ROZDZIAŁ 25
„Wilk w klatce zawył głucho."
- Nie potrafisz się powstrzymać, co, Tańczący? – Roy nadal oparty o biblioteczkę nie poddał się panice czy strachowi. Ironiczny uśmieszek pogłębił się, gdy siedzący obecnie na parapecie młodzieniec zmrużył swoje szmaragdowe, błyszczące oczy.
- Jakżebym mógł, gdy mam szansę zasiać odrobinę chaosu – odparł Hari, wcale nieprzejęty przemoczonymi szatami, wpadającym do gabinetu deszczem, wyjącym koło ucha wiatrem.
Fawkes podniósł szkarłatno-złoty łepek z ożywieniem, wpatrując się wręcz nachalnie w nowoprzybyłego. Zanucił wesoło, łopocząc delikatnie skrzydłami. Złote błyski rozpierzchły się po ścianach, migoczące punkciki przesunęły się zygzakowato po portretach byłych dyrektorów.
- Od wchodzenia są drzwi – warknął niczym rozjuszony wilczur Syriusz, mierząc Raikou nieprzychylnym spojrzeniem.
- Najwyraźniej twój umysł jest ograniczony, Kundlu. – Młody alchemik zeskoczył na miękki dywan zgrabnie, a spływającą z płaszcza woda utworzyła na puchatym materiale ciemną, nieregularną plamę. Sam Hari przypominał topielca wyjętego z wody tuż przed całkowitym utonięciem, którego ledwo udało się odratować.
- Wszystko w porządku? – zapytała Hermiona, przyglądając mu się niepewnie i z iskrą zmartwienia.
Zignorował jej wypowiedź, co w pewnym stopniu zabolało dziewczynę, zakuło cienką igłą prosto w serce. Nawet sam nie zdawał sobie sprawy, jak czasami rani otaczających go ludzi. Dla Raikou to zachowanie było w pełni naturalne, nie widział w nim nic złego, niewłaściwego. Nie znał tej cienkiej granicy oddzielającej dobro od zła. Tak naprawdę, to zanurzony w oceanie beznadziei oraz nienawiści zatracił poczucie między tymi dwoma stronami. Znając jedynie niektóre elementy życia nie rozpoznawał innych, tych łączących człowieka z człowiekiem. Prawdziwych więzi.
- Plan jest taki – odezwał się Mustang po wymienieniu spojrzeń z siwobrodym dyrektorem. – Kiedy pozostałe patronusy namierzą tęczową bestię, ja, Tańczący, Tonks i Black ruszymy, żeby ją złapać lub zlikwidować…
- Jednym słowem, ukatrupić – wpadł mu w słowo młodzieniec. Niezrażony pułkownik kontynuował:
- Wasza trójka – tu spojrzał na siedemnastoletnich Gryfonów – będzie pilnować i obserwować uważnie uczniów. Nigdy nic nie wiadomo. Podporuczniku Havoc, podporuczniku Breda, wy pozostaniecie tutaj z Lupinem i będziecie odbierać bieżące informacje od nas. Podpułkowniku Maes, dołączysz do nich i jeszcze raz przeglądniesz papiery. Jeżeli ominęliśmy coś istotnego i to znajdziesz, zawiadomisz nas. Poruczniku Hawkeye, ulokujesz się w dogodnej pozycji, aby w razie czego mieć czyste pole do zestrzelenia wroga. – Odpowiedziało mu ogólne „Hai" podwładnych, skinięcie głowami mieszkańców domu Lwa, a także prychnięcie od strony Hari'ego.
- Severus oraz Poppy przygotują na wszelki wypadek odosobnione sale w Skrzydle Szpitalnym i tam zaczekają. Minerwo, my będziemy śledzić wydarzenia z wieży astronomicznej – dodał do wypowiedzi Mustanga Albus, poprawiając gładkim ruchem spoczywające na nosie okulary-połówki. Wydawało się, jakoby starszemu mężczyźnie przybyło przynajmniej kilkanaście lat – wzrok już nie tak beztroski, wesoły, zmarszczki pogłębiły się, postawa wskazywała na zmęczenie, ale i determinację w chronieniu przebywających w zamku osób.
Milczenie zawisło w tej osobliwej grupie, zasiewając w duszach niepewność, strach przed chybotliwą przyszłością. Czarne tęczówki, zielone, niebieskie, brązowe… różne odcienie, kształty, wyrazy. Szkliste odbicia prawdziwych osobowości, nierzadko krytych w głębinach świadomości, zakutych w ciężkie okowy. Jedne z nich, szmaragdowe, nabrały wewnętrznego blasku, po brzegi wypełniły się chęcią zemsty, współzawodnictwa, krwi.
Roy kątem oka zerkał na Raikou, rozważając w myślach cały plan, wybierając dostępne opcje, analizując skomplikowaną sytuację i wszystkie możliwe wyjścia. Lekki, zabarwiony ironią uśmieszek pojawił się na wąskich ustach, mięśnie rozluźniły się z mimowolnego napięcia. Bo Płomienny doskonale wiedział, iż Tańczący nie puści płazem tamtego pojedynku. Będzie tak długo drążyć, aż rozgromi stwora lub sam zginie. Uparty głupiec. Dla niego życie jest…
Rozeszli się w ciszy, nie licząc zawodzeń Maesa na temat zdjęć, do swoich kwater, żeby odpocząć przed nadchodzącym wyzwaniem. Zadanie mogło ich przerosnąć, zwiększyć się do rozmiarów potwornej niczym mitologiczna hydra bestii. A wtedy każdy łeb zmiażdży ich siłę pojedynczym ciosem, kły wryją się głęboko w ciało, utoczą litry szkarłatnej krwi. Nie mogli do tego dopuścić, dlatego większość obecnych na zebraniu chciała przygotować się do tego szczególnego wydarzenia najlepiej jak potrafiła.
A ciemność burzy spowiła szeroki las, zabębniła grzmotami w wysoki gmach, zatrzęsła światem kolejny raz. Jednorożce zbiły się w jedno duże stado, pegazy odleciały w kierunku gór, akromatule pochowały do ciasnych jam i nor – bo wszystkie zwierzęta czuły zbliżający się sztorm, mogący pochłonąć zachłannymi mackami cały pokryty drzewami obszar.
Srebrzysta wydra przemknęła między zwalonymi pniami, które sekundę później przeskoczył w galopie cudowny, widmowy rumak. Fretka pędziła przed księżycowym ponurakiem, który ujadał na nią bezgłośnie. Za nimi biegł przebierając łapkami terier, a ponad lśniącymi zwierzętami szybował kolejny – utkany niby z migoczącej pajęczyny feniks. Wszystkie kierowały się w jednym kierunku, lecz w pewnym momencie rozbiegły się w przeciwne strony. Ich sylwetki zafalowały niezgrabnie, zapulsowały tętniącą falą świetlnej magii i rozpłynęły się wśród strug ulewnego deszczu.
Przenikały przez głazy, wskakiwały do dziupli, aby wyskoczyć z nienaruszonej kory, dodawały otoczeniu otuchy swą obecnością. Ich promieniująca dobrem energia roznosiła się niewidocznie w powietrzu, usuwając negatywne skutki przebywania w pobliżu tęczowej kreatury. Niepokój jednak został, nakazując stworzeniom pozostać w bezpiecznych kryjówkach.
Wtem ogłuszający ryk wstrząsnął fasadami pradawnej puszczy, zagłuszając nawet wściekłe wycie wiatru oraz płacz nieboskłonu. Rozdzielone wytwory czarodziei zatoczyły wspólnie jeden duży okrąg, w którego centrum znajdował się barwny stwór. Gardłowy warkot zawibrował wokoło, poczucie zagrożenia wbiło się w intuicję stworzenia.
Otoczyły go ciasno, przywodząc na myśl srebrny pas błyszczącego metalu. Bestia kręciła się na swoim miejscu, syczała wściekle, wodziła złowróżbnymi ślepiami po otaczających go widmach. Długi, giętki ogon skręcił się jak korkociąg, wyskoczył w kierunku masywnego pnia, przebijając go na wylot bez najmniejszego problemu. Wąskie drzazgi rozsypały się po kolorowej ściółce, przeniknęły przez korpusy niematerialnych istot. Rozległa korona przechyliła się niebezpiecznie, drewno zachrobotało płaczliwie, natomiast gałęzie powczepiały się rozpaczliwie w te należące do sąsiednich roślin.
Patronusy skręciły gwałtownie, zmieniły kierunek. Zaczęły krążyć w przeciwną stronę, doprowadzając stworzenie do coraz większej złości graniczącej z szałem. Następny z rzędu nieludzki wrzask rozniósł się po okolicy, tupnięcie masywnej łapy wywołało mocny wstrząs. Widma rozproszyły się na niewielką sekundę, aby zaraz na powrót otoczyć wroga. Wąskie źrenice zwęziły się jeszcze bardziej, śnieżnobiałe kły wyłoniły się spomiędzy tęczowych, poszarpanych pasm. A pod nimi, na ciężkim łańcuchu zakołysał się kryształowy medalion. Jego gładka, wypolerowana powierzchnia odbiła światło w chudym promieniu. Nagle iskierki zawirowały dookoła jego równych ścianek, zebrały się przy minerale, zbiły w ciasną, skondensowaną grupę.
Silny wybuch światła, podobnego do zorzy polarnej, objął w posiadanie na krótki moment ten mały skrawek lasu. Blask przetoczył się nad powierzchnią, oślepiając wszystko w promieniu kilkudziesięciu metrów. Całe zjawisko znikło równie gwałtownie jak się pojawiło, wręcz rozpływając smugami w dostępnej przestrzeni. Patronusy dotknął ten sam los, odsyłając w ciemny, bezduszny niebyt.
Stał przy łóżku, przyczepiając kolejno lniane sakiewki do pasa. Po drugiej stronie umieszczony został ulokowany w pochwie miecz, który w każdej chwili gotowy był do rzezi. Potem przyszła kolej na powsadzanie w ukryte miejsca niewielkich nożyków, służących do zaskakiwania i ratowania z ewentualnej opresji. Ostatnim drobnym elementem była delikatna bransoletka wykonana z paciorków, małych muszelek oraz kępki farbowanej sierści. Wpatrywał się dłuższą chwilę w ową rzecz, starając się wyłuskać niektóre fragmenty starego życia z zakamarków umysłu. Zaowocowało to jedynie sarkastycznym wygięciem warg.
Zapiął ozdobę na ramieniu, naciągnął na dłonie skórzane rękawiczki bez palców, a na koniec zarzucił na ramiona swoją najlepszą, ciemnobrązową aba. Nieco powyżej pasa przewiązał się jallaba* - pasem zrobionym z miękkiego, czarnego materiału. Tak przygotowany wyszedł ze swojego tymczasowego lokum, wybierając się na polowanie. Ledwo widoczny grymas pojawił się na twarzy młodzieńca.
Przemierzając bezgłośnie opustoszałe korytarze, bądź co bądź zostały jeszcze trzy godziny do ciszy nocnej, pozornie nie zwracał uwagi na otoczenie. Jego zmysły rejestrowały najmniejszy ruch cieni, taniec świateł, szum liści. Pobudzając instynkt do działania nastawiał się w ten sposób do nadchodzącej wielkimi susami akcji. Tak naprawdę, to dzielił go od niej jeden mały krok.
Na błoniach czekali już pozostali – znudzony Mustang, poprawiający granatowy mundur, przygryzająca wargę Nimfadora, Syriusz z zaciętą miną. A przy nich stali jeszcze Albus i Rubeus, najwyraźniej czekając na ostatniego członka tej dziwnej wyprawy. Dumbledore uśmiechnął się wesoło, a przynajmniej próbował, zobaczywszy nadchodzącego Hari'ego, który bardziej przypominał w tej chwili straszliwy cień niźli człowieka z krwi i kości.
- Hagrid ma dla was prezent – powiedział pogodnie, starając się z optymizmem spoglądać na całe zamieszanie.
- To ten, tutaj macie takie gwizdki – rzekł pół-olbrzym, podając każdemu niewielki, podłużny przedmiot. Normalne, niewyróżniające się niczym niezwykłym. Tylko przy ustniku miały namalowaną cienką pręgę, z czego nie było takich o identycznym kolorze.
- Po co nam to? – zapytał sucho Raikou, wątpliwie przyglądając się przydzielonej mu piszczałce.
- Przywołują dinery – odpowiedział Rubeus. A widząc niezrozumienie na twarzy Syriusza, dodał: - Takie magiczne konie. Dzięki nim będzie wam łatwiej dogonić tego potwora.
Tonks obejrzała swój gwizdek uważnie, po czym bez ostrzeżenie „zagrała" na nim. Piskliwy, niemal niesłyszalny dźwięk zabrzmiał krótko, jakby był jedynie ulotnym wspomnieniem. Tańczący skrzywił się z niechęcią, odbierając to wyraźniej niż pozostali. Czuły słuch zaprotestował mentalnym szarpnięciem, wilk w klatce zawył głucho. Nim jednak zdołał otworzyć usta do wypowiedzenia czegoś złośliwego, gdzieś obok kopyta wbiły się z tąpnięciem w zmoknięte po ulewie podłoże.
Piękny siwy rumak prychnął w ramię różowowłosej, na co ta podskoczyła przestraszona, na wskutek czego przewróciła się na plecy. Z tej pozycji spoglądała rozszerzonymi oczyma na dumnie wyprostowanego ogiera o ślepiach podobnych do szklistych kulek wypełnionych płynną rtęcią i niesamowitym włosiu grzywy oraz ogona, które jak gdyby składało się z tysiąca cienkich żyłek diamentów. Zaostrzone kopyta orały niecierpliwie ziemię, zwierzę potrząsnęło łbem, chłoszcząc się po karku przeźroczystymi linkami.
Zachęceni pięknem stworzenia pozostali przywołali przydzielone im wierzchowce. Sceptyczny Raikou również zagwizdał, krzywiąc się przy tym z niesmakiem. Przy małej grupce pojawiły się trzy konie – bułana klacz o szafirowych ślepiach i rubinowej grzywie należąca do Mustanga, gniady rumak o malachitowym dłuższym włosiu przypisany Blackowi, a także kary z onyksowym ogonem wezwany przez Hari'ego.
Za namową gajowego, jak również delikatnej perswazji dyrektora, wsiedli na swoje zwierzęta, z czego ku zdziwieniu Tańczącego jego bestia go zaakceptowała. Jak wyjaśnił im Hagrid, zakładając jednocześnie wierzchowcom uprzęże: te magiczne stworzenia mogą przybyć w każdej chwili, jeżeli tylko dmuchnie się w gwizdek. Te niewielkie przedmioty należą teraz do czwórki i nikt inny nie może z nich korzystać. Konie odpowiedzą na wezwanie jedynie prawowitego właściciela.
- Źródło światła i zamieszanie znajduje się spory kawałek stąd – odezwał się poważnie już Dumbledore. – Pozycję macie zaznaczoną na mapie – dodał, wręczając zwinięty pergamin pułkownikowi.
- Dobra – mruknął Roy, rozwijając papier i sprawdzając miejsce nakreślenia krzyżyka. – Ruszamy! – zawiadomił pozostałych, kierując klacz w odpowiednim kierunku.
Czwórka ruszyła z kopyta, zostawiając za sobą tylko kurz i piach. Nieprzyzwyczajony do takiego środku transportu Hari miał niewielkie kłopoty z początku, lecz szybko się przyzwyczaił. Jeździł niegdyś na oswojonych z jego obecnością wielbłądach, co było podobne do konnej przejażdżki i teraz pomogło mu zapanować nad czarnym ogierem.
Pędzili na złamanie karku, wymijając zgrabnie pnie, niebezpieczniejsze krzewy. Zwierzęta zdawały się dobrze przystosowane do poruszania się po lesie, a to dodatkowo zwiększyło tempo zbliżania się do tęczowej kreatury. Jeden z koni parsknął, wydmuchując z nozdrzy dwa duże kłęby pary. Siwy odpowiedział mu tym samym gestem, przeskakując ku uciesze Nimfadory, która wcześniej ledwo zdołała go dosiąść, poziomo ustawiony na wpół spróchniały pień. Kobieta zachichotała, zupełnie jakby nie jechali na niebezpieczne polowanie, ale na przyjemny piknik w towarzystwie przyjaciół.
Pozbawione większości liści drzewa zaszumiały pod wpływem mocniejszego podmuchu. Ciemne chmurzyska na granacie przesunęły się leniwie na zachód, nie zwiastując nadejścia ładniejszej pogody. Wręcz przeciwnie, mówiły o wielodniowych deszczach, burzach i licznych piorunach. Czarnowłosy pułkownik zerknął za siebie dla pewności, czy aby jego podwładny radzi sobie z kontrolą karego rumaka. W rzeczywistości nie był do końca przekonany do prawidłowości swojej decyzji o dopuszczeniu Raikou do całej akcji. Jego płuca nie wyleczyły się do końca, a tęczowy stwór zna alchemię wiatru. To były największe minusy udziału młodzieńca w wyprawie.
Lecz należało pamiętać o licznych asach Hari'ego, wyciąganych w najbardziej irracjonalnych sytuacjach. Nożyki, minerały, alchemia kamienia, miecz… to ostatnie nadal budziło kontrowersje pośród żołnierzy japońskiej armii. Bo gdy młody Wilk dobywa swej sierpowatej broni staje się prawdziwym tancerzem. Tancerzem śmierci.
Paskudny, gadzi wyszczerz kłów oszpecił koci pysk bestii. Umięśnione łapska naparły na zmiękczoną wodą glebę, wgniatając w błoto zieloną trawę. Szyderczy, chropowaty chichot wydobył się z grubego gardła, skóra zafalowała podczas płynnych ruchów ogona.
*Jallaba - najczęściej jedwabny pas, którym wiąże się aba w pasie lub powyżej pasa.
