Notes:
Dzisiaj perspektywa Izayi:D W końcu wyjaśni się parę rzeczy~ i pojawi się pewnie jeszcze więcej pytań:D
Swoją drogą dalej nie mogę uwierzyć w to, że już jutro zaczyna się kolejne Nanowrimo, a ja jeszcze nie skończyłam wrzucać fika, którego pisałam na poprzednim xD Kiedy ten rok zleciał?
––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––
Zaśmiał się cicho.
Nikt oprócz Shizu–chan nie byłby by na tyle szalony, żeby wejść głównym wejściem.
Teraz nadarzała się okazja.
Rzucił się do przodu i uderzył głową w nos Kobayashiego, wykorzystując zamieszanie. Mężczyzna automatycznie odsunął się i, zdezorientowany, złapał się rękami za bolące miejsce.
Izaya wykorzystał tę chwilę nieuwagi. Odepchnął się mocno nogami od ziemi i zrzucił napastnika na bok, a potem przetoczył się i błyskawicznie stanął na nogi.
Shizu–chan bez problemu radził sobie z ludźmi, którzy byli pod wpływem narkotyku. Nie spodziewał się po nim niczego innego.
Zawrócił i wbiegł między skrzynki.
Zaczął się wiercić, próbując wyswobodzić ręce z więzów, na szczęście nie były tak dobrze zawiązane jak poprzednio. Przy każdym ruchu liny ocierały się o jego prawe ramię. Zacisnął zęby z bólu, ale nie mógł przestać tylko ze względu na tak błahą rzecz. Teraz stawką była jego zemsta.
Po chwili udało mu się rozplątać liny, które zrzucił z ulgą na ziemię. Z oddali słyszał krzyki ludzi i Shizu–chan.
Izaya uchylił się gwałtownie, o centymetry unikając ostrza noża.
– Szybki jesteś – powiedział Kobayashi, wyciągając nóż ze skrzynki, w którą się wbił.
Z nosa mężczyzny obficie sączyła się krew, pewnie był złamany.
Izaya uśmiechnął się z satysfakcją.
– To niezbyt miłe atakować bezbronnego przeciwnika – odpowiedział.
– Och, doskonale zdaje sobie sprawę, że nawet bez broni wciąż stanowisz zagrożenie. Widziałem jak walczysz. – Mężczyzna wyciągnął w jego stronę nóż. – Nie zaszkodzi być ostrożnym.
– Doprawdy, schlebiasz mi – odparł Izaya.
Obaj ruszyli na siebie w tym samym momencie.
Informator zrobił unik i podciął Kobayashiego, który upadł na ziemię i szybko przetoczył się po niej, unikając kolejnego ciosu Izayi.
Mężczyzna wstał i, posyłając mu kpiący uśmiech, pobiegł w przeciwnym kierunku, znikając między stosami skrzynek.
Izaya nie wahał się ani przez moment i błyskawicznie udał się w pogoń.
Bardzo szybko dobiegli do końca tej części magazynu, gdzie Kobayashi zatrzymał się nieopodal schodów.
Izaya przystanął w pewnej odległości, żeby móc ocenić sytuację.
Nagle poczuł silne uderzenie w nogę. Kątem oka dostrzegł za sobą jedną z osób, które pracowały przy narkotykach.
W mgnieniu oka odwrócił się do niej przodem i wymierzył serię ciosów w twarz i kolana przeciwnika, po których ten padł na kolana.
Izaya przeskoczył nad nim, słysząc szybko zbliżające się do niego kroki. Zerknął przez ramię i tak jak się spodziewał Kobayashi był tuż za nim.
Noga strasznie go bolała. Możliwe, że w wyniku uderzenia uszkodził kolano. Był świadomy tego, że teraz nie będzie w stanie już tak szybko się poruszać, ale wychodził obronną ręką już nie z takich sytuacji.
Skręcił w prawo pomiędzy kolejne skrzynki. Kluczył między nimi próbując zdobyć chociaż trochę czasu. Lekko utykał.
W końcu wybiegł spomiędzy stosu na wolną przestrzeń. Biegnąc zerknął na Shizu–chan, który wciąż walczył. Teraz do jego przeciwników dołączyli też ludzie od produkcji narkotyków. Musieli zażyć narkotyk, wnioskując po tym, że podnosili się po każdym ciosie.
Znowu usłyszał za sobą kroki, były blisko. Prewencyjnie zszedł niżej do podłogi jednocześnie się odwracając. Nóż świsnął mu tuż nad głową.
Mężczyzna uśmiechał się szaleńczo i zaczął ponawiać atak za atakiem. Izayi udało się mu wymierzyć parę celnych ciosów, ale nie były zbyt skuteczne.
Och, oczywiście. Pewnie wziął jakąś dawkę narkotyku, żeby się wzmocnić.
– Iiizaaayaaa! – usłyszał znajomy krzyk. Odskoczył krok w tył i zerknął na Shizu–chan, który rzucił coś w jego stronę.
Wyciągnął rękę i po złapaniu przedmiotu błyskawicznie zanurkował, ledwo unikając kolejnego ciosu.
Doskonale wiedział, co trzyma w ręku. Jednym ruchem otworzył swój nóż i uśmiechnął się w stronę Kobayashiego.
Skąd Shizu–chan miał jego nóż? Będzie musiał się później tego dowiedzieć, teraz nie miał czasu na rozmyślanie. W końcu miał przed sobą cel, na który tak długo czekał.
Izaya odparł pierwszy cios i zadał kolejny, dosięgając klatki piersiowej przeciwnika.
Wymieniali się ciosami z taką intensywnością, że już po paru minutach obaj ciężko oddychali. Każdy z nich miał parę ran ciętych.
Nagle mężczyzna uśmiechnął się i wbiegł między stosy skrzynek. Izaya pobiegł za nim, zaciskając mocniej zęby, czując ból przy każdym kroku.
Odchylił się do tyłu, unikając ciosu, który nadleciał z boku. Skręcił i przeszedł dalej, starając się jak najciszej stawiać kroki. Wychylił się zza skrzynek i dojrzał Kobayashiego, który poruszał się powoli, uważnie nasłuchując jakiegokolwiek szmeru.
Informator poczekał aż mężczyzna się zbliży i wyskoczył na niego wymierzając cios, który został sparowany przez nóż przeciwnika. Znów obaj wbiegli głębiej między stosy skrzynek.
Za każdym razem, gdy zbliżał się do mężczyzny czuł słodki zapach, który osłabiał inne jego zmysły. Koszmary powracały wtedy, kiedy najmniej się ich spodziewał, ale trwały zaledwie ułamek sekundy, na który jednak nie mógł sobie teraz pozwolić.
Wziął głębszy oddech i spróbował na trzeźwo ocenić swoją sytuację. W walce wręcz, przy jego obecnym stanie i wzmocnieniu narkotykowym Kobayashiego, ich walka może się ciągnąć przez parę godzin dopóki obaj nie padną. Nie miało to najmniejszego sensu. Musiał przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę i przygotował sobie do tego idealne warunki.
Izaya wstał i zaczął biec z powrotem w stronę środka magazynu.
– Iiizaaayaaa! – usłyszał krzyk Shizuo.
Shizu–chan?
Krzyk wydawał się brzmieć w jego uszach niemal desperacko.
Izaya wybiegł spomiędzy skrzynek i o mało na kogoś nie wpadł. Zacisnął mocniej dłoń na nożu gotów do ataku, ale gdy podniósł wzrok, zobaczył nie kogo innego jak Shizu–chan we własnej osobie, który również stał gotów do ciosu. Widząc Informatora, powstrzymał się jednak.
Wyglądał dziwnie. Całe ubranie miał zakrwawione, a jego oczy wydawały się lekko zamglone.
Na pewno podali mu narkotyk.
Krzyknął, gdy coś ostrego wbiło mu się w udo. Schylił się i wyjął ostrze, jedno z jego własnych. Kobayashi Hirohito miał tupet atakować go jego własną bronią.
Odwrócił się wyciągając przed siebie nóż, gotów na odparcie ataku.
Kobayashi stał nieopodal uśmiechając się z satysfakcją. W jednej chwili rzucił się w jego stronę.
–!
Nagle przed Izayą pojawiła się jakaś postać stając pomiędzy nim, a jego przeciwnikiem.
Shizuo zamachnął się do uderzenia, ale Informator był szybszy. Wyminął zręcznie blondyna i wbił nóż w ramię Kobayashiego, na co ten krzyknął z bólu i puścił nóż, którego ostrze znajdowało się w ręce Shizu–chan.
– On jest mój – powiedział groźnie, zwracając się w stronę Shizuo.
Nie pozwoli nikomu innemu tknąć jego nagrody. Tylko on miał prawo go zabić.
– Nadal myślisz, że masz ze mną jakiekolwiek szanse? – odezwał się mężczyzna.
Izaya bez wahania skoczył do napastnika i ciął go nożem w rękę, po chwili otrzymując podobną ranę. Musiał doprowadzić mężczyznę do wózka widłowego, gdzie była rozlana benzyna.
Spali go żywcem.
Na samą myśl uśmiechnął się mimowolnie. Słyszał za sobą szamotaninę.
– Myślę, że dość tej zabawy – powiedział nagle Kobayashi, po czym wyjął z wewnętrznej kieszeni kombinezonu strzykawkę. – Stara receptura – dodał z uśmiechem. – Zapadniesz po niej w śpiączkę, z której nigdy się już nie wybudzisz.
Izaya ugiął kolana i rzucił się na mężczyznę, udało mu się zrobić głębsze cięcie w okolicy jego brzucha. W porę uskoczył do tyłu, unikając strzykawki.
Zrobił krok do tyłu.
Musiał sprowokować mężczyznę do pościgu.
Wydał z siebie zduszony krzyk, kiedy kolejny nóż trafił w jego bok. Wyciągnął go szybko.
Kobayashi rzucił się w jego stronę.
Nie, najpierw musi pozbyć się zagrożenia. Musiał go zwabić wystarczająco blisko, żeby zniszczyć strzykawkę.
Zrobił kolejny krok do tyłu udając, że się potyka.
Wtem, przed nim pojawiła się czyjaś ręka.
NIE.
Nie musiał nawet patrzeć kto go osłonił. Shizu–chan zawsze niweczył wszystkie jego plany.
– Bardzo głupie posunięcie – usłyszał głos Kobayashiego. – Nie warto poświęcać życia dla kogoś takie-!
Shizuo uderzył mężczyznę z całej siły z pięści w twarz, posyłając go wprost na stos skrzynek, w które się wbił.
Kobayashi znieruchomiał.
– Nie – Izaya powiedział ostro. Zaczął iść w stronę mężczyzny z wyciągniętym nożem.
Musiał cierpieć. Nikt nie odbierze mu jego prawa do zemsty. Nigdy. Zabije go.
Czyjaś ręka złapała go za nadgarstek i obróciła w drugą stronę.
– Puszczaj – powiedział w stronę Shizu–chan.
Oczy byłego barmana były zamglone, rozejrzał się dzikim wzrokiem po pomieszczeniu.
Wyglądało jakby chciał coś powiedzieć. Nagle upadł na kolana.
– Shizu–chan? – zapytał.
Był o wiele bardziej wytrzymały od innych, ale przyjął już przynajmniej podwójną dawkę narkotyku.
Zawahał się. Shizu–chan był potworem, na pewno z tego wyjdzie.
Od strony drzwi dobiegł go hałas i dźwięk syren – przyjechała policja.
Skrzywił się. Musiał się pospieszyć.
– Puść mnie – powiedział do blondyna, który wydawał się go nie widzieć.
Spróbował wyswobodzić rękę.
Jeśli się nie pospieszy nie zdąży zabić Kobayashiego.
– Puszczaj! – Izaya niemal krzyknął.
Nagle Shizuo padł na ziemię pociągając go za sobą. Izaya wylądował boleśnie na kolanach.
– Shizu–chan – powiedział przez zaciśnięte zęby. Rozejrzał się po sali. W ich stronę szła dwójka mężczyzn, mieli w rękach noże. – Jeśli mnie nie puścisz, nie będę mógł nas ochronić!
W końcu blondyn stracił przytomność. Izaya szybko wyrwał rękę z jego uścisku i wstał gotowy do ataku. Drzwi do magazynu zaczęły się otwierać. Mężczyźni przystanęli, chyba dopiero teraz słysząc syreny, i zawrócili.
Tchórze.
Zerknął w stronę Kobayashiego i zrobił krok w jego kierunku. Zawahał się i spojrzał z powrotem na Shizu–chan, który potwornie zbladł. Przygryzł wargę.
– Cholera!
Zawrócił i kucnął przy blondynie, chowając nóż do kieszeni. Sprawdził puls byłego barmana – był słaby. Oderwał kawałek koszuli Shizuo, który był jeszcze czysty, i zaczął ścierać krew z rąk blondyna.
Jeśli porywacze go czymś zarazili istniało ryzyko, że mógł to przenieść na kogoś innego poprzez kontakt z krwią. Nie obchodzili go zwykli ludzie, ale wara od jego potwora. Tylko on mógł zabić Shizu–chan, nie pozwoli, żeby zrobiła to za niego jakaś choroba.
– Izaya! – usłyszał znajomy głos.
Odwrócił się w stronę drzwi i zobaczył biegnącą w jego stronę postać.
– Dotachin?
– Wszystko w porządku? – zapytał Kyouhei, podbiegając do niego w towarzystwie grupy mężczyzn. Dał im znać ręką, żeby poszli dalej. – Shizuo?
– Żyje – Izaya odpowiedział. – Ale jest w ciężkim stanie.
– Kishitani! – krzyknął Dotachin.
Po chwili podziemny doktor do nich podbiegł.
– Izaya?!
– Nic mi nie jest – powiedział szybko, odsuwając się od przyjaciela, który już do niego sięgał. – Lepiej zajmij się tym idiotą – dodał, wskazując głową na Shizu–chan.
– I zdezynfekuj jego dłonie. – Posłał Shinrze znaczące spojrzenie.
Informator wstał i rozejrzał się po magazynie. Grupy osób biegały w te i we w te bijąc się z mężczyznami którzy, dzięki narkotykom, byli jeszcze w stanie stać.
– Czy to nie zabawne – powiedział, zwracając się do Dotachina – że na zewnątrz słychać syreny policyjne, podczas, gdy żadna z obecnych tu osób z całą pewnością nie ma na sobie munduru?
– Pomyślałem, że dobrze byłoby was stąd zabrać przed przybyciem prawdziwej policji – Dotachin odpowiedział, uśmiechając się przewrotnie.
– Doskonale, zawsze mniej śladów do zacierania – Izaya odparł, odwzajemniając uśmiech.
– Jest źle – przerwał im nagle Shinra. – Musimy go szybko przewieźć do szpitala. Zawołaj kogoś ze swojej grupy, trzeba go stąd zabrać.
Kadota zagwizdał i przywołał do siebie parę osób, które chwyciły Shizuo i zaczęły nieść go w stronę wyjścia.
Ruszyli tuż za nimi.
– Pomogę ci – powiedział Dotachin, widząc, że Izaya utyka.
– Zaczekaj chwilę – Informator odparł, kuśtykając w stronę skrzynek. Wydawało mu się, że dojrzał za jedną coś, co do niego należało. Nachylił się i wyciągnął swoją kurtkę z futrem.
Odwrócił się w stronę Dotachina, ale jeszcze przez chwilę stał w miejscu wahając się, co dalej zrobić. Zerknął w miejsce, w którym leżał Kobayashi Hirohito.
– Nie warto – usłyszał głos Dotachina. – Poza tym zaraz będzie tu policja, powinniśmy się pośpieszyć.
Nie miał zamiaru tak wychodzić.
Skrzywił się niezadowolony.
To jeszcze nie koniec. Dopilnuje, żeby jego życie stało się piekłem.
Zaczął kuśtykać w stronę wyjścia.
Dotachin podszedł do niego, chcąc mu pomóc w dojściu do samochodu, ale Izaya odsunął się od niego i pokręcił głową.
– Jestem cały pokryty krwią, jeszcze czymś się zarazisz – powiedział, uśmiechając się przewrotnie, chociaż miał świadomość, że w jego obecnym stanie uśmiech musiał wyglądać bardzo blado. Dotachin kiwnął głową, ale i tak szedł w bliskiej odległości, żeby pomóc Izayi w razie, gdyby tego potrzebował.
Izaya zaśmiał się.
Nawet w najśmielszych snach nie mógł przewidzieć tego, że ten dzień skończy się w ten sposób. Wracał z niczym, nie licząc paru ran ciętych.
Dalej nie odpłacił swoim porywaczom tak, jakby tego chciał i musi polegać na pomocy innych, żeby stąd wyjść – nic nie ułożyło się według jego planu. Co za ironia.
Wbrew jego sprzeciwom zawieziono go do szpitala, gdzie zajął się nim znajomy Shinry.
Zmył z siebie krew, a potem pozwolił się załatać. Lekarz oczywiście nalegał też na dokładne sprawdzenie jego ramienia. Pozwolił na to, chociaż czuł, jak wzbiera w nim irytacja. Musiał stąd wyjść.
Kiedy nareszcie zostawiono go w spokoju, wziął kulę i, podpierając się na niej, wymknął się na korytarz, gdzie czekał już na niego Dotachin.
– Już próbujesz stąd uciec? – zapytał przyjaciel.
– Może – Izaya odparł z uśmiechem.
– Policja zabrała wszystkich ludzi, którzy przebywali w magazynie.
Skinął głową.
– Biorąc pod uwagę, że właśnie nakryli producentów narkotyków może nie będą szukali sprawców pobicia – Dotachin dodał znacząco.
– Nie musisz się tym martwić – powiedział Informator. – Po takiej wpadce ich szefowie dopilnują, żeby trafili za kratki i nikomu nie pisnęli ani słowa o tym, co tam robili. Nie będzie ich raczej obchodziło kto ich napadł, przynajmniej nie od razu.
– Oby tak było, inaczej wpakowalibyście się z Shizuo w niezłe kłopoty.
Izaya drgnął słysząc imię byłego barmana.
– Dalej są przy nim lekarze – powiedział Dotachin, bacznie mu się przyglądając. – Mógłbyś pójść ze mną zobaczyć czy wiedzą coś nowego?
Uśmiechnął się.
– Dotachin potrzebuje kogoś do towarzystwa, co za niespodzianka. – Udawał, że się nad czymś zastanawia. – Niech będzie. I tak nie mam nic lepszego do roboty.
Zaczęli iść wzdłuż korytarza. Dopiero teraz, gdy adrenalina powoli zaczęła z niego schodzić, zaczynał odczuwać zmęczenie. W końcu zatrzymali się pod drzwiami do jednej z sal i usiedli na krzesłach ustawionych nieopodal drzwi.
Ku swojemu zdziwieniu był zaniepokojony.
Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Shizu–chan jest ponadprzeciętnie silny i zabicie go graniczy z cudem, ale widok jego bladej twarzy wciąż go prześladował.
Nigdy wcześniej Shizu–chan nie został tak poważnie ranny, przynajmniej nie z jego winy. To było irytujące, że ktoś inny odważył się podnieść rękę na byłego barmana. Shizu–chan był jego potworem, tylko on miało do tego prawo.
Siedzieli tam w milczeniu przez godzinę. W końcu z pomieszczenia wyszedł Shinra, który zdjął okulary i przetarł je skrajem koszuli. Gdy ich zauważył, podszedł do nich i ziewnął zmęczony.
– Co z Shizuo? – zapytał Dotachin.
– Jest stabilny – padła odpowiedź.
Izaya mimowolnie poczuł ulgę. Miał ochotę sam sobie przyłożyć za to, że przejmował się losem tego potwora.
– Miał szczęście, że jego organizm jest o wiele silniejszy. Gdyby normalny człowiek przyjął taką dawkę narkotyku już byłoby po nim. – Shinra westchnął i opadł na krzesło obok Izayi. – Jednak tak jak pozostali pacjenci jest w śpiączce.
– Dalej nikt się nie wybudził? – zapytał, bawiąc się nożem, który wyciągnął z kieszeni.
– Niestety.
– Mówicie o tych chłystkach, którzy trafili tu po starciu gangów? – zapytał niespodziewanie Kadota. – Nie wiedziałem, że te dwie sprawy są ze sobą powiązane.
– Na to wygląda – odparł Shinra.
*Klik, klik*
– I to samo wstrzyknięto Shizuo? Niedobrze.
*Klik, klik*
Schował nóż do kieszeni i wstał.
– Izaya? – usłyszał za sobą głos Shinry.
Zrobił parę kroków, podpierając się na kuli, a potem bezceremonialnie wszedł do pokoju, gdzie leżał Shizu–chan.
– Izaya, nie powinieneś tu teraz wchodzić. Poza tym twoje rany mogą się otworzyć jeśli będziesz się tyle ruszał.
Zerknął przez ramię i rzucił Shinrze spojrzenie, które natychmiast uciszyło podziemnego doktora. Dotachin położył rękę na ramieniu Shinry, na co ten westchnął.
– A co to za wtargnięcie na sale. Pacjent musi odpoczywać! – ofuknęła ich pielęgniarka, która wyszła zza kotary.
– Pozwól mu zostać – powiedział podziemny doktor, krzyżując ręce na piersi. – Zrobi więcej problemu jeśli go stąd odeślemy.
– Och, doktor Kishitani – siostra speszyła się nieco i spojrzała na Shinre rumieniąc się. Izaya przewrócił oczami. – Oczywiście.
Przeszedł przez salę i wszedł za parawan. Za sobą usłyszał tylko dźwięk zamykanych drzwi, po czym w pomieszczeniu zapanowała cisza.
Shizu–chan leżał na łóżku, podłączony do kroplówki. Na twarzy miał założoną maseczkę tlenową.
Izaya przeszedł kawałek dalej i usiadł na krześle, opierając kulę o stolik nocny.
Shizu–chan dalej był bardzo blady i od czasu do czasu jego twarz wykrzywiała się w grymasie bólu.
– Głupi potwór – powiedział cicho. – Miałem wszystko pod kontrolą, dlaczego jak zwykle musiałeś się wtrącać?
Nie powinien był się mieszać w nie swoje sprawy. I co mu z tego przyszło? Nic. Jedyne co na tym zyskał to kolejny pobyt w szpitalu.
– Lepiej, żebyś szybko się obudził. Mam z tobą rachunki do wyrównania – dodał. – Kto pozwolił ci znokautować mojego wroga? Gorzko za to zapłacisz.
Shizu–chan oczywiścienie odpowiedział, co jeszcze bardziej go zirytowało.
*Klik, klik*
Dalej nie rozumiał, dlaczego Shizu–chan miał przy sobie jego nóż.
Patrząc teraz na rękojeść był w stanie stwierdzić, że to ten, którym rzucił w blondyna u Shinry. Niesamowite, że to Shizu–chan go wtedy zabrał, chociaż bardziej zastanawiał go fakt, że były barman nie pozbył się noża przy pierwszej lepszej okazji.
Czyżby wziął go ze sobą specjalnie do magazynu? Nie, niemożliwe. Jeśli dostał adres od Shikiego, na pewno od razu pobiegł na miejsce nie myśląc nawet o konsekwencjach. Musiał go mieć przy sobie, czy nosił go więc cały czas?
Zaśmiał się.
Kto wie? Shizu–chan był nieobliczalny.
*Klik, klik*
Ten dźwięk zawsze pomagał mu się skupić.
Zanim tu wróci musi dokończyć jeszcze parę spraw.
Powtarzał się scenariusz sprzed lat. On i Shizu–chan, który śpi nieświadomy jego obecności. Zabawne jak historia lubi zataczać koło.
Najzabawniejsze było jednak to, że odnosił wrażenie, jakby nic się od tamtej pory nie zmieniło. Pomimo tego, że próbował uciec, dalej tkwił w tym samym miejscu. To nawet nie było już śmieszne.
Shizu–chan zaczął zmieniać zasady ich gry, którą grali od lat. To było niebezpieczne. Jeśli pozwoli na to, żeby to dalej trwało może się uzależnić i już nigdy nie będzie w stanie powrócić do raz obranej przez siebie ścieżki.
Nie potrzebował Shizu–chan, a jednocześnie nie potrafił bez niego żyć, cóż za niemiłe zrządzenie losu. Ich ścieżki od samego początku były ze sobą splecione, a może tylko tak mu się wydawało. Może właśnie na to liczył.
Odkąd tylko zobaczył Shizu–chan, nie mógł go puścić. Był potworem. Kimś, kogo nikt inny nie będzie nigdy w stanie zrozumieć. Kimś, kogo ludzie będą się bali, a mimo to, wciąż próbował wykorzystać swoją inność w dobrym celu, żeby już nigdy nikogo nie skrzywdzić. Próbował być taki, jak ludzie których kochał, ale nigdy nie będzie jednym z nich. Był inny, tak jak i on. Tylko Izaya mógł go zrozumieć.
*Klik, klik*
Shizu–chan, co z tobą zrobić?
Ten jeden jedyny raz w życiu nie był pewny czego chce.
Jeśli Shizu–chan tylko sobie z nim pogrywał, nie wiedział czy będzie w stanie po tym wrócić do codziennego życia. Z drugiej strony, jeśli nie wykorzysta tej szansy, nigdy nie będzie mógł o tym zapomnieć. Nie było dobrego wyjścia z tej sytuacji. Każda opcja kończyła się jego przegraną.
– Doprawdy, Shizu–chan, wiesz doskonale jak utrudnić mi życie.
Podniósł się i podszedł bliżej łóżka. Przeczesał palcami włosy blondyna – były jeszcze bardziej sztywne niż pamiętał, zapewne przez lata farbowania.
Zdjął maskę tlenową z twarzy Shizu–chan i pochylił się nad nim całując go.
Smak, który pamiętał sprzed ostatnich kilku dni wrócił do niego w jednej chwili. Pamiętał go zbyt dobrze, znał zbyt krótko. Nie różnił się aż tak bardzo od tego, który pamiętał z czasów szkoły.
Założył maskę tlenową z powrotem na twarz Shizu–chan. Byłoby tak łatwo go teraz zabić.
Jego wybory nigdy nie były łatwe. Plany zawsze wymagały poświęcenia. Pewne rzeczy się jednak nie zmieniały.
On się nie zmienił. Shizu–chan też nie.
Sięgnął po kulę i cicho wyszedł z pokoju.
––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––
– Izaya–kun, dawno się nie widzieliśmy!
– Jak po miesiącu miodowym, Shingen–san? – zapytał Izaya, siadając naprzeciwko rozmówcy.
– Doskonale! Muszę przyznać, że nasz wyjazd się nieco przedłużył, ale każda minuta była tego warta! – odpowiedział ojciec Shinry, biorąc do ręki filiżankę z kawą i po chwili odstawiając ją z powrotem na stół, zapominając, że nie może niczego pić dopóki ma na twarzy maskę gazową. – Swoją drogą, doskonale wyglądasz, odpoczynek wyraźnie ci służy.
Izaya uśmiechnął się nieznacznie.
– To samo mógłbym powiedzieć o tobie, gdybym oczywiście był w stanie zobaczyć twoją twarz – odparł, upijając łyk kawy. Skrzywił się, była za słodka.
– Och, schlebiasz mi. Ale nie o tym przyszliśmy dzisiaj porozmawiać, prawda?
Informator odstawił filiżankę na stół.
– Dokładnie. Mam wiele pytań dotyczących tego, co ostatnio zaszło – powiedział spokojnie.
– Ach, masz na myśli tą całą aferę z porwaniem i narkotykami. Taaak to było dość niefortunne – odparł Shingen, gestykulując przy tym żywiołowo. Widać było po kim Shinra to odziedziczył. – Cóż mogę powiedzieć. Przepraszam! – To mówiąc złożył ręce razem i skłonił się przed Izayą. – Jest mi przykro z powodu tego, co się stało. Taka sytuacja już się nie powtórzy – dodał, prostując się. – Jeśli to wszystko to będę leciał do hotelu, czeka tam na mnie mój skarb!
– Shingen–san – Izaya powiedział spokojnie, uśmiechając się cierpliwie do mężczyzny. – Wiesz doskonale, że nie przyszedłem tu po przeprosiny.
– Już myślałem, że uda mi się od tego wymigać – odpowiedział Shingen, drapiąc się po głowie. – Czego więc ode mnie oczekujesz. Mogę dać ci wszystko!
– Chcę informacji.
Shingen wyprostował się nieznacznie.
– Izaya–kun, nie wiem czy będę w stanie odpowiedzieć na twoje pytania – powiedział poważnie.
– Nie wymagam, żebyś wyjawił mi wszystko, co wiesz o Nebuli. Potrzebuję tylko paru odpowiedzi na proste pytania.
Shingen po chwili zastanowienia kiwnął głową.
– Niech będzie, jestem ci to winien.
– Doskonale – Izaya uśmiechnął się, a potem spoważniał. – Po pierwsze chcę wiedzieć, co się stanie z Eiichi Nakamurą i Kobayashim Hirohito.
– Ach, masz na myśli ludzi, którzy cię porwali? Kto by przypuszczał, że jeden z nich okaże się gwałcicielem psychopatą. Całkowicie mnie to zaskoczyło.
– Domyślam się – powiedział cicho, posyłając doktorowi cierpki uśmiech.
– Oczywiście po publicznej rozprawie trafią do więzienia, w którym mamy swoich ludzi. Nie możemy przecież pozwolić, żeby za dużo wyjawili – Shingen dodał wesoło. – Dopilnujemy żeby przed swoim nieszczęśliwym wypadkiem pożyli parę miesięcy w cierpieniu i przekonali się, do czego są zdolni ich współwięźniowie. Pomyślałem, że spodoba ci się ten pomysł.
– Bardzo. – Izaya uśmiechnął się usatysfakcjonowany. Obecnie to była jedyna opcja jaka mu pozostała. Pozostali więźniowie powinni być równie kreatywni, co on. Perspektywa wyobrażania sobie, jakie katorgi ich tam czekają, była równie miła, co wymierzanie kary własnymi rękami. Oczywiście wolałby dostać ich w swoje ręce, ale dobre było i to. – Chciałbym również wiedzieć kto ich zatrudnił, a tym samym stał za moim porwaniem – dodał, nie przestając się uśmiechać.
– Aaa… nie mogę ci powiedzieć – odparł Shingen rozkładając ręce. – Te dane są ściśle tajne – dodał żywo układając ręce w znak „x".
– Nie dziwi mnie to – Informator zaczął spokojnie. – W końcu to ta sama osoba, która była zamieszana w produkcję narkotyku, który ostatnio został wypuszczony na rynek, i o którym, naturalnie, Nebula nie miała pojęcia.
– Tak, tak, dokładnie tak było – odparł jego rozmówca.
– Shingen–san, odnoszę wrażenie, że nie mówisz prawdy.
Zacisnął i rozluźnił prawą dłoń. Jeszcze nie do końca odzyskał w niej sprawność, ale już było o wiele lepiej.
– Wybacz, Izaya–kun, pewne sprawy muszą pozostać tajemnicą. Mogę ci tylko powiedzieć, że sprawca został złapany i odpowiednio ukarany, więc nie będzie już żadnych incydentów.
– Mam nadzieję, że wyciągnęliście z tego jakieś wnioski – Informator odparł, zakładając nogę na nogę. – Nie chciałbym więcej być zmuszonym do odwalania za was brudnej roboty – to mówiąc, spojrzał znacząco na swojego rozmówcę.
– Wdrożyliśmy nowe środki bezpieczeństwa, teraz już nic nie umknie naszej uwadze. Jesteśmy też bardzo wdzięczni, że pomogłeś nam wykryć tą małą sprawę i zdławiliśmy ją w zarodku nim urosła do rangi niebezpiecznych.
– Zapadnięcie ponad dwustu osób w śpiączkę nazywasz małą sprawą? – Izaya zapytał rozbawiony.
– Mogło być gorzej? W końcu zapobiegliśmy masowej produkcji, która mogłaby pogrążyć nasz kraj w chaosie – doktor odparł zadowolony.
– Doprawdy? Co w takim razie stało się z towarem, który został już wyprodukowany? – Informator zapytał niewinnie.
– Dopilnowaliśmy, żeby wszystko zostało zniszczone! – Shingen odpowiedział z werwą, uderzając dłońmi o kolana. – Nie mogliśmy przecież pozwolić, żeby trafiło to w niepowołane ręce. Daję na to swoje słowo! – Shingen wstał i niemal zakrzyknął.
Po chwili odchrząknął i z powrotem usiadł.
– Wierzę ci – Izaya powiedział w końcu. – Chciałem się upewnić, że ta sprawa jest zamknięta raz na zawsze.
– Oczywiście, Izaya–kun, to żaden problem – Shingen odparł entuzjastycznie. – Cieszy mnie to, że przyszedłeś z tym bezpośrednio do mnie i mogłem udzielić ci wszystkich odpowiedzi, które nie zagrażałyby Nebuli.
– Dziękuję za twój poświęcony czas – powiedział. Następnie wstał i wyciągnął rękę w stronę Shingena. Mężczyzna od razu odpowiedział na uścisk i po krótkim pożegnaniu wyszedł.
Izaya usiadł z powrotem na kanapie. Nie wierzył w ani jedno słowo swojego gościa. Był niemal pewny, że ktokolwiek stał za jego porwaniem był od początku pod ścisłą kontrolą reszty organizacji. Kiedy jednak dowiedzieli się, że testuje narkotyk na zwykłych ludziach, narażając w ten sposób wydanie całego ich planu, postanowili się go w końcu pozbyć. Oddanie go w ręce policji było idealnym pretekstem, żeby się od tego odciąć i zwalić winę na jedną osobę. Oczywiście cała sprawa była prowadzona z dala od publiki, więc nikt nigdy nie dowie się, kto tak naprawdę za tym stał, a sprawca zniknie w niewyjaśnionych okolicznościach.
Typowe działanie dużych organizacji.
Pozostawała tylko kwestia samych narkotyków i ich receptury. Zapewne obie rzeczy nadal znajdowały się w rękach Nebuli, pytanie kiedy i do jakich celów zamierzali ich użyć.
Na razie nie miał żadnych wskazówek i nie zamierzał mieszać się w ich sprawy dopóki coś z ich nielegalnego biznesu nie wypłynie na wierzch.
Będzie musiał poczekać na to, co wydarzy się w przyszłości. Nie mógł się już tego doczekać.
