Niewłaściwa osoba

Rozdział 26

Następny miesiąc przypominał ciszę przed burzą. Jednak on nie zauważył ani powoli zmieniającego barwę, złowrogo liliowego nieba, ani lecących nisko nad ziemią ptaków. W dalszym ciągu mieszkał u starszej pani, choć regularnie spotykał się i sypiał z Tomem, pozostawał chłopakiem i przyjacielem Teodora. Chciał coś zmienić, wybrać i podjąć słuszną decyzję, ale ilekroć próbował, ponownie coś dziwnego przytrafiało się Teodorowi, on sam stawał się względem niego opiekuńczy i zaborczy, a jego trudna do zdefiniowania relacja z Tomem przestawała być przesiąknięta i przygniatana widmem gwałtownego pożądania. Miewał nieodparte wrażenie, że jest z mężczyzną w prawdziwym, choć skomplikowanym i nieco niepokojącym związku.

Burza nadciągnęła znienacka i w dziwnie spokojny dzień; powietrze było chłodne i rześkie, topniał śnieg pokrywający chodniki i suche gałęzie drzew. Jasne słońce przedzierało się przez zamgloną biel nieba i wkradło do każdego zakątka ogromnego domu Teodora. Nawet sam kojec z martwym psem sprawiał wrażenie nienaturalnie nim oświetlonego.

Dotknął koca w kratę tworzącego duże zawiniątko. Chciał bezwiednie do niego zajrzeć, ale w ostatniej chwili uświadomił sobie obecność Teodora. Chłopak stał kilka kroków od niego i obserwował go w milczeniu.

– Możesz na nią spojrzeć – odezwał się Teodor. – Ja idę zapalić.

– W porządku.

Odczekał chwilę, aż niespokojne kroki Teodora zamilkną w kuchni. Sam nie wiedział, dlaczego poczuł tak nieodparte pragnienie zobaczenia martwego psa. Może potrzebował jakiegoś namacalnego dowodu, że wszystko to dzieje się naprawdę. Póki co wydawało się tak niesamowite, że przyglądał się z uwagą każdemu mijanemu przedmiotowi w domu Teodora i poszukiwał czegoś odstającego dla prawdziwej rzeczywistości, dowodu znajdowania się wewnątrz snu.

W końcu odchylił koc. Nora wyglądała na pogrążoną w potwornym śnie. Sztywne młode ciało o zmierzwionej sierści. Oczy przypominające dwie bezdenne czarne sadzawki. Najbardziej zszokowało go jednak lodowate zimno jej łap i boku. Choć wcześniej doznał już tego uczucia, głaszcząc zjawę czarnego kota, za pierwszym razem nie zrobiło na nim aż takiego wrażenia.

Tajemnica śmierci. Miał ochotę spytać: „To już naprawdę wszystko?". Jeszcze trzy dni wcześniej biegła chodnikiem ośnieżonej alei. Teodor żałował, że nie może zrobić jej zdjęcia.

– Została otruta przez niego. Wczoraj włamał się do domu po raz trzeci. – Teodor zapalił trzeciego lub czwartego papierosa. W przestronnej kuchni zaczynało cuchnąć jak w popielniczce. – Sam zresztą widziałeś, co zrobił.

– Poprzestawiał książki regałami.

– Bawi cię to?

Ścisnął mocniej kubek z herbatą i spojrzał na chłopaka opierającego się o blat. Odkąd przyjechał do niego pierwszym autobusem zaraz po jego telefonie, kilkukrotnie słyszał podobne wyrzuty. Gdyby nie wiedział, ile dla chłopaka znaczył ten przygarnięty z ulicy pies, dawno wybuchnąłby gniewem.

– Przestań tak mówić – powiedział. Wstał z krzesła i podszedł do Teodora. Gdy jednak chciał objąć go w pasie, został powstrzymany spojrzeniem. Poczuł uderzenie tamtego upokorzenia z ośrodka Św. Brutusa. Nawet Tom ani razu nie odtrącił go w taki sposób. – Nie mścij się na mnie za to, co się stało, Teo. Przecież wiesz, jak bardzo lubiłem Norę. Jako dziecko godzinami marzyłem o takim psie.

– Aż do dzisiaj sądziłeś, że odchodzę od pieprzonych zmysłów, nie ma żadnego włamywacza.

– Starałem się uwierzyć w te historie o włamaniach – odpowiedział szczerze. Spuścił wzrok i przesunął palcami po słoju blatu. Nie wiedział, co zrobić z dłońmi. Ich skóra wydawała się płonąć od upokorzenia jak jego kark. Powoli zaczynał rozumieć złość Teodora. – Ale prawdziwa wiara nie ma nic wspólnego ze staraniem się lub siłą woli.

Teodor prychnął.

Prychnięcie na chwilę całkowicie go obezwładniło. Nie mógł wydobyć z siebie ani słowa więcej. Patrząc na słoje ciemnego blatu, prawie poddał się złudzeniu, że z powrotem znalazł się pięć lat wcześniej, w kuchni swojego wujostwa. Gotował obiad pod czujnym wzrokiem ciotki, a ilekroć niewłaściwie odpowiedział na jakieś pytanie – a zazwyczaj odpowiadał niewłaściwie – w najlepszym wypadku ciotka albo wuj, niecierpliwiący się przy kuchennym stole, prychali ze wzgardą. W najgorszym wuj gwałtownie czerwieniał na twarzy i potrząsał nim jak szmacianą lalką.

W końcu podniósł wzrok na chłopaka. Złudzenie prysło. Wcale nie cofnął się w czasie o pięć lat. Nie stał w dusznej kuchni domu na Privet Drive 4 w Little Whinging. Nigdy więcej się już w niej nie znajdzie. Tak samo jak nigdy więcej nie będzie musiał znosić wzgardliwych prychnięć ciotki lub wuja. Żadnych prychnięć, obelg, potrzęsień, policzków, uderzeń pasem, dni bez obiadu i kolacji, godzin spędzonych w zamkniętej, pogrążonej w ciemności i ciszy komórce pod schodami – jedynej własnej przestrzeni, na którą zasługiwał w tamtym domu.

– Pomogę ci pochować Norę – powiedział w końcu. – Później wrócę do domu.

– Dobrze… Może pod brzostownicą. Lubiła latem odpoczywać w jej cieniu. – Teodor strzepał popiół do zlewu. Odwzajemnił jego spojrzenie. Coś musiało w nim pęknąć. Po raz pierwszy tego dnia w jego ciemnobrązowych oczach odbijało się prawdziwe przygnębienie i zmęczenie. – Słuchaj – nieoczekiwanie zmienił temat – nie powiedziałem ci o czymś wcześniej. Zniknęło twoje wypracowanie i zdjęcie.

– Nie zabrałem ich – odparł automatycznie.

– Wiem. On je ukradł.

Przygryzł policzek. Nie rozumiał, dlaczego Teodor tak mu się przyglądał. Badawczo. Wyczekująco. Z napięciem.

– Chodzi o to wypracowanie, które napisałem ci na angielski? Jakie zdjęcie? – Nie mógł skupić myśli, przypominały rój brzęczących czarnych much. – Jesteś pewien, że gdzieś ich nie zapodziałeś?

– Właśnie o to wypracowanie. Zdjęcie w kuchni. Gotowałeś kolację w szarym swetrze.

Gdyby nie wzmianka o swetrze, nie pamiętałby, o jakim zdjęciu mowa. Zawsze się złościł, gdy Teodor robił mu zdjęcia z ukrycia i zaskoczenia, ale wtedy niemal wpadł w bezsilną wściekłość.

Gotował w jasnoszarym rozciągniętym swetrze po starszym panu. Wydawał się blady, drobny, bezsilny. Wyglądał jak duch w połowie drogi do zaświatów. Na dodatek minę miał taką, jakby przyłapał Teodora nie chwilę przed zrobieniem mu zdjęcia, a ciśnięciem w nim aparatem.

– Powiedziałeś, że je usunąłeś. Nie dość, że tego nie zrobiłeś, to jeszcze je wywołałeś – powiedział ze złością.

– Miałem je usunąć, naprawdę miałem – westchnął Teodor. – Jestem pewien, że nie ma ich nigdzie w domu. Nazbierało mi się papierów na biurku i w szufladach. Sądził, że się nie zorientuję, jak zniknie wypracowanie lub jedno zdjęcie. Popełnił błąd.

– Może to nie błąd, a ostrzeżenie. Jakimś cudem dowiedział się, że napisałem ci to wypracowanie – zaczął po chwili milczenia. – Chciał dać ci do zrozumienia, że potrafi dowiedzieć się nawet o takich rzeczach. A ja niedługo zajmę miejsce Nory? Sam nie wiem.

Odwzajemniał spojrzenie Teodora. Wyobraził sobie, że właśnie jest nagrywany ukrytą kamerą, oglądany przez tysiące nieufnych, powątpiewających, wpatrzonych w ekrany telewizorów twarzy. W końcu chłopak zgasił papierosa w popielniczce, przyciągnął go do siebie i zamknął w ciasnym uścisku.

– Nie martw się. Skończę to. Nie wiem jeszcze jak, ale odpowie za śmierć Nory. odpowiedzieć.

Nie podobał mu się ten opętany niewidomą chęcią odwetu ton głosu, ale nie powiedział ani słowa.

Przynajmniej dwie rzeczy pozostawały pewne. Teodor jeszcze nie wiedział, jak zemści się na tajemniczym włamywaczu, ale zamierzał zrobić to na własną rękę – bez zgłaszania włamań i otrucia psa na policję.

Kiedy pochowali psa pod brzostownicą, coś gwałtownie zatrzepotało w koronie. Przez kilka sekund słychać było, jak trzęsą się ostatnie pociemniałe liście i gałęzie. Później wszystko nagle ucichło. W milczeniu rozglądali się za źródłem dźwięku, jednak nie natrafili na ptaka. Ogarnął go niepokój – zupełnie jakby to drobne zdarzenie było w rzeczywistości złą wróżbą. Zerknął na Teodora, ale chłopak ponownie utkwił nieczytelne spojrzenie w rozkopanej czarnej ziemi.

Rozłożysta, wznosząca się przy bramie brzostownica miała w sobie coś pięknego, szczególnie latem, z jej grą zieleni, światła i cieni, jednak niepokoiła go od samego początku. Choć nikt nie powiedział tego na głos, sądził, że to właśnie na jej gałęzi powiesiła się matka Teodora. Samobójstwo kobiety, nawet sposób, w jaki to zrobiła, żadna z tych rzeczy nie była owiana pilnie strzeżoną tajemnicą – w przeciwieństwie do tego, gdzie postanowiła odebrać sobie życie.

Ilekroć gospodyni Rosmerta przebywała w kuchni, nie wyglądała przez okno wychodzące na stare drzewo, a ilekroć już to robiła, zawsze stawała się odległa, przygnębiona i pogrążona w myślach. I on sam z czasem nauczył się unikać jawnego patrzenia lub nawet zerkania w jego kierunku. Raz, podczas pełni księżyca, zanim się obejrzał, spędził w oknie godzinę, obserwując, jak kołysze się na wietrze w półmroku, od czasu do czasu bezszelestnie upuszczając liście.

Naprawdę miał wrażenie, że to właśnie na nim zawisła matka Teodora, co więcej – nie tylko ona jedna. Przed nią musiał być ktoś jeszcze, może nawet dwie osoby. Wszyscy z jakiegoś powodu wybrali właśnie to miejsce, to drzewo, wystawione na widok publiczny jak pranie.

Gdy zatrzasnęła się za nim ciężka brama i wreszcie wymknął się od Teodora, poczuł ulgę. Nie potrafił okazać mu więcej zrozumienia. Po pochowaniu psa i powrocie do domu wciąż unosiło się między nimi niedopowiedzenie, którego obydwaj byli tak samo świadomi. Niepokoił się, że lada chwila chłopak może wypowiedzieć je na głos. „Co jeśli chodzi mu o ciebie, właśnie o ciebie?".

Nie wiedziałby, co odpowiedzieć. Najprawdopodobniej chodziło o niego od samego początku. Tom dobrze to sobie zaplanował. Takie powolne, przemyślane prześladowanie pasowało przede wszystkim do niego.

Minął kilka przystanków, nie zatrzymując się przy żadnym z nich. Choć powinien wrócić do domu starszej pani, bezwiednie szedł w kierunku eleganckiej dzielnicy Toma. Wydawało mu się, że idzie w nieskończoność. Dwukrotnie się zgubił, a miasto ciemniało jak podłoga, po której powierzchni rozlewa się plama gęstego granatowego atramentu, wnikająca w najmniejsze wgłębienia. Pogrążony we własnych myślach, na wpół zdawał sobie z tego sprawę, miał wrażenie, że mrugnął i nagle nastał wieczór.

W pewnej chwili uświadomił sobie, że podąża za nim jakiś mężczyzna. Obejrzał się na niego raz, potem drugi, ten wciąż za nim szedł. W obojętnej odległości, prawie jak przypadkowy przechodzień, akurat zmierzający w tym samym kierunku. Mijali jednak kolejne budynki, skrzyżowania, ulice i wciąż zmierzali do jednego miejsca, a mężczyzna nie odstępował go ani na krok, niczym cień.

Wiedział, po prostu wiedział, ale mimo tego nie zaczął biec, ani nawet nie przyśpieszył. Nie wszedł do jaśniejącego w półmroku sklepu spożywczego, w którym kręcili się ludzie i wisiał telefon, nie zatrzymał się na przystanku autobusowym razem z dwiema młodymi kobietami.

Powiew wieczornego listopadowego powietrza przyprawił go o dreszcze. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że jest mu przeraźliwie zimno; wychodząc z domu Teodora, nawet nie zapiął kurtki. Wcisnął głębiej dłonie w jej kieszenie i zdusił w sobie chęć odwrócenia się. I tak nie musiał tego robić – czuł, że ktoś wciąż za nim idzie.

Widząc zagajnik, przyśpieszył kroku i przeciął ulicę. Przez gęste drzewa przenikało wątłe światło oddalonej latarni. Nie zniechęciło go nawet to, że zagajnik okazał się parkiem – miejscem, w którym zamordowano go w jednym z jego dziwnych snów. Zaczął iść wolniej dopiero, gdy znalazł się na jego brukowanej ścieżce. Nie licząc niewielkich zwierząt ukrytych w mroku, wydawał się w nim jedyną żywą duszą.

Przez moment sądził, że mężczyzna odpuścił, jednak zaraz usłyszał podążające za nim niecierpliwe, niespokojne kroki. Wszystko mogło trwać nieco ponad minutę. Tamten nagle znalazł się za jego plecami, wyciągnął przed siebie dłoń o czterech krótkich, serdelkowatych palcach. On trzema błyskawicznymi ruchami rozsunął składany nóż, odwrócił się i szarpnął nim, wykonując gwałtowne cięcie. Ostrze nie napotkało żadnego oporu. W powietrze wzbiła się jednak strużka lśniącej szkarłatem w półmroku krwi i zaskoczona dłoń. Nim jeszcze opadła, wykonał kolejne cięcie. Przypominał jadowitego, wściekłego węża; nie dbał nawet o głębokość cięć.

Był na wpół świadomy tego, jak dokładnie wygląda mężczyzna. Niska, krępa sylwetka i przestraszona, mysia twarz – to wszystko, co zarejestrował. Nawet nie zwracał uwagi na więcej szczegółów. Chciał tylko ciąć, ciąć, ciąć. Pomyślał, że naprawdę zabije tego anonimowego mężczyznę, jeżeli jeszcze raz spróbuje pociągnąć go za kaptur i przewrócić na mokrą trawę.

Ale gdy zamachnął się jeszcze raz, tamten odskoczył od niego tak prędko, że stracił równowagę i upadł. Nie odezwał się ani słowem, tylko wrzasnął i dziwnie posapywał, jak leśne zwierzę zakleszczone we wnyku.

Przyjrzał mu się z obrzydzeniem. Jego przerażenie wprawiło go w taką samą wściekłość, jaką wywołałaby inna reakcja. Ktoś równie żałosny naprawdę chciał wziąć go siłą, na trawie, w środku listopada! Miał wrażenie, że jego krew pulsuje w ostrzu noża, jakby już stopili się w jedno ciało.

Mężczyzna musiał dobrze widzieć jego twarz, bo chwiejąc się i ściskając krwawiącą dłoń, wstał z chodnika i zaczął uciekać. Wkrótce zniknął w mroku.

Powolnym krokiem podążył za nim. Zanim opuścił park, przystanął i w świetle latarni przejrzał się w ostrzu noża. Upewnił się, że ma czystą twarz, po czym złożył nóż i schował do kieszeni w podpince kurtki.

Gdy znalazł się niedaleko domu Toma i dostrzegł już znajome, kołyszące się na wietrze wierzchołki cisów, poczuł obawę. Uświadomił sobie, że nawet nie wie, która jest godzina. Tom mógł przebywać poza domem, wciąż na uczelni albo na basenie, od dawna spać, gościć już kogoś innego i nie otworzyć mu drzwi…

Choć sam regularnie sypiał z Teodorem, nie wiedział, jak zniósłby to upokorzenie: widok obcego samochodu na podjeździe, widoczne z okna, palące się w domu światło i milczenie interkomu, przy którym stał, z każdą chwilą coraz bardziej uświadomiony w sytuacji.

Odczuwał jednak przemożne zimno, a na to wszystko pragnął ujrzeć Toma. Cały ten dzień był jednym wielkim nieporozumieniem, nie mógł tak po prostu zrezygnować. Widząc dom pogrążony w zupełnej, milczącej ciemności, poczuł jednocześnie ulgę i początki rozczarowania. Mimo tego zadzwonił do interkomu według ich umówionego, telefonicznego kodu.

Nie wyczuł w domu żadnego nagłego poruszenia, ale po chwili usłyszał szczęk otwieranej furtki. Miał ochotę odetchnąć z ulgą. Tom stanął w otwartych drzwiach, zanim jeszcze zdążył do nich dotrzeć. Posłał mu mały, uspokajający uśmiech.

– Nie spodziewałem się, że dzisiaj przyjedziesz – powiedział mężczyzna, przepuszczając go w drzwiach i uważnie przyglądając się jego bladej twarzy. Pocałował go w usta i pomógł mu ściągnąć kurtkę. – Coś się stało?

– Nic się nie stało – odparł. – Mogę u ciebie przenocować?

– Oczywiście, że możesz… – Tom jeszcze raz badawczo spojrzał na jego twarz, najwidoczniej ani trochę nieprzekonany zapewnieniem, że nic się nie stało. Później opuścił spojrzenie na jego sweter i nagle zamilkł.

Nie wiedział, w jaki sposób zdołała pobrudzić go krew tamtego mężczyzny z parku. Miał ją nawet na dłoni, która trzymała wcześniej nóż. Westchnął, schylił się i zaczął ściągać buty. Poszukał wzrokiem kapci.

– Nie jest moja – uprzedził. – Śledził mnie jakiś zboczeniec. Dałem mu małą nauczkę – dodał z mściwą satysfakcją.

– Miał nóż?

– Ja go miałem.

Tom wyglądał na zaskoczonego.

– Ale nie zabiłeś go?

– Miałem ochotę, ale uciekł – burknął, nie do końca pewien, czy tylko żartuje. – Sądził, że zerżnie mnie w parku.

Wymienili przeciągłe spojrzenia.

– Mam nadzieję, że nauczka, którą mu dałeś, nie była jednak tak mała – powiedział w końcu Tom. – Chodź, umyjesz ręce i ściągniesz ten sweter. Później wszystko mi opowiesz.

Dostrzegł, że Tom wsunął kapcie na bose stopy, a podłoga w korytarzu lśni czystością. W powietrzu unosił się zapach cytrynowego środka do czyszczenia. Ogarnęła go czułość i nagła senność. Gdy szorował ręce nad umywalką, mężczyzna stał w drzwiach łazienki i obserwował go w milczeniu, opierając się o framugę.

– Przez chwilę martwiłem się, że nie będzie cię w domu.

– Przyszedłeś pieszo?

– Nie miałem zamiaru tu przychodzić – westchnął.

– Mimo tego dobrze, że jednak to zrobiłeś. – Ściągnął sweter, zostając w samej koszulce. Tom dotknął jego karku i uśmiechnął się do niego lekko. – Mam jeszcze trochę twojego ulubionego gulaszu z obiadu. Może poprawi ci trochę nastrój.

Nie potrafił odwzajemnić nawet niemrawego uśmiechu. Objął Toma, wszczepiając się w niego jak małe dziecko. Wcisnął nos w jego sweter. Czując jego ciepło i zapach, owijające się wokół niego ramiona i głaskające go po plecach palce, pomyślał, że kocha go bez pamięci. Prawie zupełnie zapomniał o tym, dlaczego tak naprawdę powinien go odwiedzić.

Zaburczało mu w brzuchu na samą myśl o miękkim, kruchym mięsie.

– Och, możesz mi odgrzać – wymamrotał.

Tom rozsunął składany nóż i przyjrzał mu się uważnie pod światłem. Po chwili się zaśmiał.

– Zostawiłeś sobie na pamiątkę kawałek skóry tej świni? Moja cicha woda.

– Kłamiesz, na pewno go tam nie ma.

– Nie kłamię. Spójrz, jest, o tutaj. – Tom podszedł do niego, pokazując ostrze noża.

– Obrzydliwe – burknął po przełknięciu. W świetle latarni nóż zdawał się wystarczająco czysty, aby mógł się w nim przejrzeć; teraz dostrzegał na nim zaschnięte plamki krwi i skórę. Nawet ten widok nie ostudził jego apetytu, ale nieco go zmartwił. Słusznie podejrzewał, że nie można wymierzać sprawiedliwości na własną rękę, w ciemnych parkach, dziesięciocentymetrowym nożem. To musiało być choć trochę karalne. – Myślisz, że mogę mieć przez niego jakieś kłopoty? Może gdzieś to zgłosić?

– Nie martw się, nie będziesz miał jakichkolwiek kłopotów – powiedział Tom. – Wypiorę ci sweter i wyczyszczę nóż. Jeśli nawet to zgłosi, nikt nie stanie po jego stronie. Nie zrobiłeś nic złego.

– Dziękuję – odparł.

– Proszę bardzo.

Wypili herbatę przy rozpalonym kominku, po czym wspięli się schodami na piętro. Tom zaczął przygotowywać mu kąpiel, a on rzucił okiem na papiery leżące na oświetlonym biurku.

– Pracowałeś, zanim przyszedłem?

– Wspominałem ci, że teraz mam trochę więcej zajęć na uczelni – odpowiedział mężczyzna z łazienki. – Będę musiał jeszcze dzisiaj trochę popracować – dodał z niechęcią. – Inaczej zakopię się w papierach.

Gdy siedział już w wannie, Tom przyniósł mu piżamę. Odkładając ją na komodę, posłał mu ostatnie przeciągłe spojrzenie.

– Potrzebujesz czegoś jeszcze?

Choć wiedział, co chciałby usłyszeć Tom, tylko się uśmiechnął; jego samego tego dnia dręczyło już tylko pragnienie snu.

– Lepiej dokończ swoją pracę, Tom.

Jednak jego stanowczość nie trwała długo. Pocałował mężczyznę na dobranoc, zapewnił go, że nie będzie przeszkadzać mu ani palące się na biurku światło, ani jego praca, a później wsunął się pod kołdrę. Nie wiedział, jak długo wsłuchiwał się w kruchą harmonię niemal bezszelestnych odgłosów papieru i wprawionej w ruch stalówki, choć miał wrażenie, że trwało to wieczność. Leżąc z głową na poduszce Toma, wyobrażał sobie, jak ten siedzi tuż obok niego i w skupieniu pracuje przy biurku, a później bierze prysznic. Pomyślał, że ich pożądanie przypominało niekończącą się klątwę.

– Nie możesz zasnąć? – spytał Tom w pewnej chwili.

– Czekam, aż do mnie przyjdziesz.

Przez kilkanaście sekund trawiło go zniecierpliwienie i oczekiwanie, aż w końcu Tom wstał od biurka i do niego przyszedł. Przesunął się na łóżku, robiąc mu miejsce. Mężczyzna wsunął się pod kołdrę obok niego. W swojej brązowej piżamie przypominał dużego zadowolonego doga.

– Nie zaśniesz bez swojej piżamki? – zażartował Tom.

Wsunął spodnie do końca i od niechcenia trzepnął go koszulą.

– Zrobiło mi się zimno – odpowiedział. – Tobie nie? Nie będziesz już dzisiaj pracował? – Ziewnął, niedbale wciągając na siebie koszulę. Tom wciąż leżał nago pod kołdrą i obserwował, jak próbuje uporać się z guzikami.

– Poczekam, aż uśniesz.

I usnął, zanim się obejrzał.

Po dwóch godzinach przebudził się jednak bez konkretnego powodu – nie licząc niepokojącego przeczucia, że coś usilnie wpatruje się w niego przez sen. Tak jak wcześniej, na biurku i szafce nocnej paliło się światło. Tom zasnął obok niego, nago i z głową na przedramieniu. Przez chwilę na niego spoglądał. Później rozejrzał się po cichym, przestronnym pokoju. Cisza, bezszelestny ruch węża w terrarium, czarne cienie na ścianach.

Opuścił łóżko, nastawił mężczyźnie budzik i pogasił światła. W egipskich ciemnościach wrócił pod kołdrę. Zanim ponownie usnął, przez moment leżał na plecach, dręczony osobliwymi wątpliwościami. Może powinien sprawdzić biurko? A co jeśli zostałby przyłapany na gorącym uczynku, ale nie odnalazł niczego w żadnej z szuflad? W końcu stwierdził, że równie dobrze może zrobić to nazajutrz. Będzie miał wystarczająco wiele czasu; Tom powiedział mu, że jeśli nie chce wracać z samego rana do domu starszej pani, może odwieźć go po południu, ale najpierw będą musieli zjeść razem obiad.

Wstał dopiero po dziesiątej, snując się po pustym domu niczym duch przeszłego lokatora. Przyrządził na śniadanie jajka na bekonie i od niechcenia przejrzał gazetę z poprzedniego dnia. Przez trzydzieści minut tylko popijał kawę małymi łyczkami, słuchał radia i wpatrywał się w ciemny, wilgotny ogród za oknem. Wreszcie wrócił na piętro, gdzie wziął szybki prysznic, po czym przebrał się w swoje stare ubrania.

Im dłużej stał przed otwartą szafą w sypialni dla gości, tym większe wątpliwości i zagubienie odczuwał. Tamtego dnia Bella pocięła nożem połowę jej zawartości, ale druga wciąż tu była; czekała na niego, tak jak czekał na niego godny pożałowania fikus stojący na podłodze obok komody.

Po przebraniu się usiadł na łóżku i utkwił w nim wzrok. Pomyślał o Tomie, włamaniach do domu Teodora, otruciu psa, skradzionym wypracowaniu i zdjęciu. Wiedział, że Tom przejawia sadystyczne skłonności i bywa zawistny, ilekroć ktoś zwróci na niego uwagę, co jasno nie współgrało z milczącą zgodą na dzielenie go z Teodorem, ale czy był psychopatą? Po cichu i ukradkiem mścił się na Teodorze, posuwając się nawet do otrucia jego psa?

Ścisnął palcami prześcieradło. Poczuł początek nudności naznaczonych czymś niepokojącym… jakby ekscytacją. Tom miał obsesję na jego punkcie? Niczego nie rozumiał; choć może rozumiał wszystko, ale nie chciał nadać rzeczom nazw.


AN: Szybko sprostuję ostatnią notkę: możecie być spokojni, w poprzednich rozdziałach nie pojawiło się i nie pojawi nic nowego. Miałam na myśli tylko uzupełnienie kilku wątków w przyszłych, co pewnie trochę je rozciągnie. Na moje wewnętrzne oko powstaną jeszcze trzy - ale gwarancji nikomu już nie dam, bo zawsze planuję fabułę tylko w głowie, a co za tym idzie moje przewidywanie i obiecywanie zazwyczaj kończą się źle. ;_;