarz, tak że od razu załapał się za policzek.

– Co ty do cholery wyprawiasz?! – warknęła na niego.

– Pocałowałem cię. Myślałem, że tego chcesz – usprawiedliwiał się z zakłopotaniem Ron.

– No to się pomyliłeś – odburknęła ostro.

– Nie podobało ci się? Źle całuję, tak? Okay, możemy spróbować jeszcze raz – wymyślił, i zaczął się ponownie do niej zbliżać.

– Nie! Nie chciałam, żebyś w ogóle mnie całował! Czy ty rozumiesz, co to znaczy, kiedy ktoś mówi, że czegoś nie chce? – krzyknęła mu prosto w twarz, cedząc przez zęby każde słowo.

– Ale… to musi być jakaś pomyłka. Kocham cię, od kiedy tylko cię ujrzałem, zakochałem się w tobie. To musi być przeznaczenie – wyszeptał.

– Może masz jakieś urojenia? – Nie chciała być nie miła, ale tym, co zrobił nieźle ją rozeźlił.

– Czyli nie czujesz… Nie, to niemożliwe, ty mnie na pewno kochasz – upierał się.

– Nie kocham cię, kocham kogoś innego – wycyzelowała Tygrysica.

– Wtedy go pokonam i mnie też pokochasz – oznajmił Ron, podnosząc pięść.

– Nawet gdybyś tak zrobił, to nigdy nie poczuję do ciebie tego samego, co do niego – zakomunikowała mu.

– Jestem pewny, że kiedyś zmienisz zdanie – ciągnął.

– Nie sądzę, a teraz proszę, opuść mój pokój – wyszeptała, gromiąc go wzrokiem.

Ron natychmiast spełnił jej polecenie i wyszedł. Tygrysica z powrotem usiadła na łóżku i ciężko westchnęła.

– Na tym świecie żyją sami wariaci. Jeśli Diana była taka sama jak ten Ron, to już teraz wiem, jak to musiało w rzeczywistości wyglądać. Czemu dopiero teraz zaczynam to rozumieć, kiedy mogę cię stracić na zawsze, Po?

Szybko przebrała się w czysty strój i udała do pokoju leżącego Pandy. Była tam cała Piątka i Diana. Zdawało się, że oni też mają coś nie tak z głową. Po był nieprzytomny, a oni opowiadali mu kawały i takie tam inne bzdury.

– Dzień dobry Tygrysico! – zawołali prawie wszyscy, po czym dodali. – Co cię zatrzymało? Myśleliśmy, że będziesz tutaj już o świcie.

Tygrysica pokręciła głową. – Jakoś tak wyszło. Pojawiły się drobne komplikacje – westchnęła.

– Co się stało? – zapytała Żmija.

– Może zostawmy ją teraz sam na sam z Po – zaproponował Małpa.

– Och, no racja. Później nam wszystko opowiesz, a teraz pewnie chcesz się o niego pomartwić w samotności – zreflektowała się Żmija.

– Za godzinę przyjdzie lekarz, żeby go zbadać – przypomniał im Modliszka.

– Może potrenujemy? – zaproponował Żuraw, kierując się w stronę drzwi.

Pozostali dość szybko się zgodzili i poszli za nim. Diana także się do nich przyłączyła.

Tygrysica podeszła do łóżka Po. Usiadła w fotelu i pierwsze, co zrobiła, to wsłuchała się w bicie jego serca. Tym razem to już nie był szmer. Jego serce biło znacznie mocniej, tylko czemu wciąż się nie budził? To ją martwiło i smuciło. Chciała mu jeszcze tyle powiedzieć, ale czy nadal miała na to czas? Nigdy nie była taka bezradna.

– Po, proszę… obudź się... dla mnie, żebym mogła ci powiedzieć, jak bardzo cię kocham i że zawsze będę u twego boku. Kocham cię – wyszeptała mu prosto do ucha, ściskając jego prawą dłoń.


Tymczasem Po w swojej świadomości przechodził przez długą drogę. W jednym momencie był w samym centrum czarnej dziury i tylko jego Bohaterskie Chi oświetlało mu jeszcze jakieś fragmenty tego mrocznego odmętu.

Był tak bardzo wyczerpany, walka dała mu dostatecznie w kość, ale on musiał to zrobić, ocalić świat! Nawet jeśli miałby to teraz przepłacić życiem.

Wypchnął z siebie jeszcze więcej Chi i nagle światło zalało go ze wszystkich stron. Poczuł jak jego ciało spada, niżej i niżej, aż w końcu dosięgnął czegoś twardego, poczuł ból i w kolejnej chwili uczuł pustkę, nicość... otoczyła go ciemność, potężniejsza od tej, z którą walczył.

Słyszał głosy. Ktoś krzyknął. – Pooooooo! – jeszcze inni wołali. – Nie! – wiedział, że biegną, nie wiedział tylko, kto i kim oni byli.

Nagle odniósł wrażenie, jakby jego ciało, albo coś w nim, w środku zaczęło się unosić i wirować.

Nie wyczuwam pulsu – zdiagnozował ktoś stłumionym głosem. To zdanie zrozumiał i bardzo go to przeraziło.

Nieeee! – usłyszał potężny krzyk, ktoś się bardzo o niego martwił, ale nie mógł rozpoznać kto.

Jego niedotleniony mózg przestał zwracać uwagę na takie rzeczy. Znów poczuł, że spada i to na samo dno. Próbował uciec ciemności, ale nagle wydała mu się niezwykle przyjemna, bez zmartwień, kłopotów, nie musiałby już nigdy nic robić.

Kątem swojej świadomości usłyszał. – Trzeba posłać po lekarza.

A ktoś inny dodał. – Zanieśmy go w bardziej odpowiednie miejsce.

Zapadła cisza, nie wiedział, co się dzieje. Wydawało mu się, jakby coś go ciągnęło, ale i tak ciemność gęstniała.

Co tak długo?! – krzyczał ktoś ze zniecierpliwieniem.

Zróbcie coś! – znów ta sama osoba, kim ona była? Zaraz ona? I chwila zwątpienia, nie, nie pamiętał.

A myślisz, że co? – zapytał się ktoś inny.

Jest lekarz! Spokojnie Tygrysico, zaraz się nim zajmie – oznajmił ktoś nowy.

„Czekaj… Tygrysico? Znam to imię, – zaczął. – pamiętam, muszę się podnieść, muszę coś zrobić, muszę ją przeprosić. Muszę…" – powtarzał jego zapętlony umysł.

Proszę opuścić pokój – rozkazała jakaś nowa osoba.

Nie, ja muszę! – krzyczała Tygrysica.

Zabierzecie ją – zakomenderował ten ktoś.

Nagle wszystkie głosy zniknęły. Po zawziął się w sobie, przecież musiał ją przeprosić, wyjaśnić jej to wszystko i jak wielkim idiotą był przez cały ten czas.

Przepełniła go wizja.

„Tak, Po, wyjdę za ciebie – odpowiedziała mu czule jego ukochana Tygrysica, po czym mocno go pocałowała, tak, że poczuł, jak jego serce przyspiesza."

Nagle zorientował się, że to nie tylko jego wyobraźnia i poczuł coś, jakby duszenie.

„Ekh… halo! Ja tu nie mogę oddychać! Duszę się! Halo! Auć, to boli!" – poczuł duży ucisk, gdzieś w środku.

Ciemność zaczęła się rozwarstwiać i nagle od dołu zobaczył światło. Dookoła pojawiły się smoki, wspaniałe rośliny i kolory.

Dolina Światła.

Jednak po chwili pojawił się kolejny słup blasku, który wypchnął go gdzieś do góry i ostatecznie wylądował w pomieszczeniu, w którym były same białe i świecące ściany.

Mógł poruszać się po pokoju, ale nie było żadnych drzwi, którymi mógłby wyjść. Przez chwilę było cicho, później ktoś wszedł. Zaczęła się rozmowa, z której niewiele wyłapywał.

– Więc czemu ciągle się wahasz? – ktoś zapytał.

– Bo może ja wcale nie chcę powiedzieć nie, tylko chcę się zgodzić? – odpowiedziała druga osoba i Po był pewien, że to Tygrysica.

„Na co ona chce się zgodzić?" – zastanowił się.

Wybacz – szepnęła jakaś osoba.

Nic nie szkodzi. Już nie mogę tego dłużej odwlekać i tak podjęłam tę decyzję –powiedziała dumnie Tygrysica.

Rozumiem – ktoś odpowiedział.

Co?! Tygrysico! Powiedz, co postanowiłaś, proszę! Jeśli mnie zostawisz, nie dam rady wrócić, jesteś teraz jedyną rzeczą, nie, osobą, której się trzymam!" – błagał.

Poczuł, że musi się teraz obudzić. Spiął wszystkie mięśnie i próbował otworzyć oczy, poruszyć ręką, nogą, palcami... i nic. Jego ciało nie reagowało.

Nagle znajome już głosy zniknęły. Pojawiły się jakieś nowe.

Szybkiego powrotu stary. – Ktoś mu życzył. – Słuchaj Po, to nie moja żona, to banan. Dobry żart? – zapytał po chwili.

Z czasem Po miał coraz większe problemy z wyłapywaniem głosów. Wiedział, że mówili więcej, ale nie słyszał, albo może nie chciał tego słuchać. Zdawał sobie sprawę, że to były czyjeś wygłupy i tyle mu wystarczało. W końcu wszystko ucichło i zrozumiał, że wszyscy poszli i został sam.

Czuł upływający czas, a raczej miał świadomość tego, że on przemija, nie mógł jednak rozeznać, ile już przeminęło.

Znów czekał i czekał, i czekał, aż ktoś znów wszedł do jego pokoju. Tak przynajmniej mu się zdawało.

Nie pomylił się, znów ten komik opowiadał kawały, a inni go ciągle karcili.

No co, trzeba pocieszyć chłopaka. Jak mu poprawimy humor, to może szybciej wyzdrowieje – odparł ten osobnik i kolejne westchnienia irytacji pojawiły się wśród pozostałych.

W czasie tych prób rozśmieszenia jego ciała, albo ducha, Po zauważył, że wracają mu powoli siły. Próbował się obudzić, poruszyć, dać jakikolwiek znak, że chce do nich wrócić. Ale na nic się to zdało.

Nagle usłyszał, jak ktoś powiedział. – Dzień dobry Tygrysico!

Po w tym dziwnym pomieszczeniu niemal podskoczył z radości i natychmiast odczuł skutek tego nagłego przypływu emocji, bo uderzył głową o świecący sufit.

Jakoś tak wyszło – odpowiedziała Tygrysica.

Po zaczął się zastanawiać, o co chodzi, co wyszło? Tam był jakiś sekret, a on jedyny nie mógł go poznać.

Och, no racja. Później nam wszystko opowiesz, a teraz pewnie chcesz się o niego pomartwić w samotności – ktoś jej zaproponował.

„Tak!" – ucieszył się Po.

Nagle wszystko przestało mieć dla niego znaczenie. Czy żyje, czy jest na jawie, czy śni, czy może się ruszyć, czy się obudzi — była tylko ona.

Wiedział, że do niego podeszła, że ścisnęła jego dłoń. Czuł jej wspaniały oddech — mógłby wdychać go całymi godzinami. W ostatnim czasie miał tak mało okazji, żeby nacieszyć się jej obecnością, a tak bardzo jej potrzebował... no i ostatecznie złamał jej serce. A teraz próbował przeprosić zza szklanej szyby, która go od niej oddzieliła. To była chyba jakaś kara za to, co jej zrobił.

Po, proszę… obudź się, dla mnie, żebym mogła ci powiedzieć, jak bardzo cię kocham i że zawsze będę u twego boku. Kocham cię – wyszeptała mu prosto do ucha, ściskając jego prawą dłoń.

Po tak bardzo chciał odpowiedzieć, odwzajemnić uścisk dłoni, obudzić się, ale nie mógł.

Jednakże w tym momencie wydarzyło się coś niezwykłego. Słup światła wyłonił się z sufitu i porwał go w inne miejsce, gdzie na jakiś czas kompletnie stracił kontakt z rzeczywistością.

Gdy otworzył oczy, znalazł się przy Brzoskwini. Ponad nim górował Jadeitowy Smok — Jin-Yu i bacznie mu się przyglądał swoimi wielkimi, złotymi, świecącymi oczami. Po wydawało się, że ten wielki stwór może go prześwietlić na wylot, niczym promienie rentgena.

"Sądziłem, że nie będzie to konieczne" –powiedział zagadkowym tonem Smok.

Ale co?" – zapytał się zdezorientowany Po.

"Sprowadziłem cię do twojego umysłu, żebyś tutaj przeczekał, dopóki twoje Chi się nie zregeneruje, inaczej możesz umrzeć" – wyjaśnił mu Jin-Yu.

Ale co ja będę tutaj robił? Ja muszę wracać!" – protestował Po.

"Możesz rozpocząć trening na zupełnie nowym poziomie" – zasugerował mu Jin-Yu.

To znaczy? Co mam robić?" – zapytał zaciekawiony Po.

"Opanować esencję Bohaterskiego Chi, stać się jego początkiem, treścią i zakończeniem" – objaśnił Smok, równocześnie wznosząc się ku niebu.

Ale nagle coś się zmieniło. Za jego plecami i dookoła niego pojawiły się jakieś dziwne postacie, pośród których w końcu rozpoznał tylko Mistrza Oogway'a.

C-co? Co to jest? Kim oni są?" – wypytywał się zaskoczony Po.

"To historia Bohaterskiego Chi i mojego życia. Wiesz tylko tyle, że Oogway, jako pierwszy wszedł ze mną w kontakt, ale ja mieszkałem już wcześniej w umysłach innych" – wytłumaczył mu Jin-Yu.

Ooch, a więc oni także mieli Moc, tylko nie wie-dzieli — dawni Smoczy Wojownicy! Oooow, już rozumiem... Ale co oni mają ze mną wspólnego, znaczy no okay byli wcześniej, ale… nie czaję" – poplątał się Po.

"Są częścią przeszłości i tej Mocy, a ty jako ich następca, musisz nauczyć się być każdym z nich i połączyć to w jedną całość – zaczął swoim kabalistycznym głosem. – Gdy już opanujesz bycie nimi, musisz nauczyć się, jak być prawdziwym sobą. Wtedy, gdy wezwiesz Bohaterskie Chi, będziesz go miał więcej i będzie ono silniejsze – wyjawił, warząc słowa. – Nie chcę, żeby sytuacja, jaka ostatnim razem zaszła, się jeszcze kiedyś powtórzyła – zatrzymał się na moment. – Nie żebym był w stosunku do ciebie sentymentalny, – zapewnił go – ale jeśli zużyjesz całe swoje Chi i nagle umrzesz, a ja nie zdążę cię opuścić, – urwał – zginiemy obaj. Nie będzie nowego Smoczego Wojownika — jak to mawiał Oogway ani nikogo, kto ma dość siły, żeby teraz uratować świat" wyjaśnił mu ostrzegawczo Jin-Yu.

No to nie brzmi zbyt optymistycznie, – zgodził się niechętnie – ale ta część z treningiem i stawaniem się mocarzem, brzmi megamocarnie. Więc, co mam robić?" – Po po prostu się tym wszystkim zachwycał.

"Obserwuj, jak się wszyscy zachowują. Najwięcej do nauczenia się masz od Mistrza Oogway'a" – odparł tak po prostu Jin-Yu.

Okay, no to zaczynajmy – stwierdził Po. Popatrzył przez chwilę na unoszące się w powietrzu gatunki zwierząt. Były tam jaszczurki, ptaki, węże, nosorożce, nawet jakiś tygrys... i dwa dziwne stwory. – A te dwa, to niby czym są?" – zapytał, wznosząc oczy ku górze.

"Ichtiostega i Archeopteryks. Wymarłe gatunki ewolucyjne. Wiesz już od czego zacząć?" – zapytał z rozbawieniem i zaciekawieniem Jin-Yu, wyjaśniając przy okazji te kilka niezrozumiałych dla Pandy rzeczy.

Och, to dość ciekawe nazwy – zmiarkował. – Mam odtwarzać ich ruchy?" – upewniał się Po.

"Jeśli ci to pomoże, to jak najbardziej możesz" – odparł bezstronnie Jin-Yu, jakby nie znał odpowiedzi.

W tym momencie Po przymierzył się do naśladowania jakiejś ryby. Wyskoczył w powietrze i bez używania rąk, ani nóg, niczym jakiś wąż próbował tak jakby pływać. Przed jego oczami stanął obraz wody i otaczających go zewsząd innych ryb. Płynął, jego ciało zaświeciło się i Ryba zniknęła z szeregu jego tak zwanych poprzedników.

"Widzisz, to nie takie trudne. Właśnie opanowałeś bycie rybą – skrzywił się smok. – Oczywiście „poprzedników" jest tutaj wielu i zajmie ci to dużo czasu, ale przecież my go mamy" – zauważył Jin-Yu, a Po wydawało się, że powiedział to złośliwie.

Po szybko zamierzył się do bycia tygrysem. Wiele razy bardzo chciał takowym być, więc pomyślał, że dzięki znajomości z Tygrysicą i tym podobnym, szybko opanuje ten stan. Nagle znalazł się dżungli, a raczej bardzo ciemnym lesie i biegł, biegł bardzo szybko, pędził za jakąś ofiarą — polował. Z jego ust wydobył się potężny, dziki, tygrysi ryk, a pazury poruszyły się w taki sposób, jakby chciał kogoś rozszarpać.

Nagle otworzył oczy i zdał sobie sprawę, że to całe polowanie to tylko jego wyobraźnia, a on wcale nie biega, tylko unosi się w powietrzu obok Jin-Yu.

Wow!" – westchnął Po.

"Nie musisz powtarzać ich ruchów, masz się nimi stawać w swojej głowie. Już rozumiesz?" – uściślił Jin-Yu.

Po od razu zszedł na wzgórze i usadowił się pod Drzewem Brzoskwini. Zamknął oczy i zaczął przemieszkiwać odległe krainy, i przeobrażać się w najróżniejsze postacie, które otaczały Jin-Yu.

Gdy to robił w jego głowie znów pojawiły się dźwięki i głosy pochodzące z rzeczywistości. Próbował czasami być jaszczurkami, ptakami i innymi, ale nie mógł się skupić, bo wychwytywał czyjeś rozmowy.

Przeobrażając się w słonia, słyszał fragmentami, jak Tygrysica i ktoś jeszcze się o niego martwią.

Czemu się nie rusza? To takie dziwne, nie w jego stylu – mówiła Tygrysica.

To nie jest sen – ktoś jej odpowiedział.

Ale pamiętasz, jak raz spadł z zawalającego się budynku i złamał nogę? – przypomniała Tygrysica.

Tak – ktoś cicho westchnął.

No właśnie, wtedy nawet ze złamaną nogą kopał ciastka i bandytów przez sen, ciągle coś mamrotał. A tu jest taki nieruchomy i cichy. To już niemal tydzień, a on się nie budzi – Te ostatnie słowa można by było uznać za szloch.

Nie martw się Tygrysko, wrócę, jak tylko będę mógł, obiecuję" –pomyślał czule Po, skupiając się, na stawaniu się nosorożcem, odepchnął rzeczywistość na bok — tak na jakiś czas.


Tymczasem Tygrysica, gdy wyznała Po, jak się czuje, z powrotem usiadła w fotelu i schowała twarz w dłoniach. Jej krótką chwilę załamania przerwał lekarz, który w tym momencie wszedł do pokoju.

– Mam wyjść? – zapytała, podnosząc wzrok.

– Nie trzeba – odparł pokrzepiająco stary kozioł. Wyjął metalowy stetoskop i zaczął osłuchiwać swojego pacjenta. – Oddech i praca serca się poprawiają – wymamrotał do siebie. – Naprawdę nie wierzyłem, że ten biedak dożyje dzisiejszego dnia. Nie mam bladego pojęcia, co go jeszcze trzyma przy życiu – pokręcił głową.

Tygrysica na jego słowa natychmiast się skrzywiła. – Kiedy może się obudzić? – zapytała ze zniecierpliwieniem.

– Do kilku dni. Jego stan ciągle się poprawia – stwierdził bez przekonania.

– Dobrze. Dziękuję za pomoc – odparła Tygrysica z wyraźną ulgą w głosie.

– Przyjdę jutro i sprawdzę, co z nim – oznajmił lekarz i opuścił pokój.

Tygrysica ponownie rozpostarła się w fotelu i chwyciła rękę Po.

Minęło kilka godzin, dopiero nad wieczorem przyszła do nich Diana.

– I jak? – zapytała, siadając na krześle po drugiej stronie łóżka.

– Nie jestem pewna, ale lekarz mówi, że się poprawia i że za kilka dni powinien się wybudzić – wyszeptała Tygrysica.

– To dobrze. – Diana skinęła głową.

Przez chwilę siedziały w milczeniu, aż Diana zaczęła mówić coś do Po.

– Dzisiaj dużo trenowałam, wiesz. Żuraw pokazywał mi kilka ruchów, no i Małpa. Wszyscy są super, wiesz? – opowiadała, szepcząc mu do ucha i pytając, jakby sądziła, że usłyszy odpowiedź.

Tygrysica poczęła się zastanawiać, czy Po może usłyszeć, co do niego mówią.

„Wszystko słyszałem, no wiesz, to co mówiłaś, kiedy byłem zahipnotyzowany, wiem, że powiedziałaś, że mnie kochasz – wyznał Po, następnie kontynuował, gdy siedzieli przy jabłoni. – Dużo myślałem o tym, co się ostatnio działo i doszedłem do wniosku, że ja również kocham ciebie – wyszeptał wprawiając Tygrysicę w osłupienie. Oboje wstali i opierali się o jabłoń."

– Pamiętam, – wydyszała cicho – on to słyszał – wyszeptała sama do siebie, przełykając głośno ślinę.

Zastanawiała się, czy i tym razem słyszał, to co mówiła.

Zawsze było tak samo, kłócili się, Po robił coś szlachetnego i ocierał się o śmierć. Jak ona mogła mu na to pozwalać? Jak ona mogła się z nim tak kłócić?

– Ach… – jęknęła.

Diana dalej opowiadała mu o treningu, a Tygrysica coraz bardziej pogrążała się w swoich myślach.

Gdy Diana opuściła pokój, było już dosyć późno. Tygrysica jednak zamierzała zostać przy Smoczym Wojowniku. Przyszły jej wtedy do głowy pewne słowa:

W zdrowiu i w chorobie.

Po miał w pewnym sensie rację, gdyby tylko miała jeszcze tę szansę.

Noc była długa, ale Tygrysica nawet przez minutę nie pozwoliła sobie na sen. Przed świtem niebo zaczęło się rozjaśniać, co pozwoliło jej trochę oprzytomnieć. Jakiś czas po wschodzie słońca do pokoju weszła Żmija.

– Hej, – przywitała się smutno – myślałam, że do tego czasu już się obudzi – orzekła.

– Ja też, ale lekarz powiedział, że może to zająć nawet kilka dni. To cud, że przeżył, teraz tylko, żeby chciał po tym wszystkim ze mną być. – Tygrysica westchnęła.

– A to niby czemu? – zapytała Żmija, podnosząc brew.

– Dlatego, że mu nie wierzyłam i nie dopuszczałam do siebie jego przeprosin. Nie wiem, jak ja mu to powiem – stwierdziła Tygrysica z rozpaczą.

– Tak, jak za pierwszym razem. A co z wyjazdem do Świątyni? – zapytała Żmija.

– Zobaczę, jak się to wszystko potoczy. Podjęłam już decyzję – wyjaśniła Tygrysica.

Żmija pochyliła się nad Po i powiedziała. – Wracaj do nas i to szybko. – Następnie zostawiła Tygrysicę samą z nieprzytomnym Po.

Wczesnym rankiem przybyła reszta Piątki. Chłopcy opowiadali Po różne niestworzone rzeczy. To kawały, to historie o zamku i jego mieszkańcach. Cóż, gdyby Tygrysica nie była w tak koszmarnym nastroju, pewnie by się nawet roześmiała, ale że Po leżał tu nieprzytomny i wszystko dla niej straciło sens, nie mogła nic na to poradzić.

W południe przyszedł lekarz. Zbadał Po i stwierdził, że jest lepiej aniżeli poprzedniego dnia. Po południu dołączyły do nich Żmija i Diana, natomiast Nanette wezwała Tygrysicę.

Przyszła do pokoju i mówiąc niemal monotonnym tonem, poprosiła. – Tygrysico, możemy chwilę porozmawiać?

Tygrysica bez dyskusji skinęła głową. – Tak – wtedy obie ruszyły wzdłuż korytarza.

Nie odzywając się do siebie, udały się do Sali Narad, gdzie już oczekiwali na ich przybycie doradcy Nanette. Tygrysica i Nanette usiadły, a Nike i Hektor zaczęli dzielić się ostatnimi obserwacjami.

– Trzy wolne grupy przeczesywały lasy w poszukiwaniu śladów Guana – oznajmiła Nike.

– Przeszukaliśmy też ostatnią kryjówkę Lampartów, ale ślad po nich zaginął – dodał pewnym głosem Hektor.

– Mistrzyni jako nasza sojuszniczka powinna udzielić nam wsparcia, a w ostatnim czasie nawet nie próbowała poznać naszych wojowników – odezwał się Ian.

– Jutro się z nimi zobaczę – odparła Tygrysica. – A w sprawie sojuszu – zawahała się – wyślę do lasu Żurawia i kogoś jeszcze, żeby popatrzyli na las z góry – zdecydowała, po czym dodała z zastanowieniem. – Może w ten sposób uda nam się znaleźć Guana.

Piątka doradców skinęła głowami.

– To byłoby bardzo pomocne – zgodził się Hektor.

– Tak rzeczywiście, – zaaprobowała go Nanette, kontynuując – a jeśli chodzi o to, co powiedział Ian, – zatrzymała się na chwilę, żeby dłużej spojrzeć na nich oboje – nie bierz tego do siebie, ale on ma rację. Musisz poznać głównych wojowników, a przynajmniej ich dowodzącego, Rona.

– Rona, na swoje nieszczęście, miałam już okazję poznać. – wyrzuciła Tygrysica, na co twarz Nanette mocno się skrzywiła, a pozostali spojrzeli na Tygrysicę z lekkim zaskoczeniem.

– Nie-szczęście? Co się wydarzyło? – zapytała mocno zszokowana Nanette, kręcąc głową.

– To – zareagowała Tygrysica – zdaje się sprawa pomiędzy mną, a nim, ale z chęcią zobaczę go podczas treningu. Muszę się dowiedzieć, czy jest tak dobry, jak mówił – zadrwiła sobie.

– Dobrze – ucięła szybko Nanette. – Ogłaszam także, że do walki mogą się zgłaszać nie tylko wojownicy, ale również zdolni do walki i pomocy ochotnicy – oświadczyła poważnie.

Wszyscy skinęli porozumiewawczo głowami.

– Popytam wśród mieszkańców – poinformowała ją Aylin.

– W takim razie naradę możemy uznać za zakończoną – ogłosiła Nanette.

Wszyscy doradcy od razu wyszli, jednak zanim Tygrysica mogła zrobić to samo, została zatrzymana przez Nanette.

– Naprawdę powinnaś poznać mieszkańców naszej Doliny, oni także chcieliby nawiązać z tobą jakiś kontakt – powiedziała Nanette, jakby prosząc.

– Dobrze, od jutra zacznę się z nimi zaznajamiać – zgodziła się Tygrysica, po czym opuściła salę i udała się do pokoju Po.

Cały wieczór przesiedziała w fotelu u boku swego Smoczego Wojownika. Nawet się trochę pośmiała z niektórych żartów opowiadanych przez Małpę i Modliszkę. Gdy nastała noc, wszyscy poszli się przespać, a ona została tam, aż do rana. Wtedy też przyszła do niej Diana, co pozwoliło jej udać się do mieszkańców tej tygrysiej doliny.

Uprzytomniła sobie, że rzeczywiście nie była dla nich najmilsza i że omijała ich szerokim łukiem, a prawdopodobnie jest to miejsce, z którego pochodzi. Pomyślała więc:

Czemu nie? Czemu miałaby nie dać im szansy?"

Powoli wyszła na korytarz, a stamtąd skierowała się ku głównemu wejściu. Udała się na dziedziniec, gdzie zazwyczaj przebywało najwięcej tygrysów. Przez chwilę stała przy głównej kolumnie i nie wiedziała, dokąd ma właściwie pójść.

W tej właśnie chwili zauważyła ją Aylin, która była taką życzliwą osobą, że momentalnie do niej podeszła i zapytała. – Może mogłabym ci w czymś pomóc?

– Właściwie to tak. Próbuję się trochę do was zbliżyć, wiesz do mieszkańców te… waszej doliny – wyjaśniła trochę zakłopotana Tygrysica.

– Och, oczywiście – zaśmiała się promiennie. – Chodź ze mną, ja mam tutaj dobry kontakt ze wszystkimi – chwyciła Tygrysicę za nadgarstek, ciągnąc ją w jakimś nowym kierunku.

Udały się gdzieś na drugą stronę zewnętrznej części zamku, gdzie było widać robotników budujących, albo odbudowujących potężny mur, który pewnie miał otaczać cały zamek.

W niewielkim kąciku, w cieniu drzew na leżakach wypoczywały jakieś starsze tygrysy, a wokół nich zabawiało się grono maluchów i trochę większych dzieci. Przez jakiś czas patrzyła na nich, nie wiedząc, co ma o nich myśleć.

Małe tygrysiątka, bawiąc się klockami, czy innymi drewnianymi zabawkami, nie zważały większej uwagi na to, czy coś zepsują, zniszczą i tym podobne. Widziała, jak jeden malec ścisnął sześcienną, drewnianą kostkę z jakimiś napisami tak mocno, że roztrzaskała się na małe kawałeczki.

Nagle odezwała się Aylin, wyrywając ją z tego nietypowego dla niej transu.

– Przedstawię ci starszyznę naszej Doliny. Ten z lekko siwym futrem, to Dziadek Tygrys. – szepnęła, wskazując na prawdopodobnie niedosłyszącego staruszka. – Obok niego siedzi Obsydiana, – pokazała na staruszkę w srebrno-różowej szacie – jest najstarsza ze wszystkich i jest także jedyną kobietą pośród starszyzny. Po drugiej stronie w granatowym palto odpoczywa sobie Bron, a obok niego wyleguje się Bernardo. – Tygrysica tylko pokiwała głową. – Kochani, to jest Tygrysica – oznajmiła głośno Aylin, odwracając się do starszych, na co oni uśmiechnęli się szeroko do Tygrysicy, która lekko im pomachała.

– A tutaj poniżej są nasze wspaniałe dzieciaczki. Niektóre nawet nie bardzo rozumieją, co się wydarzyło te kilka tygodni temu – stwierdziła ze smutkiem i rozczuleniem. – Chodź i pobaw się z nimi! Są takie słodkie, och, urocze i kochane – zachęcała ją zachwycona Aylin.

Tygrysica z dużymi oporami podeszła do gromadki maluchów.

– Nie bój się, niektóre jeszcze nie gryzą – zapewniła ją z rozbawieniem Aylin.

– Hehe, bardzo pocieszające – zachichotała nerwowo Tygrysica, zniżając się do poziomu, na którym bawiły się dzieci. – Hej, jak się macie? – zapytała delikatnie.

– Ta dwójka w różowym i niebieskim, to bliźniaki, Daren i Aleksa. – wskazała Aylin.

Dzieci z lekką rezerwą podeszły do obcej Tygrysicy.

– Ustawiamy wieżę. – powiedział Daren.

– Tylko materiał budowlany jest do niczego i się ciągle psuje. – dodała smutno Aleksa.

– Mogę wam pomóc? – zaoferowała się Tygrysica.

Bliźniaki pokiwały głowami.

Tygrysica chwyciła w dwa palce jedną z drewnianych kostek i postawiła ją obok kilku innych, które już wcześniej ustawiły dzieci.

– Dlaczego tak dziwnie trzymasz te kostki? – zapytał Daren.

Tygrysica została kompletnie zbita z tropu. – Nie wiem, o co ci chodzi, młody – odparła z uśmiechem.

– Chwyciłaś klocek w dwa palce – wyjaśniła jej Aylin.

– No tak. Nie rozumiem, co w tym dziwnego – stwierdziła Tygrysica.

– Nic. Po prostu u nas nikt tak nie potrafi – wytłumaczyła Aylin.

– Och – westchnęła Tygrysica.

Chwilę później do Tygrysicy, bliźniaków i Aylin dołączyła jeszcze czwórka innych dzieci. Tygrysica patrząc na nie, nie mogła oprzeć się wrażeniu, że wszystkie są identyczne.

– Czworaczki – popędziła z wyjaśnieniami Aylin.

Tygrysica spojrzała na nią szerokimi oczami. – Bliźniaki, czworaczki. Często zdarzają się wam rodziny z tak licznym potomstwem? – zapytała niemal osłupiała.

– Ostatnimi czasy tak – odparła z uśmiechem Aylin. – Dzięki takiemu rozwojowi mamy przynajmniej pewność, że nasza dolina nie wyginie.

– No tak, ale nadal nie mogę pojąć, jak można myśleć o zakładaniu rodziny, szukaniu życiowego partnera, kiedy mieszka się w lochu i nie posiada ani odrobiny prywatności. Moim zdaniem to bardzo dziwne – zawyrokowała Tygrysica, kręcąc głową.

– To nie tak – zapewniła ją Aylin. – Może na początku nam takie życie przeszkadzało, ale z czasem nauczyliśmy się respektować potrzeby i przyzwyczajenia innych. Tylko Nanette – zrobiła pauzę – cały czas przeszkadzała nasza sytuacja – westchnęła. – Oczywiście wolność jest o wiele lepsza, ale ona po prostu się dusiła tym więzieniem – spojrzała na Tygrysicę ze smutkiem. – Hektor żywi wobec niej uczucia, ale ona nigdy chyba tego nie odwzajemni. Wiesz, że jej ród wygaśnie? – przejęła się tym. – Jej dzieci zostały zabite, a ona już raczej nie będzie mieć kolejnych – wyjawiła oczywisty fakt. – Niektórzy twierdzą, że po jej śmierci władzę przejmie Ron – wyszeptała jej na ucho, po czym na koniec się zaśmiała, kręcąc głową. – Och, ale się rozgadałam.

– No tak – westchnęła ciężko Tygrysica, zaskoczona wylewnością kobiety. – A może kogoś wybierzecie? – wzruszyła ramionami. – Choć rzeczywiście jest ostatnia ze swojego rodu – przyznała z niechęcią, sama nie wiedząc czemu. – Jednak, od kiedy ją poznałam, mam wrażenie, że ona ukrywa jakąś tajemnicę. – Tygrysica ujawniła swoje podejrzenia.

– Dużo podróżowała, może ma gdzieś jeszcze jakieś dziecko, które żyje. Ale to byłoby jakieś szaleństwo. Mam chyba zbyt wybujałą wyobraźnię – stwierdziła Aylin.

– Możliwe – odparła Tygrysica, zgadzając się z jej oboma stwierdzeniami.

– Ciekawe jakby to było, gdybyś z nami mieszkała? – zastanowiła się Aylin. – Znaczy, pewnie masz wspaniałych rodziców, którzy nawet nie słyszeli o istnieniu naszej doliny, ale tak hipotetycznie zakładając – zamyśliła się. – Czy byś była tak buntownicza jak Nanette? Czy może przystosowałabyś się do tego, przed czym byliśmy postawieni? – wymyślała sobie pytania. – Wiesz, czemu tak mnie to zastanawia? – zapytała w końcu bezpośrednio Tygrysicę, która z otwartymi oczami pokręciła głową. – Bo jesteście z charakteru całkiem do siebie podobne. Znaczy, – uśmiechnęła się przepraszająco, jakby uważała, że mogła ją tym obrazić – Nanette dużo przeszła, ale znałam ją wcześniej i ta tragedia ją tylko utwardziła, więc ja myślę o tej Nanette, którą znałam trzydzieści lat temu.

– Eem, wiesz, ja nie mam rodziców. Od bardzo wczesnego dzieciństwa mieszkałam w sierocińcu, a później trafiłam do Jadeitowego Pałacu – wyznała ze smutkiem Tygrysica. – Moje życie wcale nie było takie lekkie, jak by ci się mogło wydawać. Prawdopodobnie pochodzę z waszej doliny. Nie wiem, kim byli moi rodzice, nawet Nanette tego nie wie – wyszeptała.

Aylin przez chwilę na nią popatrzyła. – Ja też nie mam pojęcia. Nie znam, oprócz Nanette, nikogo tak odważnego – rozważyła. – W końcu, kto ukryłby gdzieś swoje dziecko, wiedząc, że za taki czyn można przepłacić życiem. Może to byli jacyś wojownicy? Choć nawet rodzice Rona go nie ukryli, a też należeli do grupy niezłych ryzykantów – zaśmiała się na wspomnienie znajomych, którzy polegli. – To pewnie ze względu na nich się tak bardzo pośród nas wyróżniasz – wywnioskowała Aylin.

– Ciekawe czym? A zresztą nieważne. – Tygrysica wzruszyła ramionami, wracając do zabawy z dziećmi.


Tymczasem w ukryciu Tygrysicę obserwował Ron.

– Ach, jak ona wspaniale wygląda z tymi dziećmi. Jestem pewny, że byłaby świetną matką dla naszych dzieci – wzdychał, nie wiedząc, że ktoś za nim stoi.

– Żeby mieć z tobą dzieci, musiałaby ciebie pokochać, a z tego, co obiło mi się o uszy, to wiem, że ona woli kogoś innego – wyszeptała mu zgryźliwie jakaś kobieta.

Ron natychmiast podskoczył, a naprzeciw niego wylądowała tygrysica o imieniu Lina.

– Co tutaj robisz? Szpiegujesz mnie? – zapytał ostro kompletnie zbity z tropu Ron.

– Tak tylko przechodziłam, a widząc twoje rozdziawione usta na widok tej Mistrzyni, niemal padłam ze śmiechu – odparła Lina, nadal się z niego wyśmiewając.

– Wcale nie miałem rozdziawionych ust i na pewno nie na widok tej Mistrzyni, nawet jej nie znam – powiedział podnosząc ręce na wysokość twarzy, jakby w obronnym geście.

– Daruj sobie te historyjki. I tak wiem, że ją pocałowałeś, a ona dała ci kosza i jeszcze uderzyła w twarz za twoją nachalność – parsknęła Lina.

– A ty niby skąd to wiesz? – zapytał zirytowany Ron.

Skąd ona wiedziała o nim te wszystkie rzeczy? Już od ich wczesnego dzieciństwa tak było, czy jak coś zniszczył, czy przeskrobał, nie posłuchał Nanette, zawsze wiedziała.

– Słyszałam, jak z nią rozmawiałeś – wyjaśniła, trochę spuszczając z tonu.

– Czyli podsłuchiwałaś – stwierdził.

– Co się czepiasz? – wzruszyła ramionami. – Chcesz, żebym wypuściła tego newsa na zamku? – pochyliła się nad nim z szyderczym uśmiechem.

– Ugh, czego chcesz w zamian za milczenie? – zapytał, łapiąc się za czoło.

– Nic. Sparujemy? – zaproponowała.

– Jasne – zgodził się, ustawiając się w swojej bojowej pozycji.

Wymierzając w nią ciosy, które blokowała, mógł dalej swobodnie z nią rozmawiać i wymieniać się zgryźliwościami.

– Więc, co masz zamiar teraz zrobić? – zapytała Lina, uderzając go w brzuch i równocześnie blokując jego prawe ramię.

– Ach, nie wiem jeszcze… Auć! – odpowiedział Ron, w czasie gdy Lina z całej siły nadepnęła mu na stopę.

– Odpuść sobie – zasugerowała mu Lina, gdy Ron pchnął ich oboje na ziemię.

– A ty co? Zazdrosna? – zapytał, patrząc na nią i przyszpilając do podłoża.

– Ach, uch, oha, ekh, nigdy w… życiu – wysapała, zrzucając go z siebie. – Ciekawe o kogo miałabym być? – zapytała retorycznie, chwytając go w pasie i rzucając na ziemię.

– Ugh, o mnie – jęknął, gdy chwyciła go za nadgarstek i kilka razy, nadal go trzymając, obróciła jego ciałem w powietrzu.

– Nie wszystko kręci się wokół ciebie, Ron – odparła, zanim z dużym łomotem rzuciła nim o ziemię.

– Ooooooooow, uch, uch, zdaje się… że… teraz… wszystko się kręci… wokół… mnie – wyjęczał, chwytając się za głowę.

– Nie o to mi chodziło – zaakcentowała. – Ani ty nie jesteś takim wielkim mocarzem, ani ona nie jest warta twojego zachodu – próbowała mu przemówić do rozsądku.

– Skąd wiesz? – prychnął rozjuszony. – Nie znasz jej, – obstawał przy swoim – a ja – podkreślił, wyraźnie wymawiając następujące wyrazy. – Jestem Mocarzem i udowodnię ci to, kiedy w końcu pokonam Guana! – niemal na nią warknął.

Szybko podniósł się na równe nogi i zaczął wymierzać w nią kolejne ciosy, które Lina bez trudu blokowała.

– Pokonać Guana? – uniosła brwi, patrząc na niego, jak na wariata. – Haha, śmieszny jesteś. Tutaj niestety muszę się zgodzić z Panią Mistrzynią. – roześmiała się Lina, zadając mu cios z kolana. – Nie masz żadnych szans.

– Och, auć! – jęknął. – Dam radę, jeszcze zobaczysz – wystękał Ron.

– Nie dasz rady – wyszeptała, chwytając go w pasie i tym razem przerzucając go sobie przez ramię.

– Ooooch, uch… – jęknął Ron. –

– Nawet ze mną nie potrafisz wygrać – skwitowała.

– No dobra, ale miałaś dzisiaj farta – wysapał.

– Tak jak te poprzednie tysiąc razy. – uśmiechnęła się tryumfalnie.

Ron nic nie odpowiedział.

Lina uklękła obok niego. – Powinieneś przestać przejmować się takimi błahostkami – powiedziała delikatnie.

– Tak. Dzięki za takie rady i pomoc. Ty nigdy mnie nie zrozumiesz. Ach, idę stąd – rzucił zirytowany Ron.

W końcu nikt nie będzie mu mówił, co robić. Pędem ruszył w stronę wrót zamku i przepadł w jego murach.

Lina popatrzyła przez chwilę na niego, kręcąc głową z niedowierzania. – Chciałam ci tylko pomóc. Każdy wie, że chcesz dokonać niemożliwego – wyszeptała, po czym udała się do pozostałych.


W tym czasie Tygrysica zbudowała wraz z dziećmi wieżę i Aylin zabrała ją w inne miejsce — konkretnie to do szwaczek uczących się od jakiegoś czasu od miejscowej krawcowej. Poznała tam kilka kobiet, które były bardzo sympatyczne, ale ze względu na swój brak zainteresowania krawiectwem nie pozostała tam zbyt długo.

Następnie Aylin zaprowadziła ją do robotników i budowlańców. Tam także nie zabawiła na długo. Aylin przedstawiła jej niemal wszystkich mieszkańców i jedyne, co jej zostało, to zapoznanie się z drużyną tutejszych wojowników.

Aylin zaprowadziła ją na lewe skrzydło za zamkiem, gdzie wojownicy zwykli trenować.

– Tutaj powinnaś poznać naszych wojowników, ja niestety muszę już iść, ale jakbyś potrzebowała z czymś pomocy, to pytaj kogokolwiek – zasugerowała Aylin, machając jej na pożegnanie.

Tygrysica powoli zbliżyła się do grupki tygrysów, które starały się przyswoić sobie jakiś bojowy układ.

– Witajcie! – przywitała się głośno, żeby zwrócić ich uwagę.

– Słynna Pani Mistrzyni – zauważyła Lina.

– Może być po prostu Tygrysica – sprostowała.

– Lina – przedstawiła się dziewczyna ubrana w szatę, przypominającą kształtem długi sweter odpinany na guziki w odcieniu łączącym w sobie brąz i czerwień.

Chwilę później dołączył do nich jeszcze jakiś chłopak w brązowych spodniach. – A ja Ben – zaprezentował się.

– Miło mi was poznać – uśmiechnęła się Tygrysica. – A gdzie jest Ron?

– Smęci gdzieś w murach zamku, nie mam pojęcia czemu – odparła kpiąco Lina.

– Może coś mu się stało, a ty mówisz, jakby to było takie zabawne – stwierdził zmartwiony Ben.

– Och, nic mu nie jest – zapewniła z drwiną w głosie Lina.

– Widzę, że za nim nie przepadasz – zauważyła Tygrysica.

– Nie da się tego ukryć. Ale jeszcze się przyjaźnimy – wyjaśniła Lina.

– Nie musisz udawać, też działa mi na nerwy – wyznała Tygrysica.

– A komu by nie działał z tymi swoimi powalonymi tekstami – skwitowała Lina.

– Też ciebie podrywał? – zapytała Tygrysica.

– Spróbowałby tylko. Nie, jeszcze nie – zawzięła się, po czym machnęła ręką. – Uważa się tylko za wielkiego ważniaka, który może wszystko i jest niezniszczalny, a tak naprawdę, to trzeba go pilnować jak małe dziecko, inaczej narobi samych kłopotów – wyjaśniła Lina.

– Okay. A ty jesteś tym, z którym wtedy miałam walczyć, prawda? – zmiarkowała Tygrysica.

– Tak – odparł krótko Ben.

– Okay, jakoż że nawiązaliśmy teraz ten sojusz, jesteście po części moją drużyną, więc chciałabym zobaczyć, jak walczycie. – Tygrysica klasnęła w dłonie.

– Dobra, to polecę po resztę drużyny – zaproponował Ben.

Lina i Tygrysica stały tak jakiś czas. – Może… pokażę Pani, znaczy tobie, co potrafię? – Lina podsunęła pomysł.

– No dobrze, skoro chcesz, to mogę ci posłużyć jako przeciwniczka – uzgodniła Tygrysica, na co Lina skinęła głową.

Obie ustawiły się w bojowej pozycji, czekając na jakiś ruch ze strony przeciwniczki. W końcu Lina postanowiła uderzyć pierwsza. Tygrysica przewidziała to i Lina uderzyła w jej dłoń tak jak czasami Po.

– Aauuć! – jęknęła Lina.

– Wybacz – bąknęła Tygrysica, zażenowana tym, że tak łatwo zapomina o tym, że nie ma dla niej zbyt wielu godnych przeciwników.

– Zupełnie jak Nanette – zaobserwowała oszołomiona Lina, po czym mruknęła pod nosem. – Kim ty jesteś?

– Jak Nanette? – zapytała Tygrysica, unosząc brwi.

– No tak – odparła Lina.

– Uderzałam drzewa żelazne przez dwadzieścia lat. Nie wiem, co robiła Nanette, ale jeśli jest ten sam efekt, to raczej praktykowała to samo – wyjaśniła Tygrysica.

Lina przez chwilę patrzyła na nią, jakby dostrzegła coś dziwnego... jakby coś sobie uświadomiła?

– Tutaj są wszyscy – oznajmił Ben, wprowadzając około stu osób.

– Witajcie! – uśmiechnęła się do nich Tygrysica.

Lina odsunęła się od niej i ustawiła pośród pozostałych.

– Zapewne wiecie, po co tu jestem – zaczęła, na co tygrysy skinęły głowami. – Jednak najpierw chciałabym się trochę rozeznać w tym, jak walczycie. Pomyślałam, że na początek powinnam was zobaczyć w walce jeden na jednego, więc dobierzcie się w pary i przystąpcie do walki – oznajmiła praktycznym tonem Tygrysica.

Natychmiast wśród stojących naprzeciwko niej tygrysów, zrobiło się zamieszanie. Prawie wszyscy dobrali się w pary oprócz Bena. Taka sytuacja zaistniała, dlatego że jego sparingpartnerem zawsze był Ron.

– Chyba ta walka jest nam przeznaczona – mrugnęła do niego Tygrysica.

Nie miała powodów ku temu, żeby nie być miłą w stosunku do niego. Nie narzucał jej się, jak niektórzy, nie podrywał na jakieś żałosne teksty ani nic z tych rzeczy.

– Chyba tak – odparł nieśmiało chłopak.

– Tylko uważaj. Ona potrafi być naprawdę ostra – ostrzegła go nie na żarty Lina, na co Ben tylko nerwowo zachichotał, a Tygrysica skrzywiła się.

– W takim razie zaczynamy – stwierdziła rzeczowo Tygrysica, jednak zanim Ben zdążył ją zaatakować, powstrzymała go ruchem ręki. – My na końcu. Chcę widzieć, co potrafią – wyjaśniła mu, patrząc jak pozostali wykonują różne bojowe ruchy od kopnięć, po skoki i salta.

Przyglądając się temu wszystkiemu, kalkulowała sobie, co potrafią, a czego nie, a potrafili dużo, czego się nawet nie spodziewała. Ale cóż, Nanette była w końcu tutaj Panią, prawdopodobnie znała Kung Fu i w kwestii szkolenia wojowników musiała dorównywać Shifu. Gdy pojedynki się zakończyły, Tygrysica rozpoczęła zapowiedziany pojedynek z Benem, co w sumie nie było dla niej jakoś specjalnie ekscytujące.

Chłopak w sumie mógł mieć potencjał, ale nie należał do osób odważnych. Musiałaby czekać półwieku, gdyby sama nie rozpoczęła walki. Ben miał jednak w tym całym tchórzostwie jedną, pozytywną cechę — potrafił robić niesamowite uniki. Był zwinny, szybki i giętki. Sam także próbował wymierzyć w nią kilka ciosów, ale nie szło mu to zbyt dobrze.

Tygrysica wszystko zablokowała, a jako akt zakończenia klasycznie chwyciła jego nadgarstek, obróciła kilka razy jego ciałem w powietrzu, a na koniec rzuciła nim o ziemię. Jednak, gdy chłopak wstał, nie była dla niego surowa.

– Jesteś bardzo dobrym wojownikiem, tylko pamiętaj, nie bój się walczyć – poradziła mu spokojnym, niemal zaszczyconym tonem.

– Dobrze, dziękuję – uśmiechnął się do niej.

– Co do pozostałych, – spojrzała na stojącą przed nią drużynę – najpierw chcę wyłonić przegranych, bo z nimi trzeba będzie więcej popracować. Nie wstydźcie się, – poprosiła – tylko wystąpcie z grupy.

Przed szereg wyszła całkiem spora liczba tygrysów.

– Ponownie dobierzcie się w pary i walczcie – kazała im Tygrysica.

Gdy zauważyła, że ktoś nie ma pary, wpadła na świetny pomysł.

– Ben – zwróciła się do niego. – Trudno w twoim wypadku powiedzieć o porażce, ale dołącz do grupy. Muszę zobaczyć twoje umiejętności dokładniej – zaproponowała mu.

– Dobrze – zgodził się i zajął miejsce.

Nastąpiła kolejna seria pojedynków, po których Tygrysica po raz kolejny kazała przegranym odbyć między sobą kolejne, aż wyłoniła najsłabsze ogniwo. Wtedy urządziła dla wszystkich tory przeszkód, przez które musieli przechodzić. Później zorganizowała trening z gromadą drewnianych wojowników — takich jak w sali treningowej w Pałacu.

Na koniec bliżej poznała imiona pozostałych wojowników, bo poza Ronem, Benem i Liną nie zapoznała się bliżej jeszcze z nikim. Ustaliła z każdym indywidualne zalecenia w sprawach treningu i oznajmiła, że następnego dnia także do nich dołączy.

Kiedy zakończyła trening, był już późny wieczór. Ruszyła korytarzem i udała się prosto do pokoju Po, gdzie również przebywali pozostali, włącznie z Dianą. Nic nie mówiąc, usiadła na swoim codziennym miejscu, chwyciła rękę Po i przysłuchiwała się różnym żartom Małpy, który już chyba zaczynał wyczerpywać pomysły. Gdy się całkiem ściemniło, wreszcie mogła zostać z nim trochę sama i odpocząć od wydarzeń dnia.

Jak zwykle całą noc nie spała. Po był nieprzytomny już piąty dzień. To było dla niej dużo, długo... bardzo długo. Pamiętała natomiast, że kiedyś sama była w podobnym stanie i obudziła się dopiero po tygodniu. Może Po także potrzebował takiego czasu albo wcale mu się nie poprawiało, jak twierdził lekarz, tylko pogarszało? Gdy do pokoju przyszła Diana, Tygrysica zostawiła go z nią i udała się na zachód, za zamek, żeby rozpocząć właściwe szkolenie miejscowych wojowników.

Na dużym polu, które zewsząd otoczone było lasem, rozstawiła całą masę drewnianych pali, które miały posłużyć wszystkim jako manekiny szkoleniowe. Tygrysica na swoim torze przeszkód ustawiła też wiele ostrych przedmiotów i kusze, które, jeśli jakiś tygrys nadepnąłby na nie, miały wystrzelić na pole treningowe niezliczoną serię płonących strzał.

Kiedy tak zwani uczniowie Tygrysicy wreszcie postanowili dołączyć do ich nowej mentorki, cały plac był już niewątpliwie przygotowany do ćwiczeń.

– Witajcie moi drodzy! – ukłoniła się tradycyjnie jak większość Mistrzów.

– No i ja witam naszą cudowną Panią Mistrzynię – powitał ją z zuchwałym uśmiechem Ron, wychylając się przed szereg.

– Cieszę się, że dziś jednak zdecydowałeś się do nas dołączyć, Ron. – Tygrysica zmierzyła go beznamiętnym spojrzeniem.

– Tak, też jestem zachwycony twoją inicjatywą, kochanie – mrugnął do niej niestosownie.

– Agh, wypraszam sobie, to po pierwsze, a po drugie sądzę, że możemy zaczynać, prawda? – stwierdziła Tygrysica, warcząc na niego pod nosem.

– Oczywiście, że tak – zgodziła się z nią Lina, która wysuwając się do przodu, ręką zepchnęła Rona z powrotem do szeregu.

– Dziś na treningu, zapewne jak się domyślacie, będziemy korzystać z tego oto ustawionego przeze mnie toru przeszkód, – wskazała za siebie – ale tylko na początku, bo później przejdziemy do znacznie trudniejszych poczynań – oznajmiła praktycznie, patrząc na niektóre twarze, celowo omijając Rona. – Nie będę was już dłużej powstrzymywać, zaczynajmy – i z tymi słowami wszyscy rzucili się do biegu.


Z nadejściem wieczoru Tygrysica zakończyła trening tygrysów, który — mogłaby rzec — poszedł całkiem dobrze, zważywszy na postawę Rona i jego ciągłe próby grania pierwszych skrzypiec. Tygrysy radziły sobie i to było najważniejsze. W końcu i tak nigdy nie będą musieli walczyć z Guanem, wystarczy, że na jakiś czas zajmą wilki i dadzą im okazję na rozprawienie się z Lampartami.

Przy głównym wejściu do zamku czekał na nią nieoczekiwanie Żuraw. Nie miała pojęcia, czego mógłby chcieć skrzydlaty, ale patrząc na jego zmartwioną ptasią twarz, domyślała się, że coś musi być nie tak.

– Musimy pogadać – zaczął, zanim ona zdążyła zapytać, czy coś się stało.

– Dobrze – odpowiedziała szybko Tygrysica, krzyżując ręce na piersi.

– Pamiętasz te wilki, które zaatakowały zamek wraz z Guanem? – zapytał lekko spanikowanym głosem.

– Tak, pamiętam i uspokój się, bo nie rozumiem, o co ci chodzi. Myślałam, że stało się coś gorszego – urwała, a Żuraw natychmiast zrozumiał ten przekaz.

– Wydaje mi się, że to są Wilki Xiongshou – wyjawił jej swoje najskrytsze obawy.

– Co?! Ale… jesteś tego pewien? – spojrzała na niego z konsternacją, jakby od jego odpowiedzi zależało jej życie.

– Nie, dlatego sądziłem, że ty mi pomożesz – westchnął.

– Wiesz, co się może stać, jeśli twoje przypuszczenia okażą się prawdziwe? – spojrzała na niego z powagą.

– Dlatego przyszedłem do ciebie. Wiem, że są to najwięksi zabójcy w Chinach, a w obecności Guana, to aż strach pomyśleć – jęknął.

– Nie dramatyzuj – uciszyła go. – Te Wilki mogły być groźne dziesięć lat temu. Tamta bitwa mogła być trudna tamtego dnia, ale tym razem mamy chyba więcej doświadczenia i oleju w głowie.

– A co z pozostałymi? Po? I wojownikami Nanette? – zapytał skonfundowany Żuraw.

– Na początek wolałabym nie siać niepotrzebnej paniki – zaczęła.

– Rozumiem – odparł Żuraw skinieniem głowy.

– Jeżeli zajdzie taka potrzeba, to pomożemy im się przygotować do tego, jak z nimi walczyć – westchnęła, patrząc w stronę zachodzącego słońca.

– Będzie ciężko, jeśli chodzi o uczenie innych, jak walczyć z najgroźniejszymi zabójcami w Chinach. Zważywszy na to, że tylko nasza dwójka miała z nimi do czynienia jeden raz – zauważył.

– W takim razie zamiast się zamartwiać, po prostu chodź ze mną – zasugerowała mu, powoli ruszając na tyły za zamkiem.


Tego samego dnia w południe Diana, nie mając nic lepszego do roboty, siedziała cały czas przy łóżku Po, który nie dawał żadnych oznak życia. Przygarbionej Białej Tygrysicy bacznie przypatrywała się, skryta w cieniu Władczyni.

W końcu nie poprzestała tylko na przyglądaniu się i zachodząc ją od tyłu podeszła. – Wszystko będzie z nim dobrze, nie martw się – uśmiechnęła się do niej, choć jej wyraz twarzy mógłby w rzeczywistości być daleki od uśmiechu, ale w przypadku Nanette, tak to właśnie wyglądało.

– Skąd Pani może mieć taką pewność? – zapytała zaskoczona Diana.

– Może po prostu to czuję – wzruszyła ramionami.

– Pani pojawiała się już w moich snach, jak Pani to wszystko robi, jeśli mogę wiedzieć? – Diana przeszyła ją wzrokiem.

– Wiedzieć byś mogła, tylko, czy naprawdę tego chcesz? – Nanette odwzajemniła jej spojrzenie.

– Nawet jeśli bym chciała, to coś czuję, że Pani po prostu nie ma zamiaru mi tego wyjawić. To są dwie różne rzeczy, jeśli chodzi o to, czego pragnę ja i czego pragnie Pani – zauważyła z lekką irytacją w głosie Diana.

– Przynajmniej mogę ci powiedzieć, że osoba, którą widziałaś we śnie i ta, która stoi przed tobą teraz, różni się od tej drugiej o jakieś trzydzieści lat. – Nanette mruknęła pod nosem.

– Trzydzieści lat? O co w tym chodzi? – Diana zmarszczyła brwi.

– O moją Moc, o twoją Moc – wzruszyła ramionami. – Wszystko sprowadza się do jednego, nawet w przypadku tego Pandy, czy też Mistrzyni Tygrysicy. Może nawet cały świat? – Nanette zapytała samą siebie.

– Wiem, że Pani ma moc – odparła Diana.

– A ja wiem, że ty jesteś Dziedziczką Mocy Smoczej.

– Chyba każdy już to wie. Czasami zastanawiam się, czy nie mam tego wypisanego przypadkiem na czole. Nie wiem, co tym razem Pani ma w tej sprawie do powiedzenia, ale ja już ponoć mam ochronę, która nie jeden raz zaryzykowałaby za mnie i tę moc życiem – mówiąc to, miała na myśli głównie Po.

– Nie proponuję ci ochrony, to zadanie już zostało we wszechświecie wyznaczone. Ale uważam, że nadszedł najwyższy czas, żebyś przestała narażać na niebezpieczeństwo, utratę życia i Mocy siebie i innych – odparła kąśliwie Nanette.

– Och, dziękuję, sama jakoś na to jeszcze nie wpadłam, szkoda, że nadal nie mam pojęcia, kim jestem, skąd ta cała moc i przede wszystkim jak mam jej używać, skoro nikt nie potrafi mnie tego nauczyć. Umiem już skakać, kopać, bić się i różne takie sztuczki, które zaoferowali mi Mistrzowie Kung Fu, ale to nadal nic. Nie osiągnęłam Równowagi, mam mentalną dziurę w głowie, a moc raz potrafi przegonić Guana jednym ruchem ręki, a kiedy indziej w ogóle nie chce mnie słuchać, więc Pani opinia wydaje się tutaj nie na miejscu – wywnioskowała Diana, niemal krzycząc na Nanette, choć bała się następujących przez takie zachowanie konsekwencji.

– Cóż, moja opinia, to tylko opinia, – stwierdziła ponuro – ale może po prostu miałaś kiepskich nauczycieli. Jeśli chcesz, zamiast siedzieć tu i nic nie robić, możesz pójść ze mną do mojej prywatnej biblioteki i zobaczyć, czy pod moim okiem uda ci się coś przyswoić – zaproponowała Nanette, jednak powiedziała to tak, jakby jej nie obchodziło, czy Diana na to przystanie, czy nie, czyli jakby tak naprawdę nie chciała jej niczego uczyć.

Zawsze podobnie robiła w przypadku Rona i pozostałych wojowników z jej Doliny.

Nanette powoli ruszyła w kierunku drzwi. Diana przez chwilę siedziała na krześle i wpatrywała się w swoje tygrysie, jasne łapy. W końcu zacisnęła pięści i poszła w ślad Władczyni Doliny. Kobieta przeszła przez długi korytarz i skierowała się w stronę schodów, skąd udała się na ostatnie piętro. Tam będąc już gdzieś w połowie korytarza, nagle skręciła w jakiś zaułek i zniknęła za dużymi, kamiennymi drzwiami. Diana, żeby się nie zgubić, musiała za nią biec, jednak, gdy stanęła przed kamiennymi drzwiami, czuła się całkowicie zdezorientowana.

Jej naszyjnik nagle zaświecił i wrota same usunęły jej się z drogi. Komnata, w której się znalazła wraz z Nanette, była ogromna, stara z całą masą zwojów ustawionych na drewnianych, zakurzonych regałach. Sufit był jasny, jakby szklany i wyglądał, jak jakaś kopuła. Wszystko tam było mistyczne, tajemnicze, mroczne i pewnie zakazane, a jednak Nanette wprowadziła ją do tej właśnie sali.

– Cieszę się, że zdecydowałaś się do mnie dołączyć. – Nanette po raz kolejny obdarowała ją tym swoim bolesnym uśmiechem.

– Powie mi Pani, w jaki sposób zamierza mnie Pani uczyć? – Diana zapytała ze sceptycyzmem w głosie.

– Wydaje mi się, że nasze Moce są dość podobne – stwierdziła Nanette.

– Ale ja nadal nie rozumiem, co to ma ze sobą wspólnego i jak zamierza mnie Pani uczyć – westchnęła zirytowana Diana.

– Spokojnie – uciszyła ją. – W mojej rodzinie posiadanie Mocy było czymś niezwykłym. Tylko jedna osoba na pokolenie mogła ją posiadać. Oczywiście zdarzało się też tak, że chociażby na przykład moje rodzeństwo potrafiło widzieć, wyczuwać, śnić o różnych rzeczach, które później stawały się prawdą, ale tak, czy inaczej to ja mam Moc – spojrzała jej prosto w oczy, jakby w tym, co mówi, był jakiś przekaz podprogowy, ukryty klucz.

– W tej bibliotece jest wiele cennych, spisanych technik i zaklęć. – Nanette podeszła do jednego z regałów i z najwyższej półki zdjęła dwa zwoje. – Twój dar jest bardzo niezwykły, oprócz Mocy, widzisz przyszłość, a i przeszłość nie jest dla ciebie niczym obcym. Zdolności palimpsesty można jednak kontrolować – oznajmiła, dając Dianie poniekąd nadzieję, na poprawę jej sytuacji. – Po pierwsze, nie musisz wcale zaglądać w przeszłość, skoncentruj się na razie na przyszłości. Spróbuj przewidzieć na przykład rezultat nadchodzącej bitwy. Po drugie, Równowaga na razie nie jest ci do niczego potrzebna – wręczyła jej zwój.

Diana natychmiast go rozwinęła i zaczęła oczami przerzucać zapisane tam litery. Było tam jakieś zaklęcie, którego znaczenia nie rozumiała.

Zamkniętą Duszą, Odkryj Czyste Serce Swe, Zamkniętymi Oczami Zobacz Kosmiczne Połączenie, Rozumem Wskaż, Swe Własne Przeznaczenie, Przeszłość Się Tli, Przyszłość Się Śni, Gdy Księżyc W Pełni – odczytała nagłos Nanatte.

– Nie bardzo rozumiem, o co w tym chodzi – szepnęła Diana.

– Nie potrzebujesz znać swojej przeszłości, żeby móc poznać przyszłość. To jest stare zaklęcie, wy domyślalibyście się latami nad tym, co ono oznacza, tak jak i inne przydatne informacje spisane przez naszych przodków. A nawet po latach znalibyście tylko część prawdy, która została podana wam pod sam czubek nosa. Wypowiedz to zaklęcie przed snem, a będziesz mogła poznać przyszłość. – Nanette spojrzała na nią niemal piorunującym wzrokiem.

– To znaczy, że będę mieć koszmarną noc. – skwitowała Diana.

– Nie musisz tego robić. – Nanette rozwinęła kolejny zwój. – Królowa Obłudy Rozsypała Na Ciebie Kłęby Dymu, Z Zamkniętą Duszą Próbujesz Sprostać Temu, Rozwiej Mgłę I Ujrzyj Przeznaczenie Swe, Zanim Cię Ono Pochłonie.

Diana patrzyła na Nanette z jeszcze bardziej niejasnym wyrazem twarzy. – Kim jest Królowa Obłudy? – zapytała nagle, sądząc, że zna już i tak tę odpowiedź, a takowa stoi naprzeciwko niej.

Halinor. Tak mówią, że zaślepiła sobą swojego ukochanego. Ale powiedzmy, że ja też mogłabym nią być – stwierdziła, jakby czytała jej w myślach.

Diana popatrzyła na nią i poczuła, jakby na chwilę wokół Nanette usunęła się jakaś blokada. Pomyślałam, że gdyby była tu Tygrysica, dałaby teraz radę zobaczyć, co Pani Doliny przed nimi skrywa. Wiedziała też, że imię Halinor nie padło tu przez przypadek, to była ta Smoczyca z ich snu, a jej ukochanym był Jin-Yu.

– Dziedzic Smoczej Mocy jest podobno zawsze zaślepiony, a Dziedziczka sprowadza kataklizmy – wzruszyła ramionami. – Oczywiście nie mówię, że to właśnie robisz, ale chcę, żebyś potraktowała to jako przestrogę, Diano. – Nanette spojrzała jednak na nią pogodnym wyrazem twarzy.

– Na wchodzenie do cudzych snów też są zaklęcia? Czy za każdym razem muszę je wypowiadać, gdy chcę zobaczyć przyszłość? – zapytała poważnie Diana.

– Też są, ale zaklęcie jest tylko kluczem, Duszę Otwartą trzeba chronić przed tymi, którzy chcą poznać tajemną wiedzę. Osoba w twoim wieku może równie dobrze zechcieć być jak otwarta księga, a są tacy, którzy tylko czekają na okazję. Nie wiedza potrafi czasami być błogosławieństwem. Niestety dla mnie jest już za późno, dowiedziałam się już za dużo i muszę niestety z tym żyć – westchnęła ciężko Nanette.

– To będzie taki trik? Znaczy, moja dusza będzie zamknięta, a ja i tak zobaczę jakiś fragment przyszłości? – upewniała się Diana. – Choć i tak widzę te fragmenty co najmniej trzy razy dziennie – dodała ponuro.

– To nie będzie tylko fragment, zobaczysz wtedy to, co będziesz chciała i czego będziesz najbardziej potrzebować, – wyjaśniła – więc zastanów się nad tym, co chcesz zobaczyć, bo zaklęcie można wypowiedzieć tylko raz na miesiąc – ostrzegła ją.

– Zaklęcia są dwa, więc mam dwie szanse – stwierdziła Diana.

– Jeśli wypowiesz jedno, drugiego już nie będziesz mogła. – Nanette jej zakomunikowała.

– Dobrze – szepnęła Diana. Przez chwilę patrzyła na nią w milczeniu. – Jaka jest różnica pomiędzy Otwartą i Zamkniętą Duszą? – Diana zapytała w końcu.

– Możesz wywoływać i blokować wizje, kiedy tylko chcesz, dzięki zaklęciu wywołasz jedną potrzebną ci wizję i nic więcej, najwyżej mogą ci się w głowie pojawiać jedynie jakieś strzępki – odparła Nanette, jakby to było oczywiste.

– Skąd Pani to wszystko wie? – zapytała zaintrygowana Diana.

– Przez wiele lat długo podróżowałam, aż w końcu skończyłam tutaj – westchnęła po raz kolejny.

– Rozumiem. Pani też zna Kung Fu? – upewniała się Diana, licząc, że może pozna jakiś z jej sekretów, których nawet Tygrysica nie może wydobyć.

– Tak, mieszkali tu kiedyś uczniowie Mistrza Oogway'a, niestety wszyscy zginęli z rąk Guana. Przekazałam swoją wiedzę moim wojownikom – wyjaśniła, jednak szybko dodała. – W podziemiu też da się żyć – urwała, po czym jej zasugerowała. – Myślę, że powinnaś wypróbować, któreś z tych zaklęć –uśmiechnęła się do niej.

– Dobrze – szepnęła Diana, po czym obie usiadły na podłodze w pozycji lotosu.


Tygrysica po przebytej z Żurawiem rozmowie wróciła do komnaty Po, gdzie na obecną chwilę mentalnego towarzystwa dotrzymywała mu Żmija.

– Hej! – przywitała się z nią.

– Cześć. I jak Po? Był lekarz? – zapytała Tygrysica z pewnego rodzaju napięciem w głosie.

– Tak, powiedział, że będzie dobrze – ogon Żmii przy tej odpowiedzi zmienił się w sprężynę.

– Tylko tyle? Och zobacz, przecież on się nawet nie rusza! – jęknęła Tygrysica.

– To nie sen, Tygrysico – uspokajała ją Żmija.

– Ale czemu się nie rusza? To takie dziwne, nie w jego stylu. – Tygrysica z całej siły opadła na krzesło nieopodal prawej ręki Po.

– To nie jest sen – powtórzyła bez emocji Żmija.

– Ale pamiętasz, jak raz spadł z zawalającego się budynku i złamał nogę? – zapytała Tygrysica.

– Tak – westchnęła cicho Żmija.

– No właśnie, wtedy nawet ze złamaną nogą kopał ciastka i bandytów przez sen, ciągle coś mamrotał. A tu jest taki nieruchomy i cichy. To już niemal tydzień, a on się nie budzi – te ostatnie słowa można by było uznać za szloch.

– Nie martw się, wszystko będzie dobrze, z tobą też było podobnie, a jednak nadal tu jesteś i żyjesz. Po też się poprawi – zapewniła ją Żmija.

– Mam nadzieję – szepnęła Tygrysica, trochę już spokojniejszym tonem.

Przez chwilę siedziały tak w ciszy, aż do pokoju wpadli Małpa z Modliszką. Chłopcy zaczęli żartować, opowiadać różne historie, ale Tygrysica ich nie słuchała, zastanawiała jedna rzecz — mianowicie chciała wiedzieć, gdzie się podziewa Diana.

Biała Tygrysica przez długi czas nie pojawiła się w pokoju Pandy, co jeszcze bardziej niepokoiło Tygrysicę. Jednak była pewna, że w zamku nie mogło grozić jej żadne niebezpieczeństwo.

Wieczór minął i nadeszła noc. Wszyscy rozeszli się do swoich pokoi, tylko Tygrysica została z Po, licząc na to, że tej nocy nastąpi jakiś cud i się w końcu zbudzi. Jednak mijały godzina za godziną, a jego stan pozostawał bez zmian. Tej nocy jej Panda najwyraźniej nie zamierzał jeszcze wracać do żywych. Może wróci do nich jutro?

Jutro, które nadeszło, okazało się jednak bardziej złudne niż jej nadzieje. Poszła na kolejny trening tygrysów, pomogła im wypracować kilka nowych technik, co zajęło jej niemal cały dzień.

I tak minęły jej kolejne cztery dni. Treningi i nocne czuwanie. Diana ciągle gdzieś znikała, a Tygrysica nie mogła zrozumieć, gdzie się przez całe dnie spędza czas.

W dodatku była bardzo zmęczona nieprzespanymi nocami spędzonymi przy łóżku Po. Przez tyle dni nic się nie zmieniło.


Właśnie skończyła trenować tygrysy i powoli zmierzała w stronę sali, w której od ponad tygodnia spoczywało nieprzytomne ciało Pandy. Zauważyła, że ostatnimi czasy zaglądają do niego nie tylko członkowie Piątki, pokojówki wyznaczone przez Nanette, Lekarz, Diana, czy sama Nanette, ale także inni mieszkańcy doliny. Nie mogła tego pojąć, nie znali go przecież, jedynie widzieli, jak zamknął portal i nigdy się już po tym nie ocknął.

Usiadła na krześle, chwyciła jego łapę i odwróciła się w stronę niewielkiego okna, zza którego widać było jedynie las i nocne niebo. Wpatrywała się w gwiazdy, licząc, że dostrzeże w nich chociażby fragment pozytywnej dla nich przyszłości, malującej się w barwach innych niż czerń i biel, przez które przeplata się czerwień.

Powoli czuła, że z każdym dniem traci już nadzieję na jakikolwiek inny finał, który da im zasłużone zwycięstwo i życie długie i szczęśliwe w chwale — jak to mawiał Po.

– Znów nie śpisz? – odezwał się ktoś w progu drzwi.

Tygrysica odwróciła się i zauważyła drobną sylwetkę Żmii. Mówiła tak cicho, że nawet Tygrysica ze swoim rewelacyjnym słuchem, nie była wstanie zrozumieć wypowiedzianych przez nią słów.

– Nie – skwitowała gorzkim szeptem Tygrysica.

– Zastanawiam się, w jaki sposób masz zamiar tak dalej żyć, zwłaszcza przy tym, co postanowiłaś – westchnęła teatralnie Żmija.

– A co ja takiego postanowiłam? – Tygrysica spojrzała na nią z uniesionymi brwiami.

– W namiocie mówiłaś o tym, co zamierzasz zrobić, przypomnieć ci, co powiedziałaś, czy… – Tygrysica momentalnie jej przerwała, obawiając się tego, że Po w całym tym swoim otępieniu, czy czymkolwiek to było, mógłby usłyszeć, to co chciała powiedzieć Żmija.

Uważała też, że gdyby się o tym dowiedział, nawet teraz w takim stanie, w jakim jest, to mogłoby mu się niewątpliwie z tego powodu pogorszyć, czego Tygrysica osobiście by nie przeżyła.

– Cicho bądź. Wiem, co powiedziałam i jakie decyzje już podjęłam, i proszę, nie przejmuj się mną, a najlepiej zostaw nas w spokoju, to są nasze prywatne sprawy! – wrzasnęła.

– Jak sobie życzysz – powiedziała cicho i posępnie Żmija, po czym natychmiast opuściła komnatę.

Tygrysica pogłaskała Po pogłowie i kolejny raz zaczęła wyglądać z oddali przez okno. Czas nie zwalniał, nie zatrzymywał się nawet na sekundę, a przynajmniej nie w jej świecie. Ciemna noc zaczęła przeistaczać się w jasny, lekko pochmurny dzień. Pod szarością obłoków Tygrysica zafundowała tygrysom kolejny trening.

W ciągu ostatnich dni wojownicy Nanette nauczyli się walczyć jak szaleni, można by nawet powiedzieć, że jak zawodowcy, ale nie byłoby to do końca prawdą. Tygrysica dała im znak, żeby skończyli i znów powędrowała do boku swego Pandy.

Minęły niemal dwa tygodnie od ataku Guana na dolinę i wszystkie dni powoli stawały się dla niej monotonne, a przede wszystkim pełne męki i walki z uporczywym strachem i zmęczeniem.


Pośród złoto pomarańczowych obłoków w świecie Sacrum unosił się czarno biały Panda w pozycji lotosu, a wokół niego roztaczała się ogromna sylwetka jadeitowego Smoka, którego oczy błyszczały żółtym złotem. Z całego zbioru różnych osobliwości pozostał zaledwie wizerunek Mistrza Oogway'a.

Po w tym momencie próbował już tylko posiąść wiedzę i doświadczenie zdobyte przez starego Mistrza. Jednak jego umysł znów zaczął powoli dryfować w kierunku rzeczywistości.

Zastanawiam się, w jaki sposób masz zamiar tak dalej żyć, zwłaszcza przy tym, co postanowiłaś – usłyszał czyjś głos.

A co ja takiego postanowiłam? – zapytała kogoś lekko zaskoczona Tygrysica.

Jak do tej pory rozpoznawał tylko jej głos i to go bardzo dziwiło, że nie mógł rozpoznać pozostałych.

W namiocie mówiłaś o tym, co zamierzasz zrobić – wychwycił i nie miał już pojęcia, o co może chodzić, nawet nie wiedział, gdzie tak właściwie się znajdują.

Cicho bądź. Wiem, co powiedziałam i jakie decyzje już podjęłam, i proszę, nie przejmuj się mną, a najlepiej zostaw nas w spokoju, to nasze prywatne sprawy! – wrzasnęła na kogoś Tygrysica.

Po czuł się już taki skołowany. Nagle przed oczami stanęła mu wioska Oogway'a z czasów, kiedy był jeszcze młody. Jego pojedynki z Kaiem jakimś tam, nie mógł sobie przypomnieć imienia tego żółwia. Te momenty, gdy posiadł Bohaterskie Chi i Ognistą Siłę, gdy uratował wieśniaków i został wygnany.

Zobaczył też jego nowy początek w Dolinie Spokoju, czas gdy nauczał i koniec, dzień wyboru Smoczego Wojownika, rozpłynięcie się wśród płatków Brzoskwini. Nagle poczuł w sobie ogromną siłę, a podobizna Oogway'a zniknęła.

Posiadł umiejętności wszystkich, którzy byli związani z Bohaterskim Chi. Ogromny podmuch, jakby wiatru, poniósł go gdzieś wysoko w górę. W sumie to nawet sam do końca nie widział gdzie.

Po raz kolejny znalazł się na wzgórzu w Pałacu tam, gdzie rosło Drzewo Brzoskwiniowe, które w jego umyśle nadal żyło.

Teraz naucz się być tylko sobą, Smoczy Wojowniku" – powiedział mu głębokim szeptem Jin-Yu, po czym po prostu rozpłynął się wśród kłębów dymu.

Po stał przez chwilę przed Drzewem Brzoskwiniowym i zastanawiał się, co to znaczy. Jak ma nauczyć się byś po prostu sobą? Zawsze mówi, no prawie, co myśli, zachowuje się swobodnie. Tylko, kim tak właściwie jest?

Nagle przyszedł mu do głowy pomysł i wszystko wokół niego zniknęło. Zaczął dryfować wśród złotych obłoków oraz srebrzystych i diamentowych gwiazd. Niestety bardzo szybko okazało się, że on po prostu spada w niewiadomym kierunku, co było dla niego trochę przerażające.

Leciał i leciał, a jego lot zdawał się nie mieć końca. Miał wrażenie, że pływa w złotym oceanie, a właściwie topi się w jego czeluściach. Tonie, ale czuje taki błogi spokój — Wewnętrzny Spokój. Wszystko zrobiło się czarne, pojawił się błysk, jakby niebieska sadzawka i kolejna fala światła…


W ciemnym pokoju, Tygrysicy powoli zaczęło dokuczać znużenie, siedząc od paru godzin na twardym krześle, miała wrażenie, że cała zesztywniała, a jej głowa kieruje się ku dołowi. Musiała chociaż na chwilę się gdzieś przejść, tylko wyjście na korytarz, czy na podwórze oznaczało opuszczenie Po i przegapienie być może momentu jego przebudzenia albo w tym gorszym wypadku — jego śmierci. Postanowiła więc po prostu przejść się do okna i z powrotem, tak żeby rozruszać zesztywniałe kończyny.

Powoli wstała i wolnym krokiem podeszła do okna. Spojrzała przez nie na wyraźne, nocne niebo. Kilka gwiazd błyszczało lekkim światłem, księżyca w ogóle nie było widać, skrył się gdzieś za chmurami. Tygrysica westchnęła i przechyliła głowę, podziwiając po raz kolejny ten nocny obraz. Nie zdawała sobie nawet sprawy z tego, jak ciemno jest w całym pomieszczeniu. Z przeciwległego końca była po prostu zwykłym cieniem.

Właśnie ten jeden cień zamajaczył w zamglonych, jadeitowych oczach Po. Tak długo próbował je otworzyć, że gdy wreszcie rozwarły się one samoistnie, doznał szoku. Starał się jakoś poruszyć, ale od samych koniuszków palców aż po czubek głowy przeszył go ostry ból i niemoc kończyn dała o sobie znać wraz z zesztywniałymi kośćmi.

– AGH! – jęknął, zwracając na siebie uwagę Tygrysicy, która przez chwilę nie mogła ustalić, czy rzeczywiście słyszała jakikolwiek dźwięk.

Odwróciła się i natychmiast rozpoznała świecące w ciemności, jaskrawe, zielone tęczówki jej ukochanego Pandy.

– Nie ruszaj się – poradziła mu.

– Tygry-agh... – chciał się jej zapytać, czy to naprawdę ona i gdzie jest, bo ciągle musiał wytężać wzrok, żeby cokolwiek zobaczyć.

– Nic nie mów – szepnęła. Podeszła bliżej do jego łóżka i usiadła na krześle po jego prawej stronie.

– Gdzie my... – usiłował się dowiedzieć. – Co to... Agh... Mi-e-jsce?

– Nanette ugościła nas w swoim zamku, po tym, jak uratowałeś jej dolinę i nie tylko, była chyba bardzo wdzięczna – wyjaśniła spokojnie. – Boli cię coś? – zapytała zmartwiona jego stanem. – Mrugnij raz na tak, dwa na nie. Nic nie musisz mówić – poradziła mu pośpiesznie, równocześnie zapewniając.

Po jednak nie miał zamiaru jej słuchać. – Trochę, jak się... Rusza-m, agh... I... Mó-wię. Jeś-ć mi... się... ch... chce i pi-ć. Mu-szę... do ła-zien-ki – mówił tak szybko, jak tylko mógł, bo wiedział, że Tygrysica nie pozwoli mu się nadwyrężać i przerwie jego żałosne dyszenie.

– Rozumiem – powiedziała cicho Tygrysica. – Przestań już się męczyć, odpoczywaj – dodała. Podeszła do drzwi i rozkazała stojącym na korytarzu strażnikom z gwardii Nanette. – Poślijcie po lekarza – oni skinęli głowami i natychmiast ruszyli.

Tygrysica ponownie usiadła przy jego boku.

– C-cie-mno tutaj – bąknął słabo Po.

Tygrysica dopiero teraz przypomniała sobie, że nie zapaliła żadnej świecy. Kilka stało na stoliku, więc momentalnie użyła swojej Mocy, oświetlając wnętrze.

– Już jest jaśniej, prawda? – uśmiechnęła się do niego. Widząc, jak próbuje odpowiedzieć, natychmiast przyłożyła palec do jego ust. – Naprawdę nie musisz nic mówić – powtórzyła.

Minęło przynajmniej półgodziny, gdy do pokoju wszedł lekarz. Po i Tygrysica w tym czasie siedzieli w ciszy.

– Witajcie! – skłonił się, podchodząc do pacjenta.

– Cieszę się, że mógł pan tak szybko przybyć o tak późnej porze – odparła wdzięcznie Tygrysica, a Po starał się nic przy niej nie odpowiadać.

– Taki zawód, Mistrzyni i zdaje się, że pani to rozumie – odpowiedział bez emocji. – A teraz mógłbym panią poprosić o wyjście na zewnątrz? – powiedział kulturalnie, ale w sposób nie znoszący sprzeciwu.

– A ja wolałabym tu zostać. – Tygrysica nie uznała jego polecenia.

– Znowu musi pani dyskutować, Mistrzyni? – Kozioł pokręcił głową.

Tygrysica miała już coś powiedzieć, jednak uprzedził ją Po.

– Z-zrób, o co… c-cię p-pro-si… – wysapał.

Chciała powiedzieć nie, ale widziała zdeterminowanie, odbijające się na jego twarzy. Bez słowa wstała i wyszła. Oparła się o najbliższą, stojącą na korytarzu kolumnę i powoli ześlizgnęła się w dół. Kucając, zasłoniła twarz rękoma i zaczęła płakać — wszystko było przesądzone, Po już jej nie chciał.


– Jak się Pan czuje? – zapytał fachowo lekarz.

– S-sła-bo – wystękał Po.

Kozioł przyłożył mu kopyto do czoła, spojrzał w oczy, zbadał puls, który był z pewnością zbyt wolny. Zginał i obracał jego rękami i nogami, naciskał na brzuch, który w ostatnim czasie znacznie zmalał. Na koniec go osłuchał i pokręcił z niedowierzaniem głową.

– Coś Pana boli? – dopytywał się.

– W-wszy-stko… – zakaszlał, krzywiąc się. – K-kiedy się ru-szam.

– Rozumiem, coś jeszcze Panu dolega? – przypatrywał mu się dokładnie.

– N-nie m-am si-ły – wyjąkał – mó-wić i s-ię ru-szać.

– Hmm – zamyślił się kozioł. – Myślę, że miałeś Pan, Smoczy Wojowniku, wiele szczęścia w tej potyczce – wychodząc na zewnątrz, gdzie zobaczył dwóch strażników i siedzącą na podłodze zapłakaną Tygrysicę, ciągle kręcąc głową, wydziwiał. – Niezwykłe, naprawdę niezwykłe. Jeszcze nigdy nie widziałem czegoś takiego.

Tygrysica momentalnie otarła twarz i do niego podeszła.

– I jak? – zapytała schrypniętym od łez głosem, powtarzając ten zlepek słów jakiś setny raz z rzędu.

– Jeeest – przeciągnął z zastanowieniem – skrajnie wyczerpany, ale żywy. Poprawia mu się. Na razie zalecam mu wiele odpoczynku.

– Postaram się dopilnować, żeby tak było – zapewniła go Tygrysica, ale wewnątrz czuła się bardziej rozdarta, niż gdyby Po umarł. – A co z piciem i jedzeniem? Znaczy, on powiedział mi, że jest bardzo głodny i spragniony, znaczy, nie powiedział, tylko wyjęczał, dodał też, że musi skorzystać z toalety.

– Hmm, – kozioł wydawał się mocno skonsternowany – myślę, że będzie wymagał dużej opieki. Na obecną chwilę nie jest w stanie podnieść się do pozycji siedzącej, więc z korzystaniem z toalety może być problem. W kwestii jedzenia starałbym się także uważać. Smoczy Wojownik może mieć problemy z przełykaniem, więc powinien ograniczyć się do picia wody, ewentualnie herbaty, ostatecznie płynna część zupy z kluskami.

– Oczywiście, postaram się zapewnić mu jak najlepszą opiekę i stosować do wszelkich rad doktora – oznajmiła bez wahania.

– Dobrze, w takim razie żegnam panią, Mistrzyni – ponownie się skłonił. – Niech Smoczy Wojownik się prześpi. Jutro tu przyjdę i przyjrzę się jego postępom w drodze do wyzdrowienia – z tymi słowami skierował się na sam dół do głównej bramy i opuścił zamek.

Tygrysica przez kilkanaście minut stała w miejscu, nie wiedząc, czy ma wejść do komnaty Po, czy wrócić do tej, którą na jakiś czas oddała jej Nenette. Chciała obudzić Dianę i resztę, ale zdała sobie sprawę, że nie wie, gdzie mieszczą się ich wyznaczone pokoje. Właściwie to dostrzegła, że w trakcie jej pobytu zamek zdążył się dość radykalnie zmienić pod wpływem ciężkich prac robotników i powoli przestaje poznawać miejsca, które wcześniej wraz z pozostałymi odkryła, zanim uwolnili Nanette i jej tygrysy z lochów.

Ostatecznie postanowiła spędzić tę noc przy Po, bez względu na to, czy będzie tam intruzem, czy wytęsknionym towarzyszem. Przysiadła na krześle i z przyzwyczajenia chwyciła jego rękę.

– C-coś się stało? – zapytał, wkładając mnóstwo wysiłku, żeby nie dyszeć.

– Nie, po prostu rozmawiałam z lekarzem i kazał ci dużo odpoczywać, więc w takim razie teraz możesz iść spać – wyjaśniła z westchnieniem, zdradzającym jej melancholijny nastrój.

Po chciał tyle powiedzieć, właściwie oskarżyć o to, że kłamie i musiało się stać coś strasznego. Wolał jednak zaczekać, aż Tygrysica sama mu powie, o co chodzi. Zresztą nie miał nawet siły, żeby się z nią o to spierać, więc nie miał innego wyboru. Ale i tak postanowił nie ustępować, i wcale nie zamierzał od razu spać.

Zebrał w sobie wszystkie siły i wyszeptał. – Nie chcę… zasypiać.

– Ale powinieneś, inaczej ci się nie poprawi – ostrzegła go Tygrysica.

– Chciałbym… – przerwał na moment, żeby odsapnąć – coś z-j-e-ś-ć.

– Musisz poczekać przynajmniej do rana – powiadomiła go, ściskając jego rękę. – A sen ci dobrze zrobi.

– A – zaczął – do… ła-zien-ki?

– Pójdę po kogoś, kto ci pomoże – westchnęła.

Z lekkim uśmiechem wyszła na zewnątrz i przyszło jej do głowy, żeby poprosić o pomoc strażników, pilnujących dostępu do jego pokoju. Zauważyła też, że z całą pewnością doskwiera mu brak możliwości czynnego komunikowania się i to, że nie dostał jeść. W końcu ugięła się przed samą sobą i postanowiła załatwić mu coś do jedzenia.

– Mogłabym prosić was o pomoc?


Jakąś godzinę później usatysfakcjonowany Smoczy Wojownik wsparty na poduszkach zajadał się zupą z kluskami karmiony przez Mistrzynię Tygrysicę we własnej osobie. Co prawda był bardzo słaby i zmęczony, ale po skorzystaniu z ubikacji, zjedzeniu czterech dużych misek zupy i wypiciu dwóch kubków herbaty z miodem i syropem śliwkowym czuł się o niebo lepiej, a właściwie o jedną Dolinę Światła.

Kiedy zawartość ostatniej miski się skończyła, Tygrysica, żeby się upewnić, że nic mu nie będzie, kazała mu trochę odczekać, zanim ostatecznie pozwoli sobie na sen. Po to wcale nie przeszkadzało, był z tego powodu nawet zadowolony, bo mógł przynajmniej dłużej popatrzeć na ukochaną, która również nie odrywała od niego wzroku.

Dostrzegł, że jej futro jest całe potargane, ubranie od dawna nie zmieniane, a oczy i uszy w nerwowym tiku wyczerpanie podrygują.

Co tu się dzieje?" – zastanawiał się.

– Tygrysico, – zaczął, zaskoczony, że mówienie nie sprawia mu już takiego bólu – jak długo byłem eee, no wiesz? – sam nie wiedział, jak ma nazwać swój wcześniejszy stan.

– Dwa tygodnie.

– Uch, dwa tygodnie… no, nie spodziewałem się tego. A co z tobą, bo nie chcę cię obrazić ani nic z tych rzeczy, ale wyglądasz… nie najlepiej – w tym momencie starał się uciec wzrokiem, gdzie się tylko da, byle dalej od niej.

– Wiesz, każda kobieta chce usłyszeć coś takiego – wywróciła oczami. – Niewiele ostatnio spałam, właściwie to w ogóle od dwóch tygodni. Ostatni raz, kiedy Nanette mnie zmusiła. A większość czasu spędzałam tutaj, u ciebie – wyznała.

– W takim razie – zatrzymał się, bo uczuł, że słabość znów go ogarnia – powinnaś także się przespać – zasugerował.

– Nie mam zamiaru cię dziś zostawiać – oświadczyła. – Zwłaszcza samego – dodała z troską.

– Dlaczego… – udał, że ma problem z mówieniem – tak wiele dla mnie robisz, poświęcasz się, siedzisz tu, nie śpisz?

Tygrysica nagle zawahała się i postanowiła zachować zimną krew i ton.

– Ponieważ jesteś moim przyjacielem, a ja nie mogę się nie przejmować, kiedy mój przyjaciel na własne życzenie leży tutaj i walczy o życie, a teraz jest skrajnie wyczerpany.

Po słysząc słowo przyjaciel, momentalnie zmarkotniał.

– Rozumiem – odrzekł. – Cóż, sądzę, że teraz moja przyjaciółka może wreszcie przestać się o mnie martwić i odpocząć.

– Pozwól, że sama o tym zadecyduję – wyszeptała.

– W takim razie – zaczął – pomóż mi się przesunąć, żeby zrobić miejsce dla mojej wspaniałomyślnej przyjaciółki. – Tygrysica popatrzyła na niego poważnie. – No chodź – zachęcił.

– Och, dobra – przystała na jego propozycję, pomagając mu przetoczyć się na prawo.

Powoli położyła się po jego lewej stronie, przysuwając głowę do jego serca, zasnęła jeszcze szybciej od niego.


Następnego ranka, a raczej grubo po południu, kiedy zarówno Po, jak i Tygrysica w końcu się obudzili, cały zamek huczał od plotek o wybudzeniu się Smoczego Wojownika, który uratował dolinę.

Gdy Diana i pozostali członkowie Piątki zastali Po i Tygrysicę w jednym łóżku, tylko Modliszka nie omieszkał tego humorystycznie skomentować.

– Nawet na łożu śmierci najpierw zaspokoi kocicę, a dopiero pozwoli sobie na koniec.

Wszyscy byli tacy uradowani, że nawet Żmija go za to nie skarciła.

– Słodko tak wyglądają – rozczuliła się.

Tygrysica skulona do granic możliwości owinęła się wokół Smoczego Wojownika niczym bluszcz. Gdy wreszcie się zbudziła, a chwilę po niej Po z jękiem próbował się podnieść, czuła się lekko zawstydzona tym, jak ujrzeli ją pozostali.

– Dzień dobry, królewno – pierwszy odezwał się Małpa.

– Daruj sobie – burknęła Tygrysica, natychmiast schodząc z łóżka. – Zaraz wrócę – rzuciła, a cała Piątka, a najbardziej to Małpa i Diana osaczyli Pandę.

Dni mijały i Tygrysica pozwoliła pozostałym nacieszyć się powrotem Po, uciekając się do treningu, który tym razem stawiał ją w roli nauczyciela.

Po od razu wyczuł, że go unika i starał się jedynie robić dobrą minę do złej gry. Uważnie wysłuchiwał kawałów i opowieści Małpy, później historii opowiadanych przez Dianę. Gdy ci dwoje skończyli, ich miejsce najpierw zajęła Żmija, która przez pierwszą godzinę płakała, później go karciła, znów płakała i zastrzegła, że jeśli zrobi im to po raz kolejny — zaryzykuje życiem, to go zatłuką.

– Nie dacie rady – odpowiadał jej, śmiejąc się za każdym razem, gdy to powtarzała.

Po Żmii, zagościł u niego Modliszka, który podobnie jak Małpa raczył go plotkami i historyjkami oraz komentował w dwuznaczny sposób to, jak zastał go i Tygrysicę. Jedynie Żuraw ani go nie karcił, ani nie zanudzał opowiastkami, które Po mógłby sto razy lepiej przekazać. Żuraw mu po prostu pomagał i upewniał się, że mu się nie pogarsza; odpowiadał też na konkretne pytania, niestety na jedno nawet on nie mógł mu odpowiedzieć.

Tygrysica spędzała u niego głównie wieczory, a bardziej to noce. Spała w fotelu, na krześle albo, gdy Po nie pozwalał jej na takie zamęczanie, w jego łóżku. Przed pójściem spać przedstawiała mu zarys tego, co się działo, gdy był nieprzytomny, to znaczy, co ona sama robiła — rozmowy i narady z Nanette, treningi tygrysów i przypuszczenia na temat tego, co może ukrywać Przywódczyni Doliny Tygrysów.

Robiła to w sposób chłodny, nie wyrażający żadnych emocji. Po uważał nawet, że podczas jego pierwszych dni w Pałacu, gdy próbowała go przegonić, nie była w stosunku do niego taka zimna i obojętnie nastawiona jak teraz. Oprócz Piątki i Diany krótkie wizyty składali mu mieszkańcy doliny oraz raz odwiedziła go sama ich Królowa.

– Witaj! – uśmiechnęła się, ale Po miał wrażenie, że zrobiła to po prostu z musu. – Pamiętasz mnie jeszcze? – usiadła nerwowo na krześle koło jego łóżka.

– To Pani powiedziała nam jak zamknąć Portal – odparł, nie wiedząc jak inaczej ma ją zapewnić, że nie ma zaników pamięci.

– Tak, to prawda – skinęła głową. – Nie powinnam była tego robić, mogłeś stracić życie.

– No właśnie, tylko ja, a nie setki… tysiące osób – zaprzeczył jej stwierdzeniu. – Jestem Pani wdzięczny za podpowiedź.

– Rozumiem – szepnęła cicho. Jej głos, podobnie jak Tygrysicy, był lodowaty. – Ale to i tak byłoby z twojej strony dużym poświęceniem. Mam nadzieję, że Tygrysica wprowadziła cię w nasz układ, a jeśli nie, to na pewno to zrobi. Szybkiego powrotu do zdrowia, Smoczy Wojowniku.

Po nawet nie zdążył mrugnąć, a jej już nie było.

Po pięciu dniach od momentu przebudzenia zauważył, że w dużej mierze odzyskał już siły i nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie wstanie z łóżka, bo miał dość gapienia się na białe i kremowe ściany, okna zasłonięte bordowymi kotarami, brązowe meble i karmelowe podłogi oraz niezliczoną liczbę odwiedzających jego pokój. Znudziła mu się również złota, satynowa pościel pokrywająca lekką i miękką kołdrę oraz solidne poduszki, które idealnie dopasowały się do jego gabarytów.

Poza tym irytowało go to, że nawet do korzystania z łazienki potrzebuje pomocników, którzy go noszą i pilnują w środku, żeby nie stała mu się krzywda. Najgorsze było jednak to, że kiedy był jeszcze bardzo słaby i bywały takie chwile, że nie mógł mówić pełnymi zdaniami, krawcowa ze Żmiją wpadły na pomysł, żeby ubrać go w jakiś chabrowy strój ze złotymi wzorami smoka oraz złotą lamówką na kołnierzu i przy rękawach ze spodniami do kompletu.

Może strój nie wyglądał źle i nawet mu się podobał, ale nie akceptował sposobu w jaki go w niego wcisnęły. Nie lubił też być karmiony, bo prawie wszyscy, którzy się do tego zgłaszali, komentowali, ile to on misek zupy zjadł, a od poprzedniego dnia liczyli także pochłoniętą przez niego ilość pierogów. Jedynie Tygrysica nie wydziwiała jego nawyków żywieniowych ani nie krytykowała, gdy prosił ją o dokładkę.

Na opuszczanie łóżka pozwolenie dostał dopiero tydzień po przebudzeniu. Czuł też, że nadszedł odpowiedni moment na to, żeby porozmawiać poważnie z Tygrysicą, zwłaszcza, że wyczerpali już wszelkie neutralne tematy, jakie mogli poruszyć. Ona przedstawiła mu swoje dwa tygodnie, a Po opowiedział jej o swoich przeżyciach z sacrum i o esencji Bohaterskiego Chi.

Bezceremonialnie usiadł na skraju łóżka i postawił stopy na ziemi.

– Co ty wyprawiasz? – zapytała go momentalnie Tygrysica, szybko stanęła przed nim z rękami gotowymi go złapać.

– Wstaję – odparł tak po prostu. – Słyszałaś lekarza, mogę, a tak się składa, że mam ochotę na spacer – oznajmił.

Tygrysica odchyliła głowę do tyłu, gestem jakby uderzała o ścianę.

– W takim razie pójdę z tobą.

Ze względu na swój plan, Po nie próbował nawet protestować, obawiając się, że przystanie na jego samotne pałętanie się po zamku.

– A zatem ruszajmy – wstał i wskazał ręką, żeby poszła pierwsza.

Przez moment, po opuszczeniu łóżka, zrobiło mu się ciemno przed oczami, ale nie dał jej tej satysfakcji i chwiejnym krokiem udał się w stronę drzwi. W milczeniu przeszli korytarz i zeszli po schodach. Na parterze przy wielkich oknach i kolumnach Po udał, że musi odpocząć i się zatrzymał.

– W porządku? – pytała z troską Tygrysica.

– Tak, tak, nie martw się – zapewnił ją.

– Jeśli chcesz, to zaniosę cię z powrotem do pokoju i położę do łóżka – zaproponowała.

– Nie, nie, nie trzeba – zaoponował, opierając się o szybę okna.

– Jak sobie życzysz – mruknęła chłodno.

– Możemy pogadać? – zaczął, bawiąc się nerwowo palcami.

– Przecież rozmawiamy – odparła bez emocji.

– Tak, tylko… ach, – westchnął – nie wiem, może weźmiesz mnie za wariata, ale, kiedy byłem nieprzytomny, słyszałem głosy, a konkretnie to rozpoznawałem tam tylko twój – oznajmił.

– Już to kiedyś słyszałam – stwierdziła Tygrysica, przechylając głowę na lewo.

– Wydaje mi się, że ja też kiedyś coś takiego przeżyłem – zgodził się z nią.

– I co słyszałeś? – zapytała zaintrygowana.

– Rozmowy, różne rozmowy – powiedział z zamyśleniem.

– Jakie? – Tygrysica podeszła do niego i ich twarze dzieliły milimetry.

– Słyszałem, jak się o mnie martwisz i… – zatrzymał się. – Powiedziałaś coś niewiarygodnego i nie jestem pewny, czy to nie były omamy – dodał poważnie.

– Co powiedziałam? – niecierpliwiła się.

– Kochasz mnie? – zmienił taktykę.

– A ty? – spojrzała mu w oczy.

– A jeśli tak, to co wtedy? Chciałabyś jeszcze po tym wszystkim spróbować od nowa?

– A ty? – odpowiedziała pytaniem, a Po nerwowo westchnął.

– W ten sposób to do niczego nie prowadzi – rzucił. – Jeżeli tak to ma wyglądać, ja się staram, a i tak na końcu obrywam, a ty grasz i nawet nie wiesz, co czujesz, to nie ma dla nas przyszłości.

– Starasz się? A co z Dianą? – spojrzała na niego intensywnie.

– Z Dianą nic, to tylko przyjaciółka. Jest pomiędzy nami coś, ale to sprawka Jin-Yu, który jest we mnie i ma połączenie z jej mocą i naszyjnikiem. To dlatego się pocałowaliśmy, ale to nie ma większego znaczenia, rozumiesz? – Po raz pierwszy od dawna naprawdę poczuł się lżej i nie chodziło tu o jego stracone kilogramy, ale o to, że wreszcie miał szansę jej to wyjaśnić.

– A więc to o to chodziło – wyszeptała sama do siebie Tygrysica.

– Tak, o to – zawtórował jej myślom.

– A więc? Chcesz spróbować? – tym razem to ona zadała to pytanie.

– Tylko wtedy jeśli ty też – odpowiedział poważnie.

– Ta rozmowa nie ma sensu, – stwierdziła – ale muszę przyznać, że

– Tak – oboje powiedzieli w tym samym czasie.

– Dokończ – zachęcił ją, zarumieniony i zawstydzony tym, że jej przerwał.

– Muszę przyznać, że cię kocham i chcę spróbować… jeszcze raz. Od nowa – zamrugała kilka razy. – Teraz ty.

– Kocham cię i nie wyobrażam sobie, żebyśmy nie spróbowali – wyjawił nerwowo.

– I co zamierzasz teraz zrobić? – zapytała z jarzącym się błyskiem w oku.

– Powiedzieć Shifu? – zażartował, przypominając sobie tę zeszłoroczną rozmowę.

– Potrzebujesz podpowiedzi? – włączyła się do jego gry.

– List do przyjaciela, jeśli można? – wzruszył ramionami. – Sądzę, że Modliszka opowie mi ze szczegółami, jak powinienem postąpić.

– Potrzebujesz do tego instrukcji, chyba mamy na myśli dwie zupełnie różne rzeczy – zauważyła z przekonaniem.

Po chwycił ją w pasie. – To nie ja umiem czytać w myślach – odparł. – Skąd mam wiedzieć, co ci teraz chodzi po głowie?

– I wzajemnie – mrugnęła, po czym oplotła rękami jego szyję i milimetrową dziurę wypełniła ognistym pocałunkiem.

Całowała go w taki sposób, jakby miało nie być jutra, jakby nie miała hamulców albo o nich zapomniała. Ogień i żar wypełniał ich ciała i dusze, języki walczyły ze sobą jak dwoje wojowników w walce na śmierć i życie, ręce Po błądziły po jej ciele, a Tygrysicy przyciskały go tak mocno, jakby próbowała połamać mu kark. Jej palce jednak mierzwiły mu futro na głowie i policzkach.

Przez ten brak opamiętania Po zapomniał o oddychaniu i przerwali dopiero, gdy Tygrysica zauważyła, że osuwa się on na podłogę i przed upadkiem chwyciła go za ramiona.


Nim Po się ocknął, Tygrysica momentalnie zaniosła go do jego pokoju. Gdy się obudził, była pierwszą osobą, którą zobaczył.

Uśmiechnęła się do niego. – Witamy z powrotem na Ziemi – powiedziała dowcipnie.

– Czy ta rozmowa i… – zawahał się. – Czy to był sen?

– A jak sądzisz? – przechyliła głowę. – Chcesz się znów w to bawić i tak bez końca? – uniosła brwi.

– Jeśli będzie trzeba? – odparł, po czym oboje zanieśli się gromkim śmiechem.

Tygrysica usiadła się na łóżku i spojrzała mu głęboko w oczy.

– Może czasami masz trochę nie po kolei w głowie, nie licząc już tych Smoków i nie wiadomo czego jeszcze, jednak tym razem to już nie był sen – wyszeptała mu w usta. – Kocham cię.

– I ja ciebie – powiedział lekko schrypniętym głosem, ponieważ był bliski płaczu. Wystarczyło mu jednak przypomnieć sobie słowa Mistrza Shifu.

„Nie becz" – skarcił go, gdy dotarli do miejsca narodzin Kung Fu.

Tygrysica pocałowała go kolejny raz, a do pokoju wpadła Diana i Piątka, składając gratulacje. Diana przeprosiła ich oboje za wszystko, a Po zastanawiała jeszcze jedna zagadkowa sprawa:

Co postanowiła Tygrysica?


No właśnie! Jak myślicie, co to takiego? Domyślacie się, co może się wydarzyć w następnym rozdziale? Jeśli tak, to napiszcie w komentarzach, zobaczymy, czy zgadniecie. Dziękuję wszystkim za czytanie rozdziału, liczę, że Wam się podobało.

Bądźcie cierpliwi

i

Zostawcie OPINIĘ! ;)