Łowcy duchów


Dobrze było wrócić do pracy, nawet jeśli tylko do biura. Jego przymusowy urlop przedłużył się o kolejny dzień, bo Castiel - jak przystało na paranoika - wybłagał u Bobby'ego dodatkowy dzień wolny. Decyzje te podjął, gdy raz zdarzyło się Deanowi po seksie zakasłać. Anioł za nic nie dał sobie wytłumaczyć, że ten kaszel to nie jest oznaka zainfekowania proszkiem, tylko po prostu trochę go zaczęło drapać w gardle od tych jęków i okazjonalnych krzyków. Został więc domu, a Castiel wraz z nim. Z nudów Dean siadł na kanapie i praktycznie przez cały dzień uczył się robienia na drutach z książki, którą w żarcie wraz z całym zestawem włóczek oraz drutów sprawił mu na urodziny Sam. Nigdy nie przypuszczał, że się za to zabierze. Co to w ogóle za pomysł, że miałby robić na drutach?

Sam miał oczywiście ubaw ze swojego prezentu i wspominał go przy każdej możliwej okazji. Dopóki Dean nie zemścił się na jego urodzinach, kupując mu dildo. Szczeniackie? Tak. Skuteczne? A i owszem. Najważniejsze, że Sam się zamknął i więcej nie wspominał o robótkach na drutach w towarzystwie kolegów z biura, i że za zakup dildo Dean dostał w gratisie drugie, które razem z Castielem regularnie wykorzystywali. O tym co brat robił ze sowim, wolał nie myśleć.

Musiał przyznać, że robótki na drutach to było nawet ciekawe zajęcie. Może niezbyt ekscytujące, ale na pewno zabijające czas i relaksujące. Nawet jeśli przez pierwsze dwie godziny nie potrafił poprawnie zacząć, a potem ciągle się mylił i kilka razy prawie pociął włóczkę nożyczkami. Miał po prostu za duże ręce, to wszystko. W końcu jednak robiony przez niego szalik zaczął jako tako wyglądać, a ruchy Deana były z każdą chwilą sprawniejsze. On sam też był dumny z tego, jak dobrze mu idzie pomimo kiepskich początków.

Castiel też znalazł sobie hobby na ten czas. Siedział obok na kanapie i po prostu rysował. Miał do tego talent, Dean kilka razy zerknął na jego pracę i za każdym razem nie mógł oderwać od nich oczu. Anioł rysował głównie Jimmy'ego, który wyglądał praktycznie jak żywy. Innym razem Castiel narysował pióra leżące na jakiejś powierzchni. Nawet coś tak prostego było pięknie wykonane. Nie znał się na sztuce, ale to się na pewno do niej zaliczało.

Oczywiście nie cały dzień spędzili w domu na odkrywaniu swojego hobby. Choć gdyby to od nich zależało, tak właśnie by zrobili. Bela jednak zapragnęła spotkać się z nimi na mieście, więc pojechali. Dean z niechęcią zostawił swój niemal ukończony szalik i razem z Castielem pojechali na spotkanie. Na miejscu oprócz Beli i Balthazara był także Victor z Rachel. Trochę ich to zdziwiło, ale inicjatorka spotkania szybko wyjaśniła, o co chodzi. Oczywiście o Asariela. Sam już ich wszystkich poinformował, że za szukanie zabrał się Crowley, ale i tak postanowili rozważyć, czy do poszukiwań nie dołączyć. Balthazar chciał użyć ogarów, by znaleźć zdrajce, ale nikt poza nim chyba nie wierzył, że Asariel nie upewnił się, że nie zostanie w ten sposób wytropiony. Anioł jednak nie ustępował. Razem z Belą nie ufali Crowleyowi. Mogli mu powierzyć szukanie Abaddon, bo była ona jego głównym wrogiem, ale nie szukanie Asariela, który razem z Metatronem chciał się pozbyć archaniołów, czym wyświadczyliby Crowleyowi przysługę.

Dean zgadzał się z nimi, ale Crowley był najlepszym wyborem na obecną chwilę. Jasne, znalazł Abaddon, bo sama mu na to pozwoliła, ale tylko on dysponował taką ilością pomagierów, by poszukiwania przebiegły szybko i bez większych przeszkód. Teraz kiedy kolejne anioły nie mogły schodzić na ziemię, do użycia pozostały tylko wszędobylskie demony, a tymi kierował wyłącznie Crowley.

Plan Balthazara został więc odrzucony, przez co razem z Belą zdecydowali się w końcu wynieść z Chicago, by zapolować. Victor i Rachel postąpili tak samo i wkrótce obie pary opuścili miasto. Dean też miał na to wielką ochotę. Nawet Sam i Garth byli teraz z Gadreelem na polowaniu, które przydzielił im Bobby, on też chciał gdzieś pojechać i zamierzał to osiągnąć następnego dnia w biurze, kiedy wreszcie wróci do pracy. O ile Castiel znowu nie spanikuje. Będzie musiał się pilnować i nie kasłać.

Po powrocie do domu zjedli kolację i powrócili dalej do swoich zajęć. Godzinę później Dean skończył swój szalik i z dumą owinął go wokół szyi Castiela, z myślą o którym go robił. Wydziergał go z jasnej błękitnej włóczki, tak żeby pasował aniołowi do oczu. Był trochę niepewny, czy partnerowi się ten prezent spodoba, ale Castiel uśmiechnął się i pocałował go w podziękowaniu.

W zamian za szalik Dean dostał rysunek pawia wzbijającego się do lotu. Postanowił, że innego dnia oprawi go w ramkę i powiesi nad łóżkiem. Albo w salonie. Na pewno nie zasługiwał na leżenie w ukryciu.

Tak jak postanowił wcześniej, Dean pierwsze co zrobił po przybyciu do pracy było udanie się do Bobby'ego i wybłaganie u niego sprawy. Szef niestety kazał im zabierać tyłek na swoje piętro i zaczekać chwilę. Nie chcąc się kłócić i ryzykować brakiem sprawy, zjechał windą na dół i usiadł przy swoim biurku. Czekał tam godzinę nim w końcu Bobby wezwał ich do siebie.

- Ponieważ ostatnio strasznie dużo wolnego mieliście, to dostaniecie coś do roboty - powiedział im Bobby, gdy weszli do jego biura i od razu podał im akta. - Jakaś nastolatka powiesiła się w opuszczonej ruderze za miastem.

- Super, bierzemy. - Może nie powinien być tak podekscytowany, źle to wyglądało, ale nie potrafił się powstrzymać. Bardzo się stęsknił za zwykłym polowaniem. Trochę go co prawda dziwiło, że byli wysyłani do samobójstwo, choć zapewne chodziło o coś więcej.

- To bierzcie i zejdźcie mi z oczu - pogonił ich i zajął się papierkową robotą.

Dean zasalutował i czym prędzej wyszedł z biura, na wypadek gdyby Bobby miał się rozmyślić. Cały potrzebny sprzęt mieli już ze sobą w samochodzie, w tym ciuchy na zmianę, nie musieli więc zahaczać o mieszkanie.

- No to dokąd jedziemy? - zapytał anioła. Jak zwykle to on czytał akta w czasie jazdy.

- Argos, Indiana.

- Nie wiem gdzie to jest, wyjmij mapę.

Castiel szybko wyznaczył im drogę i mogli w końcu jechać na miejsce. Dean niemal trząsł się z podekscytowania, wreszcie dostali nowe śledztwo. Gdyby miał kolejny dzień spędzić na papierkowej robocie, to chyba by oszalał.

Nie jechali długo, Argos nie leżało daleko od Chicago. Dean wolałby udać się gdzieś dalej, żeby naprawdę odczuć podróż, ale nie zamierzał narzekać. Najważniejsze, że w końcu miał do roboty coś innego niż demony i anioły. Jeden anioł w zupełności mu wystarczał, a demonów nawet nie chciał widzieć. Poza tym trzeba było czymś zabić czas zanim Crowley zadzwoni z informacjami. Takie polowanie to praktycznie wakacje.

- Jest tam coś ciekawego?

Castiel nie czytał akt na głos, więc Dean musiał się dopytywać o wszystko.

- Żadnych śladów walki na ciele czy w opuszczonym domu. Żadnych świadków, poszlak, tylko ciało podwieszone trzy metry nad ziemią i żadnej drabiny w pobliżu.

- Gdyby nie to, wyglądałoby to jak zwykłe samobójstwo.

- Mogłoby takie być nawet bez takiej wysokości. Ktoś mógł jej pomóc.

- Tak, potwór. Sama na pewno się nie powiesiła.

- Nie twierdzę, że to zrobiła. Mówię tylko, co mogło się wydarzyć.

- Chyba nie wierzysz, że anioły wysłałyby nas do zwykłego samobójstwa?

- To możliwe, zwłaszcza biorąc pod uwagę, co ci się ostatnio stało. Michael mógł się zmartwić.

- Niech tylko spróbuje.

To na pewno była sprawka potwora, nie wierzył w nic innego. Ale jeśli jednak... Nie! Nie będzie sobie psuł dnia, który tak pięknie się zaczął.

Argos okazało się całkiem przyjaznym miasteczkiem z bardzo kompetentną panię szeryf pilnującej porządku. Spotkała się z nimi w szpitalu, gdzie w pierwszej kolejności pojechali obejrzeć ciało martwej dziewczyny.

- Znaleźliśmy ją wczoraj - tłumaczyła prowadząc ich korytarzami szpitala. - Nie wróciła na noc, jej matka to zgłosiła, a z pomocą znajomego ze szkoły dowiedzieliśmy się, gdzie lubiła chodzić. Była w opuszczonym domu niedaleko za miastem, w pierwszej chwili nawet jej nie zauważyliśmy, tak była wysoko.

- Nic nie znaleźliście na miejscu, prawda? - zapytał dla pewności Dean. Może pani szeryf przemilczała coś w raporcie.

- Poza telefonem na ziemi nic. Przed śmiercią robiła sobie zdjęcia.

Dotarli do kostnicy, Castiel otworzył przed nimi drzwi, przepuścił ich, a potem sam wszedł do środka. Pani szeryf szybko znalazła odpowiednią szufladę i wyciągnęła ciało na zewnątrz.

- Sekcja już była? - Dean założył rękawiczkę i dotknął szyi dziewczyny, na której znajdował się wyraźny ślad po stryczku.

- Jeszcze nie.

- Zróbcie jak najszybciej - poprosił. - Cas, obejrzyj dokładnie ciało.

Dean odszedł z szeryf na bok i zadał kolejne pytanie:

- Możemy dostać adres rodziny? W aktach go nie było.

- Oczywiście. - Pani szeryf wyrwała kartkę z notesu i szybko nabazgrała na nim adres. Dean w międzyczasie spojrzał na anioła, który odsłonił ciało i delikatnie badał je kawałek po kawałku. Chyba nawet je powąchał. - Bądźcie delikatni. Wystarczy że dziennikarze jakiejś paranormalnej gazety ją nękali.

- Czego tu szukają? - Musiał oczywiście udawać, że sam nie przyjechał tu praktycznie w tym samym celu.

- Uważają, że to sprawka ducha. Byli też na policji, chcieli wywiadu na swój blog.

- Wie pani co to za blog? - Mógł zawierać kilka przydatnych informacji.

- Nie, niestety. Wyrzuciłam ich z posterunku gdy tylko zaczęli zadawać jakieś głupie pytania. Nie ma ich już w mieście.

- Szkoda.

Castiel skończył już oględziny i podszedł bliżej oznajmiając, że nie zauważył niczego podejrzanego.

- Typowy przypadek powieszenia - powiedział z zadowoleniem, jakby właśnie odkrył coś ważnego. Możliwe nawet, że tak było, tylko przed panią szeryf nie mógł się do tego przyznać.

- Pojedziemy teraz do rodziny - zdecydował Dean, wyrzucając rękawiczkę do kosza. - Jeśli będziemy czegoś potrzebować, zgłosimy się do pani.

- Nie ma sprawy.

Zaraz po wyjściu ze szpitala, Dean zaczął swoje przesłuchanie.

- I co wywąchałeś?

- Ducha - odparł anioł.

- Zwykłego ducha?

- Zwykłego ducha.

- Huh. Oczekiwałem czegoś bardziej spektakularnego. Ale to wyjaśnia, jak znalazła się pod sufitem bez drabiny.

- Nadal chcesz wypytać rodzinę?

- Jasne. Mogą mieć jakieś wskazówki co do tożsamości ducha.

Rodzina martwej nastolatki żyła blisko szpitala, zresztą jak wszyscy w tym małym mieście. Po samym domu nie było w ogóle widać, że rodzina jest w żałobie, wprost przeciwnie. Wszystko wyglądało wręcz wesoło, przyjaźnie. Dean prawie nie miał ochoty tego wrażenia niszczyć wchodząc do środka i zadając nieprzyjemne pytania. Nie miał jednak wyboru.

Zadzwonili do drzwi i czekali. Po chwili otworzył im mężczyzna może o dziesięć lat starszy od Deana. Pewnie ojciec.

- Przepraszam, czy pan Howard? - zapytał Dean.

- Tak - przyznał niepewnie. - Wy też chcecie wywiad?

- Niezupełnie. - Obaj agenci wyciągnęli odznaki i pan Howard od razu zrobił się bardziej ufny, co nie znaczy, że mniej smutny. Wyglądał na bliskiego depresji. - FBI, badamy okoliczności śmierci pana córki.

- Wejdźcie. Jesteśmy z żoną w domu.

Weszli do środka, gdzie dom pachniał czystością. Dean miał podejrzenie, że matka lub ojciec nastolatki zareagowali na śmierć córki jak on na chorobę Johna.

Pan Howard zaprowadził ich do kuchni, gdzie krzątała się jego żona, przygotowując posiłek.

- Kochanie, przyszli agenci FBI - wyjaśnił jej mąż. Kobieta odwróciła się do nich i przyjrzała im się zagubiona.

- Dzień dobry - przywitała się cicho.

- Chcą wypytać nas o Amandę.

- Przykro nam z powodu państwa straty - powiedział Dean. - Rozumiemy, że to trudny okres dla państwa, ale musimy zebrać jak najwięcej informacji. Oczywiście jeśli nie czują się państwo na siłach...

- Nie, nie - przerwała mu kobieta. - W porządku. Przynajmniej wasze pytania posłużą do znalezienia tego, kto zrobił to mojej córce. Tamtym dwóm dziennikarzom zależało tylko na mrożącej krew w żyłach historii.

- Naprzykrzali się państwu? - spytał Castiel.

- Chcieli zrobić zdjęcia pokoju Amandy - wyjaśnił pan Howard. - W ogóle nie chcieli słyszeć odmowy.

- Rozumiem. - Dean wyjął notes oraz długopis, by zapisać kilka faktów. - Czy wiedzą państwo, co Amanda robiła w tamtym domu w dniu śmierci?

- Nie - odpowiedziała matka dziewczyny. - Miała być w kinie na jakimś nowym filmie, ale nigdy tam nie dotarła.

- Umówiła się z kimś, czy wyszła sama?

- Sama.

- Czy państwa córka miała jakieś problemy w szkole? Ktoś ją gnębił albo...

- Naprawdę podejrzewacie samobójstwo? - zdziwił się pan Howard.

- Musimy wiedzieć wszystko - wytłumaczył Dean. - A więc?

- Nigdy się nie skarżyła - odpowiedział w końcu ojciec. - Raczej skarżono się na nią.

- Co pan ma na myśli?

- Gnębiła jakiegoś chłopaka z młodszej klasy - powiedziała matka. - Ponoć wpadł przez nią w depresję.

- Co to był za chłopak?

- Nie mieszka już tutaj, wyprowadził się po tym wszystkim, a Amanda obiecała już nigdy więcej nikomu nie dokuczać.

- Szeryf powiedziała nam, że o potencjalnym miejscu przebywania Amandy poinformował ich jej znajomy.

- Tak, Derek. Mieli razem kilka zajęć w szkole. To pewnie on powiedział jej o tym nawiedzonym miejscu.

Deana i Castiela natychmiast to zainteresowało.

- Nawiedzonym? - powtórzył anioł.

- Tak mówią - wyjaśnił pan Howard. - Dzieciaki lubią wymyślać jakieś głupie historie.

- Może Amanda szukała mocnych wrażeń - zasugerował Dean.

- Była raczej spokojna. Wolała siedzieć przy komputerze albo urządzać spotkania ze znajomymi niż szalone wyprawy.

- Możemy zobaczyć jej pokój?

- Oczywiście.

Matka nastolatki została w kuchni, a pan Howard zaprowadził ich do sypialni córki.

- Jej komputer jest pod łóżkiem - powiedział.

Dean uklęknął i sięgnął ręką pod łóżko, gdzie natrafił na laptopa. Obok leżał też zasilacz, podłączył więc sprzęt do prądu i go uruchomił, podczas gdy Castiel oglądał resztę pokoju.

Pierwsze co zrobił po uruchomieniu się systemu to wejście do Internetu i przejrzenie historii przeglądania. Już na samym początku listy zauważył coś ciekawego.

- Cas, podejdź.

Anioł podszedł do niego i spojrzał mu przez ramię.

- Paranormalne miejsca? - przeczytał.

- I opuszczony dom w Argos - wskazał palcem Dean. - Jest zdjęcie i krótka wzmianka. Poziom nawiedzenia piątka, cokolwiek to znaczy. No i komentarze, a raczej jeden. Od "Amadine17".

- Amanda, poznaję po nicku.

- Serio? Ja się połapałem po tym. - Dean zmienił kartę i pokazał aniołowi konto dziewczyny w Google. Potem wrócił na stronę o paranormalnych lokacjach. - "Chłopaki sprawdzę to miejsce mieszkam niedaleko. Cyknę fotki i wyślę. Może zostanę trzecim członkiem grupy, mniejsze od trójki." Tego ostatniego nie kumam.

- To emotikon - wyjaśnił Castiel.

- Domyśliłem się. - Dean odłączył laptopa i podszedł z nim do ojca nastolatki, który czekał na korytarzu. - Czy to ludzie z tej strony u państwa byli?

Mężczyzna przyjrzał się nazwie strony i od razu ją skojarzył.

- Tak, to oni! Wypytywali o Amandę i ten nawiedzony dom.

- To nam bardzo pomoże, dziękuję, że nam pan to pokazał - powiedział Dean odkładając laptopa na łóżko. - Pójdziemy już. Skontaktujemy się, jeśli będziemy potrzebować jeszcze jakiejś pomocy.

- Mam nadzieję, że znajdziecie mordercę.

- Na pewno.

Agenci wrócili do Impali i pojechali na posterunek. Musieli zobaczyć, co sfotografowała nastolatka podczas swojej wizyty w nawiedzonym domu.

- Amatorzy bawią się w łowców duchów. - Dean pokręcił głową. - Jeszcze się kiedyś tacy ludzie zabiją.

- Trochę nam ułatwiają zadanie - zauważył Castiel. - Z całej listy nawiedzonych miejsc, kilka na pewno zamieszkują duchy.

- Tak, ale przez takie głupie strony nastolatki giną.

- Śmierć Amandy to nie wina dwóch dziennikarzy tylko ducha, który nie może przejść na drugą stronę. Oni jej wcale nie namawiali, żeby tam poszła.

Dean westchnął głośno. Oczywiście Castiel miał rację, ale to i tak go wkurzało. Amatorzy nie powinni zajmować się groźnymi duchami, o których pewnie mieli niewłaściwe informacje. Takie osoby tylko prosiły się o śmierć, ale chyba nie było sposobu, by ich powstrzymać. Nie od dziś ludzie bawili się w łowców duchów.

Castiel poszedł po telefon sam, a Dean w tym czasie zadzwonił do Sama.
- Hej Dean.
- Czołem, Sammy. Jak tam wasze śledztwo?
- Chyba natrafiliśmy na jakieś bóstwo.
- Bóstwo? - zdziwił się.
- Tak twierdzi Zeke. Jakiś afrykański bożek, pewnie nawet nie jest zbyt potężny, ale jego ofiary umierają na malarię.
- Nie zaraź się - ostrzegł brata.
- Zeke zapewnia, że nie da się tym zarazić jak normalną malarią. Zabija tylko tych, których dotknął bożek.
- Więc nie daj się dotknąć. Pamiętaj, zły dotyk boli przez całe życie.
- Nie bądź idiotą - poprosił go Sam. - A co u was? Dalej w domu?
- Już nie, wybłagałem u Bobby'ego sprawę. Duch, nic tak ciekawego jak u was.
- Wierz mi, nie ma czego zazdrościć.
Dean uśmiechnął się i zauważył wracającego Castiela. W dłoni trzymał torebkę na dowody, w której był telefon.
- Nie zgadniesz, co robiłem podczas wolnego dnia - powiedział bratu.
- Nie chcę słuchać o waszym życiu seksualnym.
- Przymknij się, nie o to mi chodzi. - Castiel dotarł do Impali i wsiadł do środka. Dean kazał mu trochę poczekać z wieściami. - Robiłem na drutach.
- Oh. - Był pewien, że Sam się uśmiecha. - I jak?
- Zrobiłem szalik - pochwalił się. Może i wstydził się tego zajęcia, ale był bardzo dumny ze swojego dzieła i musiał o tym powiedzieć Samowi. Zwłaszcza że to był prezent od niego.
- To świetnie - zapewnił i brzmiał przy tym bardzo autentycznie. - Będziesz robił czapeczki mojemu dziecku.
Nie pomyślał o tym wcześniej, ale to był całkiem dobry pomysł. Z czymś takim Gadreel nie miałby z nim żadnych szans w rywalizacji o tytuł najlepszego wujka. Co porównywalnego mógł zrobić anioł? Śpiewać pioseneczki po enochiańsku?
- Wydziergam ci jakiś żenujący sweter - obiecał z uśmiechem. - Założysz go na święta.
Sam zaśmiał się.
- Będę czekać.
- A jak mój prezent się sprawdza? - Chciał trochę zażenować Sama. W końcu od czego innego są starsi bracia?
- Nie przypominaj mi o tym - poprosił. Dean wiele by dał, by teraz zobaczyć go czerwieniącego się ze wstydu.
- Nie wyrzuciłeś tego, prawda?
- Sara się uparła, żeby to zatrzymać. - Sam zabrzmiał w tym momencie na bardziej zażenowanego niż wcześniej. Na pewno nie było to wywołane przyznaniem się do posiadania dildo. W końcu to Sara je zatrzymała, a nie Sam. Chyba że nie zostało zatrzymane tylko po to, by przypominało o żarcie.

- O mój boże, używacie tego. - Dean był w szoku. Nie spodziewał się, że Sam i Sara naprawdę mogliby tego używać.
- Wcale nie! - zaprzeczył Sam.
- Używacie go, przyznaj się!
- Dean - ostrzegł go Castiel. Chyba nawet na odległość wyczuwał, że Sam nie chce o tym mówić.
- O mój boże.
- Słuchaj, Dean, nie używamy twojego głupiego dildo. - Ktoś obok Sama roześmiał się głośno. Pewnie Garth, Gadreel nie potrafił się śmiać.
- Hej, nie ma w tym nic złego, Cas i ja też używamy zabawek.
- Nie opowiadaj mi o tym!
- Jeśli ty i Sara tez to lubicie, to spoko.
- Nie zamierzam o tym z tobą rozmawiać - zdecydował.
- Dlaczego? To tylko głupie dildo, które Sara... O boże. O boże.
- Na razie, Dean - powiedział szybko Sam. Był w panice.
- O boże, to ty... Sam? Sam? - Brat już się jednak rozłączył i nie usłyszał, co chciał powiedzieć Dean. - Sukinsyn.
- Co? - zapytał Castiel.
- Mój brat... - Dean mimo wszystko nie chciał sobie tego wyobrażać, dlatego nie dokończył. Nie chciał sobie potem wyłupywać oczy. - Nieważne.
- Czy Sam...
- Nieważne! - powtórzył i zabrał aniołowi telefon nastolatki. - Zobaczmy te zdjęcia.

Amanda miała jeden folder ze wszystkimi fotkami, a było ich ponad tysiąc. Najnowsze pochodziły z nawiedzonego domu i przedstawiały jego wnętrze, ale od czasu do czasu trafiało się też zdjęcie samej nastolatki, która pozowała przy kilku starych meblach.

- Telefon nastolatki bez żadnego selfie byłby podejrzany - stwierdził Dean i przeglądał dalej.

- Zaczekaj chwilę - zatrzymał go Castiel, nim przeszedł do następnego zdjęcia. - Widzisz?

Dean zmrużył oczy i dokładniej obejrzał zdjęcie. Wyglądało normalnie, Amanda robiła sobie typowe selfie z wydętymi ustami, ręką na biodrze i nieco wysuniętym kolanem. To właśnie przy nim znajdowało się to, co zaniepokoiło Castiela.

- Jasna cholera. - Dean powiększył zdjęcie i teraz dokładniej widział zaraz przy zgięciu kolana inną nogę, zdecydowanie nie należącą do nastolatki. Reszty ciała nie było widać, właściciel nogi gdzieś szedł, bo stopa stykała się z podłożem tylko palcami.

- Duch - powiedział Castiel.

- Widzę, że to duch.

Tak na wszelki wypadek przejrzeli dokładniej poprzednie zdjęcia, ale więcej ducha nie zobaczyli, przeglądali więc dalej. Dean robił to już nieco na odwal, skoro i tak wiedzieli z czym mają do czynienia. W końcu zdjęcia z domu dobiegły końca, a następne było typem takiego, którego zdecydowanie nie chciał oglądać. Amanda była na nim w samej bieliźnie i fotografowała się przed lustrem. Dean szybko rzucił telefon Castielowi.

- Nie chcę patrzeć na prawie nagie ciało siedemnastolatki - wyjaśnił zażenowany. Jeszcze tego brakowało, żeby mu stanął przez patrzenie na dzieciaka.

Castiel dokończył oglądanie zdjęć. Jego to nie ruszało, był na to zbyt deanoseksualny.

Po tym nieprzyjemnym zdarzeniu, Dean zabrał ich do knajpy, by coś zjeść. Musieli też znaleźć motel, bo do tej pory się za to nie zabrali, a nie uśmiechało im się spać na tylnym siedzeniu Impali. Udało im się dostać pokój w przytulnym moteliku, który prowadziła młoda kobieta. W pierwszej chwili, gdy ich zobaczyła, to zaoferowała im pokój dla nowożeńców. Ta propozycja kusiła Deana, ale ostatecznie uznał, że źle by to wyglądało na rachunku, zwłaszcza że za pobyt płaciło FBI. Dostali więc inny pokój, ale z przyjemnością przyjęli od właścicielki tabliczkę do powieszenia na klamce, tak żeby było wiadome dla sprzątacza, że lokatorzy są zajęci. Wątpliwym było, że będą uprawiać seks w czasie sprawy, ale lepiej dmuchać na zimne. Chuć Castiela potrafiła zaatakować znienacka.

Spędzili w swoim pokoju trochę czasu. Mieli dom na wyciągnięcie ręki, ale Dean nie chciał iść tam z pełnym żołądkiem i wolał jeszcze trochę poczekać. Żałował, że nie zabrał ze sobą swojego zestawu do dziergania, mógłby szybciej zabić czas, ale zadowolił się swoim Pismem świętym. Castiel w tym czasie znowu szkicował. Zabrał ze sobą z Chicago szkicownik. Dean zerkał na niego od czasu do czasu i za każdym razem się uśmiechał. Cieszył się, że anioł znalazł sobie fajne hobby. Miał talent i może kiedyś, kiedy zakończy przygodę z FBI, to będzie się utrzymywał właśnie z rysowania. Mógłby rysować komiksy albo coś.

Przerwa, która miała trwać godzinę, nieco się przedłużyła. Dean zasnął z Biblią w rękach, a Castiel nie miał zamiaru go budzić. Zamiast tego zaczął szkicować partnera i pozwolił mu odpoczywać. Może i był już zdrowy po tym, co zrobiła mu Abaddon, ale anioł wyczuwał u niego nieznaczne zmęczenie dlatego nie chciał go budzić. Duch nie ucieknie, a Dean zregeneruje siły, co bardzo było mu teraz potrzebne.

Dopiero gdy zaczęło się robić ciemno, Castiel postanowił zbudzić swojego chłopaka. Dochodziła siódma wieczorem i do tego czasu zdołał naszkicować go całego, a także kilka konkretnych części ciała. Bardzo spodobało mu się rysowanie dłoni i poświęcił im kilka kartek.

Nie potrafił stwierdzić, skąd wzięła się u niego chęć rysowania. Chyba po prostu potrzebował czegoś do zabicia czasu. Od niedawna zaczął on dla niego lecieć w zupełnie innym tempie niż kiedyś. Rok nie był już niczym mrugnięcie okiem i trochę trwał. Musiało to mieć coś wspólnego z życiem na ziemi i przyzwyczajaniem się do społeczności. Ludzie mieli zegary biologiczne, do których się dostosowywali, więc on też się dostosował do zegara Deana, by nie być dla niego ciężarem. Chyba dostał przez to własny zegar, zupełnie jakby stawał się człowiekiem. Przez kilka minut nawet nim był i nie wiedział, co o tym myśleć. Z jednej strony go to przerażało, a z drugiej był ciekawy, jak inaczej zacząłby odczuwać różne rzeczy będąc śmiertelnikiem. Chciałby kiedyś spróbować tego przez jeden dzień. Może jako człowiek mógłby wtedy lepiej znieść miłość do Deana. Czasami miał wrażenie, że jego anielska postać długo jej nie wytrzyma, tak silna była, ale możliwe, że ludzi też to dotyczyło. Na filmach zdawali się być czasami wręcz upici miłością, a i w realnym życiu widział kilka dobrych przykładów. Może taki był cel ludzi na ziemi. By kochać jak najmocniej się tylko da.

Castiel schował szkicownik do torby i podszedł obudzić Deana. Wyglądał uroczo, gdy spał z otwartymi ustami i cicho pochrapywał, aż żal było go budzić, ale i tak dużo już zmarnowali czasu i teraz musieli szukać ducha po ciemku.

- Dean - powiedział cicho i potrząsnął lekko ramieniem partnera. - Dean, obudź się.

Deanem wstrząsnął dreszcz i przerażony podniósł się szybko, rozglądając się ze zdezorientowaniem po pokoju.

- Cas?

- Dochodzi siódma, Dean. Musimy zapolować na ducha.

- Siódma? - zdziwił się i spojrzał na zegarek na nadgarstku. - Mieliśmy tam być już dawno.

- Nie chciałem cię budzić - wyjaśnił i podał Deanowi buty.

- Niepotrzebnie.

Obaj przebrali się, by nie zabrudzić sobie w czasie ewentualnej walki garniturów. Castiel zdecydował się wręcz na same ciemne rzeczy. Trochę przypominał przez to zawsze ubierającego się na czarno Crowleya, ale anioł bez wątpienia był milszy.

- Gotowy? - zapytał z dłonią na klamce.

Castiel przytaknął i opuścili motel. Kierując się wskazówkami z akt ruszyli na poszukiwanie nawiedzonego domu. Nie znajdował się daleko od miasta, z powodzeniem można tam było dojść w kilkadziesiąt minut na piechotę, samochodem nawet szybciej. Jedynym problemem było podejście pod same drzwi. Droga niegdyś łącząca dom z krajówką zarosła i była nieprzejezdna, Dean musiał więc zostawić Impalę na poboczu. Widzieli już ich cel stojący niemal złowrogo pośród roślinności. Jeszcze nie było całkiem ciemno, a i tak to miejsce przyprawiało o ciarki.

Dean sprawdził dwa razy, czy Impala aby na pewno jest zamknięta i razem z Castielem ruszyli przez krzaki do domu. Anioł obcinał nieco gałęzie, gdy było ich zbyt wiele, ale przez większość czasu starali się je po prostu omijać. W końcu dotarli na miejsce. Z bliska dom był znacznie większy i bardziej przerażający niż z drogi. Wyglądał jak posiadłość jakiegoś farmera, do którego należały okoliczne ziemie, ale brak innych budynków gospodarczych temu przeczył. Wyglądało na to, że ten kto ten dom zbudował po prostu lubił przepych i miał dość forsy, by go sobie zapewnić.

- Tym razem się nie rozdzielajmy, co? - Wstyd się było przyznać, ale na prawdę nie chciał być w tym domu sam.

- W końcu jakaś racjonalna decyzja - stwierdził Castiel i poszedł jako pierwszy. Dean zaraz za nim. Drewniana podłoga zaskrzypiała pod ich stopami, gdy weszli do środka, zrywając uprzednio taśmę policyjną.

Obaj włączyli latarkę, Castiel w swojej dłoni, a Dean normalną, jak na człowieka przystało. Pierwsze co zrobili, to spojrzeli w górę, na sufit, który był naprawdę wysoko nad ich głowami. Nawet Sam ze swoim wzrostem nie byłby w stanie powiesić się tutaj bez drabiny, więc tym bardziej nie mogła tego zrobić nastolatka sięgająca mu pod pachę.

- Pospieszmy się - powiedział Dean. - To miejsce mi się nie podoba.

Pokój po pokoju, zaczęli przeszukiwać dom w poszukiwaniu ducha. Nie liczyli jakoś specjalnie na jego pojawienie się, ale chcieli znaleźć chociaż jakieś wskazówki co do tożsamości zjawy. Dean wyjął swój wykrywacz duchów i starał się znaleźć najbardziej nawiedzony punkt, ale było to praktycznie niemożliwe. Urządzenie wariowało w każdym miejscu, tak jakby były tu setki duchów, a nie tylko jeden. Może nawet tak było, choć wolałby nie. Znalezienie i spalenie setek kości mogłoby być zadaniem niemożliwym do wykonania.

W domu wciąż znajdywały się meble po poprzednim właścicielu. Nadawało to temu miejscu jeszcze większej upiorności, bo choć wszystko było pokryte kurzem, wyglądało przy tym jakby zaraz ktoś żywy miał zasiąść do stołu albo usiąść w fotelu przy kominku. Najgorszym z pomieszczeń była biblioteczka na piętrze, gdzie na dwóch półkach ustawione były porcelanowe lalki o pustych oczach. Dean aż się wzdrygnął, gdy poświęcił na nie latarką. Dziwnym było, że nikt ich nie zabrał, czytał że coś takiego jest bardzo cenne, ale widać miejscowi nie bardzo lubili to miejsce, a kto o zdrowych zmysłach przyszedłby tu tylko po to, by ukraść cztery lalki? Takie miejsca przyciągały tylko poszukiwaczy duchów, a takie osoby raczej nie zabrałyby potencjalnie nawiedzonego przedmiotu do domu.

Po sprawdzeniu obu pięter oraz piwnicy, Dean i Castiel w końcu dotarli na strych, na który prowadziła rozkładana drabina. Trochę strach było na nią wejść, bo szczeble były mocno spróchniałe, ale ostatecznie wytrzymały i obaj znaleźli się na górze. Wykrywacz Deana znów szalał, w pewnym momencie zrobił się tak irytujący, że trzeba go było wyłączyć.

Na strychu, jak można się było się spodziewać, było pełno rupieci, choć znalazło się też kilka obrazów. Wyglądały na cenne. Z tyłu stało coś przypominające kształtem człowieka. Deanowi od razu przypomniał się gargulec i te chore rzeźby na strychu, aż musiał się obejrzeć, by upewnić się, że nikt za nimi nie idzie, żeby walnąć ich w łeb.

Castiel podszedł do kształtu i odsłonił go. Okazał się to być manekin, na którym szyło się ubrania. Był goły, ale na około pełno było pudeł, a w nich różne tkaniny.

- Nienawidzę takich miejsc - przyznał Dean podczas sprawdzania pudeł. Znalazł tylko kolejne tkaniny i jakieś książki.

- Wciąż zero śladów ducha. - Castiel rozejrzał się, oświetlając wszystko na strychu.

Nagle coś huknęło na dole. Dean i Castiel zamarli i zaczęli nasłuchiwać. Słyszeli kroki i jakieś podniesione głosy. Jeśli to był duch, to bardzo głośny.

- Co to było? - zapytał Dean.

- Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać.

Castiel znów poszedł pierwszy. Powoli i jak najciszej zeszli na pierwsze piętro, z każdą chwilą lepiej słyszeli głosy. Castiel pewnie słyszał wszystko wyraźnie już wcześniej, ale Dean dopiero teraz rozpoznawał całe zdania.

- Trzymaj to.

- Staram się!

- Nie tak głośno, usłyszą nas.

- Przecież o to chodzi! Chcemy to nagrać, nie?

- Nic nie nagramy jeśli znowu upuścisz kamerę.

- Wpadłeś na mnie, to nie moja wina!

- Nie ja mam dziurawe łapy.

- Wpadłeś na mnie!

Głosy wydawały się Deanowi znajome, ale nie potrafił stwierdzić, gdzie je słyszał. Razem z Castielem byli już na dole, a tych dwóch facetów - to potrafił stwierdzić - było zaraz za ścianą. Czas w końcu zachować się jak agent FBI na akcji. Wyciągnął pistolet i wraz z Castielem pilnującym tyłów wyszedł z ukrycia, mierząc do intruzów.

- FBI, nie ruszać się! - nakazał.

Mężczyźni krzyknęli przerażeni, a jeden z nich wypuścił z rąk kamerę, która upadła na podłogę, wydając przy tym ten sam dźwięk, który słyszeli wcześniej będąc na strychu. Dean nie mógł uwierzyć, jakie pierdoły właśnie spotkali. Wyglądali na profesjonalistów, mieli latarki zakładane na głowę, bezprzewodowy system komunikacji, pasy z różnym sprzętem, ale cały ten profesjonalizm schodził na dalszy plan, bo ci dwaj wciąż krzyczeli.

- Dobra, zamknijcie się! - przekrzyczał ich Dean. Mężczyźni momentalnie przestali, ale teraz tulili się do siebie. - Coście za jedni?

- My? - zapytał jeden.

- Tak.

- Jesteśmy nikim - odparł drugi, ostrożnie odsuwając się od kolegi. Spojrzał w stronę kamery, ale dopóki Dean trzymał go na muszce, raczej nie zamierzał po nią sięgnąć.

- Nikim - powtórzył i przyjrzał się obu mężczyznom. Poświecił im nieco w twarz, by lepiej ich widzieć i wtedy przypisał ich głosy do tożsamości. - Jasna cholera. Jesteście Ghostfacers.

- Rozpoznał nas - powiedział jeden. Jeśli dobrze pamiętał, miał na imię Ed.

- Jesteśmy sławni - dodał z podekscytowaniem drugi, zdaje się Harry.

Obaj mężczyźni przybili sobie piątki, nie byli już przerażeni, choć Dean dalej mierzył do nich z broni, którą jednak zdecydował się opuścić. Obejrzał dość odcinków ich programu by wiedzieć, że nawet dla muchy nie stanowią zagrożenia.

- Co wy dwaj tutaj robicie? - spytał Dean.

- Co WY tutaj robicie? - Harry nabrał nagle odwagi i pewny siebie przyjrzał się obu agentom. - Muszę przyznać, nieźle nas nastraszyliście tą gadką o FBI.

- Jesteśmy z FBI. - Castiel wyjął odznakę i pokazał ją obu mężczyznom. Harry i Ed przysunęli się bliżej i uważnie ją zbadali, nawet jej dotknęli.

- Niezła podróbka - stwierdził Ed.

- To prawdziwa odznaka, kretynie - powiedział Dean i uniósł znów broń do góry. - A to prawdziwy pistolet.

Ghostfacers zaśmiali się, jakby Dean opowiedział właśnie najlepszy żart świata.

- Miałem taki na wodę - powiedział Ed i złożył palce w kształt broni. - Rączki do góry.

Dean przewrócił oczami i strzelił. Dla lepszego efektu wycelował w Castiela i trafił go prosto w brzuch. Ed i Harry znowu krzyknęli i przytulili się do siebie, podczas gdy niewzruszony anioł wsadził palce do krwawiącej rany, próbując wyciągnąć ze środka kulę.

- Chyba przeszła na wylot - stwierdził w końcu.

Dean spojrzał za anioła i zobaczył pocisk, który utknął w futrynie.

- Wybacz.

- Zniszczyłeś mi ubranie.

- Kupię ci nowe.

Ghostfacers przypomnieli im o swojej obecności, gdy Castiel wyleczył sobie ranę, a oni znowu wrzasnęli jak obłąkańcy.

- Czy możecie się zamknąć? - spytał Dean. - Bo zaraz do was strzelę.

Podziałało, obaj mężczyźni zamknęli jadaczki.

- Dziękuję. A teraz gadajcie, co tu robicie?

- No... Halo, Ghostfacers? - Harry wskazał na siebie i Eda. - Ghost... Facers. Ghost...

- Dobra, załapałem - przerwał im Dean. Ci dwaj byli jeszcze bardziej denerwujący na żywo niż w telewizji. - Szukacie ducha.

- Tak.

- I nagabujecie rodziców zamordowanej nastolatki.

- Ta... Co? - Ghostfacers spojrzeli na siebie zaniepokojeni. - Nikogo nie nagabywaliśmy.

- Czyżby? Dwóch paranormalnych dziennikarzy przyjechało tu dowiedzieć się, co się stało z zamordowaną nastolatką. Brzmi jak wy.

- Zaraz, zaraz, to nie my! - zapewnił Ed. - Dopiero tu przyjechaliśmy. To musiał być ktoś inny.

- Prowadzicie stronę o nawiedzonych miejscach o nazwie... Cas, jak ona się nazywała?

- Not Natural.

- Właśnie.

Dean spojrzał wyczekująco na Ghostfacers, którzy aż otworzyli usta ze zdziwienia.

- Nasza strona nazywa się po prostu Ghostfacers - wyjaśnił szybko Harry. - Not Natural to nasza konkurencja.

- Breth i Ross ciągle z nami rywalizują - dodał Ed. - Kiedyś mieli kręcić ich program, ale wybrali nas i od tej chwili ta dwójka ciągle próbuje nas sabotować albo sprzątnąć nam sprzed nosa najlepsze nawiedzone miejsca. Byli tu?

- Byli w mieście, ale wygląda na to, że nie tutaj.

- Czyli wciąż mamy szansę na dobry materiał. - Ed podniósł kamerę i wymierzył ją w stronę Castiela i Deana.

- Hej, nic nie będziecie kręcić. - Dean szybko zakrył kamerę. Ostatnim czego chciał, to wystąpić w telewizji. Choć jeśli pojawiłby się tam bez pozwolenia, mógłby tych dwóch idiotów aresztować.

- Co FBI do tego?

- To że to miejsce zbrodni, a wy właśnie na nie wkroczyliście.

- Było otwarte.

Dean miał już dość, a przebywał z nimi dopiero od kilku minut.

- Słuchajcie, wy dwa durnie - zaczął. - To nie jest robota dla was. Zabierajcie swój sprzęt i jeździe kręcić w jakimś domu strachów w lunaparku, czy gdzieś. Znajdźcie Freddy Fazbear's Pizza i poszukajcie nawiedzony animatroników, mam to gdzieś, po prostu się wynoście.

- Jak pójdziemy to kto pozbędzie się ducha, co? - zapytał Harry. - Poza tym chcę wiedzieć, jakim cudem on nie umarł od tej kuli. I czemu FBI poluje na duchy.

- Kto powiedział, że polujemy? - spytał Castiel.

- Sam wyglądasz mi na ducha. Chociaż krwawiłeś, więc może jednak nie. Czymś na pewno jesteś.

- Jestem aniołem pana - wyjaśnił Castiel i podszedł do nich. Obaj mężczyźni cofnęli się. - A wy opuścicie to miejsce i dacie nam w spokoju pracować.

- Na pewno nie! - nie zgodził się Ed.

- Mamy tu materiał życia! - dodał Harry. - Duch mordujący nastolatki i anioł pański. A to wszystko pod przykrywką FBI.

- Jesteście stuknięci - stwierdził Dean.

Ed i Harry jakby go nie usłyszeli, zignorowali też Castiela i zaczęli się naradzać.

- Moglibyśmy się rozdzielić i zbadać cały dom - powiedział Ed.

- A potem przeprowadzimy wywiad z aniołem.

- Wywiad? - powtórzył Castiel.

- Mamy plan! - oznajmił Harry. - Ponieważ jesteśmy profesjonalistami, nie to co wy, to będziemy dowodzić tą akcją.

- Jedyną akcją, jaką będziecie dowodzić, to akcja o nazwie "Wypierdalać".

- Kto tu ma program w telewizji? Kto pozbywa się duchów na co dzień? - Ghostfacers z dumą wskazali na siebie. - My dowodzimy.

Dean czuł narastającą frustrację i chęć, by walnąć obu łowców duchów w twarz. Wziął głęboki wdech, by się uspokoić, a gdy wypuścił powietrze, przed jego twarzą pojawiła się biała mgiełka. Kurwa.

- Cas...

- Wiem. - Anioł wyjął anielskie ostrze, choć przeciw duchowi na niewiele by mu się zdało. Mogło go jednak na chwilę odstraszyć, bo do całkowitego pozbycia potrzebne było niestety spalenie kości.

- Wow, co to? - Harry wyciągnął rękę, by dotknąć broni, ale Castiel złapał go za fraki i popchnął pod ścianę. To samo zrobił Edem, teraz obaj Ghostfacers byli w bezpiecznym miejscu, osłaniani przez Deana i anioła. - Hej!

- Stójcie tutaj i nie ruszajcie się - rozkazał im Dean i wyciągnął spod kurtki żelazny łom. Powietrze wciąż było zimne, więc duch był w pobliżu i teraz musieli tylko czekać, aż zaatakuje.

- Co się dzieje? Czemu tu tak zimno?

- To duch - wyjaśnił po prostu Castiel. Z nich wszystkich był najbardziej wysunięty do przodu, ze swojego miejsca mógł obserwować drugi pokój.

- FBI poluje na duchy, ekstra - powiedział z podziwem Ed. - Czy UFO też ukrywacie? Macie kosmitów w Strefie 51?

- Nie ma kosmitów - zaprzeczył Dean. - A teraz zamknijcie się w końcu.

Jak można się było spodziewać, mężczyźni go nie posłuchali, ale przynajmniej już nie gadali z nimi tylko ze sobą nawzajem.

- Nastawiłeś tryb nocny?

- Duh, pewnie że tak.

- Dobra, kręć, nie możemy niczego przeoczyć.

Jak na zawołanie, tuż przed Ghostfacer pojawił się duch. Mężczyźni krzyknęli, celując w niego kamerą i kręcąc wszystko. Obaj cofnęli się jak tylko mogli, aż natrafili plecami na ścianę. Zaniepokojeni krzykiem agenci odwrócili się w stronę Eda i Harry'ego, a Dean stanął twarzą w twarz z duchem.

- Niech to Spock! - wrzasnął Harry.

Przez krótką chwilę Dean nie mógł się ruszyć, wpatrywał się tylko w ducha, który miał okropnie pociętą twarz, jednego oka nawet nie miał, a drugie miał wyłupiaste. Próbował coś mówić, jego usta poruszały się, ale wydobywał się z nich tylko bełkot.

Dean w końcu doszedł do siebie i zamachnął się łomem, duch był jednak szybszy i telekinezą odrzucił go na ścianę.

- Masz to?! - krzyknął jeden z Ghostfacers.

- Nigdy nie widziałem ducha robiącego coś takiego! - wrzasnął drugi.

Duch wydawał się być skupiony tylko na Deana, bo choć miał Ghostfacers na wyciągnięcie ręki, to ruszył w jego stronę. Nim jednak zdążył się zbliżyć, Castiel wkroczył do akcji i przeciął go anielskim ostrzem. Zjawa rozpłynęła się w powietrzu i na kilka minut mieli spokój.

- Dean. - Anioł pomógł mu wstać, ignorując Ghostfacers, którzy podekscytowani wciąż wszystko nagrywali, z czego Dean nie był zadowolony.

- Nic mi nie jest - zapewnił. Trochę go bolały plecy, ale nie było to coś, czego by nie wytrzymał. Duch nie rzucił nim zbyt mocno.

- To było niesamowite - powiedział Harry kierując kamerę na Deana i anioła. - Od dawna się tym zajmujecie?

- Nie twój zakichany interes - odparł Dean. Złapał go za kołnierz kurtki i pociągnął w stronę wyjścia, Castiel zrobił z drugim to samo. teraz priorytetem było wyprowadzenie tych irytujących gwiazdeczek na zewnątrz, by nic im się nie stało. Mogli sobie walczyć z wyimaginowanymi duchami w telewizji, ale prawdziwy rozszarpałby ich na kawałki, zwłaszcza że jedyne co robili, to kręcili wszystko tą swoją głupią kamerą.

- Hej, co robicie, musimy tam zostać! - wyrywał się Harry. Ed także nie zamierzał poddać się bez walki.

- Z tego moglibyśmy nakręcić dwugodzinny special!

- Ale nie nakręcicie. - Byli już na zewnątrz, więc puścili obu mężczyzn. - Będziecie się trzymać z dala od tego domu, jasne?

- Mamy stracić materiał? Nigdy. Za coś takiego dostalibyśmy nowy kontrakt.

- Słuchaj, doktorze Venkman. To nie jest zabawa jak ten wasz serialik w telewizji. Ten duch jest prawdziwy.

- Nasze też są.

- Masz dowód, że nie? - spytał Ed.

- Nie obchodzi mnie, w co wierzycie. Widzieliście co ten duch mi zrobił. To samo zrobi z wami jeśli tam pójdziecie.

- Jesteśmy profesjonalistami, damy sobie radę z duchem.

- Na litość boską, wasze sposoby na niego nie zadziałają!

- Czyżby? No to powiedz, agencie, co zadziała?

- Sól, żelazo - wymienił Castiel. - Moje anielskie ostrze i moce mogą go tymczasowo zatrzymać, ale jedyny sposób na pozbycie się ducha to spalenie jego szczątek lub przedmiotu, do którego jest przywiązany.

- W życiu nie słyszałem większej głupoty - stwierdził Harry. - Na duchy działają egzorcyzmy.

- To działa na demony - zauważył Dean.

- Demony nie istnieją.

- Walnę go - ostrzegł odwracając się do partnera. - Cas, zrób coś.

- Obawiam się, że nas nie posłuchają.

- W takim razie niech ich duch zaszlachtuje - zdecydował i ruszył w drogę powrotną do Impali. - Wisi mi to!

- Właśnie tak, uciekajcie! - zawołał za nim Harry.

- Zamknij się, Cloverfield! - odkrzyknął mu Dean.

- Chodź, Ed, zbadamy ten dom bez nich, skoro nie chcą nam pomóc, a wręcz sabotują naszą pracę.

- Jakby miało nas to powstrzymać.

Ghostfacers ponownie weszli do domu z kamerą, a Castiel podążył za Deanem. Dogonił go nim doszedł do samochodu.

- Mogliśmy im zabronić tam wchodzić. FBI tak może - zauważył idąc obok partnera.

- Wiem, ale wątpię, że to by ich powstrzymało. - Dean był wściekły, nie wiedział tylko czy bardziej na upartych Ghostfacers, czy na siebie i swoją decyzję pozostawienia ich z duchem. Jego zadaniem było przecież bronić cywilów, a nie zostawiać ich na pastwę losu. - Chyba musiałby się tu kręcić cały oddział policji, żeby trzymali się z daleka, ale wtedy oni byliby narażeni. Duch może wychodzić na zewnątrz.

Dotarli wreszcie do drogi i wsiedli do Impali, ruszając z powrotem do miasta.

- Co robimy teraz? - spytał Castiel.

- Prześpimy się, a z samego rana poszukamy informacji o tym miejscu w miejscowej bibliotece. Musimy znaleźć kości tego ducha.

- Czy Ghostfacers przeżyją do tego czasu?

- Nawet jeśli nie, to nie będę po nich płakał.

Kogo on oszukiwał, byłoby mu przykro. Ich program był głupi, ale rozrywkowy. Poza tym to wciąż byli ludzie. Może i byli wkurzający, ale nie zasługiwali na śmierć. Miał nadzieję, że duch zostawi ich w spokoju.

Bibliotekę otwierali o siódmej, Dean i Castiel już siedzieli przed nią w samochodzie, gdy bibliotekarz przyszedł z kluczem. Trochę się zdziwił, gdy naskoczyli na niego nim jeszcze zdążył się porządnie rozsiąść przy swoim biurku.

- Szukamy każdej informacji na temat nawiedzonego domu - powiedział Dean, gdy bibliotekarz zapytał, czego sobie życzą.

- Tego za miastem?

- A jest ich tu więcej?

- Nie, nie - zaprzeczył szybko i odwrócił się do komputera, gdzie szybko poszukał tego, czego potrzebowali. - W alejce 7B znajdują się pozycje o historii naszego miasta. Nawiedzony dom, czy raczej dom Dawsona, też powinien tam być opisany.

- Dzięki.

Znalezienie odpowiedniej alejki poszło stosunkowo łatwo, dopiero odnalezienie segregatora zajęło sporo czasu. Spróbowali najpierw szukać pod D jak Dawson, ale okazało się, że tam tego nie ma. Dopiero po kilku minutach natrafili na segregator wciśnięty na półkę oznaczoną literą K, nie wiadomo z jakiego powodu. W środku nie było dużo, zaledwie kilka wycinków z gazet, ale informacje w nich zawarte okazały się być żyłą złota. Amanda nie był pierwszą, która zginęła w tym domu. Na przestrzeni sześćdziesięciu lat zginęło tam dziesięć innych osób, jednak wszystkie poprzednie zgony uznano za zwykłe wypadki. Jakiegoś pijaczka znaleziono pod schodami i stwierdzono, że umarł z wyziębienia. Ze względu na zimową porę(listopad) i status(bezdomny), nikt nawet nie zaproponował sekcji. Ktoś spadł też ze schodów i skręcił sobie kark, ktoś inny przedawkował, a jeszcze inna osoba zatrzasnęła się w piwnicy i umarła z pragnienia.

Zanim został opuszczony, dom także miał ciekawą historię. Mieszkający w nim Andrew Dawson był draniem i brutalem. Bił swoją żonę, która ostatecznie go zostawiła i założyła mu sprawę w sądzie. Nidy jednak do rozprawy nie doszło, bo Dawson popełnił samobójstwo tydzień po odejściu żony. Zostawił list, w którym napisał, że nie może bez niej żyć. Całe miasto żyło tą historią przez kilka tygodni. Co ciekawe, Andrew się powiesił i od tamtego czasu nikt w jego domu, który wybudował własnymi rękami jako prezent ślubny, nie mieszkał.

Dean i Castiel nie mieli wątpliwości, że to właśnie ich duch, musieli teraz tylko spalić jego kości. Mieli szczęście, Andrew został pochowany za swoim domem, zgodnie z wolą zapisaną w testamencie. Gdy byli tam ostatnio, nie widzieli żadnego nagrobka, ale przecież nie rozglądali się na zewnątrz, mogli go więc przeoczyć.

Odłożyli segregator na miejsce i wyszli z biblioteki. Musieli jak najszybciej wrócić do nawiedzonego domu, może Ghostfacers jeszcze żyli. Zatrzymali Impalę w tym samym miejscu co ostatnio i znów przedarli się przez krzaki, niosąc ze sobą dwie łopaty, kontener z benzyną i sól. Dean odetchnął z ulgą, gdy po wyjściu na na otwartą przestrzeń zobaczył Eda i Harry'ego siedzących przed domem i dyskutujących o czymś zaciekle. Obok nich leżała sterta różnych rzeczy, w tym dwa śpiwory i podróżna lodówka. Wyglądało na to, że chcą tu nocować.

- Widzę, że przeżyliście - powiedział podchodząc z Castielem do mężczyzn.

- Mówiliśmy, że damy sobie radę - zauważył z dumą Harry. - Wróciliście znowu nas wyganiać?

- Nie, pozbyć się ducha - odparł Dean i zaczął obchodzić dom.

- Jak to pozbyć?! Nie nagraliśmy jeszcze wszystkiego.

- Nie moja broszka.

- Zniszczycie nasz materiał!

Dean zignorował ich i razem z Castielem poszli szukać grobu. Znaleźli go szybko, choć był mocno zarośnięty przez rośliny, ale udało im się wypatrzeć wśród nich krzyż. Ghostfacers podążali cały czas za nimi, kręcą wszystko bez wyjątków.

- Śpicie z tą kamerą, czy co? - zapytał ich Dean podczas wycinania roślin dookoła grobu. Nie chciał podpalić wszystkiego.

- Musimy być pewni, że uchwycimy każdy moment - wyjaśnił Ed, nagrywając pracę Deana. - Dzięki temu mamy później co wybierać do ostatecznego montażu.

- Tylko nie myślcie, że puścicie to w telewizji - ostrzegł ich Castiel. - Ludzie nie mogą jeszcze wiedzieć o zjawiskach paranormalnych.

- Wreszcie brzmicie jak prawdziwe FBI. Ukrywacie prawdę. Obywatele mają prawo wiedzieć, jeśli coś im grozi!

- Dla ich dobra lepiej, żeby nie wiedzieli - stwierdził Dean. Razem z Castielem ścieli już dość krzaków, teraz pozostało im tylko wykopać kości i je spalić.

- Możecie ukrywać lądowanie UFO, ale tego nie ukryjecie - powiedział pewny siebie Harry. - Za miesiąc odcinek o was pojawi się w telewizji.

- Wiesz, że to nielegalne, a ja mogę was aresztować? - przypomniał im. - Nie zezwalam na użycie mojego wizerunku w telewizji.

- Użyjemy cenzury.

Dean westchnął poirytowany. Jeszcze nie wiedział jak, ale będzie musiał jakoś uniemożliwić tym cymbałom użycie materiału, który nagrywali. Jeśli będzie trzeba, zniszczy im kamerę.

- Co robicie? - zapytał Ed robiąc zbliżenie.

- Wykopujemy zwłoki - odpowiedział szczerze Dean.

Harry i Ed spojrzeli na nich zniesmaczeni.

- Dlaczego?

- Żeby pozbyć się ducha - wyjaśnił Castiel. - Mówiłem już, trzeba spalić jego kości.

- To nie ma żadnego sensu.

- To obrzydliwe - dodał Harry.

- I nieetyczne.

- Na pewno też szkodliwe.

- Więc spadajcie stąd - zasugerował im Dean. - Droga wolna.

- Nie wiem czy puszczą to w publicznej telewizji - zmartwił się Ed.

- Musimy się przenieść na kablówkę, wtedy i przekleństwa nie będą większym problemem.

Dean postanowił się na czas kopania wyłączyć, by nie słuchać tych idiotów. Na szczęście we dwójkę wykopanie trumny poszło niezwykle szybko. Gdy łopata natrafiła na drewno, nawet Ghostfacers zamilkli.

Castiel odrzucił łopatę i wskoczył do grobu, po czym otworzył trumnę. Andrew Dawson leżał na swoim miejscu, a jedyne co z niego pozostało, to pożółkłe kości.

- Obrzydlistwo - stwierdził Ed, ale i tak przykucnął by mieć lepszy widok.

Dean wylał na kości benzynę, gdy tylko Castiel wyszedł z grobu. Rzucił aniołowi sól i razem dokończyli robotę. Wszystko było już przygotowane, zapałka została zapalona i rzucona na szczątki, które stanęły w płomieniach. Ed i Harry cofnęli się trwożnie, ten pierwszy prawie upadł na tyłek, gdy ogień omal nie przypalił jego oraz kamery.

- I po duchu - oznajmił z zadowoleniem Dean.

- Niemożliwe - stwierdził Harry. - To za proste.

- Jak chcecie, to sobie tu zostańcie. Przynajmniej nic już was nie zabije. Powinniście nam podziękować.

- Za potencjalne zrujnowanie nam kariery?

- Za uratowanie tyłków. Chodź, Cas, spadamy.

Dean był trochę rozczarowany, że tak szybko im poszło, liczył na dłuższe śledztwo, a tak muszą znowu wracać do Chicago i czekać na wieści od Crowleya. Może Bobby da im szybko nową sprawę? Ładnie go poproszą, powinno pomóc.

Postanowili z Castielem wyjechać dopiero jutro, nie chciało im się jechać już teraz. Poszli na małe zakupy, zjedli coś na mieście, wyjaśnili sprawę z panią szeryf, a resztę dnia spędzili na byczeniu się w motelu. Przed spaniem trochę się też zabawili, potem wzięli razem prysznic i poszli spać. Dean był nieco zmęczony, dlatego usnął bardzo szybko i niechętnie obudził się wcześnie rano, gdy ktoś zaczął walić w drzwi pokoju.

- Cas, zobacz kto to - poprosił i spróbował znowu zasnąć, chowając głowę pod poduszkę.

Anioł wstał z łóżka i podszedł do drzwi, otwierając je na oścież.

- Oh, to wy! Dobrze, że was znaleźliśmy.

Dean wyjął głowę spod poduszki i obejrzał się za siebie, gdzie w drzwiach stali roztrzęsieni Ghostfacers.

- Co wy tu do cholery robicie? - zapytał przecierając zmęczone oczy. - I skąd wiedzieliście, gdzie nas szukać?

- Zapytaliśmy na policji - odpowiedział Harry i razem z Edem przecisnęli się obok Castiela do pokoju. - Musicie nam pomóc.

- Nie udzielimy wam wywiadu.

- Nie o to chodzi.

- Więc o to?

Ghostfacers zachowywali się naprawdę dziwnie, jeszcze nigdy nie widział ich tak przerażonych, nawet w ich programie. Byli bladzi i się pocili, wyglądali jakby mieli zaraz zemdleć.

- Byliśmy w nocy w tym domu - zaczął Ed.

- I najedliście się strachu, tak? - dokończył za niego Dean.

- Nie! No... tak. Ale nie tak jak myślicie.

- Chcieliśmy nakręcić ducha na kamerze, ale zasnęliśmy około północy.

- I?

- Kiedy się obudziliśmy wisiało nad nami ciało! - krzyknął spanikowany Harry.

- Co? - zdziwił się Dean. - To niemożliwe, spaliliśmy kości.

- Może to nie Andrew Dawson nawiedza dom - zasugerował Castiel.

- Czyli wam się nie udało - zauważył Ed.

- Jak widać - przyznał niechętnie Dean. - Trzeba obejrzeć to ciało i zdobyć więcej informacji o tym miejscu.

- Idziemy z wami!

- O nie, nie. Nigdzie się nie ruszacie. Właśnie dlatego was ostrzegałem, to niebezpieczny duch, a wy idioci spędziliście tam noc. Macie szczęście, że uszliście z życiem.

- Ale to jest ekscytujące. Nie będziemy przeszkadzać, obiecujemy. Tylko pozwólcie nam sobie pomóc i to nakręcić.

Dean wiedział, że musi powiedzieć nie. Wciąganie w to cywilów było zbyt ryzykowne. Gdyby chodziło o nalot na jakąś melinę gangu, też by ich nie wziął. Jeszcze by przez to stracił pracę, a gdyby coś im się stało, nigdy by sobie tego nie wybaczył.

- Nie - nie zgodził się.

- Proszę - błagał Ed. - To najlepszy duch, jakiego kiedykolwiek spotkaliśmy.

- Na pewno przyda wam się nasza pomoc - dodał Harry. - Potrafimy być bardzo pomocni.

- Pozwólcie nam, błagam.

- Dobra, tylko się zamknijcie! - krzyknął zirytowany Dean. - Wyjdźcie i dajcie nam się ubrać, a potem jedziemy do biblioteki. Może we czwórkę szybciej coś znajdziemy.

- O tak! Nagramy materiał godny Oscara! - Obaj mężczyźni zaczęli robić coś dziwnego z rękami i skończyli wymawiając: - Ghostfacers!

Dean już zaczynał żałować swojej decyzji. Może jeszcze nie było zbyt późno, by przykuć ich do grzejnika i zostawić w pokoju.

Przez całą drogę do biblioteki Ed i Harry nie mogli się zamknąć ani na chwilę. Jedynym plusem było to, że wyłączyli kamerę, ale zastąpili ją dyktafonem, na który nagrywali swój komentarz dotyczący sprawy. Gdyby cel ich podróży nie był tak blisko, Dean zagłuszyłby tych dwóch muzyką. W drodze do miasta Castiel odkrył jakiś zespół, który miał całkiem ostre brzmienie. W sam raz, by zagłuszyć paplaninę.

- Jedno mnie zastanawia - zwrócił się nagle do Deana Harry. - Czemu w waszym pokoju jest jedno łóżko?

Dean nie miał ochoty im opowiadać o swoim związku, dlatego nie odpowiedział tylko skupił się na jeździe.

- To chyba oczywiste - powiedział Ed. - Anioły nie śpią.

No proszę, problem sam się rozwiązał.

- Skąd wiesz?

- Czytałeś kiedyś o tym, żeby anioły spały?

- Nie, ale może ten jest inny.

- E tam, jest taki jak te w Biblii.

Dean się poddał i włączył muzykę, której nie wyłączył dopóki nie dojechali do biblioteki.

- W czym mogę pomóc tym razem? - zapytał bibliotekarz.

- Macie tutaj akty zgonów albo coś w tym stylu? - Jeśli nie, Dean był gotowy iść z tym na policję.

- Cóż, mamy w piwnicach archiwum z takimi rzeczami, ale można tam wejść tylko za pozwoleniem policji.

- Świetnie, FBI, poproszę o klucz. - Dean rzucił na biurko odznakę i ze zniecierpliwieniem zastukał palcami w blat.

- W porządku. - Bibliotekarz wyjął z kieszeni marynarki pęk kluczy i obszedł biurko, prowadząc agentów i Ghostfacers do piwnicy. - Szukają panowie czegoś konkretnego?

- Ostatnio pytaliśmy o nawiedzony dom. Potrzebujemy informacji o wszystkich, którzy tam zginęli odkąd samobójstwo popełnił Dawson.

- Trochę tego będzie.

- Mamy czas.

Bibliotekarz był na tyle miły, że osobiście wyszukał im odpowiednie informacje, w skład których wchodziły dokumentacje policji. Czegoś konkretnego musieli jednak szukać sami.

- Będę na górze. Jak panowie skończą, proszę mnie zawołać.

W archiwum był stół, przy którym wszyscy usiedli i zabrali się do pracy. Ed i Harry dalej od czasu do czasu ględzili do swojego dyktafonu, ale przez większość czasu skupiali się jednak na czytaniu, więc Dean ich nie uciszał. Zaprotestował dopiero, gdy próbowali zrobić zdjęcie akt. Tego tylko brakowało, żeby kiedyś te zdjęcia wyciekły.

Do czytania było dużo. Dean lubił to robić tylko wtedy, gdy chodziło o książki, a nie nudną biurokrację, dlatego choć chodziło o ważną sprawę, potwornie go to wszystko nudziło. Castiel oczywiście nie narzekał, a Ed i Harry byli tak tym wszystkim podekscytowani, że pewnie gdyby mogli, to przeczytaliby wszystko co znajduje się w archiwum. Niewiele było z nich pożytku, ale przynajmniej nie przeszkadzali.

Akta zmarłych w domu osób były naprawdę ciekawe. Wszystkie co do jednego posiadały notatki ze szkoły na temat tych osób. Wyglądało na to, że żadna z nich nie była grzecznym aniołkiem w swoich latach dziecięcych.

Siedzieli w archiwum dobrą godzinę, gdy w końcu natrafili na coś godnego uwagi. O dziwo, odkrył to Harry.

- To jest ciekawe - odezwał się nagle. Od jakiegoś czasu ani on ani Ed nic nie mówili, nawet do dyktafonu.

- Co? - spytał Dean.

- Wszystkie ofiary zginęły w domu, nie?

- I co z tego?

- Mam jedną, która zginęła obok domu, na drodze. Wypadek samochodowy, wjechała w drzewo.

- Czemu ktoś taki miałby nawiedzać jakiś dom?

- Jeśli jakaś jego rzecz trafiła do tego domu, to ma powód - zauważył Castiel.

- Kim była ta osoba? - zapytał Harry'ego Dean.

- Porucznik Robert Harris, służył w Korei - odpowiedział i podał agentowi akta. - Skremowany.

- Zginął dwa dni przed samobójstwem Dawsona - przeczytał ze zdumieniem Dean. - Może to nie było samobójstwo.

- Tylko jaki Harris miałby powód, żeby zabijać tych ludzi? - spytał Ed.

- Jego wnuczka wciąż tutaj mieszka, może ona nieco rozjaśni sytuację.

- No to jedźmy! - zdecydował Harry.

Dean już nawet nie miał siły, by protestować.

Kolejna przejażdżka również nie trwała długo, wnuczka Harrisa, Helen, mieszkała w centrum, nad niewielkim sklepikiem.

- Nie odzywajcie się - rozkazał Dean Ghostfacers. - Ja i Cas będziemy mówić. I żadnych zdjęć.

- A dyktafon? - spytał Ed.

- Żadnego dyktafonu, żadnej kamery. Odrobinę szacunku.

Wnuczka Harrisa sama pewnie była już babcią. Była bardzo nieufna, gdy uchyliła drzwi. Zgodziła się ich wpuścić dopiero, gdy Dean i Castiel pokazali odznaki. Harry'ego i Eda nie wpuściła i kazała im zaczekać za drzwiami, z czego nie byli zadowoleni.

- Mam nadzieję, że pani nie przeszkadzamy - powiedział Castiel.

- Synku, w moim wieku mało ma się zajęć - zaśmiała się Helen. - W czym mogę pomóc.

- Chodzi o pani dziadka, porucznika Harrisa. Chcemy się więcej dowiedzieć o jego śmierci - odparł Dean.

- Dlaczego?

- Badamy sprawę zabójstwa nastolatki w domu Dawsona. Pani dziadek zginął nieopodal.

- To było sześćdziesiąt lat temu, rok po jego powrocie z wojny. Wjechał samochodem w drzewo, był pijany.

- Wiemy, ale okoliczności jego śmierci nie zostały szczegółowo opisane przez policję. - Dean nie chciał naciskać, zwłaszcza że nie miał dobrego powodu, ale musieli się dowiedzieć o Harrisie wszystkiego, co było możliwe. - A może pani rodzina zauważyła coś nietypowego w jego śmierci?

- Coś nietypowego? - powtórzyła i zamyśliła się. - Mój ojciec opowiadał mi czasami o dziadku i o tym, jak zginął. Za każdym razem wspominał o nieśmiertelniku.

- Nieśmiertelniku pani dziadka? - spytał Castiel.

- Właśnie nie. Po odejściu z armii, dziadek pozbył się swojego nieśmiertelnika. Podobno za bardzo przypominał mu o walkach w Korei. Jednak na zdjęciach zawsze miał jeden, nawet po zakończeniu służby. Ojciec mówił, że to jego kolegi.

Nieśmiertelnik wydawał się być tym, czego szukali. Idealny dla ducha, by się do niego przywiązać, zwłaszcza jeśli za życia też się z nim nie rozstawało.

- Kim był ten kolega.

- Ktoś z wojska. Biedny człowiek, nie dotrwał do końca służby, bo inni żołnierze go dręczyli. Powiesił się w swoim namiocie, gdy był z dziadkiem w Korei. Dziadek ponoć nigdy się po tym nie pozbierał.

Wszystko ułożyło się w zgrabna całość. Dawson prawdopodobnie ukradł nieśmiertelnik, ponieważ wypadek Harrisa miał miejsce blisko jego domu. Pewnie był na miejscu jako pierwszy, a biorąc pod uwagę jaką był szują, Dean wcale by się nie zdziwił, gdyby okazało się, że ukradł nieśmiertelnik porucznikowi, który być może jeszcze wtedy żył i miał szansę przeżyć jeszcze dłużej. Dawson bił też żonę, a więc robił dokładnie to samo, co doprowadziło kolegę porucznika do śmierci. Inne ofiary też lubiły dręczyć ludzi, zwłaszcza w szkole. Nawet Amanda, którą posądzili o depresję jednego ucznia. Niektóre ofiary zostały także powieszone, czyli umarły tak samo jak kolega Harrisa. Mieli swojego ducha.

Podziękowali Helen za pomoc i dołączyli do Harry'ego i Eda, którym opowiedzieli o wszystkim. We czwórkę wrócili do Impali i pojechali do domu Dawsona. Musieli znaleźć nieśmiertelnik.

- Pewnie dlatego duch nas nie zaatakował - powiedział w czasie jazdy Harry. - My nie gnębiliśmy ludzi w szkole, to nas gnębili.

- Zaatakował ciebie, Dean - zauważył Castiel, który spojrzał na niego zaciekawiony. - Co zrobiłeś, że wybrał cię na ofiarę?

- Kiedyś gnębiłem jakiegoś chłopaka w szkole - przyznał zawstydzony. Nie był dumny z tego, co zrobił, ale był wtedy dzieckiem, nie zawsze wiedział, co jest dobre, a co złe. - Musiał przeze mnie zmienić szkołę. Gdy rodzice się o tym dowiedzieli, mocno mi się oberwało, zawiesili mnie też na miesiąc. Nigdy więcej już tego nie robiłem, nawet pomagałem czasami takim osobom, gdy wiedziałem, że wygram z ich gnębicielami. To chyba jednak mnie nie wybieliło w oczach Harrisa.

- Przynajmniej jest ci przykro - zauważył Ed. - Mój gnębiciel na zjeździe absolwentów powiedział, że gdyby mógł cofnąć czas, to postąpiłby tak samo. Nawet mnie później skopał za szkołą. W porównaniu z nim jesteś w porządku.

- Dzięki. - Miło było usłyszeć coś takiego od kogoś, kto doświadczył tego, co on zrobił temu chłopakowi w szkole. Nigdy nie zostało mu to wybaczone, ale słowa Eda zadziałały jako dobry zamiennik. Jeśli jednak kiedyś będzie miał okazję, osobiście przeprosi za swoje zachowanie.

Impala znów została zaparkowana tam gdzie poprzednio, a jej pasażerowie wysiedli na zewnątrz. Dean bez ociągania się podszedł do bagażnika i wyciągnął stamtąd sól oraz nieco podpałki. Nieśmiertelnik raczej nie będzie się palił zbyt ochoczo sam z siebie. O ile to w ogóle o niego chodziło, nie mieli jednak innego tropu.

- Czy my też dostaniemy coś do roboty? - spytał Harry, który razem z kolegą filmowali przygotowania.

- Będziecie stać z tyłu i nie przeszkadzać - odpowiedział Dean, nawet nie podając im niczego do obrony. Skoro duch koncentrował się na gnębicielach, nie było w tym żadnego sensu. Castielowi również nie dał broni, anioł i bez niej by sobie poradził, a poza tym pewnie tak jak Ghostfacers nie będzie nawet celem ataku. Z tego powodu najlepiej uzbrojony był Dean. Miał przy sobie wszystko, żeby obronić się przed duchem i odesłać go w zaświaty, w tym swoją wierną zapalniczkę do podpalenia nieśmiertelnika.

- To niesprawiedliwe - jęknął zawiedziony Ed. - W naszym własnym programie wyjdziemy na nieudaczników.

- Wzruszające.

Ruszyli w stronę domu, z jęczącymi Ghostfacers idącymi za nimi jak cień. Para ciągle coś paplała, najpewniej komentowała wydarzenia choć dużo łatwiej byłoby ten komentarz dodać w montażu.

Drzwi wejściowe były otwarte, gdy dotarli na miejsce. Tych dwóch durniów musiało je tak zostawić, gdy uciekali. W środku zaś znaleźli powód ich ucieczki. Mniej więcej w tym samym miejscu co Amanda, wisiał teraz mężczyzna wyglądający na bezdomnego. Pod nim leżały porzucone śpiwory i trochę sprzętu. To musiała być naprawdę nieprzyjemna pobudka.

Castiel ściągnął ciało na ziemię i przyjrzał mu się uważnie. Będą musieli o tym powiadomić panią szeryf, gdy już skończą z duchem.

- Rzeczywiście nam się nie udało - powiedział anioł.

- Ta. - Dean przysunął wykrywacz do ciała i wcale się nie zdziwił, gdy pokazał pozytywny odczyt. - Dobra, szukajcie tego nieśmiertelnika. Kto pierwszy znajdzie, przynosi go do mnie.

Ghostfacers zasalutowali i odeszli w swoją stronę. Castiel i Dean się nie rozdzielili, ruszyli na poszukiwania razem. Plusem było to, że przez okna wpadało światło, więc nie poruszali się w kompletnych ciemnościach jak ostatnio. Niektóre kąty nadal były ciemne, ale anioł sobie z nimi radził.

Szukali wszędzie, gdzie się dało. W szufladach, komodach, kredensie, a nawet pod podłogą, gdy natrafili na jakąś luźniejszą deskę, którą dało się wyrwać nawet ludzkimi siłami. Sądząc po odgłosach, Ghostfacers kręcili się na piętrze i robili to samo. W pewnym momencie jeden z nich musiał się o coś uderzyć, bo usłyszeli okrzyk bólu. Mieli szczęście, że duch był dla nich niegroźny, w przeciwnym razie już dawno by nie żyli.

Podczas przeszukiwania domu, Dean natrafił na sejf ukryty za obrazem. Mało prawdopodobne, by to właśnie tam ukryto mało warty nieśmiertelnik, ale postanowili spróbować szczęścia. Castiel wyrwał drzwi sejfu i wyciągał po kolei jego zawartość. Było tam trochę banknotów, złoty zegarek kieszonkowy i akcje giełdowe, dawno już oczywiście nieaktualne, jednak żadnego nieśmiertelnika.

- Gdzie on mógł go schować? - zastanawiał się głośno Dean.

- Może wcale go nie zabrał.

- Masz lepszą teorię?

- Niestety nie.

- Tak myślałem. - Dean wziął zegarek Dawsona i otworzył go. Nie chodził, ale był w niezłym stanie, wciąż się trochę błyszczał. Odrobina dopieszczenia i będzie jak nowy. - Hej, czy to byłaby kradzież, gdybym go wziął? Dałbym w prezencie ojcu.

- Wątpię, że twój tata ucieszyłby się z prezentu, jakim jest kradziony zegarek.

- Hej, właściciel nie żyje od sześćdziesięciu lat i nikt się po to nie zgłosił. Raczej nie będą za tym tęsknić.

- Jak uważasz.

Dean zastanowił się chwilę i ostatecznie odłożył zegarek do sejfu. Nie będzie sknerą, może taki kupić w antykwariacie całkowicie legalnie.

Przeszli do następnego pokoju i tak jak poprzednio, tak i teraz szukali wszędzie, nawet w zegarze stojącym. To zadziwiające jak wiele rzeczy nie zostało skradzionych. Najpierw te lalki, potem zegarek, a teraz to. Nie mówiąc o wielu metalowych elementach. To miejsce było żyłą złota, ale najwyraźniej legendy o duchu nawiedzającym to miejsce odstraszały rabusiów. A nawet jeśli jakiś się skusił, pewnie długo nie pozostawał żywy.

Po wywróceniu do góry nogami kanapy i foteli oraz opróżnieniu kolejnych szuflad, Dean i Castiel znowu nic nie znaleźli. Ani ducha, ani nieśmiertelnika. Mieli już wracać znowu do frontowych drzwi, gdy usłyszeli tupot nóg na górze, a potem zbieganie po schodach. Zdyszani Ghosfacers prawie na nich wpadli, gdy wparowali do pokoju niczym burza.

- Patrzcie, co znaleźliśmy! - ogłosił dumnie Harry, trzymając w dłoni nieśmiertelnik. Dean szybko wyrwał mu go z ręki i przeczytał wygrawerowany napis na tabliczkach. Nie znali nazwiska kolego Harrisa, więc nie mogli potwierdzić tożsamości, ale to zdecydowanie były blachy z okresu wojny w Korei.

- Dobra robota - pochwalił ich wyciągając z kieszeni potrzebne rzeczy, które położył na małej szafeczce obok. Czas najwyższy pozbyć się ducha na zawsze.

- Mówiliśmy, że się przydamy. - Ghostfacers puszyli się teraz jak pawie, ale Dean nie potrafił być tym zirytowany. Naprawdę im pomogli, nawet dwa razy. - Dobry z nas zespół i powinniśmy... AAA!

Dean odwrócił się szybciej, niż kiedykolwiek. Zdążył zobaczyć ducha kątem oka zanim tak jak poprzednim razem został rzucony na ścianę, tym razem dużo mocniej. Krzyknął z bólu i poobijany upadł na podłogę, rozluźniając dłoń i upuszczając nieśmiertelnik. Castiel podzielił jego los krótko potem, gdy spróbował zaatakować ducha. Ten nie dał się drugi raz podejść i rzucił aniołem jeszcze mocniej niż Deanem.

Castiel uderzył w kredens, który po chwili zwalił się na niego wraz z całą zawartością w postaci zastawy stołowej. Ghostfacers dalej krzyczeli przerażeni, choć nic im nie groziło, a Dean z całych sił usiłował dopaść nieśmiertelnika. Musnął palcami łańcuszek, już prawie go miał w swoich rękach, kiedy duch przeciągnął jego ciałem po podłodze jak szmatę i przyszpilił do ściany, dusząc go.

- Co mamy robić?! - krzyknął spanikowany Harry.

Castiel wygramolił się spod kredensu, ale duch nawet nie pozwolił mu się do niego zbliżyć. Cisnął nim o przeciwległą ścianę, która pękła pod naporem uderzenia. Anioł przebił się przez nią i wylądował na zewnątrz domu wraz z kawałkami gruzu. Duch musiał sobie zdawać sprawę, że w jego przypadku może sobie pozwolić na więcej, dlatego rzucał nim mocniej. Śmiercią Deana chciał się z kolei delektować. Wciąż trzymając go przypartego do ściany, zbliżył się do niego i spojrzał mu głęboko w oczy.

Spojrzenie ducha było wręcz obłąkane, Dean nie był w stanie się w nie dłużej wpatrywać, ale nie mógł też odwrócić wzroku choć bardzo chciał. Zaczynało mu brakować powietrza, ale próby oderwania od siebie siły, która trzymała go w powietrzu i podduszała, spełzły na niczym. Kręciło mu się w głowie i wiedział, że nie pozostało mu wiele czasu, musiał działać szybko.

- Nieśmiertelnik - wychrypiał z trudem i sięgnął po zapalniczkę, którą miał w kieszeni kurtki. Chciał ją rzucić w stronę Ghostfacers, ale nie miał dość siły, więc tylko upadła duchowi pod nogi.

- Co nieśmiertelnik? - spytał Ed. Wciąż nagrywał całe zdarzenie, choć ręce mu się trzęsły jakby miał padaczkę.

- Spal go. - Nie był nawet pewny, czy ci idioci coś zrozumieli, bo przez chwilę w ogóle się nie ruszali. W końcu jednak Harry podbiegł do zapalniczki i zgarnął ją szybko. Duch nie zareagował.

Castiel znów wrócił i szybko podzielił los Deana. Przyparty do ściany i nie mogący ruszyć nawet palcem, mógł tylko patrzeć jak jego partner jest duszony. Jego oczy zaczęły świecić na niebiesko, był bliski opuszczenia ciała, byle tylko odstraszyć ducha choćby na kilka sekund. Dean był gotów w każdej chwili zamknąć oczy. Miał tylko nadzieję, że Ghostfacers wpadną na ten sam pomysł.

Harry położył nieśmiertelnik na ziemi i posolił go szybko. Ed wylał na niego paliwo do zapalniczki, a potem spróbował odpalić samą zapalniczkę. Poleciało tylko kilka iskier.

- To nie działa! - Był tak spanikowany, że zapalniczka wyleciała mu z rąk.

- Próbuj mocniej! - krzyknął Castiel. Blask emanujący z niego był tym mocniejszy, im słabszy był puls Deana.

- Staram się!

- Daj mi to! - Harry zabrał mu zapalniczkę i sam spróbował. Pierwszych kilka prób zakończyło się tak samo, ale w końcu pojawił się płomień, ale z powodu blasku łaski Castiela, Dean z trudem go dostrzegł.

Ghostfacers rzucili zapalniczkę na nieśmiertelnik, a ten zapłonął momentalnie wraz z fragmentem podłogi. Ucisk wokół szyi Deana zelżał, a zaraz potem całkowicie ustąpił. Jego i Castiela nic już nie trzymało w powietrzu, upadli więc na podłogę, anioł z dużo większą gracją niż on, ale mało go teraz obchodziły punkty za styl, najważniejsze było powietrze.

Duch płonął tymczasem w najlepsze, wrzeszcząc przy tym niewyobrażalnie głośno. Wszystko to nagrywali z rozdziawionymi ustami Ed i Harry. Nie przegapili ani sekundy i stali osłupiali jeszcze długo po tym, jak duch rozpłynął się w powietrzu, pozostawiając po sobie jedynie niewielka stróżkę dymu, która jednak po chwili została rozwiana.

- Na wielkiego... - zaczął Ed.

- Cthulhu - dokończył Harry. - To było niesamowite.

- Jeśli po tym nie zrobią o nas filmu, w którym główne role zagrają DiCaprio i Chris Evans, to tracę wiarę w ludzkość.

- DiCaprio, serio? - Dean zakasłał, a Castiel pomógł mu wstać, po czym ugasił nieśmiertelnik machnięciem ręki. - Jeśli będzie w waszym filmie, to nie dostaniecie Oscara.

- Trudno, to i tak przereklamowana nagroda. Złote Globy są lepsze.

- Jak tak dalej pójdzie, to biedaczek zawędruje na rozdroże. Trzeba będzie uważnie obserwować rozdania Oscarów.

Gdy Dean trochę odpoczął, odwiózł wszystkich do motelu, gdzie stała furgonetka Ghostfacers, którą ci spanikowani przyjechali po odkryciu ciała nad swoimi głowami.

- No, to tutaj się rozstajemy. - Dean wyciągnął rękę w stronę Harry'ego i Eda. - Muszę przyznać, byliście całkiem pomocni.

- Wy też nie jesteście takimi amatorami, jak sądziliśmy - przyznał Harry i uścisnął mu dłoń. - Odwdzięczymy się wam, gdy już zdobędziemy różne nagrody. Zadedykujemy je wam. Jak chcecie, to przekażemy wam też część pieniędzy.

- Wolałbym, żeby mojej twarzy w ogóle nie było widać w telewizji. - Całkiem zapomniał o tej głupie taśmie. - Jakbyście mogli, to nie puszczajcie tego w swoim programie, dobra?

- Nie ma mowy! - odmówił Ed, tuląc kamerę do siebie. - Będziemy dzięki temu sławni.

- Słuchaj, nie zgadzam się na...

Castiel przerwał mu w połowie zdania, wyrywając Edowi kamerę z rąk. Ghostfacers zaczęli protestować, ale anioł szybko wyjął ze środka kartę i schował ją do kieszeni płaszcza.

- Oddam wam ją, ale nie teraz - wyjaśnił, podając im kamerę. - Świat jeszcze nie wie o istotach paranormalnych, ale gdy tylko się dowie, będziecie pierwszymi profesjonalnymi łowcami znanymi opinii publicznej. Do tego czasu, jak na łowców przystało, trzymajcie to co się tu wydarzyło w tajemnicy.

Ed i Harry nie byli zadowoleni z rozwoju wydarzeń, ale nie mogli nic zrobić. Castiel był dla nich za silny, żeby próbować z nim walczyć. Pewnie nawet sześciolatek byłby dla nich zbyt dużym wyzwaniem.

- Dobra - zgodzili się w końcu. - Ale jeśli nie dotrzymasz umowy...

- Dotrzymam - zapewnił i ruszył w stronę motelu.

- Słyszeliście go. - Dean skinął w stronę furgonetki Ghostfacers. - Zmywajcie się. I do zobaczenia.

Mężczyźni oburzeni i rozczarowani wsiedli do wozu i odjechali. Dwie godziny później Dean i Castiel również zabrali się w podróż do domu, powiadamiając wcześniej szeryf o nowym ciele, a swój wyjazd wytłumaczyli wezwaniem szefostwa. W czasie jazdy Castiel uparł się, żeby posłuchać jego muzyki. Odkryty przez niego zespół śpiewał coś o jakimś dziwnym trójkącie miłosnym, czy coś w tym stylu. Dean nie wsłuchiwał się zbytnio w słowa, ale muzyka była przyjemna. Anioł był z kolei bardzo skupiony i niewiele go dzieliło od grania na niewidzialnej perkusji.

Gdy utwór się skończył, Dean włączył radio, ale niezbyt głośno. Miał do zadania pewne pytanie.

- Naprawdę oddasz im kartę, gdy plan aniołów się powiedzie?

Castiel odwrócił się w jego stronę i uśmiechnął się przebiegle, nim wyrzucił kartę przez otwarte okno Impali. Dean śmiał się z tego jeszcze przez wiele mil jazdy.