XXVI
Kiedy jak zwykle przyjechał popołudniu do jej domu, Jack od razu wyczuł, że coś jest nie tak. Była jakaś nieswoja, wręcz przygaszona, zwłaszcza, gdy spoglądała na swojego synka. Widział, jak tłumiła chęć rozpłakania się i wiedział, że musi coś zrobić, dowiedzieć się, co ją gnębi.
- Dzieciaki, może pooglądacie bajki?- zaproponował, zwracając się do bliźniaczek i Noah. Odkąd wszedł, Noni i Eden dokazywały przed chłopcem, nie wyłączając go jednak z zabawy mimo ograniczeń, jakie narzucał mu wózek.
- Ok.- cała trójka odpowiedziała zgodnie, a brunet, rzuciwszy Sue uspokajające spojrzenie, włączył im ulubioną kreskówkę na DVD. Obecnie na czele ich Top 10 widniała „Mrówka Z" i to ten film wrzucił do odtwarzacza Hudson.
Gdy już rozsiadły się wygodnie na kanapie i zaczęły oglądać, Jack zwrócił się do blondynki:
- Porozmawiajmy, Sue.
Była trochę zdziwiona, lecz się zgodziła i podążyła za nim do kuchni, gdzie oboje usiedli przy stole.
- O co chodzi, Jack?- spytała miękko.- Stało się coś?
- To ja chciałbym wiedzieć, Sue.- odparł powoli.- Od kiedy przyszedłem, widzę, że coś jest nie w porządku. Masz zaczerwienione oczy i takie zgnębione spojrzenie. Patrzysz na Noah i widzę, jak bardzo próbujesz nie płakać.- wyliczał.- Co się dzieje, Sue?- spytał, patrząc na nią z niepokojem i troską.
Początkowo nie odpowiedziała, usiłując się opanować, jednak kiedy spojrzała mu w oczy, w końcu nie wytrzymała i pozwoliła słonym kroplom popłynąć po policzkach. Nim się spostrzegła, już ją obejmował, głaszcząc jej włosy i plecy, szepcząc rzeczy, których usłyszeć nie mogła, a które już samą swoją obecnością dawały jej pocieszenie i poczucie ulgi. Już nie wstydziła się przy nim płakać, bo wiedziała, że Jack zrozumie.
Trzymał ją w ramionach, póki nie wyrzuciła z siebie bezsilności i nie uniosła głowy. Wtedy podał jej chusteczkę, by mogła otrzeć oczy i wydmuchać nos.
- Wypiorę i ci ją zwrócę.- przyrzekła, chowając tkaninę do kieszeni.
- Daj spokój. Zatrzymaj ją. Mam takich kilkanaście.- uśmiechnął się, po czym dotknął dłonią jej policzka i dodał:- Czy teraz powiesz mi, co cię tak podłamało, Sue? Wiesz, że możesz mi zaufać.
- Wiem i ufam ci, Jack. Ufam ci jak nikomu innemu.- odpowiedziała miękko.
- A więc wyrzuć to z siebie. Cokolwiek to jest, poradzimy sobie z tym.- obiecał.- Nie jesteś sama, Sue.- przypomniał.
- I nie masz pojęcia, jak się z tego cieszę.- uśmiechnęła się blado.- Odkąd w moim życiu pojawiłeś się ty, Tara i Bobby, już nie czuję się tak osamotniona jak kiedyś. Jesteście dla mnie lepsi, niż moja własna rodzina.- wyznała.
- Bo jesteśmy rodziną Sue.- powiedział z uśmiechem.- Może nieco nietypową, dziwaczną, czasem szaloną, ale jednak. W końcu, krew to nie wszystko. Sama się o tym przekonałaś.- dodał.- Co się stało?- powtórzył.- I nie mów, że nic takiego, bo nie uwierzę. Jeszcze wczoraj byłaś zupełnie inna, pełna optymizmu, a dziś widzę cię niemal pokonaną.
- Bo tak się poczułam.- przyznała nareszcie.- Nie wiem, co teraz będzie ze mną i z Noah. Bardzo się boję, że go stracę.
- Skąd ten pomysł, Sue? Czy ktoś ci grozi? Ktoś chce odebrać dziecko?- dopytywał się nerwowo, w duszy już nastawiając się na wojnę, jeśli ten ktoś czegoś spróbuje. Nie zamierzał pozwolić skrzywdzić ani jej, ani jej synka. Nikomu.
- Nie.- zaprzeczyła drżącym głosem.- Jeszcze nie. Jeśli jednak nie będę w stanie go utrzymać, opieka społeczna mi go odbierze, a tego nie przeżyję. Tylko on mi został!- dodała płaczliwie i znów się popłakała.
- Hej, hej!- Jack pochwycił jej twarz obiema dłońmi, zachęcając, by na niego spojrzała.- O czym ty mówisz, Sue? Przecież dobrze sobie radzisz.- zdumiał się.- Noah ma dobre warunki.
- Straciłam pracę, Jack.- wyznała szeptem.- Szkole zredukowano fundusze i od stycznia jestem na wypowiedzeniu. To koniec, Jack.- powtórzyła.- Bez tych pieniędzy nie utrzymam syna.
- Spokojnie!- poprosił.- Wszystko będzie dobrze. Powiedz mi, kiedy się dowiedziałaś?
- Dziś rano.- odparła ciężko.- Pani dyrektor poprosiła mnie do siebie i mi o tym powiedziała. Muszą zrobić redukcję etatów, a że ja pracuję na niepełnym, padło na mnie, szczególnie, że często biorę wolne, odkąd Noah wrócił do domu. Zwalniają też dwie inne osoby, ale dla mnie to jak wyrok, Jack. Jeśli szybko nie znajdę pracy, stracę go!- jęknęła i znów znalazła się w jego objęciach.
- Uff!- pomyślał z ulgą.- Już myślałem, że to coś gorszego, że jej rodzina, albo rodzina jej „męża" robi jakieś problemy, ale skoro tylko o to chodzi, to przecież łatwo będzie rozwiązać ten problem!
Zresztą i tak planował z nią o tym pogadać. Okazja sama wpadła mu w ręce.
Uścisnął ją mocniej, pokołysał trochę, by mogła się wyciszyć i uspokoić, a potem palcem uniósł jej podbródek i uśmiechnął się ciepło.
- Nikt nie odbierze ci Noah, Sue. Nawet gdyby próbowali, nie pozwolilibyśmy na to, ja bym na to nie pozwolił.- powiedział spokojnie.- Ten chłopczyk znaczy wiele nie tylko dla ciebie, ale dla nas wszystkich, dla całej naszej pokręconej paczki. Jego miejsce jest przy tobie, przy nas i nikt go stąd nie zabierze.- zapewniał.
- Masz rację.- stwierdziła wreszcie patrząc, z jaką wiarą i przekonaniem o tym mówił.- Nie powinnam z góry się poddawać. Mam jeszcze trochę czasu. Znajdę coś, cokolwiek. Utrzymam go, choćbym miała pracować na dwóch etatach. Noah wraca niedługo do szkoły. Popołudnia jakoś mu zorganizuję. Może Tara pomoże przez jakiś czas, póki nie odłożę na wynajęcie opiekunki i jakoś to będzie!- stwierdziła z nową falą nadziei w głosie i oczach.- Dziękuję ci, Jack.- dodała, patrząc na niego z wdzięcznością.- Przypomniałeś mi, że trzeba walczyć z przeciwnościami, zamiast dać się im tłamsić.- powiedziała.
- Cieszę się, że to powiedziałaś, Sue.- uśmiechnął się mężczyzna.- To jest właśnie ta waleczna dziewczyna, którą ujrzałem wtedy w szpitalu, gdy przedstawiłaś mnie Noah. Dziewczyna, która nie boi się wyzwań!- mrugnął i w zamian otrzymał pierwszy tego wieczoru uśmiech.- Nie musisz jednak pracować na dwa etaty, Sue. Nie musisz nawet szukać pracy.- dodał.- Miałem ci to zaproponować w święta, ale skoro sytuacja się zmieniła, zrobię to teraz.- powiedział tajemniczo, gdy spojrzała na niego zdezorientowana.
- Nie rozumiem, Jack.- przyznała.
- Chciałbym, żebyś pracowała dla mnie i Bobby'ego w HMC.- odparł spokojnie.- Potrzebujemy pomocy w firmie, skoro się połączyliśmy i rozwijamy. Zwłaszcza ja jej potrzebuję, skoro moja sekretarka idzie wkrótce na macierzyński. Zastąp ją.- poprosił.- Zarobisz na pewno więcej niż w szkole, godziny będą rozsądne i masz pewność, że szef nie będzie narzekał, gdy będziesz musiała wcześniej wyjść, czy wziąć wolne, bo synek cię potrzebuje.- stwierdził z humorem, a ona znieruchomiała, zupełnie zaskoczona.
- Jack….- wyszeptała wreszcie.- Nie możesz. Ja nie mogę… To nie fair. Nie mogę cię tak wykorzystywać, wykorzystywać Bobby'ego… Zrobiliście dla nas tak wiele, że słowa nie wyrażą mojej wdzięczności, ale nie jesteście fundacją charytatywną. Nie możecie za każdym razem, gdy coś skomplikuje się w moim życiu, otwierać portfeli i ratować mnie kosztem firmy, dorobku waszego życia i dziedzictwa waszych dzieci. Jestem ci wdzięczna, lecz nie mogę przyjąć tej propozycji.- mówiła.
- Sue, jeśli myślisz, że traktujemy ciebie i Noah jak charytatywny projekt, to pomyśl jeszcze raz.- odpowiedział, biorąc ją za ręce.- Owszem, pomogliśmy raz, czy dwa…- przyznał, a ona uniosła brew.- Zrobiliśmy to, bo nam zaimponowałaś i ponieważ się przyjaźnimy. Jednak, kiedy proponowałem ci tę pracę, robiłem to jako biznesmen, nie przyjaciel. Potrzebuję asystentki i wolałbym, żeby to była osoba, którą znam, i której ufam, ktoś, na kogo mogę liczyć i kto nie ma pstro w głowie. Jesteś wykształcona, zdolna, solidna i udowodniłaś, że można na tobie polegać. Tych cech szukam w następczyni Marcy. To nie jest jałmużna, Sue.- dodał zdecydowanie.- To normalna posada ze standardową pensją, typowymi dodatkami i podstawową opieką zdrowotną w pakiecie, coś, co otrzymałby każdy pracownik firmy. Nie odrzucaj jej tylko dlatego, że ubzdurałaś sobie coś, co nijak się ma do rzeczywistości. Pomóż mi, jak ja pomogłem tobie. Załataj mi dziurę kadrową i pracuj dla mnie. Wyświadczysz mi tym przysługę, a jednocześnie zapewnisz byt synkowi. Czy nie on jest teraz najważniejszy?- dokończył, używając najcelniejszego argumentu.
- Nie wiem, co powiedzieć…- szepnęła poruszona.
- Powiedz „tak".- odparł nieco dwuznacznie i gdy to zrozumiał, zarumienił się uroczo, ale nie odwrócił oczu.
Zamiast „tak", usłyszał miękkie „dziękuję", kiedy objęła go najmocniej, jak to możliwe i pocałowała w policzek.
- Jesteś najlepszym człowiekiem, jakiego znam, Jack. Niech Bóg ci wynagrodzi twoje dobre serce!
- Zrobił to w dniu, gdy poznałem ciebie.- szepnął, choć tego nie widziała.
Taka była prawda. Kiedy Sue stanęła na jego drodze, odżył. Nie była mu nic winna, to on miał względem niej dług, bo dzięki niej znów zaczął czuć…
TBC
