We were and we are the Dark Lord's „most loyal" servants...
Niebo z czarnego stawało się granatowe, gdy Dumbledore powrócił do zamku. Powolnym krokiem dostał się do swojego gabinetu, marząc jedynie o choć krótkiej drzemce, która na chwilę wyłączy go z całego chaosu tego świata. Nie było mu to jednak dane, ponieważ w gabinecie czekał na niego Snape. Na jego widok poderwał się z fotela.
– Gdzie byłeś? – zapytał ostrym tonem. – Przecież ja tu szaleję z niepewności!
– Kochanie, nie złość się, następnym razem wrócę wcześniej – odparł ironicznie Dumbledore i mimo zmęczenia roześmiał się na widok miny przyjaciela. – Byłem u Aberfortha.
Severus zapomniał na chwilę o tym, jak przed chwilą żartobliwie nazwał go siwobrody, i rozzłoszczenie na jego twarzy ustąpiło zdumieniu.
– Po co u niego byłeś? Przecież nie odzywacie się od lat...
Dumbledore westchnął i zasiadł w fotelu. Wziął ze stolika jeden z cukierków i wsadził go sobie do ust.
– Po pierwsze męczyło mnie to, że się tyle nie odzywamy i mimo iż próbowałem winę za to zrzucić choć trochę na niego, to jednak wiem, że leży ona po mojej stronie... A po drugie potrzebujemy go. W końcu musimy spróbować wyciągnąć Victorię... Tyle że bardzo ciężko mi działać, kiedy nawet nie mam pojęcia, jak to się stało... I dlaczego...
– Albusie, chciałem z tobą o tym porozmawiać. – Snape w końcu ponownie zasiadł w fotelu. – A właściwie chciałem, nim nazwałeś mnie „kochaniem" – rzucił mu oburzone spojrzenie, ale po paru chwilach przybrał poważny wyraz twarzy. – Wiesz dobrze, że Malfoy z pewnych względów jest mi dość bliską osobą... I chciałem się dowiedzieć, czy wierzysz w to, że kogokolwiek z premedytacją zabiła. Wiem, że to trudne, ale ja uważam, że ona nie mogła...
– Severusie, przecież ja o tym wiem – Dumbledore przerwał mu i uśmiechnął się z politowaniem. – Nie wierzę, że kogokolwiek mogłaby zabić w pełnej świadomości.
– To dobrze. – Na twarzy Snape'a pojawił się wyraz ulgi, ale po chwili kolejne zmartwienie go przykryło: – Ale nie mamy żadnej możliwości by udowodnić, że była niepoczytalna, nie w pełni zmysłów. Oczywiście możemy powiedzieć prawdę, że wracała od Czarnego Pana, który, tak jak ci wspominałem nim zniknąłeś, zabił przy niej kogoś, i ona wtedy wpadła w tę aberrację i nie była sobą... Ale służenie Czarnemu Panu w tych czasach jest przestępstwem równym zabiciu, więc tylko ją pogrążymy, jeśli powiemy prawdę, i być może skażemy na pocałunek dementora...
– No tak... Prawdy w tej sytuacji lepiej nie mówić... – Dumbledore wlepił spojrzenie w okno, za którym robiło się coraz jaśniej. – Dlatego poszedłem do Aberfortha. Umówiłem się z nim, że przybędzie na rozprawę Victorii i powie, że spotkał ją nim doszło do morderstwa. Ma ogłosić, że zachowywała się przerażająco: mówiła do siebie, krzyczała, miała nieobecny wzrok... W końcu musimy jakoś udowodnić tę jej nieświadomość... Co prawda zrobimy to kłamstwem, gdyż jednak nie mamy prawdziwych dowodów, ale ja wierzę, że to kłamstwo jest słuszne. Nie mogą trzymać jej w więzieniu, teraz, gdy wojna jest tak blisko, a ona jest moim najcenniejszym źródłem informacji...
– To prawda, ale poza cennym źródłem informacji jest też dziewczyną, która nie przywykła do przebywania w zimnym, zamkniętym pomieszczeniu ze świadomością, że kogoś zabiła, a nawet tego nie pamięta – rzekł oschle Snape i wstał. – Byłeś już u Ministra, by dowiedzieć się kiedy rozprawa?
– Stawię się u niego w południe. Teraz, Severusie, potrzebuję choć odrobiny snu.
– A ostrzegałeś McGonagall, żeby nie rozpowiadała tego, że ją aresztowali?
– Tak, Severusie, ale to i tak się rozejdzie...
Snape postanowił więc, że gdy tylko usłyszy, jak którykolwiek uczeń rozmawia o Victorii i jej aresztowaniu, to odejmie mu wszystkie punkty.
– I ostrzeż Scrimgeorga, że jeśli choć słówko o Malfoy pojawi się w gazetach, to osobiście mu nogi z dupy powyrywam.
– Nie powinni pisać przed ogłoszeniem wyroku...
– Och, chyba nie znasz Proroka Codziennego – syknął Snape, odwrócił się i wyszedł.
O osiemnastej znów pojawił się w gabinecie dyrektora.
– I jak było u Scrimgeorga? – zapytał Dumbledore'a, bez pozwolenia siadając w fotelu i patrząc z wyczekiwaniem na staruszka.
– Nie najgorzej. Obiecał, że nie pojawi się w gazecie nic na temat Victorii, oczywiście do wyroku. Sam wyrok natomiast odbędzie się w piątek, czyli za pięć dni. Nie udało mi się załatwić zgody na odwiedzenie Victorii, więc nie przygotujemy jej do rozprawy...
– Ona i tak nie ma do powiedzenia nic więcej, niż tylko to, że nic nie pamięta i że z pewnością tego nie zrobiła.
– Racja, ale oby nie zaczęła mówić o tym, gdzie była, nim pojawiła się w Hogsmeade... Chyba zdaje sobie sprawę, że jakkolwiek by się nie tłumaczyła, Scrimgeour nie ułaskawi jej, jeśli się przyzna, że służy Voldemortowi, prawda? Nie może pisnąć słówka o spotkaniu z nim...
– Aż tak tępa nie jest. – Snape skrzyżował ręce na piersiach i z posępną miną wpatrzył się w ścianę, ponieważ przypuszczenia Dumbledore'a wzbudziły w nim lekką obawę.
– Wiem, ale może pomyśleć, że nie znajdziemy sposobu, by ją uratować, i stwierdzi, że powie prawdę i że być może prawda jej pomoże.
– Nie sądzę...
– Ale jednak sam mówiłeś, że zanim Scrimgeour ją stąd wyprowadził, to nawet nie posłałeś jej pokrzepiającego spojrzenia, żadnego słowa... Skąd ma wiedzieć, że faktycznie nie uwierzyliśmy w to, co jej zarzucają? Że nie postanowiliśmy odpuścić, nie ratować jej?
– Myślę, że domyśla się, iż będziemy chcieli jej pomóc. A w każdym razie mam nadzieję.
Albus kiwnął głową i podszedł do okna. Dziś śnieg już nie padał, ale dzień i tak był bardzo ponury.
– Pozostaje jeszcze jedna kwestia – rzekł. – Minerwa listownie poinformowała Malfoyów o całej sytuacji, ale zapewne zdajesz sobie sprawę, że musisz udać się do nich osobiście i z nimi o tym pomówić...
– Oni to nic, gorzej jak wreszcie wezwie mnie w tej sprawie...
– Voldemort – dokończył za niego Dumbledore. – Tak. Właśnie do niego zmierzałem... Zapewne niebawem zorientuje się, że Victoria nie przybywa na jego wezwania i będzie chciał się dowiedzieć, o co chodzi. Naturalnie powiedz mu prawdę, tego nie ma co przed nim ukrywać... Aczkolwiek obawiam się jego reakcji... W końcu Victoria jest dla niego dość nietypowo wyjątkową osobą...
– Och, Albusie, obawiasz się... – Snape uśmiechnął się drwiąco. – Ale to nie ty będziesz musiał powiedzieć mu prosto w oczy, że jego przyjaciółeczka jest zamknięta w Azkabanie. Założę się, że oberwę, bo jej nie dopilnowałem. Co prawda kazał mi się trzymać od niej z daleka, ale co z tego...! Mam się trzymać z daleka, ale jednocześnie jej pilnować! Niechże diabli go wezmą... Oby chociaż nie poruszył tematu horkruksa...
– Nie sądzę, że poruszy. Będzie do ostatniej chwili ukrywał przed wami ich istnienie, nawet jeśli będzie świadom, że większość jest już zniszczona.
Chwilę pomilczeli, a potem Severus powiedział:
– Chyba przeniosę się do Narcyzy i Lucjusza już dziś. Chcę mieć to za sobą.
Dumbledore kiwnął głową, a Snape powstał. Chwilę popatrzył posępnie w okno, za którym było już ciemno, po czym rzekł:
– Po prostu muszę zrobić cokolwiek. Nie dam rady iść teraz do siebie i zacząć choćby czytać książkę. Nie ze świadomością, że ona... – uciął, a następnie zacisnął pięści. Poczuł strach. Bał się o nią.
– Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by ją stamtąd wyciągnąć – odparł pocieszająco Dumbledore.
Snape kiwnął głową i wyszedł. Skierował się prosto do wrót wyjściowych, a stamtąd do bramy, by za nią przenieść się na Dwór Malfoyów.
Przeszedł szybko przez wielkie podwórze, a gdy tylko znalazł się za progiem domu, zza ściany wyłoniła się Narcyza, która podbiegła do niego i chwyciła go za przód szaty.
– Severusie, czy to prawda?! Czy naprawdę Victorię zamknęli w Azkabanie?
Narcyza miała podkrążone oczy. Jej twarz wyrażała przerażenie. Snape, gdy chwycił jej ręce i odciągnął je od swojej szaty, zdał sobie sprawę, że cała drży.
– Tak, Narcyzo, to prawda.
Kobieta jęknęła głośno, a wtedy tuż za nimi pojawił się Lucjusz.
– Błagam, poproś Dumbledore'a, by ją stamtąd wyciągnął! – załkała.
– Cyziu, tylko nie Dumbledore'a... – odezwał się mąż kobiety i spojrzał wymownie w sufit.
– Nie obchodzi mnie to, co ty myślisz na jego temat! – Narcyza obróciła się energicznie w stronę męża, a Severusowi bardzo przypominała w tym momencie Victorię. – On może wyciągnąć z więzienia naszą córkę, więc jeśli będzie to konieczne, mogę go nawet osobiście błagać o to na kolanach!
– Na szczęście nie będziesz musiała posuwać się do aż takiej hańby... – Severus uniósł brwi. Oczywiście musiał grać, tym bardziej że Lucjusz też tu był. – Dumbledore obiecał, że spróbuje ją wyciągnąć. Dla niego mogliby wsadzić za kraty nawet najgorszego przestępcę, a przy odrobinie skruchy z jego strony, starzec na pewno próbowałby go wyciągnąć. – Uśmiechnął się ironicznie.
Narcyza odetchnęła na chwilę z ulgą, ale po chwili znów na jej twarz wstąpiło zmartwienie:
– Jak to się stało, że Victoria tak po prostu zabiła jakąś kobietę w Hogsmeade?
– Przypuszczam, że nie zrobiła tego świadomie... Nie mam pojęcia, jak to się stało. Spróbuję to wybadać.
– Nie dostaliśmy nawet zgody na odwiedzenie jej – syknął wściekle Lucjusz i trzasnął w posadzkę swoją laską. – Wiesz może, kiedy Victoria pojawi się w Ministerstwie? W końcu chyba czeka ją jakaś rozprawa, nie wsadzili jej do Azkabanu ot tak, bez sądu, nieprawdaż?
– Owszem, nie wsadzili ot tak – odparł oschle Snape. – Rozprawa odbędzie się w piątek, ale chyba nie zamierzacie w niej uczestniczyć? I tak się dziwię, że wpuszczają cię jeszcze do Ministerstwa, Lucjuszu.
– Są zbyt głupi, by zdobyć choć najmniejszy dowód na to, że służę Czarnemu Panu. A póki tego dowodu nie mają, ja bez obaw mogę się tam pojawiać, nim nasz pan nie przejmie tego gmachu. Na rozprawę także zamierzam przyjść.
– Nie pójdziemy, bo tylko bardziej rozzłościmy Scrimgeoura... – wycedziła Narcyza, która widocznie miała swojego męża, a właściwie jego postawę, coraz bardziej dosyć. – To nie Knot, żeby ze strachu przymykał na wszystko oko! Scrimgeour nie jest głupi, na pewno domyśla się, po czyjej stronie jesteśmy... Zacznie zadawać niewygodne pytania i nam, i Victorii. Nie obiecasz mi przecież, że będziesz w stanie z każdego z nich wybrnąć!
– Narcyza ma rację. Nie mówię, że na pewno Minister zacznie atakować Victorię mocniej, jeśli tam będziecie, ale jednak jest to możliwe... Lepiej nie ryzykować. Scrimgeour to nie głupiec, ale bywa groźny.
– Oby nie musiał przekonać się o mojej własnej grozie, jeśli jej nie uniewinni... – wysyczał Lucjusz.
– Bez pomocy Dumbledore'a z pewnością jej nie uniewinni – odparł drwiąco Severus, patrząc z satysfakcją na rozzłoszczoną i niepewną minę mężczyzny.
– W takim razie zmanipuluj nim porządnie, ma działać na jej korzyść!
– I będzie. Mówiłem już. Nie muszę nim manipulować. Opowiadałem ci niejednokrotnie, że Dumbledore jest zbyt uczuciowy. W tej sytuacji nie może znieść myśli, że jedna z uczennic Hogwartu, młoda, ambitna dziewczyna, siedzi zamknięta w Azkabanie. Oczywiście wierzy w jej niewinność.
– Obyś miał rację... Oby faktycznie ją wyciągnął... – Lucjusz na chwilę zamilkł i niepewnie rozejrzał się po otoczeniu, a następnie rzekł: – Nie mam pojęcia, czy powinniśmy informować Czarnego Pana o tym, co się dzieje. Skoro mówisz, że Dumbledore i tak ją wyciągnie... Przynajmniej nie narazimy Victorii na jego gniew, że dała się złapać, jeśli się nie dowie...
– Czarny Pan musi zostać poinformowany – przerwał mu oschle Snape.
Severus niemal prychnął, gdy Lucjusz powiedział o narażeniu Victorii na gniew Czarnego Pana. Że też oni nie mieli pojęcia, jak blisko była z samym Voldemortem ich własna córka... Jeśli ktokolwiek miał być narażony na gniew czarnoksiężnika, to z pewnością on sam – Snape. Wtedy właśnie pomyślał, że może lepiej dla jego samego będzie, gdy zamiast czekać na wezwanie Voldemorta i jego niepokój o Victorię, sam go wezwie i poinformuje o całej sytuacji. Przedstawił więc na głos swoją sugestię Narcyzie i Lucjuszowi. Spojrzeli na siebie niepewnie, a następnie pokiwali głowami, zgadzając się na zaproszenie przez Snape'a Czarnego Pana do ich domu.
