Rozdział 26.
Przyjaciele…? - cześć 2.
Coś zatrzeszczało głośno wysoko nad nimi i w dół posypał się najpierw drobny pył, a dopiero potem runęła część stropu. Kawałki betonu i metalu pomknęły błyskawicznie w dół.
- Do ściany! - krzyknął ktoś i cała grupa automatycznie przylgnęła do ścian.
Nie był to jednak do końca bezpieczny ruch. Jedna z metalowych podpór zahaczyła bowiem w kilku miejscach o ścianę, pozostawiając w niej długie rysy… Tak jak tą pomiędzy Sheppardem a Mar'dallem.
Obaj dowódcy spojrzeli na siebie, a potem w dół.
Część konstrukcji z hukiem upadła właśnie na dno szybu, zaledwie pięć metrów niżej, wzbijając do góry tumany kurzu u pyłu.
- O mały włos - stwierdził John.
- Nawet nie wiesz jak bardzo - mruknął Hydra spoglądając na krew na swojej rękawicy, a potem na ramię.
Miejsce, w którym metal pozostawił bruzdę na jego zbroi, właśnie się zasklepiało. Jedno z wielu udogodnień ich biomechanicznych pancerzy, pomyślał człowiek.
- Wszystko w porządku?
- Tak. To tylko powierzchowna rana - odparł. - Ale gdybym stał nieco bliżej…
Nie dokończył. Wolał o tym nie myśleć. Obaj woleli o tym nie myśleć.
Hydra spojrzał w górę.
- Wszyscy cali?!
- Tak, sir - odezwał się chór głosów w jego głośnikach wewnątrz hełmu.
- To dobrze… Zaraz zejdziemy na dół - dodał i ruszył powoli przodem.
Teraz, kiedy spadające elementy konstrukcji uszkodziły kolejne fragmenty schodów, droga stała się jeszcze bardziej niebezpieczna i mozolna. Poza tym w dole czekała na nich kolejna przeszkoda: rumowisko pozostawiło niewiele miejsca na to, aby mogli przedostać się na korytarz prowadzący, jak stwierdził Kemayos, do sporej hali, w której znajdowało się tajemnicze źródło energii.
W końcu jednak cały oddział zatrzymał się przed dużymi, metalowymi drzwiami. Wyglądały na stare i podniszczone. Niczym w dawno opuszczonej fabryce, pomyślał John.
- Damy rade je otworzyć ręcznie? - spytał Ronon.
- Może nie trzeba będzie - odparł Lanteanin i przeszedł nieco dalej. - Tutaj jest korba… O ile łańcuch nie został zerwany - dodał, łapiąc za uchwyt na metalowym kole.
Mechanizm jednak z trudem drgnął.
- Musiało zaśniedzieć przez te wszystkie lata - jęknął.
- Pokaż, ja spróbuję - rzucił Mar'dall, podchodząc do niego.
Tym razem korba przesunęła się znacznie mocniej. Mimo to wprawianie jej w ruch wciąż było utrudnione.
Jeden z żołnierzy Hydry podszedł natychmiast do swego Dowódcy i obaj chwycili za drążek, zaczynając kręcić powoli metalowym kołem.
Potężne drzwi rozsunęły się jeszcze bardziej, pozwalając im reszcie dojrzeć to, co znajdowało się za nimi.
Ale żaden z nich nie spodziewał się zobaczyć takiego widoku: pomieszczenie pełne było Lantean tłoczących się jeden przy drugim wokół skoczka. Wyglądali na wystraszonych, w napięciu oczekując na tych, którzy mieli wejść do środka.
- A niech mnie - mruknął Sheppard, przeciskając się przez powstałą szparę zaraz za Kemayosem.
Zaraz potem drzwi znowu rozwarły się z głośnym zgrzytem, pozwalając wejść do środka pozostałym osobom. Wszyscy z niedowierzaniem przyglądali się ocalałym… a oni z przerażeniem wpatrywali się w postacie w pancernych zbrojach.
- Jestem Kemayos Navar. Główny Technik z oddziałów Dowódcy Alnani Calderi… - zaczął mężczyzna, ruszając powoli w ich stronę, by nagle zatrzymać się.
Jakaś niewidzialna siła nie pozwalała mu przejść dalej.
Pułkownik stanął obok niego i dotknął dłonią bariery, która ponownie zamigotała na moment.
- Pole siłowe ze skoczka - powiedział. - Rozszerzyli je, wykorzystując do zabezpieczenia hali przed promieniowaniem… Kilka razy robiliśmy podobnie - wyjaśnił.
- Jestem Naila Malean - odezwała się kobieta w średnim wieku, wychodząc z tłumu. - Kemayos Navar? Jesteś synem Ceynai, Głównej Technik przy Radzie?
- Tak…
- Miałam okazję pracować z twoją matką przez ostatnie kilka miesięcy - odparła. - To od niej wiem o tym miejscu… Odwiedzałam właśnie rodzinę, kiedy… - przerwała i posmutniała. - Czy ktoś jeszcze przeżył? Wiedzieliśmy potężny błysk na niebie, zanim wszyscy zeszliśmy tutaj - wskazała na schody na końcu hali prowadzące wysoko w górę.
- Niestety nie - odparł powoli. - Obawiam się, że jesteście jedynymi ocalałymi.
- Rozumiem…
- Jestem Mar'dall, syn Ha'e'yane z Klanu Wędrowców - wtrącił spokojnie Hydra. - Nasza Rada prosiła, abym przekazał wam, że jesteście mile widziani na Aquandri - dodał i skinął nieco głową.
Kobieta spojrzała na niego wyraźnie zaskoczona i zdezorientowana.
- Ale przecież… Nie rozumiem… Przecież jesteśmy wrogami.
- Poczynania waszej Rady nie powinny być wyznacznikiem udzielenia wam wsparcia, którego teraz będziecie potrzebować - wyjaśnił uprzejmie. - W zaistniałej sytuacji jesteście ofiarami własnego rządu… A my nigdy nie chcieliśmy konfliktu, jaki podzielił nasze narody.
- Ale jak się stąd wydostaniemy? - wtrącił starszy mężczyzna, podchodząc bliżej. - Wiem co to była za broń. Także pracowałem z twoją matką, Kemayos. Jeśli jej użyli, to znaczy że cała planeta jest już prawdopodobnie skażona. Tylko to pole chroni nas przed promieniowaniem.
Przybyły oddział spojrzał na siebie.
- Może gdyby udało się przenieś wszystkich na raz na statek - zasugerował McKay, podchodząc bliżej pola siłowego. - Jesteśmy dosyć głęboko pod ziemią. Promieniowanie, które tu do tej pory dotarło jest na razie niskie. Jeśli zsynchronizujemy wyłączenie pola siłowego skoczka… - wskazał na maszynę, wokół której zebrali się Lanteanie - …z przeniesieniem was wszystkich w tym samym momencie na pokład statku, wtedy uniknęlibyście napromieniowania… A przynajmniej niebezpiecznej dla zdrowia dawki - dodał.
- To może się udać - przyznał Kemayos i spojrzał na Nailę. - To i tak wasza jedyna szansa na wydostanie się stąd. Ta maszyna zapewne stoi tutaj od bardzo dawna. Kto wie jak długo wytrzyma pole siłowe. Poza tym nie macie jedzenia ani wody.
- Tak, wiem. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę… Po prostu… - spojrzała na oddział Hydra - …Po prostu nie rozumiem dlaczego nam pomagacie. Nasz rząd zawsze był wrogo do was nastawiony, a nasi przodkowie wyrządzili wam sporo złego… Jeszcze w starym świecie.
- No właśnie - odparł spokojnym tonem Mar'dall. - To byli wasi przodkowie i wasz rząd… Byłoby równie haniebnym czynem karać was za ich poczynania… Spójrz na nich. Widzę tam wiele dzieci. Przerażonych, głodnych i może nawet rannych. Sądzisz, że mógłbym teraz tak po prostu stąd wyjść i zostawić was na pewną śmierć… To byłoby wbrew naszym przekonaniom. Wbrew naszej filozofii, w którą wierzę… Każde życie jest cenne, Nailo Malean. Bez względu na to w jakiej formie występuje.
- Nasi żołnierze zostawiliby waszych ludzi na śmierć.
Mężczyzna uśmiechnął się lekko.
- W takim razie twoi ludzie mają więcej szczęścia… My tak nie postępujemy - odparł spokojnie.
Kobieta przyglądała się mu przez chwilę uważnie. Po tym wszystkim czego od dziecka nasłuchała się o Hydra, trudno jej teraz było uwierzyć w słowa tego samca. A jednak wydawał się mówić szczerze.
Poza tym i tak nie mieli wiele do stracenia. Jak zauważył Kemayos, nie maja nawet zapasów żywności. Za dwa, góra trzy dni pierwsi z nich zaczną umierać. A dzieci może nawet szybciej, pomyślała.
- Zgoda - powiedziała.
- Doskonale - odparł zadowolony. - Dajcie nam trochę czasu na przygotowanie wszystkiego - dodał i włączył komunikator na swoim urządzeniu. - Ka'ye'see, mam dla ciebie zadanie…
.
.
Richard Woolsey z dumą przyglądał się ostatnim przygotowaniom przed odlotem, stojąc na balkonie swojego gabinetu.
Krzątający się w dole personel pospiesznie zabierał ze sobą ostatnie skrzynie z zapasami żywności i leków jakie otrzymali od Hydra, podczas gdy w pomieszczeniu kontrolnym trwały gorączkowe przygotowania do uruchomienia napędu tunelowego stacji. Ostatnim razem zużył on cały zapas energii z ZPM, lecz teraz, kiedy mieli trzy nowe moduły, bez problemu będą w stanie dotrzeć do Pegaza… a mocy pozostanie im jeszcze na dłuższy czas.
- To chyba już koniec waszej wizyty - odezwał się z tyłu znajomy, kobiecy głos.
Mężczyzna odwrócił się, spoglądając na Przewodniczącą Rady.
- Na to wygląda.
- To był… intrygujący czas - powiedziała z lekkim rozbawieniem
- Tak, to prawda - przyznał i nagle zmarszczył nieco brwi. - Jak udało się wam przekonać IOA, że powinniśmy wrócić do Pegaza?
Samica uśmiechnęła się.
- To był jeden z podstawowych warunków naszych przyszłych kontaktów - odparła. - Wszyscy tutaj doskonale wiemy, że jesteście tam potrzebni, Panie Woolsey. Wasze miejsce… miejsce tej stacji, jest w Pegazie. Od tego może zależeć przyszłość nas wszystkich.
Tym razem to mężczyzna uśmiechnął się kącikiem ust.
- Czasami odnoszę wrażenie, że wiecie więcej, niż chcecie powiedzieć - stwierdził.
- Lub więcej, niż możemy - dodała tajemniczo. - Ale jestem pewna, że w najbliższej przyszłości sekrety przestaną w końcu być sekretami i wszyscy na powrót staniemy się…
- Sojusznikami? - dokończył.
- …Przyjaciółmi - poprawiła go. - Tak, jak miało to miejsce przed Wielką Wojną.
- Hmm, niestety na razie trudno mi sobie to wyobrazić… Mam na myśli sytuację w Pegazie.
- Wiem… Ale czasy się zmieniają. A te, które nadchodzą, niosą ze sobą wielkie zmiany - znów powiedziała tajemniczo.
Mężczyzna chciał coś powiedzieć, kiedy z pomieszczenia kontrolnego wyłoniła się Amelia.
- Chyba jesteśmy już gotowi - poinformowała uprzejmie.
- Już idziemy - odparł Richard i gestem ręki wskazał Przewodniczącej drogę.
Ta skinęła lekko głową i przeszła do pomieszczenia. Zebrane tam osoby spojrzały na nią, a A'he'ye podeszła do babki.
- Jak już wspomniałam Panu Woolseyowi, to był bardzo ciekawy okres i przyniósł ze sobą zarówno wiele dobrego, jak i rzeczy, o których wszyscy wolelibyśmy zapomnieć - powiedziała. - Jednak na tym właśnie polegają zmiany: czasami są one łatwiejsze, a innym razem niosą ze sobą ból i stratę. Ale sądzę, że teraz powinniśmy z jeszcze większą nadzieją spoglądać w przyszłość i wypatrywać lepszych, spokojnych dla nas wszystkich dni… A u boku przyjaciół jest to zawsze łatwiejsze - dodała i uśmiechnęła się lekko. - To była dla nas prawdziwa przyjemność i zaszczyt poznania was. Mamy nadzieję, że od teraz nasze ludy będą podążać wspólną ścieżką, ku wspólnej, lepszej przyszłości.
- …My także - odezwał się po chwili lekko zakłopotany tym przemówieniem Woolsey. - Czy to oznacza, że będziecie chcieli nawiązać z nami stałą współpracę?
- Nazwała bym to raczej: przyjaźnią - odparła i spojrzała na dwójkę Lantean. - Jesteście pewni, że chcecie tu pozostać?
- Tak - powiedziała Naila. - To miasto naszych przodków. Oboje od dziecka marzyliśmy o tym, aby kiedyś się tutaj znaleźć… A teraz mamy ku temu szansę.
- Rozumiem… W takim razie: powodzenia… w nowej pracy - dodała z lekkim wahaniem, zerkając na stojącego obok niej mężczyznę, a potem ponownie na pozostałych. - I do zobaczenia wkrótce - dodała, po czym dotknęła kamienia w swojej szerokiej bransolecie na nadgarstku.
Zaraz potem bladożółte światło otoczyło ją i A'he'ye by przenieść je z powrotem na pokład Morskiego Sokoła. Był jednym z wielu statków na orbicie planety, tworząc długi szpaler z Atlantydą i ziemskim statkiem pośrodku - komitet pożegnalny ludu Hydry dla załogi stacji.
Richard Woolsey uśmiechnął się kącikiem ust, po czym skinął głową do Amelii.
- Pułkowniku Sheppard… Możemy startować - powiedział.
- Przyjąłem - odpowiedział mu męski głos z głośnika, a jego właściciel, siedzący w innej wieży miasta, w krześle kontrolnym mężczyzna skupił się.
Oparcie odchyliło się do tyłu, pozwalając mu przybrać wygodniejszą, półleżącą pozycję. Chociaż ten lot nie miał trwał długo, to jednak, dla wygody pilota, urządzenie mogło ustawiać się pod różnymi kątami.
Znajdujące się w oparciu światła rozbłysły natychmiast niebieskim blaskiem, a John jeszcze bardziej skupił swoją uwagę na uruchomieniu pozostałych systemów potrzebnych im do lotu.
Zaraz potem podobnym, chociaż bardziej jaskrawym światłem, rozbłysły poczwórne silniki umieszczone na spodzie każdego ze skrzydeł miasta. Na koniec, na mrocznym tle kosmicznej przestrzeni, pojawiło się okno hiperprzestrzeni. Stacja przyspieszyła, by po chwili zniknąć we wnętrzu tworu.
Zaraz po niej ten sam manewr wykonał ziemski statek.
.
.
A'he'ye i jej babka weszły na mostek Morskiego Sokoła, podchodząc do samca stojącego przed głównym oknem z założonymi za plecami rękoma.
Spoglądał spokojnie na szpaler statków floty Hydra i lanteańską stację.
Był wysoki, średniej budowy ciała, a jego długie, ciemnoszare włosy spięte były kilkoma klamrami w kok.
Młoda samica zatrzymała się obok niego i uśmiechnęła lekko, obejmując jego ramię.
- Myślisz, że my także wkrótce wrócimy do pegaza, dziadku? - spytała.
Samiec spojrzał na nią z miłym uśmiechem… ale jego twarz nie należała do Hydry.
Kolor jego skóry miał barwę zdecydowanie bardziej zbliżoną do ludzkiej, chociaż nozdrza były nieco mocniej rozszerzone, a po obu stronach nosa widniały jamki policzkowe.
Jego intensywnie niebieskie oczy o pionowych źrenicach patrzyły na nią łagodnie.
W zasadzie wyglądał jak Wraith… tyle, że rysy jego twarzy były bardziej łagodnie, skóra nie miała oliwkowej barwy, a oczy nie były żółte.
- Jestem pewien, że nastąpi to już niebawem - odpowiedział jej nieco gardłowy głos.
- Czekaliśmy na ten dzień ponad pięćset lat - dodała Mi'na'ri. - Więc nawet jeśli ta chwila nie nastąpi tak szybko, jakbyśmy chcieli… to i tak ten czas będzie krótki.
- Sądzę, że to kwestia roku… najwyżej dwóch lat - odparł samiec.
- Byłoby miło - przyznała.
Samiec objął ją ramieniem w pasie i pocałował w czoło.
Na zewnątrz Atlantyda uruchomiła właśnie silniki, ruszając powoli pomiędzy statkami, by chwilę później otworzyć okno hiperprzestrzeni. A potem przyspieszyła gwałtownie, znikając w jego wnętrzu.
Chwile później to samo zrobił ziemski statek.
Flota powoli skierowała się ku planecie.
.
.
Samantha Carter spoglądała przez okno mostka jak Atlantyda znika wewnątrz okna hiperprzestrzeni, po czym spojrzała na swojego nawigatora.
- Wracajmy do domu, majorze Young - zwróciła się do skośnookiej kobiety siedzącej obok niej.
- Tak jest, pułkowniku - odparła i wystukała na klawiaturze komputera odpowiednią komendę.
To samo okno hiperprzestrzeni, które przed chwilą pochłonęło Lanteańskie miasto, teraz pojawiło się przed nimi. Statek ruszył z miejsca, by po chwili wskoczyć w sam jego środek.
Obraz na zewnątrz zmienił się natychmiast. Teraz, zamiast widoku kosmicznej przestrzeni, mogli podziwiać rozświetlony tunel.
Osobiście, zarówno ona jak i Daniel nie byli zadowoleni z tak szybkiego powrotu na Ziemię. Mimo wszystko chcieli wrócić wraz z Atlantydą do Pegaza i sprawdzić sytuacje.
Jednak zarówno IOA jak i Dowództwo miało inne plany. Uważali, że archeolog powinien teraz całą swoją uwagę skupić na podtrzymywaniu kontaktów z Hydra i przygotować się do ich wizyty.
Natomiast Carter miała za zadanie dołączyć do pozostałych statków ziemskiej floty w Mlecznej Drodze. Sytuacja z Sojuszem Lucian stawała się coraz bardziej napięta, a ze względu na brak innej linii obrony Ziemi przed ewentualnych ich atakiem, każdy statek był cenny.
Mężczyzna bawił się przez chwilę kryształem, który otrzymał od Hydry. Zawierał on zapis podstawowych informacji historycznych o tym ludzie, a także o ich kulturze. Pomoże mu to w przygotowaniu ziemskich delegatów do spotkania z wysłannikami Hydra… Chociaż osobiście Daniel odniósł wrażenie, że sami Hydra niezbyt kwapią się do tego, aby takie spotkanie odbyła się w najbliższym czasie. Może dlatego, że dla nich upływ czasu ma inne znaczenie - żyją znacznie dłużej niż ludzie. A poza tym są ostrożni. Archeolog nieraz wyczuł ich wahanie co do nawiązania stałej współpracy z Ziemią.
- Jak powiedziała Mi'na'ri: to były ciekawe dnia - powiedział w końcu z lekkim rozbawieniem Jackson, siedząc w fotelu obok Sam.
- Ciekawe to mało powiedziane - odparła. - Ale cieszę się, że Atlantyda wraca do Pegaza. Oni rzeczywiście są tam potrzebni… Jakim cudem Hydra przekonali do tego IOA? - spytała.
Daniel uśmiechnął się lekko.
- To był jeden z ich głównych warunków naszej dalszej współpracy… Poza tym dali im trzy ZPM, które na długo zasilą miasto, więc…
- …Kolejny argument aby mogli stawiać takie warunki - dokończyła z lekkim rozbawieniem Carter. - Jak na pokojowo usposobioną społeczność całkiem dobrze znają się na negocjacjach.
- Jedno nie wyklucza drugiego.
- A ty? Wrócisz tu jeszcze? - zainteresowała się.
- Jak tylko mi pozwolą… Ich biblioteka jest niesamowita. Zawiera pełno informacji na temat czasów sprzed Wielkiej Wojny… Sądzę, że możemy się z niej wiele dowiedzieć na temat tamtego okresu. I na temat samych Pradawnych.
- Powiedz lepiej iż liczysz, że któryś z nich się tam pojawi - zażartowała.
- Nie ukrywam, że byłoby to bardzo miłe - przyznał. - Ale nie w tym rzecz. Nawet bez tego Hydra są kopalnią wiedzy. Mogą nas bardzo wiele nauczyć. Może nawet mają lekarstwa na większość ludzkich chorób?
- Tak, słyszałam, że potrafią leczyć niektóre rodzaje raka… Gdyby rzeczywiście podzielili się z nami tą wiedzą… To byłoby naprawdę coś.
- Właśnie dlatego chcę tutaj wrócić… Muszę tutaj wrócić.
- Miejmy zatem nadzieję, że nie zrażą się do nas po planowanej wizycie na Ziemi - dodała. - Bo obawiam się że IOA może nawet ich wytrącić z równowagi.
- Nie kracz - zganił ją.
Kobieta uśmiechnęła się szeroko, rozbawiona.
Tak, pomyślała Daniel, mimo wszystko to była bardzo owocna podróż.
