Witam! Mały prezent świąteczny dla tych, którzy może zastanawiają się, co tam dzieje się u naszych bohaterów. Miłej lektury :)
- Spać mi się chce – jęknęła Izabela, z trudem unosząc powieki.
Lucius krzyknął na konia, uderzył piętami w miękkie boki i z wyrazem skupienia na twarzy mocniej zacisnął dłonie na lejcach.
- Nie możesz zasnąć, wiesz o tym – jego głos dudnił przy jej uchu głośniej niż końskie kopyta. Miała ochotę kazać mu się przymknąć i przestać się tak wydzierać, ale nie miała siły.
- Wiem, że nie mogę, ale to w żaden sposób nie zmienia faktu, że zaraz tu odpłynę.
Kolejne okrzyki wyrwały się z jego gardła. Zwierze charczało ze zmęczenia. Izabela nie miała pojęcia jak długo jechali w tym szaleńczym tempie, ale, chwała Andraście!, teren zrobił się mniej wyboisty i rana nie rwała jej już przy każdym podskoku.
- Mów do mnie – zarządził władczym tonem, zaczynając nieco posapywać z wysiłku.
- Mmmm… - zastanowiła się chwilę. Nawet oddychanie wydawało jej się w tej chwili męczące. – Nie chce mi się.
Odgłos, który wydobył się z jego gardła był czymś pomiędzy jękiem a warkotem.
- Izabelo, opowiedz mi o sobie.
- Nie mam siły, daj mi spokój!
- Dobrze. – Wykonał ostry zakręt, a po chwili zaciskając zęby dodał – W takim razie ja opowiem ci o sobie. Ty będziesz przytakiwać , a jak po 30 sekundach nie usłyszę od ciebie nawet westchnienia, to będę kazał ci powtórzyć całą tę historię od początku, zrozumiano?
-Mhm… - Wziął to za wystarczające potwierdzenie, że rozumie.
Westchnął głęboko i rozglądając się na boki, starając się na nowo wypatrzeć niewyraźny trakt do miasta, jednocześnie zbierał myśli.
- Urodziłem się i wychowałem w niewielkiej wiosce nieopodal Minrathousu. Moja matka była krawcową, pracowała ze swoją matką, czyli z moją babką, we własnym zakładzie krawieckim. Na początku szyły głównie dla sąsiadów, jakieś drobne, niezbyt dobrze płatne zamówienia…
- I ty chcesz żebym nie zasnęła, tak? – jęknęła Izabela.
- Możesz nie przerywać?
Wydała z siebie przeciągłe westchnienie, ale już dłużej nie protestowała.
- Więc, na początku szyły tylko proste ubrania, z taniego, mało wyszukanego materiału, ponieważ tylko do niego miały dostęp. Raz w tygodniu moja matka wystawiała swoje twory na targu, by sprzedać je za jakieś grosze i mieć tyle, by kupić chleb i kawałek koziego sera. Któregoś razu jej projektami zainteresowała się pewna dama, jak później się okazało kobieta wysokiego stanu, która odwiedzała w wiosce bękarta swojego nieżyjącego męża, by sprawdzić czy niczego mu nie brakuje. Rozumiesz? Osobiście doglądała czy BĘKARTOWI jej męża nie doskwiera ubóstwo. Lady Bouveroux była dobrą kobietą, najlepszą jaką znałem, zupełnie niepodobną do całej reszty tych wyniosłych panien szlachetnego pochodzenia. Pochodziła z Orlais, a po śmierci swojego męża, magistra Lexiusa, powróciła do panieńskiego nazwiska, zachowując jednak wszystkie przywileje. Kiedy moja matka ją poznała jeszcze nie było mnie na świecie, ale to dzięki niej tu jestem. Poprosiła moją mamę o jakieś drobne przeróbki, a że była zadowolona przychodziła częściej. W końcu ubierała się tylko u niej.
Przerwał na chwilę opowieść, by rozejrzeć się za rozwidleniem, którego nie mógł dostrzec w gęstym mroku nocy. Dobrze znał drogę do miasta, ale czasami jego orientacja w terenie po zmroku ulegała pewnemu pogorszeniu.
- I co, to już koniec? – zapytała Izabela słabym głosem.
Lucius uśmiechnął się nieznacznie, zadowolony, że wzbudził w niej trochę zainteresowania. Kontrolnie przyłożył dłoń do czoła kobiety. Uśmiech w jednej chwili zniknął z jego twarzy, była rozpalona jak piec. Starał się nie dać po sobie poznać, że jest przerażony.
- Dopiero początek – odparł po chwili i pochylając się do końskiej szyi uderzył konia w boki, wykorzystując pełen potencjał zwierzęcia. Poprawił uścisk, by Izabela nie wypadła z siodła i kontynuował opowieść z ustami tuż przy jej uchu. – Kiedy zmarła moja babka, mama miała kłopoty z utrzymaniem domu i wtedy Lady Bouveroux wzięła ją do siebie, by pełniła funkcję jej osobistej krawcowej. Zaprzyjaźniły się, mama była przez nią zapraszana na niektóre przyjęcia i choć na początku patrzono na nią krzywo, ze względu na niskie pochodzenie, z czasem, dzięki swej urodzie i dystynkcji, zyskała sobie przychylność szlachty. Na jednym z balów poznała pewnego ambitnego magistra, który mimo młodego wieku, zdążył już zyskać sobie taką sławę, że nawet członkowie najznamienitszych rodów bali się wchodzić mu w drogę. Moja matka nie posiadała wspaniałego rodowodu, a do tego nie miała pojęcia kim jest mężczyzna, który wpadł na nią z kielichem czerwonego wina. Wiedziała tylko, że miała na sobie nową, własnoręcznie uszytą suknię, z drogiego, znakomitego jedwabiu, który dostała w prezencie od swojej protektorki. Była wściekła, że godziny jej pracy właśnie poszły na marne przez jakiegoś nieuważnego szlachciurę. Zaczęła na niego wrzeszczeć, podobno nawet pchnęła go w ramię, a podczas gdy reszta gości obserwowała sytuację, z przerażeniem oczekując drastycznego finału, mężczyzna skłonił się, przeprosił i zaproponował zwrot kosztów za poniesione szkody. Mimo to moja matka nadal dawała upust swojej złości, wygłaszając przemowy o tym jak to powinno się uważać gdzie się chodzi, a najlepiej pić wino w bezruchu, podczas gdy magister przyglądał jej się z lekkim uśmiechem i spokojnie przyznawał rację.
Następnego ranka służący zapukali do pokoju mojej mamy, a następnie wnieśli piętnaście bali z najwspanialszymi materiałami w różnych kolorach i wzorach oraz czarną balową suknię z atłasu, obszywaną rubinami. Wraz z prezentami dostała liścik z najszczerszymi przeprosinami i prośbą o spotkanie.
Tak poznała mojego ojca.
Izabela westchnęła z pewnym trudem, choć spodziewała się takiego obrotu historii. Nie bez wysiłku obróciła głowę tak, by spojrzeć Luciusowi w oczy. Na jego twarzy widniało skupienie, brwi ściągnięte były w gniewnym grymasie.
- Autentycznie się w niej zakochał, wysoko postawiony szlachcic, magister, który pewnego dnia miał realne szanse zostać archontem. Miał świadomość, że ich związek nie jest możliwy. W Tevinterze osoby będące przy władzy nie mają swobody w wybieraniu sobie partnerów, uczucia nie odgrywają w małżeństwie żadnej roli. Chodzi o to, by zawrzeć korzystny układ, by dobrać idealne geny z idealnymi genami i spłodzić idealnego potomka. Proste. Jesteś tu jeszcze?
- Mhm… - mruknęła niewyraźnie. Chciała, by mówił dalej, a jednocześnie błagała Andrastę i jej święte cycki, by już dotarli na miejsce, bo czuła, że osuwa się coraz bardziej na siodle, nie potrafiąc o własnych siłach dźwigać swego ciężaru.
- Moja matka również miała świadomość panujących w Imperium zasad, a jednak łudziła się, że jakoś im się uda. Spotykali się potajemnie, wymieniali miłosne liściki, wykradali krótkie chwile sam na sam, starając się zachować swój romans w ukryciu. Przyjaciel mojego ojca, który jednocześnie był jego doradcą, doskonale wiedział o relacjach z moją matką. Tak jak i reszta dworu uważał ją za swego rodzaju pupilka, wprowadzała świeżość w monotonne codzienne życie, ale mimo cichego przyzwolenia na branie udziału w balach i uroczystościach, nigdy nie brał pod uwagę opcji, by traktować ją jak równą sobie. Starał się wyperswadować ojcu te, jego zdaniem, idiotyczne i nieodpowiedzialne miłostki, przy okazji w kwiecistych słowach przypominając, że moja matka jest tylko biedną kurwą, która na jego reputacji chce poprawić swój byt i status.
Temperament, z którego wszyscy znali mego ojca, dał o sobie znać w taki sposób, że jego drogi przyjaciel został wygnany z Tevinteru z poważnymi poparzeniami ciała i bliznami, które zapewne zdobiły go do końca życia i przypominały o tym jednym dniu, w którym wyjątkowo nie dobierał słów nazbyt rozważnie.
To nie zmieniało jednak faktu, że jego były przyjaciel miał rację i mój ojciec coraz częściej wspominał słowa, które w pierwszej chwili wprowadziły go w taki szał. Nie wierzył, że moja matka była z nim z egoistycznych pobudek, uświadomił sobie jednak ostatecznie, że nie może stworzyć z nią prawdziwego związku, że nie mogą wieść wspólnego życia i tego samego wieczora spotkał się z nią, by jej o tym powiedzieć.
Moja matka była dumną kobietą, nie płakała, nie błagała, przyjęła swój los z godnością. W porozumieniu z lady Bouveroux dyskretnie opuściła dwór i powróciła do swej dawnej chatki, na którą teraz miała pieniądze, szyjąc nie tylko dla Lady, ale i dla jej koleżanek. Niedługo po tym dowiedziała się, że jest brzemienna i choć była przerażona, ponoć bardzo ucieszyła się, że zostanie matką.
Gdy przyszedłem na świat Lady Bouveroux zaproponowała, że poinformuje o narodzinach mojego ojca, ale mama odmówiła. Wierzyła, że będzie w stanie sama mnie wychować, bez jego pomocy, równocześnie bała się, że mówienie prawdy na głos przysporzy mu kłopotów. Twierdziła, że lepiej jeśli nawet on nie będzie wiedział, że jestem jego dzieckiem.
Kiedy miałem dwa miesiące wielu ludzi z naszej wioski zaczęło poważnie chorować. Najpierw ich ciało pokrywało się ropnymi krostami, później pojawiały się problemy z oddychaniem aż w końcu ich płuca nie były w stanie normalnie funkcjonować i umierali dusząc się we własnych łóżkach. Nikt nie wiedział co to jest, niektórzy uważali, że jeden z magistrów rzucił klątwę czy inny urok. Ludzie żyjący z dala od stolicy nie ufali magom, nie rozumieli ich, bali się.
Kiedy moja matka obudziła się pewnego dnia i odkryła, że jej ręce pokrywają żółtawe pęcherze, błagała Lady Bouveroux, by jak najszybciej wywiozła mnie z wioski i otoczyła opieką. Umarła kilka dni później, a Bouveroux dopilnowała, by zapewniono jej godziwy pochówek.
Kiedy nie wiązała jej już obietnica milczenia złożona mojej matce, poszła prosto do mego ojca. Wieść o śmierci ukochanej mocno nim wstrząsnęła, ale chyba jeszcze bardziej fakt, że nagle dowiedział się o posiadaniu syna. W pierwszej chwili się wyparł, nie mógł uwierzyć, że to wszystko jest prawdą. Lady Bouveroux bez ogródek oznajmiła, że zaopiekuje się dzieckiem i że nie przyszła do niego, by czegokolwiek żądać, a jedynie dlatego, że uważała, to za słuszne.
Ojciec pojawił się w moim życiu dopiero gdy skończyłem rok. Podobno przybył w dzień moich urodzin, zostawił pieniądze, jakieś zabawki, ubrania. Bouveroux mówiła nawet, że wziął mnie wtedy na ręce i powiedział, że mam takie same oczy jak matka. Była też w szoku widząc, iż się uśmiecha, bo nigdy wcześniej nie widziała na własne oczy, by to robił.
Gdy miałem cztery lata umarła Lady Bouveroux. Była już stara i miała problemy z sercem. Pamiętam, że przepłakałem cały tydzień, a później płakałem jeszcze na każde wspomnienie o niej. Nie potrafiłem płakać za matką, której nie pamiętałem, ale to ona dała mi wszystkie wspomnienia o niej, a do tego zapewniła mi poczucie matczynej opieki i ciepła, którymi mnie otoczyła…
A więc miałem cztery lata i byłem płaczliwym małym gnojkiem, który swój ból i zagubienie zaczął przekuwać w bunt. Mieszkałem z jedną z przyjaciółek mojej dawnej opiekunki i na wszelkie sposoby uprzykrzałem jej życie. Tłukłem doniczki z kwiatami, mówiąc, że drażni mnie ich zapach, nie chciałem jeść tego, co dla mnie przygotowywała, a zamiast tego całymi dniami biegałem po rynku i cieszyłem się gdy udało mi się ukraść kawałek ciasta czy jabłko.
Gdy skończyłem siedem lat odwiedził mnie ojciec. Do niego miałem największy żal. Przyjeżdżał zawsze w nocy, ubrany w długi czarny płaszcz i skradał się jakby robił coś złego. Nie rozumiałem dlaczego nie mogę z nim mieszkać, dlaczego się do mnie nie przyznaje, myślałem, że się mnie wstydzi i nienawidziłem go za to. Był jeszcze młody, ale jego skronie równomiernie pokrywały się siwizną. Przypuszczam, że zaczął zapadać się w sobie po śmierci matki, ale i ja nie pomagałem. Obawiał się, że prawda wyjdzie na jaw, a jego pnąca się kariera legnie w gruzach. Nie miałby szansy ubiegać się o stanowisko archonta z bękartem za plecami, wiedział o tym i żył w ciągłym stresie.
Tej nocy poinformował mnie, że będę chodził do szkoły wojskowej, że już mnie zapisał i zaczynam od jutra. Nie miałem nic do gadania. W ten sposób pozbył się problemu, zapewnił mi zajęcie i przyszłość. Cóż, przynajmniej tak myślał…
- Lucius…
Prawie jej nie usłyszał tak słaby był jej głos. Spojrzał na nią i dostrzegł, że jej zwykle smagła twarz przybrała niezdrowy, kredowo biały odcień. Zaklął pod nosem i popędził konia.
- Wytrzymaj, już jesteśmy niedaleko.
- Jeśli przeżyję opowiesz mi resztę historii?
- Przeżyjesz, a historię opowiem ci teraz! Nie waż się zasypiać!
- Później… teraz nie…
- IZA!
Końskie kopyta zadudniły na bruku. Wjechali na główną drogę prowadzącą do miasta, które spało, zupełnie nieświadome obecności zdesperowanego tevinterskiego bękarta i umierającej Rivanki, która zaśmiała się krótko i niemalże bezgłośnie.
- Mówiłam żebyś tak do mnie nie mówił…
Jej głowa opadła bezwładnie, cała zamieniła się w jednej chwili w szmacianą lalkę. Lucius z głośnym przekleństwem poprawił ją sobie w ramionach i wykrzykując w stronę śpiących strażników żądał otwarcia bramy do posiadłości. Gdyby nie był tak spanikowany, gdyby nie czuł, że grunt osuwa mu się spod stóp, byłby dużo bardziej ostrożny w stosunku do uzbrojonych po zęby ludzi, którzy pilnowali tego jednego z najważniejszych w stolicy miejsc właśnie na wypadek intruzów takich jak on.
- Kim jesteś?! – Głos strażnika był twardy i zimny jak lód.
- Ona umiera! Wpuść mnie! – Głos Luciusa łamał się od silnych emocji.
Po twarzy służbisty przebiegł cień zawahania, ale nadal konsekwentnie trzymał się procedur, zaciskając rękę mocniej na głowicy miecza.
- Nazwisko i funkcja!
- Salvius?
Lucius odwrócił głowę w stronę postaci, która zwróciła się do niego po nazwisku, starając się ocenić czy to przybywa wybawienie, czy jeszcze większe kłopoty. Koń prychał nerwowo, wystraszony krzykami, przestępował na kopytach. Mężczyzna który wyszedł ze stróżówki nie mógł uwierzyć własnym oczom, a kiedy dostrzegł bezwładną postać w jego ramionach otworzył je jeszcze szerzej.
- Czy to Iona? – zapytał momentalnie blednąc.
- Nie, Rufus, to nie ona, Ionie nic nie jest i jest pewnie jakiś dzień drogi stąd. Wpuść mnie, ta kobieta potrzebuje uzdrowiciela – mówił szybko, a jego oczy świdrowały błagalnym spojrzeniem oczy przyjaciela, starając się nadać swoim słowom należną im powagę.
Mężczyzna pewnie skinął głową, zszokowany widokiem udręczonej twarzy człowieka, którego uważał za najbardziej opanowaną istotę na świecie.
- Otworzyć bramę! – krzyknął władczym tonem i pobiegł przodem, by zaprowadzić ich wprost do miejscowego uzdrowiciela.
Magister Duneville siedział w oknie swojego gabinetu i obserwował jak ktoś wjeżdża na teren jego posiadłości. Kilka chwil później jedna ze służących szybko wbiegła po schodach i niemalże wpadła na swojego pana, który chcąc wyjść jej naprzeciw, ciekawy tożsamości nocnego jeźdźca, otworzył drzwi.
- Bardzo przepraszam – speszyła się w pierwszej chwili, robiąc głęboki ukłon. – Pan Salvius przybył. Przywiózł ze sobą jakąś ciężko ranną kobietę…
Serce Darrona zamarło. Zadaniem Luciusa było zebrać ze sobą tylu ludzi ilu potrzebował i poprowadzić poszukiwania Veinii jako specjalna jednostka wywiadowcza. Wcześniej oddelegował do tych poszukiwań żołnierzy, magów i najznamienitszych agentów jakich tylko znał i jacy tylko zgodzili się pomóc, ale nie udało im się wpaść na trop jego córki. Magister stwierdził, że mała grupa ludzi łatwiej pozyska informacje, wzbudzi większe zaufanie miejscowych i będzie się szybciej przemieszczać po Thedas. Wiedział, że wyruszył pół roku temu, wraz z Cato i Ioną… Czy to możliwe by tą kobietą była…
- Czy to ktoś od nas? – zapytał obawiając się odpowiedzi.
- Nie, Panie. To Rivanka.
Pokiwał głową w zamyśleniu. Nie wiedział co to wszystko oznacza i dlaczego Lucius przywiózł ze sobą kogoś z tak odległych stron, ale kamień spadł mu z serca, że to nie Iona, która jako pierwsza przyszła mu na myśl.
- Gdzie go znajdę?
- Wraz ze strażnikiem udali się do uzdrowiciela. Kobieta nie mogła się poruszać o własnych siłach, myślę, że może być umierająca.
Darron mruknął słowa podziękowania i skierował się w stronę lecznicy.
- Panie? – zatrzymała go jeszcze niepewnym głosem, jakby nie do końca przekonana czy chce powiedzieć coś więcej, czy jednak nie. – Słyszałam, że spotkał Panienkę Veinię. Jeśli dobrze zrozumiałam jego pospieszne i dość chaotyczne słowa, jest ona już w drodze do posiadłości.
Darron Duneville zamrugał kilka razy starając się przekonać czy na pewno się nie przesłyszał, następnie chwycił twarz drobnej służącej w obie dłonie, ucałował ją w policzek i z jeszcze większym pośpiechem niż wcześniej udał się na spotkanie ze swoim człowiekiem.
- Trzymaj.
Rufus zręcznie nabił fajkę tytoniem, zaciągnął się krótko, by ją rozpalić i podał Luciusowi.
Trzęsły mu się ręce. Nieobecnym wzrokiem odprowadził służącego, który zajął się jego koniem. To dobre zwierze, szybkie. Miał nadzieję, że okaże się wystarczająco szybkie. Jeśli wszystko pójdzie dobrze może nawet zatrzyma go dla siebie.
To była dziwna mieszanka tytoniu i jakichś owoców, dym dość mocno gryzł w gardło, ale miał też przyjemny, słodki zapach. Nie palił od ostatnich sześciu miesięcy, zresztą i tak robił to rzadko, nie był podatny na uzależnienia.
- Luc, co się stało? Znaleźliście ją? Kim jest ta kobieta? – Rufus nie wiedział, na które pytanie najpierw chciałby poznać odpowiedź, więc zadał je wszystkie na jednym oddechu.
Lucius wypuścił z ust gęsty biały obłoczek. Wyciągnął przed siebie jedną dłoń i przyjrzał jej się uważnie. Powoli się uspokajał, powoli zaczynał wierzyć, że nie ma wyjścia, że nie może już nic zrobić, że nie jest już w stanie w żaden sposób pomóc, że Izabela w końcu jest w dobrych rękach, że jest szansa…
Pytania wisiały w powietrzu, a Lucius po raz kolejny głęboko się zaciągnął. Wiedział, że przede wszystkim powinien iść do Magistra i oznajmić mu, że jego córka się odnalazła, cała i zdrowa. Od początku Veinia była priorytetem.
Ale, jak już zauważył, Veinia była cała i zdrowa. Izabela nie.
- Lucius? – Rufus i tak był cierpliwym przyjacielem. Nie naciskał, nie popędzał, starał się wykazać takim zrozumieniem i empatią, na jakie tylko było go stać.
- Przepraszam cię – Salvius westchnął głęboko i nawet przywołał na usta cień uśmiechu. – Veinia żyje, powinna niedługo tu być…
- Czy to prawda?
Łamiący się głos w pierwszej chwili ani trochę nie przypominał głosu jego pana. Choć było ciemno, słabe światło płonącej nieopodal pochodni odbijało się w zaszklonych łzami oczach Magistra.
Lucius był zdziwiony widokiem swojego przełożonego i zawstydzony, że to jego pan pofatygował się do niego, a nie na odwrót. Gdyby miał do czynienia z tym bardziej powszechnym typem magistra, zapewne spotkałaby go za to niedopatrzenie dotkliwa kara. Podniósł się z kamiennego stopnia i skłonił się nisko.
- Tak, to prawda. Panienka jest pod dobrą opieką. Zresztą była pod dobrą opieką jeszcze zanim ją znaleźliśmy.
Magister Duneville spijał słowa z jego ust jak spragniony człowiek spija wodę z oazy na pustyni. Wypytał Luciusa o wszystko co ten wiedział, nie zważając na strażnika, który choć początkowo taktownie chciał zostawić rozmówców samych, nęcony możliwością poznania odpowiedzi i nie zniechęcony słowami nakazującymi mu odejść, zaryzykował i dyskretnie przysłuchiwał się opowieści.
- Czyli Elfy uratowały moją córkę z rąk porywaczy? – chciał się upewnić.
- Niejaka Livia Mahariel ryzykowała własnym życiem, by jej pomóc.
- Livia Mah… Bohaterka Fereldenu, czyż nie?
- Owszem. Ta, która pokonała Arcydemona.
Magister zaśmiał się krótko, powtarzając tylko pod nosem jakie to wszystko niesamowite. Kiedy na jego usta wypływał uśmiech, zakrywał je dłonią jakby się bał, że jego radość może okazać się przedwczesna. Obiecał sobie, że w pełni uwierzy dopiero, kiedy zamknie swoją córkę w objęciach.
- Szkoda, że Esme nie zdążyła dożyć tej chwili… - zachmurzył się nieco, ale delikatny uśmiech nadal nie znikał z jego ust.
- Przepraszam, czy to znaczy, że… - Lucius zawahał się. Nie miał pojęcia, że Lady Duneville miała problemy ze zdrowiem. W ogóle mało o niej wiedział i rzadko ją widywał. Była skrytą kobietą, która większość czasu spędzała w Wielkiej Bibliotece w otoczeniu swych ukochanych książek i starych pergaminów.
- Moja żona odeszła pięć miesięcy temu, nie można było jej pomóc. Zmarła nagle, lekarze mówią, że miała guza mózgu, który w pewnej chwili po prostu eksplodował.
- Moje kondolencje.
Zza ściany lecznicy, przy której stali mężczyźni, dobył się pierwszy słyszalny jęk. Lucius podskoczył i ciężko przełknął ślinę. Nie wiedział czy powinien się cieszyć, że usłyszał jej głos, co było znakiem, że Izabela żyje, czy bardziej skupić na tym, ile bólu dało się wyczytać z tego pojedynczego dźwięku.
- A ta kobieta? Rivanka, tak? – Magister zadał pytanie cichym, delikatnym tonem i wbił badawcze spojrzenie w swojego dowódcę.
Mężczyzna skinął głową.
- Pomogła Veinii w ucieczce. Dowodziła statkiem, którym płynęli, a który później rozbił się podczas sztormu.
- Kobieta kapitan? – zdziwił się.
Lucius uśmiechnął się ciepło i wzruszył ramionami.
- Wyjdzie z tego?
Uśmiech powoli spełzł z jego twarzy.
- Została poważnie raniona ostrzem pomiota, nie wiem… - zaciął się i przesunął dłonią po zmęczonej twarzy. – Mam nadzieję, że tak.
Magister położył dłoń na jego ramieniu.
- Dziękuję. Będę z niecierpliwością oczekiwał powrotu mojej córki. – W jego oczach widać było wdzięczność i blask, którego nie było w nich od kiedy zaginęła Veinia. – Idź do komnat dla gości, wykąp się, przebierz, odpocznij. Nic więcej tutaj nie zdziałasz, a Rahija jest najlepszą uzdrowicielką po tej stronie Thedas i jeśli ona jej nie pomoże...
- Pójdę, ale… - Wszedł Darronowi w słowo, nie pozwalając skończyć. Kolejny przepełniony cierpieniem jęk dobył się zza ciężkich, drewnianych drzwi. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł mu po plecach. – Jeszcze chwilę tu zostanę.
Magister skinął mu z szacunkiem głową i odwrócił się w stronę swojej posiadłości.
- A ty, Rufus, nie powinieneś stać teraz na warcie? – powiedział jeszcze spokojnym głosem, nawet nie patrząc w stronę strażnika i nie zwalniając kroku.
- Tak jest, Panie! – Podskoczył zaskoczony, zakręcił się nerwowo i żegnając się krótko z Luciusem, szybko ruszył w stronę głównej bramy, która niedługo powita dawno niewidzianą współwłaścicielkę.
Lucius ponownie rozpalił przygasłą fajkę. Kiedy z powrotem siadał na kamiennym schodku lecznicy, niebo przecinała pierwsza, blada smuga zwiastująca kolejny dzień i kolejne minuty zażartej walki o życie.
