Dziękuję za komentarze :) Przepraszam za kolejną przerwę, ale „proces twórczy" jest trochę wydłużony przez betowanie (bardzo dziękuję Morwenie!).

Girl-with-dragontattoo cieszę się, że Ci się podoba. Całość ma 48 rozdziałów, także ciągle dużo przed nami :)

Rozdział 26

Przez kilka tygodni po rozmowie ze Snape'em, Harry, Ron i Hermiona przenosili się jeszcze parę razy, rozbijając obozy w różnych lasach. Harry stał się w tym czasie mistrzem w rzucaniu wokół namiotu zaklęć ukrywających, za to Ron albo był mniej zdolny, albo nie chciało mu się spróbować. Hermiona i Harry doszli do wniosku, że to w dużej mierze wina horkruksa. Nosili ciężki, srebrny medalion na zmianę, zdejmując go mniej więcej co sześć godzin. Ten, kto stał na warcie, nosił go dłużej, bo nikt nie chciał spać z horkruksem na szyi. Wystarczająco złe było noszenie go, gdy byli przytomni, a sny... Hermiona odkryła to jako pierwsza w noc, kiedy rozmawiała ze Snape'em. Zmusiła wtedy Harry'ego do wstania, wyciągnęła go z namiotu i padła na jego łóżko, by niemal natychmiast zasnąć. Zapewne było to spowodowane dużą ilością stresu i adrenaliny. Albo dlatego, że horkruks chciał, żeby zasnęła, chciał wśliznąć się do jej bezbronnego umysłu i znaleźć ukryte w nim sekrety.

W świetle dnia sny nie były przerażające: poplątane obrazy, w których widziała Mroczny Znak wypalony na własnym przedramieniu i wiedziała, że sama to wybrała, że zdradziła ich wszystkich. Wizje, w których Snape leżał torturowany przed nią, kiedy krzyczała, a Harry i Ron śmiali się. Okropne obrazy jałowej ziemi i poczerniałych drzew, zniszczonego i płonącego zamku... Przybycie do miejsca, w którym przebywali jej rodzice i otworzenie drzwi domu, by znaleźć ich pogrążonych w brudzie i odchodach... żywych, choć szalonych. Ale w ciemności pośród drzew sen zdawał się realny i sprawił, że obudziła się zdyszana i mokra od potu.

Zerwała się z jękiem i sięgnęła na ślepo po różdżkę, krzycząc:

- Lumos!

Ron usiadł na łóżku po przeciwnej stronie pokoju.

- Co? Tojużmoa zmiana?

Mimo widoku jego zupełnie normalnej twarzy, Hermiona niemal wrzasnęła. Kiedy próbowała wyjaśnić Ronowi, co się stało, kiedy wypluwała z siebie opis obrazów, mając nadzieję, że strach ustąpi dzięki dźwiękowi jej własnego głosu i obecności przyjaciela, poczuła - mogła przysiąc, że poczuła - jak medalion drga. Jakby się śmiał. Jakby się z niej naśmiewał. Zerwała łańcuszek z szyi.

- To przez to! Przez tę cholerną, okropną rzecz! - wyszlochała i rzuciła naszyjnikiem przez pomieszczenie. Ron podniósł go i przełożył przez głowę. Podszedł od niej i usiadł na krawędzi łóżka.

- Już w porządku, Hermiono – powiedział nerwowo. – To tylko sen.

- Nie, to nie był tylko sen. Jest wojna, Ron! Prawie nas dzisiaj zabito. A teraz siedzimy w namiocie w środku lasu, chowając się jak... jak gryzonie.

- Jak gryzonie? - Ron uniósł brew.

- Kryjówki gryzoni - powiedziała trochę nieśmiało. - Wiesz, przed sowami i tak dalej?

Ron zaczął chichotać, chociaż próbował zamaskować to atakiem kaszlu.

- Wiem, że to brzmi zabawnie. Ale śniłam... Ron... - powiedziała i poczuła spływające po policzku gorące łzy. – Śniło mi się, że umierałam. Śniłam, że Snape nas znalazł i... – Nie mogła dokończyć.

- Cii... - mruknął Ron i ją przytulił. Rozbawienie znikło z jego twarzy. - Już w porządku. Jesteś bezpieczna. Snape cię tu nie znajdzie. Jesteś genialna, pamiętasz? Zabezpieczyłaś nas tak, że nikt nie może nas znaleźć. Teraz to się wydaje okropne, ale sny się rozwiewają. Zawsze.

- To ten horkruks - załkała. – Czuję, jakby mnie zjadał, jakby pożerał moje serce.

Ron złapał medalion dwoma palcami i skrzywił się.

- Jest paskudny, przyznaję. Ale będę nosił go do rana, Hermiono. Nie martw się. Chcesz herbaty?

- Nie. Nie zapakowałam herbaty, kiedy opuszczaliśmy Grimmauld Place. Śpij. Nic mi nie będzie. Tak jak powiedziałeś: to tylko sen.

- Mogę z tobą chwilę posiedzieć, jeśli chcesz – powiedział, ziewając.

- Nie. Przepraszam, że cię obudziłam. Musimy spać tak długo, jak tylko się da. – Położyła się, aby zachęcić go do zrobienia tego samego.

Hermiona była przekonana, że tej nocy już nie zaśnie i zaskoczyło ją to, że o ósmej obudził ją Harry kończący wartę. Zamrugała, patrząc na niego.

- Wylegujesz się? – zapytał, uśmiechając się. Rzadko spała dłużej niż do szóstej.

Również się uśmiechnęła, przecierając oczy.

- Powinieneś to powiedzieć Ronowi. Przespał większość nocy, a ja w sumie jakieś cztery godziny.

Ron usiadł, blady i zaspany. Jego oczy były ciemne i podkrążone i Hermiona zastanawiała się, czy teraz jej wierzy. Ta rzecz... dopadała cię we śnie.

- Spałbym lepiej, gdyby Hermiona była cicho - powiedział nieprzyjemnie.

- Przepraszam – popatrzyła na niego z ciekawością. W nocy był bardzo miły. Bełkoczący, ale miły.

- Nieważne. Jak to dziewczyna, ryczy o byle głupstwo. – Nie ruszył się. Wciąż siedział ciasno owinięty kocem, jakby się trząsł. Jakby, być może, sam płakał.

- Oddaj mi horkruksa - powiedziała Hermiona, wyciągając niepewnie rękę, tak jak do nieznajomego psa.

- Nie. Nie chcę więcej słyszeć o cholernym horkruksie. To tylko kawałek metalu, Hermiono.

Dziewczyna popatrzyła na Harry'ego, próbując zmusić go wzrokiem do wzięcia medalionu.

- Teraz moja kolej, chłopie. Dawaj go – powiedział Harry.

- Nie wiem, w czym problem – burknął Ron, ale podał naszyjnik.

Harry założył go na szyję, patrząc przepraszająco na Hermionę. Tym samym zaczął cykl. Sześć bezsennych godzin naraz, chyba że noszący stawał się nie do zniesienia. To było trochę problematyczne, jako że dana osoba stawała się bardziej uparta i niechętna do oddania medalionu. Ron zdawał się być szczególnie podatny na jego wpływy. Hermiona bała się myśleć, o czym mógł śnić.

Trwała jesień i cierpliwość stała się tak samo wątła jak oni sami. Bluza Harry'ego zwisała na jego wąskiej klatce piersiowej, a Hermiona, chociaż nie miała powodu, by zerkać w lustro, wiedziała, że minęła etap smukłości i stała się po prostu chuda. Zmartwienia i stres zostawiły po sobie ślad. Kiedy złapała się na tej myśli, zauważyła, że z trudem się rozpoznaje.

Poranek w dniu jej urodzin był chłodny i wilgotny. Miała wartę wieczorem, więc spała bez horkruksa prawie siedem godzin. Kiedy się obudziła, była niemal radosna. Wstała i założyła dżinsy.

- Chłoszczyść - mruknęła, wskazując różdżką na ubrania. To był dobry znak. Od dawna nie zawracała sobie głowy czyszczeniem ubrań. Wsunęła fiolkę Vita Secundus do kieszeni, związała włosy w węzeł i wyszła z namiotu. Harry i Ron siedzieli na ziemi plecami do niej, pochyleni nad kawałkiem pergaminu.

- Dzień dobry – powiedziała, a oni unieśli głowy. Ron złożył pergamin. Z niepokojem zauważyła, że to on nosił medalion. Miał poranną wartę. – Co robicie?

- Nic – odparł Ron.

Harry spojrzał na nią i przewrócił oczami.

- Mapa - powiedział. – Sprawdzamy Ginny i Lavender.

- Mogę popatrzeć? – zapytała, siadając obok przyjaciela.

Rozłożył przed nią mapę, a ona wygładziła ją palcami. Obserwowała znajome korytarze Hogwartu i przez chwilę wyobrażała sobie, że widzi gładkie, kamienne ściany, zbroje, portrety...

- Co ci zależy, Hermiono? – burknął Ron. – Przecież nikogo tam nie zostawiłaś.

- Hogwart był też moim domem, Ron – odparła cicho.

Harry ukradkiem pogłaskał ją nad mapą. Ron wstał nagle i wszedł do namiotu.

- Przepraszam, jeśli w czymś przeszkodziłam – powiedziała do Harry'ego.

- Nie przeszkodziłaś. Wiesz, jaki on jest, kiedy nosi tę rzecz. I wszyscy jesteśmy zmęczeni. Tutaj... Popatrz.

Hermiona spojrzała na kropkę opisaną imieniem Ginny. Poruszała się powoli po dormitorium dziewcząt z szóstego roku. Warstwę wyżej była nieruchoma kropka Lavender. Obok niej również nieruchoma kropka Parvati. Zawsze długo spały w niedziele, pomyślała tęsknie Hermiona. Ciekawe, czy moje łóżko nadal tam stoi. Ciekawe, czy Lavender zastanawiała się, gdzie jesteśmy. Ciekawe, czy w ogóle o nas myślą.

- Chciałabym zobaczyć inne piętra – powiedziała, a Harry złożył mapę, pogłębiając obraz zamku.

- Klasa transmutacji – mruknęła – i zaklęć... Mogę zajrzeć do Wielkiej Sali?

Harry zgiął pergamin.

- Nie lubię na to patrzeć – powiedział gorzko. - Snape na miejscu Dumbledore'a... Cholerny zdrajca. - Przerwał i spojrzał na mapę. – Musiałeś go zabić, żeby zająć to miejsce, ty sukinsynu.

Kropka Snape'a faktycznie znajdowała się u szczytu stołu nauczycieli. Po jego lewej stronie siedział Amycus Carrow, po prawej profesor Sinistra.

Hermiona popatrzyła spokojnie na przyjaciela. Wzięła głęboki oddech. Czuła siłę. Może dzisiaj był dzień, na który czekała. Były jej urodziny; minął rok od chwili, kiedy przyrzekła lojalność Snape'owi.

- Nie sądzisz, że to dziwne, że nie przyszedł po nas na Grimmauld Place? Śmierciożercy wiedzieli, że tam jesteśmy. Stali na zewnątrz, patrząc na ten dom każdego dnia. A profesor Snape był strażnikiem tajemnicy, tak jak my. Dlaczego im nie powiedział?

- Profesor Snape?

- Snape, profesor Snape, to bez różnicy. Mógł po nas przyjść, a tego nie zrobił.

- Bo wiedział, że to miejsce zostanie zabezpieczone na wypadek jego ataku! Wiedział, że nie zostawimy drzwi szeroko otwartych...

- Ale nawet nie próbował!

- Skąd wiesz? Może uroki go odstraszyły. Może bał się tego, co jeszcze może tam znaleźć. Poza tym jestem pewien, że był zbyt zajęty meblowaniem swojego nowego gabinetu, żeby o nas myśleć.

- Naprawdę w to wierzysz? Że po prostu nie chciał się męczyć? Kiedy mógłby przyprowadzić słynnego Harry'ego Pottera przed oblicze swego „pana"?

- Hermiono, byłem wystarczająco miły, bo nie powiedziałem tego, kiedy Snape zamordował Dumbledore'a, ale skoro upierasz się, żeby ciągnąć tę dyskusję po raz kolejny...

Przygryzła wargę. A więc jednak nie dzisiaj.

- Masz rację... Przepraszam, Harry. Po prostu głośno myślałam. Nie chciałam sugerować...

Harry złagodniał.

- W porządku. Nie powinienem był się tak do ciebie odzywać. Wiem, że czujesz się okropnie w związku z jego śmiercią.

Hermiona spuściła wzrok i zajęła się składaniem mapy.

- Myślę, że powinniśmy wracać do środka.

- I zmierzyć się z Ronem? – zapytał Harry z nieśmiałym pół-uśmiechem na wargach.

- Nie było przymrozku – odparła. – Może znajdę jakieś jagody. Pójdę poszukać. Zobacz, czy możesz mu zabrać ten pieprzony medalion, a ja spróbuję przynieść jakieś jedzenie.

Hermiona rzuciła na siebie zaklęcie kameleona i wyszła z kręgu zaklęć ochronnych. Przeszła pięć kroków i zaznaczyła różdżką na drzewie czerwony X. Bez tego nie mogłaby wrócić do chłopców. Kiedy była poza ich ochronnym kręgiem, nie mogła ani zobaczyć, ani usłyszeć tego, co działo się w środku. Hermiona była jedyną osobą z ich trójki, która wychodziła szukać jedzenia. Ron nie uznawał nic znalezionego w lesie za warte zjedzenia, a wysyłanie Harry'ego było zbyt niebezpieczne. Jeśli ona by nie wróciła... Cóż, mogliby poradzić sobie bez niej. Ale jeśli Harry wyszedłby i nie wrócił... To po prostu nie może się zdarzyć.

Liczyła kroki, wpatrując się w leśne poszycie. Dwadzieścia pięć kroków na wschód, gdzie las stawał się gęstszy. Zaklęła cicho, kiedy w poszukiwaniu ostatnich jagód weszła w ciernie. Większość tego, co pozostało, było zjadane przez ptaki. Część owoców, które znalazła, była pomarszczona, ale zbierała wszystko, zadowolona, że po przejściu czterdziestu pięciu kroków udało jej się znaleźć kilka malin przeoczonych przez zwierzęta. Odwróciła się na południe i szła wzdłuż skarpy.

Trzydzieści kroków do rzeki. Za pomocą Accio złowiła dwa niewielkie łososie. Skrzywiła się, kiedy wpadły w jej dłonie. Ogłuszyła je i położyła na ziemi. Wyczarowała duży bukłak i wypełniła go wodą. Wzięła łososie i odwróciła się w stronę lasu. Trzydzieści kroków na północ. Czterdzieści pięć do obozu.

Na moment zamarła w przerażeniu, bo nie mogła dostrzec oznaczonego drzewa. Panika spowodowała, że ścisnęło jej się gardło i poczuła ochotę, aby pobiec w pierwszym kierunku, jaki wydawał się prawdopodobny. Spokojnie, Hermiono. Myśl. Nie możesz być dalej niż czterdzieści pięć kroków w złą stronę. Wróć nad rzekę i spróbuj jeszcze raz. Czterdzieści pięć kroków. Czterdzieści pięć kroków? Rozważyła, czy nie lepiej zacząć krzyczeć z nadzieją, że któryś z chłopców po nią przyjdzie. Czterdzieści pięć kroków między nią a bezpieczeństwem.

Nagle usłyszała w umyśle głos Rona: Jesteś czarownicą czy nie? Nagle jej oddech zwolnił i poczuła wdzięczność, że przyjaciel bywał tak złośliwy. To przynajmniej jej pomoże wrócić. Położyła różdżkę płasko na dłoni.

- Wskaż mi - powiedziała wyraźnie. Różdżka obróciła się na jej dłoni i wskazała na drzewo zaledwie kilka stóp dalej. Było dokładnie przed nią. Merlinie, pomyślała. Jeszcze nie ma nawet śniadania, a ja już się rozpadam na kawałki.

- Wróciłam! - zawołała i czekała, aż jeden z chłopców wyjdzie, aby pomóc jej przejść przez osłony. Po chwili zobaczyła ramię Rona. Zrezygnowała z prób samodzielnego wejścia. Kiedyś wpadła prosto na ścianę namiotu, niemal zgniatając Harry'ego, który spał w środku. Usunęła znak z drzewa, złapała rękę przyjaciela i weszła do środka kręgu.

Ron spojrzał na ogłuszone ryby, które niosła, i westchnął.

- Nie ma co narzekać – powiedziała tak radośnie, jak mogła. – Przynajmniej jest tego wystarczająco dużo. - Weszła do namiotu i położyła ryby na blacie w kąciku kuchennym. - Tu masz wodę. Możemy użyć część do mycia, a część do picia.

- Jasne, mamo – odparł, chociaż brzmiał trochę lepiej, niż kiedy nosił horkruksa.

Hermiona za pomocą zaklęć oczyściła ryby i pozbawiła je ości, a następnie rzuciła na patelnię. Jeszcze nie radziła sobie całkiem z zaklęciami kuchennymi - nigdy nie mogła ich używać w domu, a nie potrzebowała ich w Hogwarcie. Zdawała sobie z tego sprawę i niesamowicie ją frustrowało, że najwyraźniej nie miała ręki do gotowania. Czym niby zaklęcia kuchenne różnią się od innych? myślała ze złością. Mogę się pojedynkować, a nie potrafię gotować? Stuknęła różdżką w patelnię, rozniecając pod nią ogień.

Umyła jagody w płytkim zlewie i rozdzieliła je na trzy talerze. Spojrzała na patelnię dopiero, kiedy poczuła zapach spalenizny. Ryby z jednej strony były przypalone, a z drugiej wyglądały na surowe. Cholera. Za pomocą różdżki odwróciła je, mając nadzieję, że wciąż są jadalne.

o-o-o

Siedzieli w milczeniu, żując zwęgloną rybę.

- Więc co teraz? - zapytał w końcu Ron, a Hermiona ścisnęła nasadę nosa. Ten temat pojawiał się prawie codziennie. Odpowiedź nigdy się nie zmieniała, a jednak wydawało się niemożliwe jej nie mieć. Któreś z nich zaczynało temat, a pozostali przyznawali, że nic genialnego nie wpadło im w nocy do głowy. Mimo że przeczytała książkę o horkruksach jakieś dwadzieścia razy - większość „Sekretów Czarnej Magii" znała na pamięć - nie byli ani trochę bliżej znalezienia kolejnych horkruksów albo zniszczenia tego, który mieli. Nie znalazła też nic nowego w książce, którą zostawił jej Dumbledore. Wiedziała, że musi omijać coś oczywistego, ale "Baśnie Barda Beedla" nie odkrywały przed nią nic więcej niż dziecięce opowiastki.

Tym musieli się zająć. Nie złościł jej Harry - wiedziała, że był tak samo sfrustrowany jak ona i Ron. Prawdę mówiąc, osobą, na którą naprawdę się wściekała, był Dumbledore. Co on sobie myślał, wysyłając ich troje w świat jedynie ze starym zniczem, wygaszaczem i książką z bajkami; bez żadnego planu, jak zdobyć horkruksy? Czy naprawdę tak ciężko było zasugerować, jak je zniszczyć, podpowiedzieć, gdzie mogą być? Dla niej wyglądało to tak, jakby starzec celowo nie wyjaśniał ważnych rzeczy. A kiedy pomyślała, jak rozmawiał ze Snape'em... O co go oskarżał... Żółć narastała jej w gardle. Miała nadzieję, że będzie mogła pewnego dnia stanąć przed portretem i powiedzieć byłemu dyrektorowi, co dokładnie o nim sądzi.

Popołudnie było nudne. Harry dał jej medalion zaraz po dwunastej i oboje z Ronem ucięli sobie drzemkę. Hermiona wzięła książki i torebkę i usiadła na zatęchłym fotelu w największym pokoju namiotu. Miała mglistą nadzieję, że Snape się odezwie. Wiedziała, że to nieracjonalne – a nawet gdyby, co mógłby powiedzieć? Mimo to nie mogła przestać o nim myśleć. Nie powiedział nic o tym, co dzieje się w Hogwarcie, i zaczęła się martwić o jego stan umysłu. Ten mężczyzna był bardziej niezniszczalny niż ktokolwiek inny, ale to musiało być okropne: żyć pod okiem Dumbledore'a, nienawidzony przez wszystkich. Jego życie było tylko długą pantomimą, a on jedynym aktorem.

Pomyślała o ich ostatniej rozmowie. Wtedy wydawało jej się to pełne nadziei – ten ich sojusz przeciwko Dumbledore'owi - i wierzyła, że on również czerpał z tego siłę. Były pewne niemożliwe do nazwania właściwości w ich wymianie zdań, które przypominały jej o ich zimowych lekcjach. Rodzaj koleżeńskich, miłych złośliwości, za którymi tęskniła. I wydawało się jej też, że w tej oficjalności była niewypowiedziana wzajemna obietnica bronienia ich związku przed dostrzeżeniem i pogardą. To była sprawa priorytetowa, razem z ich obowiązkami, a w pewnym sensie, jaki ledwie mogła sformułować, to miejsce było ważne i upewniało ją w tym.

Chciałaby mieć przy sobie mapę Harry'ego. Miło byłoby zobaczyć, co robi Snape, nawet jeśli po prostu siedział w gabinecie. Mogłaby przycisnąć palce do jego kropki, jakby kładła rękę na jego piersi i nikt nie widziałby jej ani nie przypominał świętoszkowato, że Snape zamordował Dumbledore'a. Była tego w pełni świadoma, dziękuję bardzo.

A jeśli mowa o tych, którzy są zbyt pewni własnych osądów, co, na Merlina, miał na myśli Dumbledore, kiedy pytał Snape'a o jego patronusa? To wyraźnie było związane z mamą Harry'ego, bo Dumbledore powiedział tylko, że był pewien, iż Snape nigdy nikogo innego nie pokocha. Cokolwiek myślała o tej dziwnej wiadomości, jej serce przyspieszało, a palce drżały. To nie tak, że myślała, że nigdy nie dbał o nikogo innego oprócz niej, ale...

Jej umysł próbował odkryć znaczenie patronusa. Przypomniała sobie dawną rozmowę, w której Harry wspomniał, że patronus Tonks się zmienił... Zmienił się w wilka... Zmienił się, bo pokochała Lupina. Czy Dumbledore chciał widzieć patronusa, który w jakiś sposób odzwierciedlał Lily Potter? A jeśli tak... cóż, z pewnością był usatysfakcjonowany tym, co zobaczył. Z roztargnieniem przesuwała palcami po srebrnym medalionie wiszącym na jej szyi. Czy to znaczyło, że Snape wciąż kochał Lily Potter? Czy to możliwe, że to wszystko naprawdę było dla Harry'ego? Że było spowodowane jakimś dziwnym, pokręconym poświęceniem dla martwej kobiety? Czy była jedynie kolejnym pionkiem w psychologicznej grze między Dumbledore'em a Voldemortem? Snape użył jej do ochrony Harry'ego?

Powoli wypełniało ją przeświadczenie, że została oszukana, że Snape po prostu dążył do utrzymania Harry'ego przy życiu. Uczucie palącej pewności zdawało się płynąć z jej krwią prosto do serca. Czyż sam tego nie mówił? Przypomniała sobie jego słowa. Potter, głupia dziewczyno! To wszystko dla Pottera... Przypominasz sobie z pewnością, że jesteśmy małżeństwem z jakiegoś powodu... Twoim zadaniem jest pilnowanie Pottera...

Nienawiść do samej siebie wybuchła, szybko i boleśnie, pod jej skórą. Wstyd. Nigdy nie zechciałby jej... Dlaczego w ogóle tak myślała? W którymś momencie źle go zrozumiała i wszystko poplątała. Och, jakby się śmiał, gdyby wiedział. Śmiałby się, a Dumbledore powiedziałby: „Mówiłem ci, Severusie. Młode dziewczęta są podatne na tego typu nonsensy...".

Wstała z determinacją i odwróciła się w stronę wyjścia z namiotu. Odchodzi. To i tak nie miało sensu. Nie mieli planu i już była zmęczona udawaniem, że jest inaczej. Pojedzie do Australii i odnajdzie rodziców. Kiedy usunie urok, odłoży różdżkę i zapomni o tych spiskujących czarodziejach, ich niemożliwych planach, z góry przegranych wojnach...

Ale najpierw powinna zdjąć ten obrzydliwy naszyjnik. Niech Harry i Ron sobie z nim radzą, jeśli chcą. Nie chciała mieć więcej nic wspólnego z działaniami starców i chłopców, dla których najwyraźniej była czymś mniej niż człowiekiem, czymś, co mogli wykorzystywać do osiągania własnych celów...

Złapała medalion i spróbowała przełożyć łańcuszek przez głowę, ale nagle stał się bardzo ciężki. Ścisnęła go mocniej i spróbowała poruszyć. Cholerna rzecz sprawiała wrażenie, jakby się do niej przykleiła i chyba stawała się znacznie cieplejsza.

Wcisnęła paznokcie pod wisior, ale metal nie poruszył się. Zdawał się topić, jakby chcąc wypalić sobie drogę do jej ciała.

- Harry! – krzyknęła. Nic się nie stało. Nic się nie stało, bo oni już odeszli. Jakoś się wyśliznęli... może pod zaklęciem kameleona przeszli tuż przed jej nosem, wierząc że jej kujoński wiem-to-wszystko nos będzie wciśnięty w książki jak zawsze. Teraz zostawili ją samą, samą w lesie, samą, na pastwę tej potwornej rzeczy...

- Co się dzieje? Hermiono!

Harry tam był, ale to nie był Harry, tylko Voldemort pod postacią Harry'ego i przyszedł po nią wreszcie, przyszedł pokazać jej dokładnie, co Czarny Pan robi z bezwartościowymi, małymi szlamami takimi jak ona. Zamierzał ją spalić i zjeść i właśnie na to zasługiwała.

Następnym, co widziała, był Harry zdejmujący jej naszyjnik przez głowę.

- Hermiono!

Była na tym samym fotelu, na którym usiadła z książkami, ale już dawno zrobiło się ciemno. Jedyne światło w pokoju pochodziło z różdżki Harry'ego. Dzień minął, podczas gdy ona błądziła w szalonym świecie stworzonym przez horkruks. Nosiła go przez niemal dziesięć godzin. Nie mogła powiedzieć, czy zasnęła, czy zwyczajnie śniła na jawie. Chociaż irytujące, koszmarne wrażenia zniknęły, wciąż doskonale pamiętała, co widziała.

- Co do diabła? - powiedział Ron, który również wyszedł z sypialni.

Hermiona ledwie mówiła.

- Horkruks... Nie jestem pewna, ale chyba zasnęłam...

- Merlinie... Hermiono, na śmierć mnie wystraszyłaś - mruknął Ron lekceważąco.

- Nikt nie będzie nosił tego więcej niż trzy godziny pod rząd – zarządził nagle Harry. Był blady, a jego źrenice były bardzo rozszerzone. – Hermiono... Kiedy próbowałem to z ciebie zdjąć... to przylgnęło. Ja... Bałem się przez chwilę, że będę musiał to wyciąć z twojego ciała. Czułem, jakby to ważyło tonę, a ty... Ty nie spałaś. Przynajmniej nie w takim sensie, jaki znam.

Zadrżała. Ale to uczucie już się cofało. Harry jej wierzył. To było szalone, ale Harry jej wierzył.

Ron wyrwał naszyjnik z dłoni Harry'ego i przyjrzał mu się w słabym świetle różdżki.

- Dla mnie wygląda normalnie – powiedział i założył go na szyję. – Z pewnością zasnęłaś, Hermiono. Wszyscy zasnęliśmy. I w sumie tak jest lepiej. Jeden dzień, który spędzimy, gapiąc się na ściany namiotu, mniej.

Harry i Hermiona nie odpowiedzieli.

- Jestem głodny – mruknął w końcu Ron. - Myślicie, że moglibyśmy złowić więcej...

- Zamknij się! - powiedział nagle Harry.

- Co? Nie jesteś głodny? – odparł ze zranioną niewinnością Ron.

- Słyszę kogoś!

Nikt nie odważył się oddychać, kiedy czekali, aby sprawdzić, czy osłony wytrzymają. Słyszeli kroki i chrzęst liści na zewnątrz, oraz ciche głosy, ale nikt nie podszedł bliżej namiotu, w którym siedzieli nieruchomo.

Hermiona wstała bezgłośnie i wyjęła z kieszeni różdżkę. Wskazała na torebkę i szepnęła

- Accio uszy dalekiego zasięgu. – Podała jedne Harry'emu i Ronowi, a drugie wsunęła do ucha. Ostrożnie podeszła do wejścia namiotu i przesunęła cielisty sznurek pod klapą. Przesuwając się na kolanach, chłopcy zrobili to samo. Przyciśnięci ramię do ramienia, słuchali.