Hermiona pędziła korytarzami do gabinetu dyrektora. Po drodze spotkała kilku zdumionych Ślizgonów, niewiedzących, co ze sobą zrobić. Nawrzeszczała na nich, by wracali do swojego Pokoju Wspólnego i czekali na dalsze instrukcje. Chwilę później z ulgą zobaczyła, jak Remus mija ją, aby poprowadzić uczniów do przejść i Świstoklików.
Kiedy tylko dotarła do chimery, posąg natychmiast się przed nią otworzył, więc wbiegła po schodkach na górę i dopadła drzwi gabinetu, dysząc ciężko, po czym wtargnęła do środka. Harry już tam był, chodząc niecierpliwie z Fawkes'em uczepionym jego ramienia. Chłopak odwrócił się do niej gwałtownie, a feniks musiał rozłożyć skrzydła, by utrzymać równowagę. Hermiona powstrzymała histeryczny chichot na widok zirytowanego spojrzenia ptaka.
- Snape już odszedł, prawda?
Trzeźwiejąc szybko, odparła. – Tak… jego znak zapłonął na zie-
- Domyśliłem się. Blizna mnie piecze – nawet pomimo osłon, jakie na siebie rzucam. Jest gotowy. Podniecony.
Dumbledore wyciągnął głowę z płomieni. – Hermiono – dobrze cię widzieć – Wstał i otrzepał szaty, a błyszczący proszek Fiuu leniwie opadł na podłogę.
- Dyrektorze, jak złamali zabezpieczenia zamku? Nawet nie myślałam, że to możli-
- Nie mam pojęcia, pani Snape – rzekł Albus, marszcząc brwi. – Severus mówił, iż słyszał aluzje, że może się tak stać, lecz nie miał pojęcia, jak Tom chciał tego dokonać.
- Bogowie…
- Nie jest to jednak takie niespodziewane. Zaklęcia wokół tego biura i zapewne te wokół Severusa – waszego – mieszkania, wciąż są nietknięte. Zostały one oddzielone od głównych zabezpieczeń zamku.
- Jasne, więc mamy tu tak siedzieć, ślepi i głusi, czekając, aż po nas przyjdą?
Dyrektor pokręcił głową, a Harry wskazał na mały stolik stojący obok biurka. Leżało na nim mnóstwo szklanych kul. Uniosła w zaskoczeniu brew – każda z nich pokazywała inny obszar szkoły. Widziała Minerwę biegnącą do Pokoju Wspólnego Krukonów i Filcha, który zakładał ciężkie kraty na drzwi w sali wyjściowej.
- Minerwa właśnie organizuje ewakuację uczniów.
- Minęłam się z Remusem, gdy biegł do lochów Ślizgonów. Więc teraz…
Twarz Harry'ego spochmurniała. – Czekamy.
-
- Dzień bitwy nadszedł, moi słudzy. Czas wynagrodzenia się zbliża. Opiejcie chwałą me imię, sprawcie, bym poczuł dumę. Zdobędziemy władzę. Oczyścimy Magiczny Świat z tych, którzy chcą go zbezcześcić i pogrążyć w otchłani plugastwa. Przywrócimy czystość magicznej krwi!
Tej krótkiej przemowie towarzyszyły gromkie okrzyki radości. Severus uśmiechnął się ponuro pod maską. Przybył wcześniej niż większość Śmierciożerców, ponieważ zaklęcia antyaportacyjne wokół zamku runęły.
Czarny Pan był wysoce niezadowolony z Lucjusza, który nie odpowiedział na jego wezwanie. Draco przybył z resztą Śmierciożerców i teraz wpatrywał się w Snape'a z czystą nienawiścią w oczach. Prawdopodobnie była to tylko odpowiedź na jego karę za wybryk chłopaka na początku ferii, lecz do jego umysłu zakradła się nić zwątpienia… Co, jeżeli Lucjusza i Draco łączyła rodzinna więź?
Nie zdziwiłoby go to.
Jednakże rodzinna więź krwi nie przekazuje nic, poza największym bólem… nie tworzy ona tak bliskiej więzi, jaką wytworzył z Hermioną podczas rytuału wspólnoty krwi. Przypomniał też sobie, że Lucjusz nie odniósł żadnych ran, które mogłyby być wyczuwalne przez wiązanie krwi… nawet przez w pełni wykształcone znamię krwi, jakie niewątpliwie nosiła Narcyza. A w tym momencie facet leżał nieprzytomny za dobrze obwarowanymi drzwiami.
Severus rozluźnił się nieco, a jego twarz ponownie wykrzywił złośliwy uśmiech, kiedy Czarny Pan zaczął drażnić swe wojsko zwykłą retoryką. Ten człowiek naprawdę nie posiadał żadnego wyrafinowania. Lecz – z taką grupą – nawet to wydawało się działać. Pierwszy oddział rozszalałych Śmierciożerców został wysłany do Hogsmeade. Severus uzbroił się w cierpliwość. Kiedy tylko dostaną pierwszy raport z pola bitwy, Voldemort wyśle Wewnętrzny Krąg do Hogwartu, by przygotował go na jego przyjście. Przez ten czas zostanie przy nim jedynie czwórka strażników.
Ponad pół godziny później przyszła pierwsza wiadomość. Miasteczko stawiało opór, wezwano Aurorów, lecz wszystko szło po ich najlepszej myśli. Severus ledwie powstrzymał parsknięcie. Jakby którykolwiek z posłańców był na tyle głupi, by przynieść Czarnemu Panu złe wieści! Nawet, jeśli poza nim zginęliby wszyscy Śmierciożercy, facet zapewniłby, iż „wszystko idzie po ich najlepszej myśli". Odesławszy posłańca, Lord zwrócił swe czerwone oczy ku Peterowi Pettigrew.
Severus zmarszczył brwi. To nie było normalne… na nieszczęście był zbyt daleko, by usłyszeć ich wymianę zdań. Zaniepokojony, obserwował jak Glizdogon się deportuje, i zaczął rozmyślać nad tym, co Czarny Pan mógł z nim ustalić.
Miał jedynie nadzieję, iż nie pomiesza to ich planów.
-
Hermiona biegła do lochów, w lewej dłoni ściskając fiolkę, którą dostała od Dumbledore'a, a w prawej różdżkę. Minąwszy wejście do pokoju wspólnego Ślizgonów, pozwoliła sobie na westchnienie ulgi. Uczniowie byli bezpieczni… z dala od tego piekła. Przez szklane kule obserwowali aktywację Świstoklików. Dopiero po tym Dumbledore pozwolił jej iść i wykonać to zadanie.
Opowiedziała Albusowi i Harry'emu o konfrontacji z Lucjuszem. Przez zaklęcia, jakimi Severus obwarował komnatę, nie mogli zobaczyć klasy, w której przetrzymywali Śmierciożercę, lecz dziewczyna była pewna, że Malfoy wciąż był nieprzytomny. Jej oszałamiacze zawsze były dość silne; a nawet, jeżeli nie, to Dumbledore zasugerował trwalsze metody utrzymania Lucjusza w nieświadomości. Nie mogą dopuścić, by złożył raport Czarnemu Panu, inaczej Severus zginie.
Hermiona często zapominała o tym, iż Albus był utalentowanym wynalazcą eliksirów. Nie była pewna dlaczego, bo przecież nawet karty z Czekoladowych Żab informowały o odkryciu przez niego dwunastu sposobów wykorzystania smoczej krwi. Mimo wszystko, kiedy starszy czarodziej wyciągnął z kieszeni małą fiolkę i wcisnął ją w jej dłonie, była zaskoczona, dopóki nie odezwał się jej zdrowy rozsądek.
- To eliksir usypiający. Jeżeli podasz mu pełną dawkę – trzy krople – nie obudzi się aż do podania antidotum. Podasz mniej, zużyje się po pewnym czasie; więcej… hm. Tylko trzy krople, pani Snape. Jeśli Malfoy zapadnie w wieczny sen przez eliksir, niestety, Wizengamot nie uzna go za ofiarę wojenną – Hermiona zacisnęła z irytacji usta. Znowu myślała, jak łatwo byłoby… jak kusząco… lecz słowa dyrektora wciąż brzmiały w jej umyśle. – Tylko trzy krople, pani Snape. Hermiono. Nie zapomnij… będziemy potrzebowali jego zeznań, kiedy to wszystko się skończy.
Harry nie był zachwycony pomysłem, by Hermiona samotnie poszła do lochów, ale, z pomocą Albusa, udało jej się go przekonać. Szklane kule pokażą, jeżeli będzie groziło jej jakiekolwiek niebezpieczeństwo w korytarzach, a ze zniesionymi zabezpieczeniami, łatwo będzie mogła się aportować. Zgodziła się z planem Albusa i Severusa, by trzymać Harry'ego z dala od bitwy, dopóki nie pojawi się Czarny Pan – nie ma powodu, by był wyczerpany – magicznie lub psychicznie – przed najważniejszą konfrontacją. Nawet aportacja mogłaby go niepotrzebnie zmęczyć.
W końcu dotarła do opuszczonej klasy. Szybko usunęła blokady i wpadła do środka, patrząc na mężczyznę leżącego na podłodze. Nie poruszał się, lecz wiedziała, że zaklęcia ogłuszające nie trwają wiecznie. A czarodziej o takiej mocy jak Malfoy, szybciej może zwalczyć jego skutki, gdy zostawi się go samego, by mógł się odpowiednio skoncentrować.
Uklękła obok blondyna i wyszeptała zaklęcie usuwające czarne sznury z jego twarzy. Patrzyła na wyrafinowane rysy – eleganckie, nawet teraz. Pełne wdzięku. Lecz zimne. Martwe. Bezlitosne. Odwróciła wzrok, gdyż jej ręce zaczęły drżeć. Powstrzymywała myśli o tym, co zrobił.
Powstrzymywała myśli o zemście.
Zapłaci. Sprawię, że zapłaci.
Walczyła ze sobą, kręcąc głową i odpychając pokusę.
Nie!
Z twardym postanowieniem wyciągnęła korek, grzebiąc się trochę, ponieważ szkło ślizgało się w jej spoconych dłoniach.
Tylko trzy krople…
Uniosła fiolkę i przystawiła ją do ust Lucjusza, kiedy usłyszała za plecami jakiś szmer. W mgnieniu oka odwróciła się z wyciągniętą różdżką…
…lecz było już za późno…
- Expelliarmus!
Pchnęło ją na drzwi, a moc zaklęcia wyrwała z jej rąk różdżkę i buteleczkę. Zbeształa się w myślach. Dlaczego o tym nie pomyślała? Dlaczego nie przyszło jej do głowy, że kiedy opadły fizyczne blokady, każdy mógł się tu aportować? A Harry i Dumbledore nie mają pojęcia, co dzieje się w opuszczonej klasie…
Lecz… skąd Draco wiedział, gdzie przyjść? Miał być teraz w Hogsmeade, a nie tutaj…
Jej myśli przerwała dłoń, która chwyciła ją za włosy i uniosła z podłogi. – Co robisz z moim ojcem, szlamo? – Nie odpowiedziała, więc pchnął ją na ścianę. – Co mu zrobiłaś? Czułem to… przez więź.
Gapiła się na niego szeroko rozwartymi oczyma. Przez więź? Wtedy przypomniała sobie o tym, o czym czytała… znak krwi nie był jedynie dla kochanków… było więcej możliwości – dla rodzin, przyjaciół… rzadko się je stosowało, jednak Malfoy'owie byli rodziną z tradycjami.
Jego oczy powędrowały do pustej już buteleczki leżącej na podłodze. Jej głowa uderzyła o ścianę i zacisnęła zęby, by nie krzyknąć. – MÓW!
- Ja ci mówił, że jak ją znowu tknjesz, zabiję cię.
Wiktor. Poczuła falę ulgi, ale szybko sparaliżował ją strach. Draco puścił ją i zwrócił się do Wiktora, jednak klątwa tnąca zdążyła uderzyć go w ramię. Krzyknął z bólu i oparł się o ścianę. Hermiona skorzystała z okazji i odzyskała różdżkę.
- Śledziłeś mnie? – Słowom tym towarzyszyło ledwo dosłyszalne przez ból szyderstwo. Widocznie klątwa tnąca znacznie osłabiła arogancję Draco.
- Śledziłem cię. Ja widział, jak ty opuszczasz Hogsmeade, kiedy tilko my się tam aportowali. Łatwo było wyśledzić twój aportacyjny ślad. Ty nie trudziłeś się nawet ukrycjiem go.
Blondyn zmarszczył brwi widząc zimny wyraz oczu Bułgara. – Słuchaj, Wiktor – nie przyszedłem tu, by ją skrzywdzić. Przyszedłem po ojca, a ona już tu była. Nie chciałem jej krzyw-
- Ty już ją skrzywdziłeś!
Draco przełknął ciężko. Hermiona przesuwała się wzdłuż ściany, zagłębiając się w cień. – Krum, nie miałem takiego zamiaru, nie chciałem… Zew, to było za dużo. Rozumiesz mnie, wiesz – wiesz lepiej, niż ktokolwiek inny… widziałeś, jak finalizuję połączenie z Weasley'em, byłeś przy tym!
- Mówiłeś, że jej pragniesz i to przez wile lat, a potem zrobiłeś to wszystko, bi ją krzywdzić. Ty mnie okłamał, Draco.
- Wiesz o pierścionkach…
- Chłopie, ja nie mówi o pierścionkach! Co się działo, kiedy ty stracił kontrolę nad Zewem, kiedy próbował ją… - Wiktor zamilkł, a jego oczy wypełnił lodowaty płomień. Hermiona czuła, jak to w nim pęcznieje… rośnie… to pokrewieństwo, jak mówił Ollivander – bogowie, czuła rosnący w nim Zew! Wiedziała, co się stanie, wiedziała o tym z zimną pewnością.
I nie miała zamiaru tego powstrzymywać.
Severus nie będzie jej winić, nie może jej winić. Dotrzyma złożonej mu obietnicy. Jednak i tak może dopełnić swej zemsty.
- Wiktor, czekaj! Co z… co z… twoją lojalnością wobec braci? Pamiętaj, o czym mówił Czarny Pan, Wiktor! – Błagał desperacko Draco.
Bułgar spokojnie uniósł różdżkę i niemalże westchnął. – Avada…
- WIKTOR!
- …Kedavra.
Zielony błysk… przyciągał ją, poszukiwał… pragnął, by poczuła jak to jest posiadać całą chwałę, władzę…
Zacisnęła zęby…
Odgłos gwałtownie nadchodzącej śmierci…
Draco upadł na podłogę, a pozbawione życia oczy patrzyły w sufit.
Z zewnątrz wydawało się to tak ciche; spokojny, cywilizowany, beznamiętny sposób zabijania. Lecz prawda… prawda była zupełnie inna… teraz wiedziała… teraz czuła… Zew wrzał w niej i musiała użyć całej swej determinacji, by go powstrzymać. Nie może sobie na to pozwolić, nie teraz, kiedy Harry jej potrzebował… Spojrzała na Wiktora wystraszonymi oczyma i wyczytała wszystko z jego twarzy. Wiedział, przez co przechodziła.
Jej przyjaciel.
Jej przyjaciel i niszczyciel… jej wybawca. To za wiele i zbyt zagmatwane…
Pobiegł do niej szybko, zrywając z twarzy maskę. – Hermi-ona-nina – my musimy iść. Ty musisz iść. Voldemort będzie wiedział, będzie czuć, że w Hogwarcie ubili Śmierciożercę, zanim w ogóle tu kogoś wysłał. Karze komuś, żeby to sprawdził.
Hermiona przytaknęła i już miała wysunąć się z cienia, gdy Wiktor zaklął pod nosem i owinąwszy ją swym płaszczem, przycisnął ją do ściany. Wymamrotał maskujący czar, a dziewczyna poczuła, jak spływa po niej fala zimna. Z walącym mocno sercem zerknęła przez materiał peleryny i już chciała zapytać, co się dzieje, gdy to usłyszała.
Kroki.
Ktoś się zbliżał…
Wewnątrz niej wybuchł konflikt. Co, jeśli nie był to sługa Voldemorta? Co, jeśli to ktoś od niej? Członek Zakonu… Odezwie się i wyda Wiktora? Czy okaże przyjacielowi tę samą lojalność, jaką on okazał jej? Zdradzi Zakon, by mu pomóc? Zdrada przynosi nadzieję, lojalność ruinę. Lecz czyja lojalność? Co mogła zrobić? Bogowie… wbrew całemu rozsądkowi, zaczęła się modlić, by to był Śmierciożerca.
Może to Severus!
Pozwoliła sobie na chwilę nadziei, która runęła w chwili, gdy ujrzała, kto wszedł do klasy. Przycisnęła się do Wiktora i razem odsunęli się głębiej w cień. Czuła, jak serce Bułgara bije szaleńczym rytmem przy jej plecach. Osoba, która weszła, miała na sobie maskę i szatę, lecz od razu ją rozpoznała. Te nerwowe ruchy i przygarbiona sylwetka mogły należeć tylko do Petera Pettigrew.
Pettigrew zatrzymał się i wydał dziwny odgłos, zobaczywszy ciało Draco. Potem wydał kolejny, tym razem patrząc na Lucjusza. – Tu jesteś! Nasz mistrz był bardzo niezadowolony, że nie przybyłeś z pozostałymi, Lucjuszu. – Podszedł do starszego Malfoy'a i machnąwszy różdżką wyswobodził go z czarnych więzów.
Ku jej zaskoczeniu, Pettigrew stał nad blondynem i chichotał, zamiast go ożywić. – Myślisz, że nigdy nie słyszałem, co o mnie mówisz, Lucjuszu? – Czarodziej ze srebrną ręką zamachnął się i kopnął Malfoy'a mocno w żebra. – Nie będzie ci tak wesoło, kiedy obudzisz się z połamanymi żebrami, co? – Kolejne kopnięcie. – Gdyby Czarny Pan cię nie chciał, zabiłbym cię od razu. Lecz, niestety… - Wzruszył ramionami i uniósł różdżkę. – En-
Pettigrew zastygł nagle w bezruchu, rozglądając się dookoła. Hermiona już sobie wyobrażała poruszające się wąsiki i uszka, gdy szczurza twarz wydawała się sprawdzać powietrze. W mgnieniu oka zniknął, a na jego miejscu pojawił się szczur. Zwierzątko siedziało chwilę spokojnie, zanim czmychnęło z komnaty. Hermiona pokręciła głową, skołowana, lecz nagle usłyszała jakiś odgłos.
Kroki, i to więcej, niż jednej osoby… i pyknięcia aportacji… Wiktor chrząknął, okręcając się wokół niej. – Musimy iść. Uważaj na siebie – Przytaknęła i cofnęła się, machnąwszy różdżką. Deportując się, widziała Wiktora stojącego z wyciągniętą różdżką, jego czarne oczy błyszczały dziwnym blaskiem. Mogłaby to niemal nazwać… czułością.
Z pyknięciem pojawiła się przed gargulcem prowadzącym do gabinetu dyrektora. Ponownie otworzył się automatycznie, więc wśliznęła się prędko do środka i wbiegła po schodach. Spodziewała się gradu pytań, lecz Harry nawet nie odwrócił się, kiedy weszła.
- Albusa już nie ma – poszedł do innych członków Zakonu, by zająć pozycję. Widziałem nawet Snape'a- Wskazał na szklaną kule po prawej. – i wygląda na to, że plan się nie zmienił – Plan. Severus miał obserwować korytarz prowadzący do biura dyrektora, a jeżeli pojawiłby się jakiś Śmierciożerca, spokojnie mógł wskazać mu zły kierunek. A jeżeli nie dałby rady ich zmylić, musiałby… dać sobie radę w inny sposób.
Dyskretnie, oczywiście.
Hermiona wzięła głęboki oddech, opierając się pokusie przyłączenia się do męża. – A więc pojawił się już Wewnętrzny Krąg.
- Tak. A my utknęliśmy tutaj. – Gorzki posmak jego słów był nie do opisania.
-
- Silencio!
Severus z zadowoleniem odwrócił się w stronę korytarza. W końcu te niedorzeczne zbroje śpiewające kolędy ucichły, pozwalając mu się skupić. Zdołał już z sukcesem zmylić kilkoro niższych rangą Śmierciożerców Wewnętrznego Kręgu, i posłał ich w te części zamku, które były obstawione najlepiej wyszkolonymi członkami Zakonu. Severus osunął się w cień, czekając na swe następne ofiary.
Na szczęście, reszta była już zaangażowana w walkę… członkowie Zakonu i zaufani Aurorzy, których Dumbledore zdołał zebrać, przeważali liczebnie Śmierciożerców z Wewnętrznego Kręgu Czarnego Pana… mały szczegół, o którym Severus zapomniał wspomnieć swemu „mistrzowi". Wyszczerzył się wrednie na tę myśl.
Gdy odgłos kroków zabrzmiał w korytarzu, serce Snape'a zamarło, rozpoznając zbliżającego się Śmierciożercę. Nie, nie on… ktokolwiek, tylko nie on…
Rudolfus.
Severus wypuścił ze świstem powietrze. Nadszedł moment, w którym jego lojalność zostanie poddana próbie. Dyrektor rozkazał mu powstrzymać każdego Śmierciożercę próbującego wejść w ten korytarz, a on chętnie się zgodził. Nie brał jednak pod uwagę takiej sytuacji…
Jego oczy były tak skupione na Rudolfusie, że przegapił nadejście z mniejszej części hollu innego mężczyzny. Błąd, który okazał się być kosztowny.
- Expelliarmus! – Różdżka Severusa wystrzeliła z jego dłoni, a on sam uderzył o ścianę z taką siłą, iż ledwo utrzymał się na nogach.
- Lucjusz! – krzyknął Lestrange, szybko podchodząc do blondyna i odciągając go. Lucjusz miał na sobie czarne szaty, lecz był bez maski, a jego twarz wykrzywiła się w szalonym grymasie. – Co ty wyprawiasz?
- Z drogi, Rudolfusie!
- Nie! Jakiekolwiek są twoje osobiste-
- On jest ZDRAJCĄ! – wrzasnął Lucjusz, opluwając się. Snape wstrzymał oddech. To było to… jego koniec. Westchnął z goryczą. Do tego tak haniebny koniec. Dlaczego nie mógłby chociaż być torturowany przez Czarnego Pana aż do śmierci, a nie zginąć zamordowany zwykłą Avadą Kedavrą Lucjusza Malfoy'a?
Rudolfus gapił się na blondyna. – Oszalałeś, człowieku. Napra…
Warcząc, Lucjusz odepchnął Rudolfusa i sięgnął za pasek, wyciągnął wielki nóż i rzucił się na Snape'a. Severus odskoczył i instynktownie wciągnął brzuch, lecz uderzył o ścianę i ostrze zdołało zahaczyć o jego szatę. Tkanina z łatwością się rozdarła, a jej czarne strzępy przylgnęły do ząbkowanej klingi.
No, to przynajmniej jest dużo ciekawsze.
Chłodny kamień napierał na jego plecy, a wiedział, iż musi dostać się na otwartą przestrzeń, z dala od ściany. Skoczył w bok i obrócił się w momencie, gdy Lucjusz ponownie się zamachnął. Starał się jak najbardziej oddalić, lecz było za późno. Nóż zatoczył gwałtowny łuk, rozrywając szatę, koszulę i tnąc skórę. Severus syknął, czując żywy płomień rozchodzący się po jego prawej piersi.
- Do cholery, Lucjusz! Uspokój się! – Rudolfus chwycił blondyna za rękę, w której trzymał ostrze i odciągnął go od Severusa. Knykcie Lestrange'a zbielały, kiedy siłował się z nadgarstkiem blondyna do chwili, gdy nóż wypadł z jego dłoni i głośno uderzył o kamienną posadzkę. – Czarny Pan wydał nam rozkazy, Malfoy – opanuj Zew! Merlinie, człowieku, przecież sam go wprowadziłeś!
Lecz Zew zbyt mocno zawładnął Lucjuszem, by ten mógł kogokolwiek słuchać. W zaskakującym pokazie siły odepchnął Rudolfusa i wyciągnął różdżkę. Severus westchnął miękko, czekając nieuniknionego.
- Czekałem na to, przyjacielu. Szkoda, że twoja szlama nie może tego zobaczyć… Avad-
- Avada Kedavra!
Zielony błysk, gwałtowny odgłos, Severus czuł to… czuł szarpnięcie nęcącego go Zewu…
…a potem nic.
Otworzył oczy i ujrzał Rodolfusa stojącego nad ciałem Lucjusza Malfoy'a. Oczy blondyna były puste, niewidome. Zimne.
Martwe.
Rudolfus ściągnął maskę i patrzył na Lucjusza, a Severus w tym czasie odnalazł swoją różdżką, stękając cicho, ponieważ ruch mocniej naderwał jego ranę. Nie była głęboka, lecz bolesna. Musi wyprowadzić stąd Rudolfusa, zanim pojawią się członkowie Zakonu. Wcześniej jednak zmuszony został zrobić coś, co zdradzi ich przyjaźń. Ściągnął maskę i z błagalnym wyrazem twarzy zaczął. – Rudolfusie, musisz-
- A co my tutaj mamy? – Usłyszawszy to, Snape z bólem przymknął oczy. Tylko jeden głos brzmiał tak ochryple… tylko jedna osoba, chodząc, wydawała ten stukot…
Alastor Moody.
Teraz nie znajdzie już sposobu, by oszczędzić Rudolfusa.
Żadnego.
Bez wątpienia, bogowie się teraz z niego śmiali.
– Szalonooki Moody… to jest dopiero nagroda, nieprawdaż, Severusie?
Moody stał spokojnie, utkwiwszy jedno oko w Severusie, a drugie – magiczne – zatrzymał na Rudolfusie. Snape wahał się przez moment, lecz jego decyzja została już podjęta. Upłynęły lata, od chwili, gdy złożył to przyrzeczenie, klęcząc obok ciała ojca z płonącym na przedramieniu Mrocznym Znakiem…
Nie możesz wskrzesić umarłych.
…kiedy klęczał przed dyrektorem i rozciął swój bok ostrzem, dodając dwie kolejne blizny do dwóch już tam będących…
Raz, kiedy zażądał tego Czarny Pan. Za drugim razem była to moja własna decyzja.
…kiedy szeptał przeciwzaklęcia, by utrzymać chłopca na wierzgającej miotle…
Zrobię, co będę musiał.
…i teraz, kiedy stał przed swoim najlepszym przyjacielem i jednym z najstarszych wrogów z uniesioną różdżką.
- Expelliarmus!
Różdżka Rudolfusa wyrwała się z jego dłoni i uderzyła o ścianę, a on sam zatoczył się do tyłu. Zdezorientowany, gapił się na Severusa – przez jedno uderzenie serca… lub dwa… - zanim jego oczy wypełniło zrozumienie. Snape wyprostował się, czekając na oskarżenia… zarzuty… które nigdy nie nadeszły.
Rudolfus odchylił głowę, opierając ją o ścianę, i zaczął się śmiać.
Pełny, bogaty śmiech… dźwięczała w nim młodość, przyjaźń, lojalność…
…braterstwo…
Moody wykazał się niezwykłym dla siebie pokazem powściągliwości, pozostając w miejscu, w którym stał i obserwując ten żywy obraz w milczeniu. W końcu śmiech ucichł, a Rudolfus powiedział. – Bardzo dobrze, Severusie. Bardzo dobrze. Przyjmij moje gratulacje – Ukłonił się drwiąco. – Oszukałeś nas wszystkich.
- Nie zmuszaj mnie, bym to zrobił, Rudolfusie.
- Nie masz wyboru, przyjacielu. Lub raczej już go dokonałeś – Lestrange odepchnął się od ściany i stanął cicho przed Snape'em. – Zrób to.
- Mógłbyś- Severus zamilkł. Nie było sensu kończyć… jego przyjaciel nie mógł zawrócić. Nie teraz. Nie po tych wszystkich okrucieństwach, jakich się dopuścił. Azkaban nie jest już rozwiązaniem, tego był pewien. A nawet, jeśli by był, przypomniał sobie, co Rudolfus powiedział mu po ucieczce z więzienia: Horror powtarzający się każdego dnia. Nicość i pustka. Lepsza byłaby śmierć. Zabiję się, zanim tam kiedykolwiek wrócę. Zapamiętaj moje słowa.
Lestrange przytaknął powoli. – Rozumiesz, prawda, przyjacielu? Mój bracie. Zrób to. Ostatni pokaz przyjaźni. Nie pozwól im mnie mieć.
Severus skinął bez słowa i uniósł różdżkę.
- Avada Kedavra.
Zielony błysk, gwałtowny odgłos… ale po raz pierwszy Zew pozostał uśpiony… w umyśle Severusa pozostało jedynie echo… echo jego własnego głosu wypowiadającego przekleństwo… zabijającego najlepszego przyjaciela… Avada Kedavra…
…i jego chrapliwy szept. – Żegnaj, bracie.
Severus stał i patrzył na ciało Rudolfusa, odwracając się, gdy usłyszał stukot nogi Moody'ego.
- Śmierciożercze bydlę.
Snape spojrzał na starego Aurora rozognionym wzrokiem, lecz dał sobie spokój, gdy ten odwzajemnił jego spojrzenie. – Zło i śmierć… tym żył, Snape. Ciągnie swój do swego.
Zaiste, ciągnie swój do swego.
- Może to już mnie nie ciągnie – wyszeptał.
Moody patrzył na niego przez chwilę, zanim wycharczał. – Zgadzam się.
Nagłe szarpnięcie bólu w ramieniu odwróciło jego uwagę od ciała leżącego przed nim. – Wzywa mnie.
- Idź, więc.
- Powiedz Hermionie-
- Wiem, co jej powiedzieć, chłopie. Idź!
Machnąwszy różdżką, Severus deportował się do Czarnego Pana.
- Panie – Wiatr zaczął silniej wiać.
- Wstań, Severusie – zażądał Lord. Snape posłusznie zaczął się podnosić, ostrożnie przygotowując się na nadchodzącą inwazję… w najlepszym wypadku jego emocje były roztrzęsione po tym, co stało się z Rudolfusem. Wyprostowawszy się, kątem oka dostrzegł łachmany pozostałe z jego koszuli i szaty.
Poczuł powiew zimnego powietrza na prawym boku i jego serce zamarło ze strachu. Nie zwracając uwagi Lorda, starał się przykryć pozostałościami koszuli zdradzieckie blizny.
- Jak toczy się walka na polu bitwy, Severusie?
- Dobrze, panie. Pozbycie się wszystkich członków Zakonu zajmie trochę czasu, lecz robimy postęp. Bitwa idzie dobrze.
- Rozumiem – Czarny Pan stuknął swoją różdżką w podbródek, przyglądając się chłodno swemu słudze. – Otrzymałem już raporty z Hogsmeade, lecz jeszcze nikt nie przybył z Hogwartu – Jasne, czerwone oczy przyszpiliły go w miejscu. – Znasz tego przyczynę, Severusie?
- Nie, mój panie.
Czarny Pan przytaknął w zamyśleniu. – Severusie, mój lojalny sługo… komu innemu służysz?
- Nikomu, panie – Severus pokłonił się, myśląc gorączkowo.
- Interesujące – Lord skinął dłonią na kogoś za nim. – Glizdogon, mój sługa, zniknął. Lucjusz Malfoy nie żyje. Rudolfus Lestrange martwy, Draco Malfoy martwy. Chłopak nie zwróciłby mojej uwagi, gdyż nie jest w Wewnętrznym Kręgu, jednak wyczułem, iż zginął w zamku. A na dodatek – ty mówisz mi, że bitwa idzie dobrze.
- Nie byłem świadomy-
- Nie jesteś świadomy – syknął Czarny Pan. – I jeszcze pojawiasz się przede mną żywy. Czy nie byłeś przydzielony do Rudolfusa?
Severus przełknął ciężko. – Tak, panie.
Lord jednym, długim placem uniósł podbródek Severusa, który spojrzał wprost w ogniście czerwone oczy potężnego czarodzieja. Gdy tylko kościsty palec dotknął jego skóry, poczuł ostrzegawcze mrowienie zaklęć Voldemorta, jakie rzucił na swoje ciało. Trzeba będzie usunąć te zabezpieczenia przed jakąkolwiek próbą oddzielenia duszy klątwą, lub ostrzem Patronusa. Miał nadzieję, że Hermiona pamięt…
Wtargnięcie było tak nagłe i brutalne, a jego umysł niemalże nagi, że jego bariery ledwie wytrzymały szturm umysłu Czarnego Pana. Mistrz Legillimencji… mistrz emocjonalnej Legillimencji… mierzy się z mistrzem obrazowej Oklumencji…
Och, bogowie…
…obrazy pozostały bezpieczne, jednak bariera wokół uczuć skruszyła się troszeczkę… Severus gorączkowo wzmocnił ją, lecz chwilowe potknięcie wystarczyło.
Wystarczyło. Czarny Pan to wyczuł. Jedna, pewna emocja w tej potyczce… strach. Dreszcz strachu, który poczuł stojąc na zimnym wietrze, odsłaniającym jego prawy bok kilka minut wcześniej.
Oczy Czarnego Pana zwęziły się i wycofał się szybko z jego umysłu, zostawiając ciemnowłosego mężczyznę bez tchu. – Komu jeszcze służysz?
- Nikomu, pa- Niespodziewanym ruchem Lord chwycił swą wyniszczoną dłonią potargany płaszcz Severusa i zdarł go z niego. Fala czystej paniki przeszła przez Snape'a, który starał się cofnąć, choć Voldemort zdołał zerwać z niego także koszulę. Wiatr dął wściekle, unosząc podarte strzępy ubrań.
Myśląc szybko, Severus powiedział. – Panie, Dumbledore zażądał-
- Milcz! – krzyknął Lord. – Co jeszcze ukrywasz, lojalny sługo?
Snape próbował pokręcić głową, lecz nie mógł się ruszyć, ponieważ wzrok Voldemorta zatrzymał się na jego lewym ramieniu. Wiatr prawie całkowicie zdmuchnął z niego koszulę i znak więzi krwi był wyraźnie widoczny.
Nie będzie wytłumaczenia, nie wymyśli żadnej historyjki, by to wyjaśnić… naznaczony przez szlamę… Jak Lucjusz stwierdził, mając Severusa pod swoją kontrolą, był to ostateczny dowód jego zdrady…
- Szlama cię naznaczyła? I pozwoliłeś, by tak się stało? – Kościsty palec trącił znamię, a palący ból przeszedł przez ciało Snape'a. Przygryzł wnętrze policzka, żeby nie wrzasnąć, a stalowy smak krwi wypełnił jego usta.
- Mój… mój panie – zaczął Severus, wiedząc, iż to daremna próba, nie mogąc się jednak powstrzymać. Zajść tak daleko… i zaprzepaścić wszystko przez knowania Malfoy'a… Zabił mnie, mimo wszystko. Dobra robota, Lucjuszu. Dobra robota.
- Crucio!
Upadłszy na ziemię, Severus zwijał się z bólu, a każdy jego nerw płonął żywym ogniem. W jego głowie powtarzała się tylko jedna myśl… znowu i znowu…
Bogowie, Hermiona… niech Hermiona nie przychodzi…
-
- Harry, zaczekaj! Gdy Severus wróci, dowiemy się, kiedy Czarny Pan planuje przybyć. Do tego czasu, powinniśmy zostać tutaj, jak kazał nam Moody – Hermiona próbowała brzmieć na pewną, lecz trudno było jej zignorować emocje, które wyczuwała przez więź. Przeważała desperacja, niebędąca niczym zaskakującym, jednak było jeszcze coś, co rzadko dostawała od Severusa.
Strach.
- Mam tego dosyć, Hermiono! Mam dosyć siedzenia i czekania na jego atak! Powinniś- Nagle, Harry zamilkł i skrzywił się, przyciskając rękę do czoła.
- Harry, co ci jest? Czy to twoja blizn- Słowa zamarły w gardle Hermiony, gdy jej znamię zapłonęło przeszywającym bólem, sprawiając, że jęknęła. – Och, bogowie, Severus…
- Jest z Voldemortem! – krzyknął Harry, pocierając bliznę. – Co się stało?
- Harry – znak krwi – muszę do niego iść, on cierpi, on… - Dwie silne dłonie złapały jej ramiona i ścisnęły, a zielone oczy wwiercały się w nią. Nie była w stanie odwrócić wzroku, przyszpilona tą zielenią… tak uroczą, zdeterminowaną…
- Jak działa to krwawe cośtam? Możesz do niego iść? Wiesz, gdzie jest?
- Tak! Tak! Och, bogowie… och, bogowie…
- Możesz deportować nas oboje? – Fawkes sfrunął na jego ramię, mocno wbijając w nie pazury.
- Tak!
Harry przytaknął i wyciągnął Pelerynę-Niewidkę, szczelnie ich nią zakrywając. To nie było wiele, lecz możliwe, iż pozwoli ukryć ich przybycie. – Dobrze. Teraz, jesteś gotowa? Pamiętasz zaklęcia? Usuwające blokady, oddzielające dusz-
- TAK! Szybko, złap mnie! – Potter zarzucił jej ramiona na szyję i znalazła się twarzą w pazur z Faweksem. Podejrzewała, iż ptak deportuje się z chłopakiem, ale tak dla pewności złapała i jego. Drugą ręką wyciągnęła różdżkę i cała trójka zniknęła z cichym pyknięciem.
Pole.
Znaleźli się na pustym polu.
Może za wyjątkiem kilku postaci stojących parę kroków dalej. Musiał wysłać większość swych oddziałów do wioski i zamku, pozostawiając sobie jedynie niewielką straż. Czworo… z czworgiem mogli sobie dość łatwo poradzić. Spiesząc się, Hermiona uniosła różdżkę, wyczarowując wokół pola antyaportacyjną barierę… Czarny Pan na pewno spróbuje wezwać swych Śmierciożerców, kiedy tylko rozpozna Harry'ego.
A nie chciała, by oni interweniowali.
Poczuła przez więź kolejną falę bólu i rozejrzała się, dostrzegając swojego męża z nagą piersią, wijącego się na ziemi przed Czarnym Panem. Crucio.
- Hermiono, trzymaj pelerynę. Poczekaj na odpowiedni moment… musi być rozbrojony, zanim będę mógł zaatakować go ostrzem – wyszeptał Harry, a ona przytaknęła.
- Pamiętasz inkantację na stałe łączącą jego duszę z ostrzem, Harry?
- Tak i zaklęcie oddzielające duszę od ciała… ale musisz najpierw usunąć osobiste zabezpieczenia Voldemorta. Jesteś gotowa?
- Idź, Harry!
Potter ściągnął z siebie Pelerynę-Niewidkę i pobiegł do dwóch postaci, a Hermiona – wciąż niewidzialna – podążyła za nim. Fawkes puścił ramię Harry'ego i latał teraz nad ich głowami, czekając na chwilę, gdy będzie potrzebny.
- Drętwota! Drętwota! – Dwoje Śmierciożerców zwaliło się cicho na ziemię. Pozostali byli zbyt pochłonięci obserwowaniem tortur, aby zauważyć upadek ich pobratymców, przez co sami polegli w ten sam cichy sposób.
Poszło im to wszystko zbyt łatwo.
Czarny Pan odwrócił się od torturowanego Severusa i uśmiechnął się zimno do nadchodzącego Harry'ego. Na jego twarzy nie było ani krzty zaskoczenia. – Witaj, Potter.
Snape kaszlał w trawę, a jego plecy się trzęsły. Hermiona chciała do niego podbiec, ale nie śmiała… musiała czekać… czekać na właściwy moment… Owinęła się ciaśniej peleryną, aby wiatr nie zdradził zbyt wcześnie jej obecności.
Dziwne, ale kiedy rozgrywał się przed nią pojedynek, ona dostrzegała nieistotne rzeczy – detale, które pojawiły się w jej umyśle, nieodparcie odwracając jej uwagę. Sposób, w jaki ziemia małymi bryłkami pryskała w powietrze, kiedy trafiały w nią chybione zaklęcia… błysk czerwonych piór walczącego o utrzymanie równowagi Fawkesa… wiatr rwący ich szaty niczym peleryny w locie… małe żółte kwiatuszki pochylające się pod wpływem silnych podmuchów tylko po to, by chwilę później, w momencie ciszy, wyprostować się na całą swą niewielką wysokość…
Nie powinni walczyć w świetle dnia. To powinna być noc, zmrok, ciemność… nie błogo jasny dzień; radośnie żółte słońce i niebieskie niebo nie może być tłem tego wszystkiego…
Świetliste promienie śmigały tam i z powrotem, kiedy krążyła ostrożnie wokół, rzadko spuszczając wzrok z pojedynkujących się. Z ulgą dostrzegła, iż Severus odczołgał się od nich, osłaniając się ciałem jednego z oszołomionych Śmierciożerców.
Obaj byli zadziwiająco potężni… nigdy nie zdawała sobie z tego sprawy, nigdy w pełni nie pojmowała stopnia zdolności Harry'ego. Poruszał się szybciej niż światło, wielu zaklęć nie wymawiał, po prostu rzucał je siłą swojej woli. Bogowie… Posiadała książkową wiedzę i moc, lecz to… te wrodzone umiejętności budziły w niej respekt.
Broń. Naostrzona i ostrożnie przygotowywana do bitwy.
Tym był Harry.
W końcu, broń dowiodła swej wartości. Dwa zaklęcia rzucone tuż po sobie zrobiły wyrwę w ochronnym czarze Czarnego Pana, pozwalając Harry'emu na prosty, a mimo to, efektywny strzał.
- Expelliarmus!
Różdżka Czarnego Pana wystrzeliła w powietrze, a on sam warknął, rzucając się po nią. Hermiona ruszyła naprzód, nie zwracając uwagi na wiatr targający Peleryną-Niewidką, i wrzasnęła. – Accio różdżka! – Chwilę potem trzymała ją w dłoni.
- Teraz Hermiono! Teraz! – krzyknął Harry, biegnąc już do czarnoksiężnika z wyciągniętym ostrzem Patronusa. Dostrzegła jego poruszające się usta i różdżkę stukającą o nóż, kiedy przygotowywał się do permanentnego związania duszy Czarnego Pana… jeżeli tylko uda im się oddzielić ją od ciała… a zanim to zrobią, musi sprawić, by jego osobiste zabezpieczenia opadły.
Z książek i z tego, co mówił jej Severus, wiedziała, iż użył najmocniejszych dostępnych zaklęć. Trzeba podejść na tyle blisko, aby jej różdżka weszła w kontakt z barierą jego magii. Obserwując Czarnego Pana, widząc całą jego uwagę skupioną na Harrym, rzuciła się naprzód, krzycząc inkantacje i dotykając swoją rozżarzoną różdżką jego ramienia.
Sekundę później Harry pchnął Lorda ostrzem Patronusa prosto w serce, wypowiadając zaklęcie zaczynające rytuał… oddzielając duszę od ciała. Zielonkawo niebieskie światło uformowało się w piersi Voldemorta, a pełne bólu wycie wydobyło się z wynędzniałego ciała… Światło odsunęło się od ostrza, kiedy Lord wił się, wymachując rękami…
…a skóra Hermiony zetknęła się z nim…
…zielonkawo niebieska łuna wypełniła jej pole widzenia, a ona poczuła się… wypełniana… czymś na kształt oleistej mgły…
Nie jest dobrze! Nie tak powinno być!
Dusza została oddzielona.
Lecz nie związała się jeszcze z ostrzem… odłączy się na zawsze dopiero wtedy, gdy dokończą inkantację wiążącą ją z klingą noża…
Lub ze mną!
Gorączkowo walczyła z mgiełką. – Harry! Nie! Nie rzucaj zaklęcia! On jest… - Struny głosowe skurczyły się, gdy poczuła wypełniającą ją czyjąś obecność… przejmującą kontrolę nad jej ciałem… tylko na chwilkę…
- Dziękuję ci, chłopcze, za nowe ciało – To był głos Hermiony… lecz jednak nie jej… Harry spojrzał na nią przerażony, a ona wyrwała się na wierzch… przejęła władzę nad swoim głosem i krzyknęła. – Nie mogę… nie mogę go wypchnąć, Harry! Miecz, ostrze! Musisz go w nim uwięzić!
Harry wyciągnął nóż z ciała Voldemorta leżącego na ziemi.
- Jest już gotowe, tylko mnie dźgnij i wypowiedz zaklęcie! - Hermiona walczyła o zachowanie kontroli, zwalczała zieloną mgiełkę… jej głos słabł, gdy zatapiała się w sobie. – Zabij mnie, Harry – miecz… uwięź go…
- NIE! – Kątem oka zobaczyła Severusa próbującego podnieść się na nogi.
Coś obcego w niej zerwało się i powiedziało szorstkim głosem, tak podobnym do jej. – Nie, dziewczyno – zostań na swoim miejscu… - Próbowało zepchnąć ją, lecz walczyła, chwytając się swego umysłu, swej woli, by z powrotem wydostać się na powierzchnię…
Harry był ledwie przytomny. – Miecz zaczarowany jest tylko na Voldemorta, ale Hermiono – co, jeśli ciebie też wciągnie?
- Nie wciągnie. Zrób to – rozkazała.
- NIE! – Znowu głos Severusa. Niepewnie zwróciła w jego kierunku głowę.
Ujrzała Severusa oczyma, które szybko opanowywała obca osoba w jej umyśle… zielona mgiełka umacniała się… wzrastała… jej dusza kurczyła się, tonęła… dusiła się… a potem…
…pojawiła się czerwona mgła… rozszerzała się… jej dusza znów mogła oddychać… czerwona mgiełka uderzyła w zieloną i spychała ją… Hermiona walczyła o dojście na powierzchnię, szarpnęła ręką i chwyciła ostrze. Harry sapnął, kręcąc głową, a ona podążyła za jego wzrokiem. Krew spływała jej po palcach. Ból… bogowie, ból… Zew… czerwona mgiełka – Zew! Pomagał jej, ratował ją… a w zamian… wiedziała, czego oczekiwał w zamian… ból, krew, Rytuały Krwi, Zew…
Sfinalizuj most…
Sfinalizuj połączenie…
Przyciskając ostrze do piersi, zakręciło jej się w głowie, gdyż Voldemort wciąż usiłował przejąć nad nią władzę… co jakiś czas czerwona mgiełka była spychana przez zieloną, która napierała na nią… i za każdym razem jej uścisk zacieśniał się na ostrzu, a fala świeżej krwi ze zranienia ożywiała Zew, który zwalczał tę zieleń.
Jedną ręką odpięła swoją szatę, wystawiając skórę na zimne powietrze. Drugą ręką przecięła ostrzem skórę nad mostkiem, rysując wzdłuż niego długą, prostą linię. Jakby z oddali usłyszała krzyk Severusa… lecz nie była w stanie się odezwać… Harry westchnął niedowierzając… Harry… Zbawiciel Czarodziejskiego Świata… spojrzała w jego zielone oczy i uśmiechnęła się.
- Zapłata ofiarowana. Krew przyjęta – zaintonowała, czując gorliwy w swej niecierpliwości Zew… - Zrób to, Harry. Musisz to zrobić.
- Hermiono! – Łzy? Łzy w jego oczach… głupi chłopak… oczy są takie ładne… takie ładne… takie zielone… zielone… zielone…
Struny głosowe nie należały już do niej. Usłyszała swój głos, gardłowy i niemiły, w ogóle nie podobny do jej tonacji. – Nie, chłopcze – nie chcesz, by twoja przyjaciółeczka zginęła, prawda? A już szczególnie nie z twojej ręki. Nie zdradzisz jej w ten sposób… lojalny Harry Potter.
Hermiona walczyła… walczyła z zieloną mgłą, nawet, gdy jej głowa zwróciła się ku Severusowi. – Snape – przeklęty zdrajco… ta szlama dużo dla ciebie znaczy, czyż nie? Pomóż mi, a ja ci ją zwróc-
Widok Severusa dodał jej sił, których potrzebowała do wypchnięcia Voldemorta… czerwona mgiełka buzowała dziko, przetykana plamkami zieleni, pojawiającymi się we wszystkich szparach i lukach… - Harry, proszę, nie mogę trzymać nas dłużej oddzielnie… - Harry zaczął kręcić głową, ale powstrzymała go. – Harry, słuchaj mnie! Zdrada przynosi nadzieję, lojalność ruinę… to zostało przepowiedziane… tak musi być… zaklęcie wciąż jest na ostrzu… uwięź go… zrób to. Zrób to.
Obserwowała, jak chłopak przymyka oczy i pochyla głowę. Jego palce zacisnęły się na rękojeści, a jej zakrwawiona dłoń przykryła je. Zaciskając powieki, wyszeptał. – Przykro mi, Severusie.
- Nie! – Ostry krzyk Severusa rozwiał ciszę. Kątem oka zobaczyła jeszcze, jak ponownie wstaje na nogi i rzuca się w ich kierunku.
Za późno.
Krótkie wahanie. Szybkie pchnięcie. Ssące uczucie… zielonkawo niebieska poświata sunęła ku ostrzu… błyszcząc… błyszcząc…
I nagle to ssące uczucie znikło…
Zastąpił je ból… ból, jakiego jeszcze nie znała…
Zielone oczy, wypełnione łzami, udręczone…
Zaczęła spadać… rękojeść wysunęła się z dłoni jej przyjaciela…
Czarne oczy patrzyły na nią z pobladłej twarzy… opadała… spadała…
Jej palce zsunęły się z dziwnie ciepłej klingi… śliskie od krwi… spadała…
Czuła się, jakby płynęła… upadła na ziemię, czubek noża uderzył o darń pod jej plecami… wbijając się na długość kilku placów w jej pierś…
Sięgnęła po nią trzęsąca się dłoń… umazana krwią… ściekającą powoli… czerwona mgiełka rosła… to jej własna ręka, jej własna dłoń chwyciła klingę i wyciągnęła nóż z jej własnej piersi…
Ostrze opuściło ją z mokrym, ssącym odgłosem… wciąż połyskiwała… Harry, Harry musisz to sfinalizować… Czekaj… zrobiłeś to, byłam tam… jestem tam… Czarny Pan umrze… Czarny Pan umarł… umarł…
Ktoś ją podniósł… znowu płynęła… lecz ziemia była tak miękka, tak miła… unoszenie się też jest miłe, ale ktoś nie przestawał mówić… niech przestanie… ciemność jest miła, ciepła i wygodna…
Usłyszała przerywany głos. – Hermiono… ukochana… trzymaj się…
Trzymaj się… ale czego? Wyciągnęła dłoń i dotknęła bladej twarzy, jej oczy rozwarły się szeroko, gdy spostrzegła krew… jej ręka… krew… czerwona mgła rozpychała się, dawała jej siłę… i wtedy znowu ujrzała krew – stałą krew – krew w locie – przycupnęła na jej klatce piersiowej – śpiewała…
Krew śpiewała, śpiewała i płakała dla niej… czyste łzy kapały na jej pierś… krew płacze dla mnie… dlaczego krew dla mnie płacze?
Zapłacili. Sprawiłaś, że zapłacili.
Znowu mogła oddychać… pociągnęła łyk powietrza, cudownego powietrza i zaczęła kaszleć… zamrugała, gdy skrzydła otarły się o jej twarz.
Fawkes.
Łzy feniksa.
Zaczęła się śmiać. Śmiała się, dopóki jej policzki nie stały się mokre od łez.
Ktoś inny też się śmiał… nie, chwilę. Nie… nie śmiał się. Ciało, o które się opierała, trzęsło się… Severus… trzęsło się od szlochu. Jej śmiech zamarł, lecz uśmiech nie schodził z jej ust… tak jak czerwona mgiełka, która czaiła się na krawędzi umysłu będąc pozostałością jej nowo powstałego połączenia z Zewem.
Usiadłszy, Hermiona jęknęła cicho, odwróciła się z trudem i zarzuciła ramiona na szyję swojego męża, tuląc go tak mocno, jak tylko pozwalały jej na to słabe mięśnie. Czuła się, jakby Hipogryf przeżuł ją i wypluł, jakby tysiące mieczy zatopiło się w jej ciele. Czuła się…
…czuła się cudownie.
Severus przeżył. Harry przeżył. Ona żyła.
Ramię Severusa ścisnęło ją i jeszcze raz parsknęła śmiechem. – Mówiłeś, że byłoby dla mnie lepiej, gdybym umarła, niż podążyła ścieżką, którą ty wybrałeś – powiedziała, jej śmiech zmienił się w kaszel. On nic nie mówił, jedynie kręcił głową i tulił ją do siebie coraz zachłanniej.
- Severus… czuję to. Nawet teraz… czy zawsze tak będzie?
- Bogowie… nie wiem. Nie wiem – Severus otworzył oczy, wciąż pełne niedowierzania, i patrzył na nią bez mrugnięcia powieką. – Nikt nigdy nie przeprowadzał na sobie Rytuałów Krwi. Z tego, co wiem… bogowie, Hermiono… Możesz. Możesz czuć się tak przez cały czas – czy to jest nie do zniesienia?
- Nie… tylko… jest.
Mężczyzna westchnął z ulgą. – A więc sfinalizowałaś połączenie, lecz most był słaby – Spojrzał jej wściekle w oczy. Przełknęła ślinę, skołowana nagłą zmianą jego zachowania. – Kocham cię, rozumiesz? Kocham cię, bogowie… nigdy więcej nie waż się robić czegoś takiego…
- Spróbuję – Wyszczerzyła się i otworzyła usta, by powiedzieć coś więcej, lecz usłyszała za sobą czyjś głos.
- Drętwota.
Wypuściła Severusa ze swych objęć i odwróciła się. Jej przyjaciel osunął się na ziemię, a jego okulary upadły obok niego. Och, bogowie… co znowu? Nie miała nawet siły sięgnąć po swoją różdżkę, kiedy Severus stanął między nią a nadchodzącą osobą.
Odziany w czarne szaty mężczyzna zatrzymał się obok nieprzytomnego Harry'ego, zanim ściągnął z twarzy maskę.
Wiktor.
- Nu, czy to nie przemiła scena?
Hermiona w końcu odnalazła swój głos. – Wiktor – co ty wyprawiasz? Dlaczego ogłuszyłeś Harry'ego? Co...
Bułgar przerwał jej szybko. – Co ju wyprawiam? Wy wszyscy tutaj tak uprzejmie usunęli dwa moje największe problemy… teraz, to ja mam tylko jeden, którym muszę się zająć. – Czarne oczy Wiktora, zimne i nieprzeniknione, utkwione były w Severusie. – Ten problem jest bardziej osobisty. – Uniósł różdżkę.
Zrozumiawszy wszystko, oczy Hermiony rozwarły się szeroko… W końcu zrozumiała motywy Wiktora. – Nie! – Wygramoliła się przed Severusa, osłaniając go własnym ciałem. Protestował wściekle, próbując odepchnąć ją, lecz mocno się go uczepiła… wiedziała – wierzyła – iż Wiktor nie zaatakuje, kiedy stała na linii ognia. Odwróciła się, chcąc spojrzeć na Bułgara i westchnęła z ulgą widząc wahanie w jego oczach. Severus musiał to także dostrzec, gdyż zaprzestał prób odsunięcia jej od siebie.
Ręce Wiktora drżały. – Ty zejdź z drogi. Zmusili cię do tego, ale ja ci pomogę.
Hermiona pokręciła głową. – Nie – Wiktor… Nie. To był mój wybór. Mnie też będziesz musiał zabić.
Oczy Kruma pociemniały, a ramię od różdżki Severusa napięło się w oczekiwaniu. – Odejdź, Hermiono.
- Nie, Severusie – powiedziała, patrząc na niego. – Ocalił mi życie. Ochronił mnie przed Draco. Nie. – Oczy Severusa zwęziły się, lecz ledwo widocznie skinął głową.
- Ja cię ocalę znowu, Hermiono. Chodź ze mną. Dłużej nie musisz być jemu wierna.
- Nie, Wiktor. Jeśli on ma umrzeć, umrę razem z nim – Hermiona ponownie odwróciła się do Wiktora, ignorując dokuczliwy ból karku. – Kocham go, Wiktorze.
Bułgar zawahał się znowu, zanim uniósł różdżkę… jego ręka drżała… powieki mrugały szybko… powstrzymując łzy? Bogowie… nie miałam pojęcia… nie wiedziałam… a co by to zmieniło, gdybym wiedziała? Powoli, Wiktor opuścił trzęsącą się dłoń i pokręcił głową. – Ti mnie zbyt dobrze znasz. Ja chciał jedynie być z tobą… w jakikolwiek sposób… ale… - Wiktor zaśmiał się gorzko i powiedział grubym głosem. – Ja cię zawsze kochałem, Hermiono. Żegnaj – Odwrócił się i odszedł w stronę ciała Voldemorta, stojąc nad nim w milczeniu i wpatrując się w nie uparcie. Ku zaskoczeniu Hermiony, pochylił się, podniósł trupa i zwrócił się do Severusa. – Zadbaj o nią.
Severus przytaknął i oboje obserwowali, jak Krum znika wraz z Czarnym Panem.
Na polu zaległa cisza, nie licząc wycia wiatru. Słyszała własny oddech, przyciskając się do Severusa… jego bicie serca w swoich uszach.
Nagle ciszę przerwał głośny łopot skrzydeł. Fawkes, ze wzrokiem pełnym wyrzutu wbitym w dwójkę ludzi, usiadł na piersi Harry'ego i zaczął śpiewać.
Pieśń feniksa obmywała ich, dodawała energii, ożywiała.
Harry otworzył oczy i podniósł się z jękiem, chwytając za głowę, a ptak usiadł na jego ramieniu. – Och, przestań patrzeć takim zarozumiałym wzrokiem, ptaku – mruknął pogardliwie Severus. – On był tylko oszołomiony – Fawkes spojrzał na Snape'a ze zdecydowanym rozbawieniem w oczach, po czym zniknął z cichym pyknięciem. Hermiona zmarszczyła brwi, gdyż pieśń feniksa odświeżyła jej umysł, pozwalając zdać sobie z czegoś sprawę.
- Wiktor się deportował… teraz Fawkes… moje zabezpieczenia padły?
- Padły, kiedy Voldemort… - Głos Harry'ego zamarł. – Mógłbym się aportować, ale jestem cholernie pewny, że od razu bym się rozszczepił. Twój były chłopak serwuje brutalne oszałamiacze, Hermiono.
- Jestem pewien, że feniks sprowadzi pomoc, Potter – rzucił sucho Severus, mocniej przyciskając do siebie Hermionę. Dziewczyna objęła go i przymknęła oczy.
- To koniec, prawda? Już po wszystkim.
- Tak, Potter. Po wszystkim – Głos Severusa pozbawiony był jakiejkolwiek złośliwości. - A ja jestem szczęśliwszy, niż kiedykolwiek mogłem o tym marzyć.
Hermiona uniosła głowę, patrząc wprost w jego oczy, ciemne, ciepłe i otwarte… oczy jej kochanka, przyjaciela, mentora, jej męża…
Pyknięcia obwieściły przybycie Magomedyków, Aurorów i członków Zakonu, lecz Hermiona i Severus zignorowali wszystko w momencie, gdy ich usta zatopiły się w słodkim pocałunku.
A ja jestem szczęśliwszy, niż kiedykolwiek mogłem o tym marzyć.
„Kluczem zapewniającym zwycięstwo światła nad cieniem
Jest krew przyjaciela, związana w czerwieni
Z ciemności w jasność, z desperacji w nadzieję
Z jelenia w ostrze, z ostrza w ciało
Zdrada przynosi nadzieję, lojalność ruinę
Rytuały Krwi zwyciężą cień
Wtedy Czarny Pan zginie."
