Nie miała pojęcia jak długo była nieprzytomna, ale ledwie zdążyła się obudzić i zjeść talerz ohydnej zupy, gdy na korytarzu za celą usłyszała kroki Grindelwalda. Czarnoksiężnik wszedł do celi jak gdyby nigdy nic, choć jego oczy płonęły wściekłością. Minerwa mogła jedynie skulić się w kącie, gdy rzucił na nią pierwszą klątwę Cruciatus. Następnie bardzo szybko pokonał prowizoryczne bariery, które wzniosła i zabrał się do przeglądania jej wspomnień. I choć oglądał głównie te dotyczące jej pracy aurora, szkolenia i ministerialnej hierarchii, to bardzo często jego umysł wędrował do ,,szuflady z napisem Hogwart", gdzie zatracał się obserwowaniu Albusa. Za każdym razem, gdy znalazł coś świadczącego o przyjaźni Minerwy z nauczycielem – przeciągłe spojrzenie, porozumiewawczy uśmiech czy muśnięcie ich dłoni, zalewała go czysta furia, którą wyładowywał za pomocą zaklęcia sprawiającego ból. Te swoiste ,,przesłuchania" ciągnęły się już tydzień, zawsze wpędzając Minerwę w stan wyczerpania i granicy świadomości.

Ból był silniejszy, bo już nie miała siły go blokować. Rozsadzał ją, jakby w każdej komórce jej ciała następowała mała eksplozja. Minerwa krzyczała, czasem godzinami, zwijając się na posadzce. Jej wrzaski były w dużej mierze nieskładne – raz zawołała imienia Albusa, ale to tylko jeszcze bardziej rozwścieczyło Grindelwalda. Bolało ją wszystko – jej ciało było coraz słabsze. Coraz częściej raniła sama siebie, jakby rozrywanie paznokciami własnego ciała mogło przynieść jej ulgę. Rany jednak już coraz wolniej się goiły – do tego stopnia, że sam Grindelwald z odrazą rzucał na nią zaklęcie leczące, gdy leżała w kałuży własnej krwi. Brak światła słonecznego przedkładał się na chorobliwą bladość – skóra Minerwy robiła się przezroczysta, a żyły i tętnice były doskonale widoczne. Powoli zaczynały jej się ruszać zęby – osłabione nieustannym zaciskaniem szczęk. Wypadła jej połowa włosów – te co zostały stanowiły jeden brudny kołtun, choć Minerwa usiłowała je myć wodą z miski. Nie potrzebowała przyglądać się odbiciu w metalowej misce by wiedzieć, że wygląda jak żywy trup.

Z jej zdrowiem psychicznym było tylko trochę lepiej. Coraz bardziej obojętniała na obecność Grindelwalda w swoim umyśle, w końcu miała tę świadomość, że przegrała na całej linii. Nie uchroniła nikogo. Grindenwald posiadł najważniejsze informacje, dzięki którym być może wygra wojnę. Bywały chwile, że żałowała, że nie widzi jej najcenniejszych wspomnień. Wiedziała, jakie cierpienie sprawiłby mu widok jej i Albusa tamtej nocy. To mogłoby obudzić w nim niewyobrażalną złość i być może zabiłby ją.

Była jedna rzecz, której nie pojmowała.

Grindelwald złamał ją całkowicie – odebrał jej godność i posiadł jej umysł. Nie miała też magicznej mocy, którą mógłby zawładnąć – całą energię utraciła broniąc swojego umysłu. Dlaczego jeszcze jej nie zabił? Dlaczego ciągle utrzymywał ją przy życiu?

Przecież nie mogło być gorzej, prawda?

Minerwa nie miała pojęcia, jak bardzo się myliła. Miała przekonać się o tym dziesięć dni po tym jak Grindelwald przełamał jej obronę.

Gdy wszedł do celi, Minerwa zamknęła oczy, szykując się na cios. Jak zwykle, najpierw nastąpiła klątwa Cruciatus.

Ból . Ból wszędzie. Nieprzerwany wrzask wydobywający się z jej ust był już poza jej kontrolą.

A potem jak zwykle czarnoksiężnik włamał się do jej umysłu. Jednak zaraz potem się wycofał.

Była tym tak zdumiona, że przestała krzyczeć i otworzyła szeroko przerażone oczy. Grindelwald tymczasem wykonywał skomplikowany ruch różdżką, do którego po chwili dołączyło śpiewne zaklęcie:

- Deloro memorio demento aburozo.

Minerwa nigdy nie słyszała takiego zaklęcia, zadziwiający był też jego wymiar – z różdżki Grindelwalda wydobył się czarny dym, który poszybował w kierunku jej twarzy. Odruchowo zamknęła oczy, ale dym zdawał się dostawać do jej głowy, przez oczy, uszy, nos.

I wtedy to zobaczyła. Ale nie oczyma. Widziała obraz odtwarzający się w jej głowie niczym jakieś wspomnienie, jednak był obcy, mogła być więc pewna, że jest to raczej kreacja narzucona jej umysłowi przez zaklęcie niż rzeczywiste wspomnienie.

Ujrzała wnętrze groty. Jednak zamiast nieznanych jej bliżej więźniów, ustawionych w szeregu zobaczyła znanych ludzi – rodziców, babkę, kolegów z Hogwartu, w tym Poppy, Pomonę, Amelię, Alastora czy Rolandę. Byli tam jej nauczyciele oraz znajomi z ministerstwa – także Lucas Longbottom i Augusta trzymająca na rękach malutkiego Franka. W tym samym szeregu stała królowa Maria i poznani w Badminton mugole. Minerwa widziała wszystkich, którzy w jakiś sposób byli jej drodzy.

Na samym przedzie, na czele tej grupy stał Albus. Jego twarz wydawała się być najspokojniejsza. Niemniej jednak jego oczy nie migotały jak zawsze, a lśniło w nich coś bardzo złowrogiego, co było jeszcze wyraźniejsze na twarzach innych – oskarżenie.

- Minerwa! – krzyk jej babki odbił się echem od ścian.

Ona chciała tam biec, uratować ich, zrobić cokolwiek. Była jednak jak sparaliżowana. Nie mogła się ruszyć, nie mogła nic zrobić. A tymczasem zza jej pleców, więc jakby z jej strony, dobiegły okrzyki:

- Crucio!

-Crucio!

Albus upadł pierwszy, jego ciało wygięło się w męczarniach. To samo wydarzyło się z resztą. Krzyczeli i rzucali się w drgawkach, a ich ciała wykręcały się nienaturalnie. Ich wrzaski niosły się głośnym echem po ścianach groty. Zaatakowano każdego bez wyjątku – wszyscy drodzy jej ludzie darli się wniebogłosy w ogromnym cierpieniu, drapiąc paznokciami skały, kalecząc się do krwi, wyciągając dłonie w jej stronę i wykrzykując jej imię.

Nawet nie mogła zamknąć oczu. Musiała patrzeć na to, musiała tego słuchać – zupełnie bezsilna.

Albus krzyczał i był to dźwięk, jakiego Minerwa nigdy jeszcze nie słyszała, a który zmroził jej krew w żyłach.

- MINERWWAAA!- usiłował czołgać się w jej stronę, ale trafiło go kolejne zaklęcie, przygwożdżając do ziemi.

A potem przerwano działanie zaklęć.

I Minerwa doskonale widziała, co teraz nastąpi.

- Avada Kedavra! – jedno zaklęcie wydobyło się z kilkunastu gardeł za jej plecami.

Zielone promienie wystrzeliły w stronę jej przyjaciół i znajomych. Minerwa chciała krzyczeć, ale nie mogła wydać z siebie dźwięku. Patrzyła jak okrutna śmierć dosięga jej ojca, Poppy, Charlusa czy królową Marię. Widziała jak siła śmiercionośnego podmuchu wyrzuca ich ciała za krawędź przepaści. Wreszcie zobaczyła jak usta Albusa szepczą ostatnie słowa:

- Ariana Theresa. – słyszała je doskonale, choć znajdowała się kilkanaście metrów przed nim.

A potem zielony promień trafił go w głowę i wypchnął poza zasięg jej wzroku.

W tym samym momencie Minerwa odzyskała zdolność poruszania się i mówienia.

- NIE! NIE! NIE! AAAAAA ! – wrzasnęła ile sił w płucach.

Rzuciła się pędem do krawędzi przepaści.

Zobaczyła stertę tysięcy ciał – zwłoki najdroższych jej ludzi były na samym wierzchu, łatwe do odróżnienia, bo były ubrane, w przeciwieństwie do nagich trupów wcześniejszych ofiar.

Ciało jej babki leżało na brzuchu, twarz miała zanurzoną w na wpół rozłożonych zwłokach jakiegoś mężczyzny.

Jej rodzice leżeli rozdzieleni, choć ich twarze zdawały się być zwrócone w stronę siebie nawzajem.

Starsze zwłoki pochłonęły Poppy i Pomonę, że wystawały jedynie ich głowy.

Amelia i Alastor spadli dalej, na skały – ich ciała spływały krwią.

Królowa Maria była zwinięta w kłębek- kawałek dalej leżała jej ręka, ozdobiona diamentową bransoletką.

Mały Frank leżał na głowie jakiegoś mężczyzny, z rozłożonymi szeroko kończynami.

Na szczycie piramidy zwłok leżało ciało Albusa.

Jego ręce i nogi były rozłożone w nienaturalnej pozie . Jego usta rozciągnięte w wiecznym grymasie. Jego oczy - błękitne szklane kulki -zastygły w wiecznym oskarżeniu.

- NIE!

Trzask.

Minerwa otworzyła oczy – zobaczyła znajomy, kamienny sufit.

- Nie. Nie. Błagam! Nie! – zaczęła jęczeć, gdy dotarło do niej, że ta ściśle realistyczna scena, którą właśnie widziała, była wynikiem tortur Grindelwalda.

Czarnoksiężnik pojawił się w jej polu widzenia, nachylając się lekko. Na jego twarzy malował się mściwy uśmiech i ogromna satysfakcja.

- Zatem mój wynalazek działa bez zarzutu, jak widzę.

- Zabij mnie! ZABIJ! – wrzasnęła Minerwa, usiłując się podnieść.

- Och nie, widzisz to pierwsza nasza tego typu sesja, ale musimy ją powtarzać, żeby…. Hmm jakby to określić – zaklęcie się dobrze przyjęło. – odpowiedział Grindelwald i zaniósł się okropnym rechotem.

- Nie! Nie! Błagam! – Minerwa bezwiednie uderzała pięściami w posadzkę, a po jej twarzy płynęły strumienie łez.

Grindelwald machnął różdżką i Minerwa z impetem została rzucona na swoje legowisko. Następnie wyszedł, nie zapomniawszy o zamknięciu i zapieczętowaniu krat.

Minerwa wyła z odczuwanego bólu, strachu, gniewu i bezradności.

Zaklęcie, jakie rzucił na nią Grindelwald było gorsze niż równoczesne mierzenie się z klątwą Cruciatus, boginem i dementorem. Minerwa już wolałaby poddać się pocałunkowi tego ostatniego, byleby znów nie musieć oglądać tych przerażających scen.

Miała wrażenie, że zawiodła ich wszystkich. Ich oskarżycielskie oblicza, ich wołanie o pomoc. Ich targane cierpieniem twarze, ich zbezczeszczone i zmasakrowane ciała. Imię jej zmarłej córki, tak okrutnie przypomniane przez Albusa w chwili śmierci… Minerwa do tej pory zniosła wszelkie rodzaje bólu, ale to, co pulsowało tępo w jej klatce piersiowej musiało być bólem serca, najsilniejszym z nich wszystkich.

Jej umysł próbował walczyć z tym obrazem, ale on wracał, bez względu na to, jak daleko go odpychała. Jej rozum przyjął jedyną formę obrony – ciągłe powtarzanie, że to tylko skutki zaklęcia, że to iluzja wykreowana przez zło Grindelwalda. Lecz to było zbyt rzeczywiste, zbyt realne, zbyt bolesne. Ta wizja musiała powstać z czegoś, co Minerwa skrywała na samym dnie duszy – z jej najskrytszych lęków, z jej potężnego poczucia winy, z najgłębszych pokładów rozpaczy i beznadziei. Teraz to wszystko konsumowało cały jej umysł, nawet tę ukrytą enklawę.

Czy tak wyglądało szaleństwo?

Nie rozpoznawała już różnicy między dobrem a złem. Nie dostrzegała kontrastu między wrogiem a przyjacielem. Nie widziała przepaści między życiem a śmiercią.

Jeśli miała być szczera, to już nie dbała o dobro i zło. Coś w niej się zmieniło. Dobro, które kiedyś zostało w niej zakorzenione przez rodzinę i otoczenie, z każdym kolejnym martwym ciałem rozpływało się w nicość. Miała wrażenie, że nic już nie zostało z odważnej, bezinteresownej kobiety, którą kiedyś była. Zachowało się jedynie zimne, puste, czarne serce, które miało już zawsze pozostać naznaczone przez ból, cierpienie i smutek.

Minerwa kołysała się bezwiednie, obejmując rękami kolana i chowając w nich głowę, a jej ciałem wstrząsały raz za razem spazmy szlochu.

Chciała umrzeć, przestać istnieć, rozmyć się w mgłę, wsiąknąć w kamienną posadzkę jak setki kropel potu, krwi i łez. Zrobiłaby wszystko, byle usunąć tą straszną wizję ze swojego umysłu.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

- Drętwota!

-Rictusempra!

-Avada Kedawra!

BUM.

Albus padł w błoto za ogromnym wałem ziemi, lewą ręką zerwał z głowy płonącą tiarę czarodzieja i ugasił ją zaklęciem. Przez kilka sekund patrzył na zniszczony kapelusz, z żalem wspominając, że kupił go za swoją pierwszą wypłatę. To było te kilka sekund, które miały pozwolić mu się pozbierać. Gdy bijące szaleńczo serce nieco już uspokoiło swój rytm, Albus mocniej zacisnął dłoń na różdżce i wychylił się zza prowizorycznego okopu, który zajmował.

- Bombarda Maxima! – wrzasnął, celując w zbiegających ze zbocza pagórka czarnoksiężników.

Zaklęcie. Unik. Klątwa. Czar. Krzyk. Urok. Wrzask. Krew rozbryzgująca się na wszystkie strony.

- Crucio! – czerwony promień minął go o cal.

Walczył już od dobrych pięciu godzin. Zmęczenie dawało się we znaki, spowalniało jego refleks, osłabiało osąd sytuacji. Adrenalina, nieustannie rozpalająca jego żyły, powoli uodparniała go na masakrę, jaka toczyła się wokół.

Gdyby miał czas się rozejrzeć, pomyślałby ze smutkiem, że to musiał być kiedyś piękny krajobraz – Pomorze, poprzecinane polodowcowymi pagórkami, spokojnymi mugolskimi wioskami, gdzie jedyną magią były gusła i przesądy powtarzane przez stare zielarki. Teraz te tereny, które nigdy nie interesowały Albusa ze względu na dominującą niemagiczność, stały się areną starcia dwóch potęg – wycofujących się żołnierzy elity Grindelwalda i głównego natarcia ruskich wiedźm.

- AAAA! – darł się wniebogłosy jeden z wrogów, trafiony niewybaczalną klątwą bólu. Albus kątem oka widział zielony promień, ukrócający jego cierpienie, urywający jego krzyk.

- Rusz się! – warknęła obok fioletowowłosa czarownica, teleportując się, by znaleźć się jakieś dwieście metrów na północ i znów atakować w serii fioletowych rozbłysków. Albus zignorował brak szacunku ze strony Eleny – ruskie wiedźmy były zbyt bezpośrednie, by ukrywać swoje niezadowolenie z powodu bycia pod jego rozkazami.

Tak musiało być. Nawet Spencer-Moon się zgodził. Siły Rosjan, choć rozproszone i chaotycznie zhierarchizowane, wciąż stanowiły machinę szybszą i potężniejszą niż brytyjsko-fracuskie siły sojusznicze. Z tymi wiedźmami Albus miał większą szansę na zdobycie Berlina, a potem marsz na Nurmengard. Wiadome było, że będą tam szybciej niż brytyjscy aurorzy walczący na froncie zachodnim. Minister chciał, by na czele ataku na mroczną wieżę Grindelwalda stał Albus. A rosyjskie czarowice się zgodziły, bo rozumiały, że tylko z Albusem mają szansę na pokonanie czarnoksiężnika.

Niełatwo jednak się nimi dowodziło.

- Reducto! – zaklęcie trafiło Albusa w nogę, zbyt słabe by go powalić, ale dostatecznie silne, by przerwał atak i skrył się za wałem ziemi.

Zacisnął opaskę z kawałka szaty na udzie, próbując ignorować przeciekającą przez palce krew. Żołnierze Grindelwalda bronili się rozpaczliwie, ale przegrywali, coraz bardziej spychani do defensywy. Ich posunięcia nie były przemyślane, a taktyka stworzona przez Albusa nie wybaczała błędów.

Wałem ziemi wstrząsnęła eksplozja, a Albus przez moment przestał słyszeć, ale i tak wychylił się, by posłać w stronę wrogów kolejne potężne zaklęcie. Dawno nie czuł się tak okropnie, wiedział to, widząc jak jego czar rozrywa na kawałki pięciu czarnoksiężników.

Nie był żołnierzem. Taktykiem, dowódcą umiał być, gdy wymagały tego okoliczności, ale dowodzenie walkami nie przychodziło mu tak łatwo jak niektórym generałom. Z pewnością jednak nie był żołnierzem, stworzonym do zabijania wrogów. Czuł to boleśnie za każdym razem, gdy zaklęcie posyłane jego różdżką, jego ręką, było śmiertelnym dla kolejnego czarodzieja.

Czuł się nauczycielem, naukowcem. Zabijanie nie leżało w jego naturze.

- W porządku? – postać w czerwonych szatach opadła tuż obok, kuląc się na moment u boku Albusa, na minutę przed tym jak ponad ich głowami przeleciało kilka zielonych promieni.

- Tak. – odpowiedział, odruchowo sprawdzając, czy klęcząca obok czarownica jest ranna.

Nie była. Takie jak one nie dawały się łatwo zranić.

Albus zafascynowany patrzył jak wiedźma odrzuca w tył włosy, podnosi się z kolan, zwinnie przeskakuje przez wał ziemi i pogrąża się w bitewnym szale, zostawiając go jedynie z hipnotyzującym zapachem piżma.

Tatiana była wojowniczką w każdym calu.

Mogła być w wieku Augusty Longbottom. Zbyt młoda, by zważać na niebezpieczeństwo. Pewna siebie, jej różdżka śmigała nieustannie, nie chybiając. Wysoka, wyprostowana, ale zwinna, w walce wręcz upłynniająca swoją postać. Upiornie śmiejąca się, odziana w szkarłatne szaty, panna Śmierć we własnej osobie.

- Avada Kedawra! – jej czar trafił chłopca, może nawet młodszego od niej. Nawet się nie wzdrygnęła. Uparcie parła dalej do przodu, pozostawiając za sobą jedynie trupy.

Nie wiedział, skąd brała się dzikość i bezwzględność charakteryzująca rosyjskie czarownice. Nie potrafił wskazać tego, co czyniło je tak niepokonanymi, mimo tego, że magicznie nie były silniejsze. Ich zdecydowanie? Twarde wychowanie w silnie zhierarchizowanym matriarchacie?

- Imperio! – zaklęcie minęło Tatianę, która uchyliła się zręcznie. Albus wiedział, że powinien do niej dołączyć, powinien ją wyprzedzić, to on miał być na czele, to on miał prowadzić frontalny atak. Oczekiwano, że to on będzie bez skrupułów zabijał, bo jego pewność siebie miała dawać nadzieję na wygranie tej wojny. Że jeśli teraz nie będzie się wahał, nie zawaha się i przed obliczem największego wroga.

Lecz wciąż je miał. Wątpliwości.

Odpędzał je jedyną myślą, która choć okrutna w swej logice, była zupełnie prawdziwa – każdy martwy wróg przybliżał go do Nurmengardu.

Przybliżał go do niej.

Dlatego Albus wyskoczył ze swojej kryjówki i popędził za Tatianą, a z jego różdżki raz za razem wydobywało się zielone światło.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Wieczorem Albus siedział przed małym ogniskiem, obojętnie wpatrując się w mrugające płomienie. Choć jego dowódczy namiot znajdował się najdalej od szpitala, wciąż słyszał dobiegające stamtąd krzyki rannych. Trudno było wzniecić w sobie iskierki nadziei, gdy akompaniamentem były albo wrzaski oszalałych z bólu, albo odległa kanonada wybuchów.

Minęło tyle czasu… wszelka logika podpowiadała mu, że brak wieści to złe wieści. Że skoro Gellert nie chwali się swoją przewagą, to w Nurmengardzie dzieje się coś bardzo złego. Najgorszy był strach że…

- Dumbledore! – czyjś zdecydowany głos wyrwał go z rozmyślań. Zmrużył oczy, gdy Tatiana opadła na ziemię tuż obok i wyciągnęła ku niemu srebrną, ale wysadzaną rubinami manierkę.

- Bierz, to ciemne Anuren, pomaga na wszystko. – rzuciła młoda czarownica niecierpliwie, unosząc wyzywająco podbródek. Albus wziął manierkę, jednocześnie dostrzegając, że szkarłatne szaty Tatiany nadal są w niektórych miejscach brudne od krwi.

Po kilku dyskretnych zaklęciach wypił łyk wina. Było wyśmienite – egzotyczne, ale jednocześnie szlachetne. Mocne, ale nie przesadzone. Oddał manierkę Tatianie, która wypiła resztę, a potem oblizała wargi, nie odrywając od niego ciemnobrązowych oczu.

- W tym tempie za dwa tygodnie będziemy w Berlinie. Z tygodniową przewagą nad twoimi ziomkami w zachodu. – powiedziała czarownica, przerywając ciszę.

- Nie będziemy na nich czekać. Może nadrobią to idąc za nami pod samą wieżę. – zdecydował Albus. Czas był cenny…

- Dobrze dziś walczyłeś. – Tatiana przysunęła się nieco. Albus wiedział, że to była wysoka pochwała w ustach dziewczyny, która już zasłynęła jako najskuteczniejszy żołnierz frontu wschodniego.

- Robię to, co konieczne. – odpowiedział mechanicznie. Tatiana chciała coś powiedzieć, ale wtedy z namiotu naprzeciwko wyszła Elena.

- Dumbledore, twój minister przysłał wiadomość. – oznajmiła czarownica, której fioletowe włosy, naelektryzowane magią, fruwały wokół głowy.

Albus podniósł się i zaprosił obie kobiety do namiotu, jednocześnie zastanawiając się, że tak skrajnie różne wiedźmy były kuzynkami. Tatiana imperatorsko rozparła się na fotelu Albusa, a Elena skromnie stanęła przy stole z pozycjami wojsk, gdy już podała pergamin zapieczętowany przez ministra Albusowi.

Mag szybko przeskanował wzrokiem pismo, krzywiąc się bardziej z każdym kolejnym zdaniem. Spencer-Moon rozkazywał im czekać na front zachodni, by nie zostali zaatakowani od tyłu przez wycofujące się siły wroga. Przekonywał, że tydzień to niewiele. Nie zostawiał złudzeń, że nie wierzy, iż nie jest już za późno.

- Co robimy? – spytała Elena, krzyżując ręce. Albusa nie zdziwiło to, że znała treść listu, zanim go otworzył – rosyjskie czarownice co chwila zaskakiwały jakimś talentem.

- Ignorujemy to. Nie możemy sobie pozwolić na tygodniowe opóźnienie. – zdecydował Albus.

- To nie pozwoli wypocząć naszym ludziom. – zauważyła Elena.

- Są twardzi, wytrzymają. – powiedziała Tatiana. Albus wzruszył ramionami.

- Im szybciej dotrzemy do Nurmengardu tym lepiej.

- Jak uważasz. – Elena wyszła z namiotu, nie ukrywając irytacji.

- Nie powinna tyle przebywać z wami, Brytyjczykami. Wy za bardzo się przejmujecie podlegającymi wam ludźmi. A wojna wymaga poświęceń. – głos Tatiany był słodki, stanowiąc rażący kontrast do jej ostrych słów.

Albus odwrócił się do niej, gotów się spierać. Zrezygnował jednak, widząc ogniki w jej ciemnych oczach – nie siedziała już w fotelu, stała tuż za nim. Wiedział, że ta wiedźma jest zbyt uparta, by nawet próbować zrozumieć brytyjski styl dowodzenia.

- Wielu już zginęło. – zauważył, robiąc krok w tył.

- Ale my żyjemy. – Tatiana zrobiła krok na przód.

Była tak blisko, że czuł jej intensywny, piżmowy zapach. Widział tą niezachwianą pewność siebie w jej ciemnych oczach. To przekonanie o słuszności wszystkich swoich działań, to czego jemu tak bardzo brakowało.

- Tatiano… - była zbyt blisko. Albus pragnął, by już sobie poszła, by odsunęła się od niego, zabrała stąd tą bezlitosną aurę śmierci, aurę nieustraszonej wojowniczki.

Lecz ona nie cofała się przed niczym i nikim. Osiągała swój cel bez względu na środki.

Nie zdążył zareagować, gdy podeszła, jedną rękę zarzuciła na jego szyję, drugą przyciągnęła go do siebie i wspięła się na palce, by sięgnąć jego ust. Był tak zszokowany, że odruchowo otworzył swoje usta, przez co ona pogłębiła pocałunek – natarczywy, nachalny i agresywny. Tysiące dzwonków alarmowych rozbrzmiewały w głowie Albusa, ale jego ciało jakby odmawiało posłuszeństwa. Próbował ją odepchnąć, ale ona przesunęła tylko usta na jego szyję, szepcząc:

- Nie walcz z tym. Potrzebujesz tego. – jej ręce błądziły po jego szatach, szukając guzików.

Potrzebujesz tego.

Tymi słowami mamił go Gellert, opowiadając o wspaniałych Insygniach Śmierci.

- Protego. – wyszeptał Albus, a bez różdżki w ręce efekt był taki, że zaklęcie odsunęło Tatianę od niego na kilka metrów.

Patrzyła na niego z gniewem, urazą. Mogła być młoda, ale była przyzwyczajona do tego, że nikt jej niczego nie odmawiał.

- Jeśli kiedykolwiek zachowywałem się w sposób, który sugerował, że tego bym chciał, to przepraszam, ale to nie było moją intencją. Nie powinnaś…- zaczął, ale Tatiana mu przerwała:

- Czyli to prawda. Co mówią. Że ty i Grindelwald… - czarownica skrzywiła się z odrazą.

Chciał zaprotestować. Plotki o jego związku z Grindelwaldem były ostatnią rzeczą poprawiającą morale i umacniającą jego pozycję.

- A ja prędzej uwierzyłabym w twój sekretny romans z McGonagall niż to. Myślałam, że skoro ona jest martwa… – Tatiana wzruszyła ramionami.

- Minerwa żyje! – zaprotestował Albus odruchowo.

Tatiana spojrzała na niego z ukosa i zmrużyła oczy. Żałował, że dał się ponieść emocjom. Stojąca przed nim kobieta była zbyt sprytna, by to przeoczyć.

- Grindelwald nie zabił jej tylko jeśli zrozumiał, jak bardzo jest dla ciebie ważna. Użyje jej by cię pokonać. Lepiej dla tej wojny, gdyby była martwa. – czarownica mówiła zimnym, beznamiętnym tonem. Nie odpowiedział.

Prychnęła jak małe dziecko, przekonane o swojej wyższości i wyszła z namiotu. Albus westchnął, ale to tylko sprawiło, że intensywny zapach piżma mocniej uderzył w jego nozdrza.

Później, gdy atakowali Berlin, Albus wciąż pamiętał zimne słowa Tatiany o tym, że lepiej, gdyby Minerwa była martwa. I rozumiał, że gdyby ruska czarownica pierwsza weszła do Nurmengardu, zabiłaby Minerwę, tylko po to, by on był w stanie zabić Grindelwalda. Widział jak czerwony promień Cruciatusa trafia w pierś Tatianę Romanową, ale nie zareagował, nie pomógł jej, choć słyszał jej wrzaski. Gdy Elena zabiła sześciu magów torturujących Tatianę w na wpół zawalonej kamienicy, było już za późno.

Tatiana przeżyła, ale jej stan nie pozwolił jej wziąć udziału w marszu na Nurmengard.

Albus nienawidził siebie, choć próbował sobie wmawiać, że to ta wojna zrobiła z niego potwora.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Minerwa trzęsła się, usiłując zjeść posiłek, który właśnie się pojawił.

Minął miesiąc, odkąd Grindelwald rozpoczął sprawdzanie na niej skutków swojego zaklęcia. Od tamtej pory Minerwa była poddawana mu codziennie, na przemian z klątwą Cruciatus i włamywaniem się do jej umysłu. Za każdym razem była zmuszona oglądać okrutne wizje – grota lub szereg cel, najdrożsi jej ludzie, torturowani bezlitośnie lub zabijani z wyjątkowym okrucieństwem. Wszystko to tak realistyczne, że nie była w stanie wmówić sobie, że to tylko efekt zaklęcia. Nie mogła nic zdziałać, nie mogła odciąć się od tych obrazów- czar wymuszał na niej całkowite skupienie na odtwarzanym obrazie. Krzyczała, wrzeszczała, wyła z rozpaczy – wszystko na nic – Grindelwald reagował jedynie kolejną klątwą bólu lub zupełną obojętnością.

Powoli traciła zmysły. Spała po kilka godzin, bo gdy jej umysł odpływał, obrazy natychmiast wracały, tworząc koszmary, z których budziła się zlana potem, krzycząc wniebogłosy. Teraz ból nie promieniował jedynie w jej ciele – rozlewał się także na jej umysł i świadomość. Ogrom cierpienia, jakie odczuwała z każdym kolejnym dniem, konsumował ją, odbierał jej wszelkie siły. Czasem traciła świadomość tego, co się dzieje – nie wiedziała gdzie się znajduje, nie rozpoznawała Grindelwalda, rzucała się jak ranne zwierzę w maleńkiej celi. Płakała godzinami, odpychając od siebie obrazy narzucane przez zaklęcie i przypominając sobie urywki dawnego życia – prawdziwa śmierć rodziców i babki, utrata dziecka. Te wspomnienia blakły, ustępując przed mroczną rzeczywistością kreowaną przez strach i rozpacz. Minerwa już nie odczuwała żadnych cieplejszych uczuć – zbyt długo towarzyszyły jej jedynie frustracja, złość i lęk.

Gdyby była w lepszym stanie, może dostrzegłaby subtelne zmiany w zachowaniu swojego oprawcy, który coraz częściej wyglądał na nieobecnego, jakby ostrożnie planował coś, czego powodzenia nie mógł być pewien. Gdyby jej zmysły nie były przytłumione nieprzemijającym bólem, może zauważyłaby, że Gridenwald spędza w jej celi coraz mniej czasu – jej tortury stają się coraz krótsze. Gdyby nie pogrążyła się w spirali rozpaczy, może wyczułaby, że Grindelwald więcej czasu poświęca na przeglądanie jej wspomnień, szczególnie tych dotyczących Albusa.

Te rzeczy jednak jej umknęły, dlatego była naprawdę zdumiona, gdy tego dnia zamiast miski wodnistej zupy pojawił się talerz z ziemniakami, mięsem i sałatką. Instynktownie powąchała jeszcze ciepłą porcję, ale nie wyczuła nic poza naturalnym aromatem jedzenia, dużo przyjemniejszym niż odór codziennej zupy. Nawet nie próbowała się zastanawiać, co to oznacza – zabrała się do gorączkowego jedzenia, jakby ta porcja była pomyłką i miała zaraz zniknąć.

Minęło kilka godzin, zanim usłyszała kroki Grindelwalda. Tym razem zobaczyła, że jest bardziej skupiony niż obojętny. Osobliwe wydało jej się również spojrzenie, którym objął całą jej skuloną i żałosną sylwetkę. W jego oczach było coś jeszcze – ukrywane zdenerwowanie?

- Wstań. – mruknął, wyciągając różdżkę.

Minęło kilka chwil, zanim Minerwie udało się podnieść na drżące nogi. Oparła się plecami o ścianę, ale kręciło jej się w głowie.

- Aguamenti. – powiedział, celując w nią różdżką.

Minerwa poczuła jak w jej ciało uderza strumień lodowatej wody. Zatrzęsła się, ale czarnoksiężnik jeszcze kilkakrotnie powtórzył czar. Wtedy Minerwa zrozumiała, że wyczarowywana przez niego woda ma opłukać ją z brudu i krwi. Po tylu miesiącach w maleńkiej celi, gdzie mogła myć się jedynie wodą przeznaczoną do picia, albo wylizywać futro w kociej postaci, Minerwa wiedziała jak bardzo jest brudna. Tak więc choć woda była zupełnie zimna i sprawiła, że worek, w który była ubrana kleił się do ciała, dla Minerwy była cudownie odżywcza.

Grindelwald machnął różdżką ponownie – tym razem Minerwa poczuła ból, gdy resztka jej włosów została wyprostowana i zapleciona w cieniutki warkoczyk. Zmrużyła oczy, unosząc brwi pytająco. Grindelwald zignorował to – kolejnym czarem uleczył wszystkie jej świeże rany – do tego stopnia, że nie zostały po nich nawet blizny – niemniej jednak jej ciało nadal pokrywały ślady dawnych ran.

- Czemu to robisz? – zdołała zapytać drżącym głosem, gdy kolejne zaklęcie wysuszyło worek, w który była ubrana, a następnie transmutowało go w dłuższą, luźną koszulę z długimi rękawami, która nieco zakrywała jej chudość.

- Muszę przyznać, że do tej pory spisałaś się bez zarzutu, McGonagall. Dałaś mi swoje wspomnienia, stałaś się idealnym przedmiotem eksperymentu. To dzięki tobie niedługo moje zaklęcie – gorsze niż wszystkie niewybaczalne klątwy, ujrzy światło dzienne i będzie używane na masową skalę. Ale okazuje się, że porwanie cię, miało jeszcze większą zaletę – okazałaś się wyśmienitą przynętą. – Grindelwald zaśmiał się złowieszczo, zacierając ręce.

Minerwa poczuła, jak jej serce bije jak oszalałe – dlaczego Grindelwald uważał ją za przynętę? Przecież była pewna, że Spencer-Moon poświęci ją bez mrugnięcia okiem, że ogłosi ją kolejną zaginioną w akcji i urządzi jej symboliczny pogrzeb. Przecież gdyby ktoś przybył do Nurmengardu i chciał ją odbić, wiedziałaby o tym, czułaby to. Nie mogła jednak dać po sobie poznać, że nie wie, o czym mówi czarnoksiężnik.

- To co teraz? Zabijesz mnie? – zapytała, jej głos niepobawiony cienia nadziei.

Grindelwald znów wybuchnął okrutnym śmiechem.

- Najpierw musisz wykonać swoją najważniejszą rolę – dzięki tobie cały świat pokłoni się przed nami. – oświadczył mag.

Minerwa poczuła jak zalewa ją fala przerażenia. Jej udręczony umysł powoli składał to wszystko w jedną, straszliwą całość.

- Immobulus. – jedno słowo Grindelwalda wystarczyło, by Minerwa zupełnie znieruchomiała, trafiona zaklęciem paraliżującym.

- Wingardium Leviosa.

Minerwa uniosła się w górę – choć dla zwykłego czarodzieja czar lewitacyjny rzucony na żyjącego człowieka byłby zbyt wyczerpujący, Grindelwald wykonał go bez wysiłku – nie bez znaczenia był fakt, że Minerwa ważyła około czterdziestu paru kilogramów. Grindelwald machnął różdżką i jej ciało wyleciało przez otwarte kraty.

Najpierw poczuła zimny dreszcz, jakby znów została oblana lodowatą wodą – minęła zaklęcia ochronne, ale bez sił i różdżki nadal była na łasce czarnoksiężnika, który szedł tuż za nią, nadzorując jej lot.

Jak się okazało, cela Minerwy była ostatnią w długim i mrocznym korytarzu, pełnym zakratowanych cel. Było ich może z kilkadziesiąt, ale w większości były puste – w zaledwie kilku Minerwa zobaczyła bezwładne ciała. Nie miała wystarczająco czasu, czy ocenić, że więźniowie żyją, a wątłe światło płonących pochodni nie było dostateczne. Na końcu korytarza było łukowate przejście, prowadzące na spiralne schody. Dopiero tu Minerwa po raz pierwszy od dłuższego czasu odetchnęła świeższym powietrzem. Teraz też do jej uszu dotarły osobliwe dźwięki – coś na kształt bębnów pomieszanych z odległym echem eksplozji.

Grindelwald skierował jej ciało w dół schodów – przez jedno z małych okienek Minerwa zdążyła dostrzec kawałek szarego nieba – więzienne cele musiały znajdować się blisko szczytu wieży, tam, dokąd nie udało jej się dotrzeć podczas spędzonych tu miesięcy na szpiegowaniu. Schodzili niżej i niżej, aż dotarli w okolice środka wieży. Przed nimi pojawiły się drzwi, które Minerwa szybko rozpoznała – to te wrota były granicą jej eksploracji- wielkie, chronione czarami, zawsze były obstawione co najmniej czterema sługami czarnoksiężnika. Teraz jednak były lekko uchylone, a dawnych strażników nie było widać.

Weszli na kolejne, opustoszałe schody. Dźwięki wybuchów i uderzeń zdawały się nasilać, Minerwa poczuła też swąd dymu. Minęli zamknięte drzwi do kuchni – mimo trawiącego ją strachu Minerwa czuła zaskoczenie brakiem załogi i obrońców twierdzy. Jeśli zatem słuch i intuicja jej nie myliły, przed wieżą musiały toczyć się nasilone walki. I choć nie miała wątpliwości, że nie uda jej się przeżyć , w sercu Minerwy zakiełkowała nadzieja – być może siły sprzymierzonych zaatakowały twierdzę, a Grindelwald właśnie przegrywał.

Dlaczego jednak był tak spokojny i pewny swego?

Gdy Minerwa zawisła na schodach pomiędzy trzecim, a drugim piętrem, powoli zaczęła rozumieć. Grindelwald ją wyminął i skierował się do drzwi, które znajdowały się za załomem. Za chwilę jego zaklęcie pociągnęło Minerwę za nim.

Z impetem wleciała do dobrze jej znanego pomieszczenia – znajdowała się w wielkiej, szarej sali. Komnata była pusta – byli tam jedynie we dwoje. Na środku stała prosta szafa. Na jej widok Minerwa poczuła piekące łzy – czy Grindelwald chciał urzeczywistnić jej straszliwe wizje?

On opuścił ją na ziemię, ale nadal była sparaliżowana zaklęciem. Podszedł do niej od tyłu i wyszeptał:

- Zawiodłaś, McGonagall.

Łzy popłynęły po jej policzku, gdy Grindelwald wyciągnął rękę ponad jej ramieniem i rzekł:

- Incendio!

Migoczące, pomarańczowe płomienie objęły szafę.

Minerwa mogła jedynie obserwować jak mebel płonie.

Konsekwencje zniszczenia tego przedmiotu uderzyły w nią niczym potężny cios. Nie znała lokalizacji straszliwej groty – ta szafa była jedyną znaną jej drogą dostania się tam. Jeśli ministerstwo nie znalazło alternatywnego wejścia, Grindelwald właśnie niszczył jedyny dowód masowej zbrodni jakiej się dopuścił. Bez tej groty nikt już nie mógł dowieść mu ludobójstwa, do jakiego tam doszło na jego rozkaz. Minerwa wiedziała, że nawet jeśli Grindelwald przegra wojnę, a ona przeżyje, nikt nie uwierzy w okropieństwo, jakiego była świadkiem.

Płakała, patrząc na dogasające już płomienie – wysoka szafa stała się teraz zaledwie garstką popiołu.

- Evanesco. – rzekł Grindelwald i ostatni dowód na istnienie zaczarowanej szafy zniknął.

Następnie czarnoksiężnik przeniósł Minerwę pod koniec pomieszczenia, naprzeciw drzwi. Ustawił ją przodem do wejścia, a sam stanął za nią. Czuła jego oddech na karku – mogła stwierdzić, że jest dużo bardziej zdenerwowany niż zwykle. Zaraz jednak jedną ręką chwycił ją za gardło, a drugą przyłożył różdżkę do jej piersi.

Trwali tak przez jakieś dziesięć długich minut. W tym czasie Minerwa słyszała wybuchy coraz wyraźniej, za wielkimi oknami pojawiały się też kolorowe błyski – nie miała wątpliwości, że pod wieżą muszą toczyć się ostre walki. Raz podłoga komnaty zatrzęsła się, jakby ktoś spowodował eksplozję piętro niżej. Minerwa wiedziała, że Grindelwald trzyma ją mocno i nie zawaha się jej zabić, ale mimo to usiłowała wyczuć swoją magię i użyć jej do odczynienia paraliżującego czaru. Na próżno- była zbyt wyczerpana, zarówno fizycznie, jak i magicznie.

Wtem jej wrażliwe uszy wychwyciły dźwięk tak cichy, że prawie zupełnie ginący wśród odległego echa bitewnej wrzawy. Był to odgłos kroków – ktoś musiał wspinać się po schodach – najpierw szybko, ale potem wolniej, aż odgłos ucichł. Zatem ten ktoś musiał skradać się lub zatrzymać.

Minerwa skupiła wzrok na drzwiach, starając się zapomnieć o ostrym końcu różdżki wbijającej jej się w pierś na wysokości mostka.

Na progu pojawiła się samotna, wysoka postać.

Minerwa patrzyła wprost w błękitne oczy Albusa Dumbledore we własnej osobie.