Rozdział 26
- Hermiona! - zawołał. Zimne powietrze kłuło go w usta.
Nie obejrzała się. Brnęła w śniegu, który skrzypiał pod butami przy każdym kroku.
- Proszę! Zatrzymaj się!
Udawała, że nie słyszy, przypominając sobie kolejną piosenkę i mrucząc słowa pod nosem. Była w jakimś ciepłym pokoju, sama. Udawała, że nie zna Rona ani Harry'ego i że nigdy nie spotkała Draco. Zastanawiała się, czy udałoby jej się uwierzyć...
- Hermiona!
"W pokoju," myślała, "słucham sobie starej płyty ze strychu babci. Przyglądam się, jak kurz dryfuje w powietrzu. W rogu siedzi mały pająk... Podnoszę książkę z podłogi... To jakaś bajka... Śpiąca Królewna. Chcę zasnąć... Przespać cały dzień..."
- Hermiono, zatrzymaj się!
"Moje oczy powoli się zamykają." Pogrążona w myślach, szła dalej, przyspieszając. "Powoli zanurzam się w krainie snów, zakochuję się w jakimś księciu, tylko że on nie może mnie obudzić... nie może mnie obudzić..."
- Jeszcze jeden krok i, niech mnie szlag trafi, rzucę na ciebie klątwę! - wykrzyknął w końcu Draco, zirytowany, zziajany i zdesperowany.
Zamarła.
Draco wyszeptał ciche podziękowanie. To było mało uprzejme, ale podziałało.
Powoli odwróciła się do niego.
- Hermiono... Co mam powiedzieć? Cholera... - zawahał się. - Kocham cię! Kocham cię!
Hermiona spojrzała mu w oczy. Spojrzenie, które przeszywało na wylot. Poczuł, że słabnie z każdą sekundą milczenia. Wziął głęboki oddech, starając się nie stracić gruntu pod nogami i chcąc zapanować nad sytuacją.
- Aż tak bardzo? - zapytała w końcu, przerywając milczenie.
Skinął głową z wdzięcznością.
- Tak, tak bardzo. Tak bardzo, że aż boli...
Starała się uśmiechnąć, a przynajmniej tak mu się wydawało. Miał nadzieję, że tak było. Chciał zobaczyć jej uśmiech, nie ważne jak niewielki.
- Przykro mi, Draco... - zaczęła. - Nie mogę... Po prostu... już nie.
- Proszę - zaczął Draco, prawie się zachłystując.
Potrząsnęła głową i poszła dalej.
- Zajmiesz się nim? - powiedział w końcu Draco znużonym i przegranym głosem.
Spojrzała na niego.
- Czym mam się zająć? - zapytała.
- Moim sercem. Dałem ci je z własnej woli... może kiedyś pokochasz kogoś innego... ale.. na razie? Zajmiesz się nim? Ostatnią rzecz, jaką myślałem, że oddam, oddałem tobie.
Hermiona poczuła, że jej opanowanie poszło w diabły. Ręce jej się zaczęły znowu trząść i nie czuła już mrozu. Widziała tylko Draco i tę niewielką przestrzeń, która ich dzieliła. Ona też czuła się zraniona. Pomimo tych wszystkich słów, które mogły z miejscu zmiękczyć każdą dziewczynę, współpracy jej dwóch najlepszych przyjaciół, żeby naprawić to, co się stało... To wszystko dla niej, ale z jakiegoś powodu ból pozostał. Nie odezwała się. Poczuła, że po policzkach spływają jej łzy. Kapały na śnieg, na jej rękę. Znowu przejmowała się tym, co mówił.
- Proszę, nie płacz... - zaczął Draco, tym razem załamującym się głosem.
- Nie... nic nie mogę na to poradzić - wydukała. - Wybacz mi. Nie idź za mną, dobrze?
Draco znowu stał w tym samym miejscu, patrząc, jak odchodziła z jego sercem. W jakiś sposób wiedział... czuł swoje serce w Hermionie, złamane.
Hermiona szła, czując, że gorzkie łzy, które starała się powstrzymać od dnia, kiedy zobaczyła Draco i Pansy, w końcu nadeszły. Kogo to obchodziło, jaka była prawda? Wszystko, co wiedziała, to to, że brała udział w jakieś głupiej grze, w której raniono serca. Tkwiła pomiędzy Gryfonami i Ślizgonami, pomiędzy dwoma chłopcami i dodatkowo - Pansy.
A więc to takie uczucie, być zranionym przez kogoś, kogo się kocha. To nie to samo, co kłótnia z rodzicami lub przyjaciółmi, teraz związała się z kimś...
"Powinni ostrzegać: 'Może być powodem bólu'", pomyślała gorzko, idąc do zamku. Chciała być sama, ale gdzie? Nie chciała teraz nikogo widzieć, chyba każdy by się tak czuł...
Potrząsnęła głową - mogła sobie znaleźć tysiąc zajęć. Mogła czytać w bibliotece aż do zamknięcia, czytać w łóżku, aż wszyscy zasną, czytać, aż wzejdzie słońce. Rano mogła wymyślić jakąś głupią wymówkę, że miała okres albo migrenę, albo mogła znaleźć jakieś sprytne zaklęcie, które imitowało grypę, w końcu Fred i George potrafili podrabiać siniaki...
Znowu potrząsnęła głową. Co za koszmarny pomysł - czytanie! Jakby to mogło pomóc! Książki nigdy nie uśmierzą bólu, nigdy nie złagodzą uczucia, kiedy ktoś, o kimś myślałaś, że cię bardzo kocha, zranił cię. Wiedziała, że nie mogła nic na to poradzić.
"Jak mogłam być taka głupia?", myślała. "Wszyscy mówią, że jestem rozważna... Z drugiej strony jest takie powiedzenie - mądry we wszystkim, głupi w miłości... Na Merlina! A więc teraz jestem głupia, jeśli chodzi o miłość? Czy to zresztą w ogóle była miłość? A co, jeśli byłam zbyt zaślepiona? Nigdy nie miałam prawdziwego chłopaka... Byłam na kilku randkach... O, Boże, ale jestem głupia!"
Oczy Hermiony z powrotem napełniły się łzami, które zaczęły spływać po policzkach.
Ron i Harry wracali powoli do zamku, obydwaj milczący, dopóki Harry nie dostrzegł Draco stojącego samotnie kilkaset metrów przed nimi.
- Tylko mi nie mów...- zaczął Ron.
- Tak to wygląda - odpowiedział Harry. Nie wiedział, czy czuć radość czy smutek, bo wciąż strasznie ja kochał, ale wiedział, że płakała, gdziekolwiek była. Było oczywiste, że nic nie poszło tak, jak planowali. Zastanawiał się, czy będzie żałował wyboru, którego dokonał.
- Malfoy - odezwał się Ron.
Draco obrócił się z takim wyrazem twarzy, którego ani Ron ani Harry nie potrafili nazwać. Sarkazm? Pogarda? Ból? Czy on w ogóle odczuwał ból, skoro to on go głównie zadawał innym?
- Nie mówcie nic, co mogłoby mnie wkurzyć... - powiedział zmęczonym głosem.
- Wygląda na to, że się nie udało? - zapytał Ron.
- Zamknij się! - Draco wyciągnął różdżkę.
- Nic z tych rzeczy - powiedział głośno Harry. - Tak jakby to miało pomóc ci ją odzyskać!
Draco powoli schował różdżkę do kieszeni, ale ciągle obserwował Rona.
- Była zbyt... zraniona - wymamrotał w końcu. - Przeceniłem jej umiejętność przebaczania.
- Ona nie wybacza tak łatwo - powiedział Harry ponuro.
Draco skinął głową.
- Wiem.
Hermiona bezmyślnie grzebała w kieszeni płaszcza idąc w kierunku długiego, rozklekotanego mostu wiodącego na łąkę, okrężną drogę do zamku.
Nagle się zatrzymała. Czegoś brakowało. Zaczęła nerwowo przeszukiwać kieszenie. Zgubiła! Może wypadła... Tylko gdzie? Hermiona wróciła się po swoich śladach z mocno bijącym sercem.
"To tylko rzecz!" jakiś głos powtarzał w jej głowie, ale nie słuchała go. To miało wartość emocjonalną, musiała to znaleźć! Zaczęła grzebać w śniegu gołymi rękoma, serce jej waliło. Gdzie to jest? Gdzie to, do cholery, jest!
Nagle poczuła ostry ból w ręku. Na jej dłoni stał but. Spojrzał w górę.
Pansy.
Starała się wyrwać dłoń, ale każde szarpnięcie tylko zwiększało nacisk buta Pansy. Zebrała całą dobrą wolę, na jaką mogła się zdobyć.
- Zejdź z mojej ręki, proszę - powiedziała przez zaciśnięte zęby.
- Czego szukasz, kwiatuszku?
- Zejdź z mojej ręki i to nie twój interes.
- To musi być coś cennego, skoro tak kopiesz w śniegu - powiedziała z szyderstwem Pansy.
- Nie twój interes - powtórzyła Hermiona, znowu szarpiąc rękę. Pansy uśmiechnęła się spoglądając na nią z góry.
- Spróbuj się z tego wyplątać - powiedziała z kolejnym drwiącym uśmieszkiem.
Hermiona skinęła głową i wyciągnęła różdżkę z kieszeni.
- Accio śnieg!
Potężna ilość śniegu wylądowała na twarzy Pansy, która zaczęła parskać, straciła równowagę i wylądowała na tyłku w zimnym śniegu.
W oczach Hermiony zabłysnął tryumf.
- Prosiłam grzecznie, ale ty nie potrafisz się zachować.
Hermiona odwróciła się w kierunku mostu. Wtedy usłyszała coś za sobą. Pansy właśnie wyciągnęła różdżkę i wymierzyła w nią.
- Diffindo! - krzyknęła Pansy.
- Diffindo? - pomyślała Hermiona, - ale to przecież... - i jej płaszcz rozpadł się na dwie części, odsłaniając jej szkolne szaty i czarne, wełniane podkolanówki.
Zmarszczyła brwi i dostrzegła, że Pansy się uśmiecha. Ku swemu przerażeniu zobaczyła zamrożoną różę Draco, leżącą obok jej podartego płaszcza. Rzuciła się w jej kierunku.
- Accio róża! - Pansy trzymała ją w ręku. - Tyle dla ciebie znaczy? Ciekawe, czemu?... A! Draco ci ją dał, nieprawdaż? Nie zrozumiałaś? On jest mój! Widziałaś na własne oczy...
- Bierz go sobie, tylko oddaj mi to i możesz puszyć się przed swoimi kumplami - powiedziała Hermiona napiętym głosem.
Pansy uniosła brodę. Po chwili uniosła różę pod słońce. Przyjrzała jej się ze zmarszczonymi brwiami.
- Jak on to zrobił? Proszę, proszę, proszę... Draco był samolubny, nieprawdaż? Nie dał mi niczego takiego... Jak on to zrobił? Co to jest? Zamrożone?
- Oddaj mi! - powiedziała Hermiona, ściskając różdżkę.
- Spróbuj mi odebrać - powiedziała Pansy, obracając w palcach delikatnie oblodzona różę. Śmiała się teraz, drwiąc sobie z Hermiony.
Hermiona wiedział, czego Pansy chciała. Pansy chciała zobaczyć ją na kolanach, zapewniającą, że ona i Draco naprawdę byli dla siebie stworzeni. Pansy chciała ją ukarać za to, że była tak blisko z Draco. Ona nigdy nie zbliżyła się do jego serca na mniej niż sto metrów. Ale ona, Hermiona, miała wszystko.
- Wingardium Leviosa! - powiedziała nagle Pansy. Róża wzniosła się w powietrze, dryfując, tańcząc przed nią.
Oczy Hermiony rozszerzyły się. Jej serce zaczęło walić ze strachu o różę. Jeśli upadnie... Wszystko będzie w porządku, po prostu upadnie na śnieg, wyląduje miękko na śniegu... i w tej chwili róża minęła ją w locie, szybując w kierunku nie przykrytej śniegiem ziemi.
- Nie! - krzyknęła Hermiona.
Róża upadła na ziemię i rozbiła się na kawałki.
