Witajcie kochani!
Nikt nie spodziewał się hiszpańskiej inkwizycji. Nikt też nie spodziewał się, że powrócę i to ze starym dobrym Scorpiusem w roli głównej.
Cóż mogę powiedzieć… bardzo polubiłam tego bohatera i jakoś nie potrafię się z nim rozstać. Stąd pojawił się pomysł na stworzenie alternatywnej wersji Skóry Węża. Tak, moi drodzy, poniższy tekst nie jest sequelem, a właśnie zupełnie inną ścieżką fabularną. Przedstawia wydarzenia, które miałyby miejsce, gdyby Albus powstrzymał Scorpiusa przed wyjazdem do Europy. Dokładnie tak, żadnych przeskoków czasowych, mrocznych klimatów, śmierci i zemsty. Wracamy do Hogwartu z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Zapraszam do lektury i mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu.
Betowały jak zawsze niezawodne błotniak stawowy i Glamarye.
Poniżej zamieszczam krótkie streszczenie, by przypomnieć Wam, w którym momencie fabularnym startujemy.
W poprzednim odcinku:
Scorpio stanął w obronie Estery, kiedy ta pokłóciła się z jedną z Krukonek – Peggy White, na temat klątwy Imperiusa. Później dziewczyna wyznała Scorpiusowi, że jej rodzice zostali zamordowani jako śmierciożercy, choć wspierali Voldemorta właśnie pod wpływem tej klątwy.
Scorpius podszedł do egzaminu z Obrony przed Czarną Magią i ku wielkiemu niezadowoleniu profesora Willicka, zdołał go zaliczyć, kończąc w ten sposób czwarty rok nauki tego przedmiotu.
Wieczorem tego samego dnia, został zaatakowany w drodze na kolację. Stracił przytomność i obudził się z Mrocznym Znakiem wypalonym na ręce. Oszołomiony i przerażony uciekł do Hogsmeade, gdzie w ciężkim stanie znaleźli go Karl, Zack i Potterowie. Na tydzień trafił do św. Munga, gdzie okazało się, że został potraktowany Klątwą Gniewu, czarnomagicznym zaklęciem, które przelewa gniew rzucającego na ofiarę.
Po powrocie do szkoły, dowiedział się, że Estera zrezygnowała z nauki w Hogwarcie.
Kiedy doszedł do siebie, mimo ostrzeżeń ojca i McGonagall, na własną rękę zaczął szukać sprawców klątwy. Okazało się, że po ataku na niego Peggy White dziwnie się zachowywała. Z pomocą jej kuzynki, Katie, zwabili ją do sowiarni, gdzie chcieli o wszystko wypytać. Niestety dziewczyna zaczęła ich atakować. Zrzuciła ze schodów Karla, wywołała pożar i ogłuszyła Zacharego. Scorpius odbił jedno z jej zaklęć, które ostatecznie doprowadziło do tego, że dziewczyna wypadła przez okno.
Spanikowany Ślizgon uciekł z miejsca wydarzeń.
Albus, kiedy zobaczył martwą Krukonkę, zrozumiał, co się wydarzyło. Postanowił odnaleźć Scorpiusa, przeczuwając, że ten zamierza zrobić coś szalonego. Na Pokątnej odkrył, że Scorpio prawdopodobnie próbuje uciec z kraju. Podążając za nim, Gryfon trafia na dworzec St. Pancras International.
Rozdział XVI v2.0
Dworzec był duży i w swej architekturze łączył zabytkowe mury z industrialnym wnętrzem. Tłum ludzi przelewający się we wszystkich kierunkach nie ułatwiał orientacji i Albus przez długie sekundy starał się rozeznać w otoczeniu. Nie miał pojęcia, gdzie powinien szukać, choć czuł, że rozległa sala nie była właściwym miejscem. Scorpius raczej na pewno nie traciłby tutaj czasu.
Wiedziony tą myślą Gryfon pobiegł w stronę peronów.
– A ty dokąd?! – zatrzymał go nagle strażnik.
– Potrzebuję dostać się na peron.
– Za tymi bramkami znajduje się strefa odpraw, dalej można wejść już tylko z ważnym biletem. Gdzie są twoi rodzice?
Albus poczuł narastającą panikę i tym razem pozwolił w pełni wypłynąć jej na twarz. Czuł, że nie ma czasu na próżne dyskusje. Jeśli miał złapać Scorpiusa, musiał działać zdecydowanie.
– No przecież mówię, że są na peronie – rzucił nerwowym głosem. – Szukałem toalety i w sumie nie wiem, jak znalazłem się tutaj.
Cały spięty gotowy był w każdej chwili wyciągnąć różdżkę i zaklęciem pozbyć się przeszkody. Najwyraźniej jednak jego wyraz twarzy był bardzo przekonujący i emanujący szczerością, bo strażnik obrzucił go tylko zdumionym spojrzeniem, a potem zerknął na zegarek i otworzył bramkę.
– Pociąg już odjeżdża, lepiej szybko znajdź rodziców, bo inaczej nigdzie dziś nie pojedziecie.
– Dziękuję panu! – krzyknął Albus i minął mężczyznę.
Już miał wbiec na peron, kiedy zatrzymał się i kątem oka spojrzał na tablicę z rozkładem. Tuż przed nim stał odjeżdżający za kwadrans do Paryża pociąg Eurostaru, ten sam, którego ulotkę Gryfon wciąż trzymał w dłoni. Jednak coś innego przykuło jego uwagę. Na sąsiednim peronie znajdował się pociąg, należący do tej samej firmy, którego celem była Bruksela. Albus zawahał się przez moment, a potem zacisnął pięści. Przecież szukał przebiegłego Ślizgona, który nigdy nie wybierał prostych rozwiązań. Jeśli miał go doścignąć, musiał być przynajmniej równie sprytny.
Z drżącym sercem wybrał korytarz bardziej na prawo i wbiegł na peron, gdzie stał skład relacji Londyn–Bruksela. Wskoczył do pierwszego wagonu i pośpiesznie zaczął iść wzdłuż rzędów siedzeń. Nie miał wiele czasu. Według tablicy odjazdów niecałe pięć minut, a pociąg był długi.
I nagle go zobaczył. Siedział raptem trzy rzędy dalej, ze wzrokiem wbitym w siedzenie przed sobą. Albus widział tylko fragment jego twarzy, ale i bez tego dostrzegł, jak źle Scorpius wyglądał. Zupełnie jak ktoś trawiony ciężką chorobą. Z bladą twarzą, podkrążonymi oczami i dziwnym grymasem odciśniętym na ustach. Przypominał cień samego siebie.
Gryfon szybko skarcił się za podobne myśli. Na takie rozważania przyjdzie jeszcze pora, teraz nie czas był na subtelności. Wziął głęboki wdech i wszedł w zasięg wzroku Ślizgona.
– Scorpius… – zaczął, ale urwał raptownie, kiedy chłopak zerwał się z miejsca i wycelował w niego różdżką. Dopiero sekundę później jakby dotarło do niego, kto przed nim stoi.
– Albus? Co ty tu robisz? – rzucił przez zaciśnięte zęby.
– Schowaj różdżkę, mugole na nas patrzą. – Gryfon starał się, by jego głos brzmiał pewnie, by nie zdradzał całego wewnętrznego roztrzęsienia.
– Jakby to miało teraz jakieś znaczenie – mruknął Scorpio, ale ostatecznie opuścił rękę i ukrył dłoń w kieszeni.
Szukając przyjaciela, Potter ani przez moment nie zastanawiał się, co powie, kiedy już zdoła go odnaleźć. W tej chwili żałował takiego roztargnienia, bo obawiał się, że może mu zabraknąć odpowiednich słów, by odwrócić bieg wydarzeń.
– Porozmawiajmy – zaczął, ściszając głos do szeptu. Kilkoro pasażerów już zwróciło na nich uwagę. – Nie możesz teraz uciec.
Scorpius jedynie pokręcił głową. Jak dziwna była jego twarz bez zwyczajowego, zadziornego uśmiechu.
– Wracaj do szkoły, Albus.
– Nie bez ciebie. Nie pozwolę ci popełnić kolejnego szaleństwa.
Ślizgon nerwowo przeczesał włosy dłonią. Wydawał się wręcz niezdrowo roztrzęsiony, zupełnie jakby ostatkiem sił zachowywał spokój. Albus szczerze obawiał się, do czego może być zdolny, jeśli puszczą mu nerwy. Gryfon doskonale wiedział, że w otwartym starciu nie miałby najmniejszych szans.
– Jeśli będziesz się upierać, to cię spetryfikuję i wyrzucę na następnej stacji.
O dziwo, tych słów Scorpio nie wypowiadał nawet z gniewem, raczej z rezygnacją. On już podjął decyzję i Albus zachodził w głowę, jak mógłby na nią wpłynąć. Nigdy nie miał daru przekonywania i teraz odczuwał to w pełnej rozciągłości.
Nagle na peronie odezwał się komunikat przypominający o odjeździe tego konkretnego pociągu. Czas Albusa topniał w oczach. Czując narastającą desperację, podszedł do Ślizgona i chwycił go za ramię.
– Na peronie obok za kwadrans odjeżdża pociąg do Paryża. Daj mi te piętnaście minut, żebym mógł ci przemówić do rozsądku. To tylko parę minut. Proszę.
Przez jedną krótką chwilę na twarzy Scorpiusa odmalowały się wątpliwości. Albus nie zamierzał tracić podobnej okazji. Widząc, że zdecydowanie Ślizgona nieco się zachwiało, pociągnął go w stronę wyjścia z wagonu.
Dosłownie kilka sekund po tym jak znaleźli się na peronie, drzwi pociągu zamknęły się z cichym piskiem i skład ruszył w podróż na kontynent.
Albus odetchnął, tymczasem Scorpio jednym szarpnięciem oswobodził ramię. A potem jakby siły go opuściły, bo z westchnięciem usiadł na metalowej ławce i wbił wzrok w posadzkę.
– Myślisz, że tego chcę? – odezwał się, nim jeszcze Albus zdołał choćby otworzyć usta.
Gryfon podszedł bliżej, ale sam nie usiadł. Miał poczucie, że ma większą siłę przebicia na stojąco.
–Jeśli teraz uciekniesz, wszyscy uznają cię za winnego.
Naraz Ślizgon skrzywił się widocznie, a potem podniósł wzrok na Albusa. W jego spojrzeniu było tyleż desperacji, co przerażenia.
– I będą mieć rację. Ja to zrobiłem, Albus. Ja ją zabiłem.
Przez jedną, niesamowicie długą minutę panowało między nimi przejmujące milczenie, zupełnie jakby to oświadczenie ucięło wszystkie inne dyskusje.
– Dlaczego? Przez klątwę? To ona ją rzuciła?
Scorpius westchnął ciężko i na powrót utkwił wzrok w podłodze, po czym pokręcił głową.
– Nie mam pojęcia, niczego nie jestem już pewny. Wszystko wydarzyło się tak szybko. Musiałem ratować Zacka, a potem… – urwał na moment, by uspokoić niepokojąco drżący głos. – Koniec końców to moje zaklęcie doprowadziło do jej śmierci, nawet jeśli nie było to moim zamiarem.
Albus patrzył na przyjaciela i coś ściskało go nieprzyjemnie za gardło. Nawet nie próbował sobie wyobrażać, co w tej chwili czuł Scorpius. Ten, który z ich dwójki zawsze był tym silniejszym, odważniejszym, tym, który z podniesionym czołem stawał naprzeciw każdej trudności. A teraz wydawał się tak całkowicie mentalnie pokonany i przytłoczony ostatnimi wydarzeniami.
– Karl powiedział, że to ona was zaatakowała. W takim razie mieliście prawo się bronić.
Ślizgon prychnął, co chyba miało być marną imitacją śmiechu.
– Jakby kogokolwiek to obchodziło. – A potem niespodziewanie jego głos stężał. – Naprawdę jesteś naiwny, jeśli sądzisz, że oni będą to rozważać w takich kategoriach. Jako Ślizgon, gorzej, jako syn śmierciożercy w ich mniemaniu w ogóle nie powinienem się bronić. Skoro nas zaatakowała, to widać miała jakiś powód. Nikt nie będzie nas słuchał, Albus. A ja nie dam się zamknąć w Azkabanie.
– McGonagall nie dopuści do tego – stwierdził z naciskiem Gryfon.
– Jej władza nie sięga poza szkołę.
Z wyraźnym wysiłkiem Scorpius podniósł się z ławki, dając jasno do zrozumienia, że nie chce dalej kontynuować tej dyskusji. Albus poczuł, jak coraz silniej zaczynają drżeć mu ręce. Trudno było mu znaleźć kolejne dobre argumenty.
– I co zamierzasz? Będziesz uciekał do końca życia?! – zapytał już z wyraźną nutą desperacji w głosie.
Ślizgon jedynie wzruszył ramionami i spojrzał na przeciwległy peron. Ostatni pasażerowie wsiadali pośpiesznie do pociągu.
– To lepsze niż gnić w zimnej celi – skwitował i ruszył w stronę schodów prowadzących na drugą stronę.
Albus wiedział, że dzieje się bardzo zła rzecz, ale zupełnie nie miał pojęcia jak mógłby ją powstrzymać. Scorpius był zdecydowany i przekonany o słuszności swoich działań. Uważał, że to jedyne rozsądne rozwiązanie. Jedyne…
– Wezmę to na siebie! – krzyknął Gryfon za odchodzącym Ślizgonem.
Ten zatrzymał się w pół kroku i odwrócił gwałtownie.
– Co takiego?!
– Wezmę to na siebie – powtórzył z przekonaniem Albus. – Ciebie nikt tam nie dostrzegł, a mnie wręcz przeciwnie. Kilkanaście osób widziało, jak patrzę na martwą White, a potem gdzieś biegnę. Myślę, że nie będą potrzebowali wiele więcej, by powiązać fakty.
Scorpius przez dłuższy moment patrzył na niego, jakby zobaczył go pierwszy raz w życiu, a potem gniew wyraźnie odmalował się na jego twarzy.
– Czyś ty do reszty oszalał?! – krzyknął, podchodząc do Gryfona. – Chyba zwariowałeś, jeśli sądzisz, że ci na to pozwolę!
– Jeśli odjedziesz, nie będziesz w stanie mnie powstrzymać. – Albus starał się maksymalnie wyprostować, choć dziś wyraźnie ciążyło mu to, że Scorpius jest od niego wyższy.
Ślizgon wyglądał, jakby miał ochotę go uderzyć. Ostatecznie jednak tylko obrócił się gwałtownie i chwycił rękoma za głowę.
– Na obmierzłą dupę trolla! Czegoś ty się tak mnie uczepił, do cholery?! Mam wystarczająco problemów bez ciebie.
– Nie rozumiesz, że to najlepsze wyjście?! – Choć Albus próbował zachować spokój, jego słowa też przeszły w krzyk. – Niech choć raz na coś przyda się moje nazwisko. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie rzucał bezmyślnych oskarżeń w syna Harry'ego Pottera. To zmusi ich do rzetelnego zbadania tej sprawy.
Scorpius zaśmiał się wręcz histerycznie i zaczął gwałtownie kręcić głową.
– Nie, nie ma mowy! Prędzej wyląduję w Azkabanie niż pozwolę ci wziąć winę na siebie. Mam jeszcze resztki dumy.
– Jakoś w Wieży Południowej nie miałeś podobnych skrupułów.
Ślizgon jęknął, słysząc ten argument. Gdyby sytuacja nie wyglądała tak poważnie, to przytoczenie tamtego incydentu, można by uznać nawet za zabawne.
Jednak Scorpiusowi z pewnością nie było do śmiechu, a to, co malowało się na jego twarzy, bliższe było rozpaczy niż rozbawieniu. Kiedy wreszcie opanował nieco nerwy, odwrócił się i opuścił głowę.
– Boję się, Albus. Przeraźliwie się boję – powiedział cichym głosem.
Gryfon nie widział jego twarzy, ale i bez tego z łatwością mógł sobie ją wyobrazić. Bez słowa podszedł bliżej i położył dłoń na ramieniu Ślizgona.
– Nie jesteś z tym sam.
Scorpius tylko zniechęcony pokręcił głową, ale nic więcej nie odpowiedział. Żaden z nich nie zauważył, jak chwilę wcześniej pociąg do Paryża ruszył w drogę. Nie był im jednak już więcej potrzebny.
Przez jakiś czas siedzieli jeszcze na dworcowej ławce, choć niewiele ze sobą rozmawiali. Scorpius potrzebował dłuższej chwili, żeby się uspokoić i rozważniej spojrzeć na całą sytuację, a Albus układał w głowie dalszy plan działania. Pierwszy cel już osiągnął, nie pozwalając Ślizgonowi popełnić wielkiego błędu. Oczywiście rozumiał jego pobudki i w jakimś stopniu potrafił je nawet zaakceptować, w żadnym jednak razie nie uważał, by było to jedyne ani tym bardziej najlepsze wyjście. Ciężko mu było sobie nawet wyobrazić, jak to wszystko mogłoby się zakończyć, gdyby Scorpius jednak dzisiaj odjechał. Chyba wolał w ogóle o tym nie myśleć.
Tymczasem bardziej bieżące sprawy zaprzątały jego uwagę. Przede wszystkim musieli z powrotem dostać się do Hogwartu, co wcale nie było tak prostym przedsięwzięciem.
– Powinniśmy iść na King's Cross i złapać jakiś pociąg do Hogsmeade – odezwał się w końcu.
Scorpius nic nie powiedział jedynie pokiwał głową. Myślami wydawał się być bardzo daleko. Albus podniósł się z ławki i klepnął go w ramię, po czym, kiedy ten też wstał, razem wyszli z peronu i po kilku minutach opuścili dworzec St. Pancras.
Milczący Scorpius z pewnością był czymś nietypowym dla Albusa. W końcu to on zawsze chciał mieć ostatnie słowo, a teraz dosłownie pozwalał się prowadzić niczym dziecko. Gryfon kupił bilety i niedługo później obaj siedzieli w pociągu do Szkocji. Za trzy godziny czekała ich jeszcze jedna przesiadka, ale jeśli wszystko pójdzie dobrze, to wieczorem będą już w szkole.
Albus bez słowa obserwował Ślizgona, który siedział w kącie przedziału i niewidzącym wzrokiem patrzył przez okno. Gryfon zastanawiał się, czy powinien może jakoś podtrzymać rozmowę, ale kilka minut później zobaczył, że Scorpio najzwyczajniej w świecie zasnął. W sumie nie było to szczególnie dziwne, po dzisiejszym dniu musiał być psychicznie i fizycznie wykończony, zwłaszcza że przecież dopiero co opuścił szpital. Czasami naprawdę Albus zastanawiał się, skąd on znajduje na to wszystko siłę. Gryfon miał nieodparte wrażenie, że w podobnych okolicznościach sam dawno dałby za wygraną i przestał się szarpać. Zresztą już jakiś czas temu zrozumiał, że wielkie czyny raczej nie są mu pisane. Był na to zbyt miękki i za mało przebojowy. Nie potrafił odpowiednio się odgryźć ani tym bardziej przyłożyć komuś, kiedy wymagała tego sytuacja. Gdy inni działali, on najczęściej tylko się przyglądał. Pogodził się już z taką rzeczywistością i nie próbował na siłę nic zmieniać. Choć, jak pokazał dzisiejszy dzień, czasami i jemu udawało się zadziałać na czas, a nawet odnieść, niezbyt spektakularny, ale jednak sukces.
Czasami miał wrażenie, że to właśnie oddziaływanie Scorpiusa powodowało, że lepiej dostrzegał własne braki. Skoro Malfoy, który z samego urodzenia wydawał się być na straconej pozycji, potrafił zdziałać tak wiele, to co mógłby zrobić Potter? Frustrująca była świadomość, że przecież los postawił go w tak dobrej sytuacji, a on dostrzegał w tym jedynie ciążące na nim oczekiwania, którym nie potrafił sprostać. A może nie starał się wystarczająco? Czy poświęcał swój wolny czas, by doskonalić umiejętności? Czy próbował na własną rękę poznawać coraz to nowsze rzeczy, odkrywać drzemiące możliwości? Nie, raczej prześlizgiwał się po wymaganym od niego minimum tak, by nikt przypadkiem nie zwrócił na niego większej uwagi.
Scorpio mógł się irytować, że jest nazywany pupilkiem McGonagall, ale przez ostatni rok zrobił wiele, by na to zapracować. Więcej niż ktokolwiek inny spośród ich rówieśników. A Albus tylko się temu przyglądał i z coraz większym zażenowaniem dostrzegał dzielącą ich przepaść zarówno pod względem wiedzy, jak i umiejętności. Nie tylko ambicja Rose sięgała daleko poza Hogwart, ale ambicja Scorpiusa również, choć Gryfon nie miał pojęcia, jakie były ostateczne cele Malfoya.
Mieli już niemal połowę szkoły za sobą. Czy rzeczywiście Albus chciał tak zmarnować resztę tego czasu? Może jednak najwyższa pora zmierzyć się z rzeczywistością. Jeśli on nie weźmie się do pracy, to nikt inny tego za niego nie zrobi i tylko czekać, jak Lily zacznie go prześcigać. A wtedy na zawsze pozostanie tym jedynym z rodzeństwa Potterów, o którym nikt nie pamięta.
Nim dojechali do miejsca przesiadki, Albus miał dużo czasu, by wszystko sobie przemyśleć. Najpierw bieżące sprawy, w pierwszej kolejności pomoże wyciągnąć Scorpiusa z tego bagna, w które się wpakował, nawet jeśli oznaczałoby to zwrócenie się o pomoc do ojca. A potem zrobi wszystko, by więcej nie pozostawać z tyłu. Wystarczająco długo chował się w cieniu Jamesa, nie pozwoli sprowadzić się wyłącznie do roli tego cichego i spokojnego dzieciaka, który kręcił się koło Scorpiusa Malfoya. Bo po ostatnich wydarzeniach nie miał wątpliwości, że Scorpio zapisze się w historii szkoły, w taki czy inny sposób. Potrzebował jedynie Albusa, żeby ten przypilnował, by ta kronika była pozytywna.
Kiedy pociąg zaczął zwalniać, Albus szturchnął Ślizgona. Ten przebudził się gwałtownie. Przez krótką chwilę wyraźnie widać było dezorientację we wzroku chłopaka, ale potem rozpoznał otoczenie i napięcie nieco zelżało.
Na stacji Albus zmusił go do zjedzenia hot–doga, przypuszczając, że od rana niczego nie jadł, a pół godziny później siedzieli w następnym pociągu. Ten był już zupełnie opustoszały, więc mieli cały wagon tylko dla siebie.
Siedzieli naprzeciwko siebie i obaj obserwowali krajobraz przesuwający się za oknem. Im bardziej na północ, tym wyraźniej widać było zbliżającą się jesień. I choć ich wspólny wakacyjny wyjazd nie odbył się wcale tak dawno, to wydawało się, że minęły wieki. Tyle się w tym czasie wydarzyło.
– Dzięki – odezwał się niespodziewanie Scorpio, wciąż patrząc w okno. – Że mnie zatrzymałeś.
Albus obrzucił go krótkim spojrzeniem i wzruszył ramionami.
– Chociaż jedną głupotę mogłem powstrzymać. Szkoda, że tylko tę.
Scorpius skrzywił się nieznacznie.
– Ta, szkoda. Trzeba mi było przywalić w ten głupi, ślizgoński łeb, a nie bawić się w subtelności.
Mimo wszystko Albus nie zdołał powstrzymać lekkiego uśmiechu. Takie słowa świadczyły, że Scorpius czuł się już lepiej.
– Jak chcesz, mogę to teraz naprawić.
– Raczej podziękuję i bez tego głowa chce mi pęknąć na pół. Czuję się, jakbym przedobrzył z piwem kremowym i to tak solidnie.
Było coś dziwnego w wyrazie twarzy Ślizgona. Z jednej strony zdawał się odzyskiwać nieco zwykłego sobie poczucia humoru, ale jednak wciąż była to jedynie zasłona ciężkich myśli. Ale Albus nie zamierzał drążyć tych tematów. Jeszcze nie raz przyjdzie im wracać do wydarzeń z dzisiejszego dnia. Nie musieli tego robić akurat teraz.
– Nie sądziłem, że masz coś wspólnego ze skrzatami. Wydawało mi się, że tylko one mogą się tym upić.
– Jasne, urągaj mi dalej. Jeśli ja jestem skrzatem, to ty chochlikiem kornwalijskim.
– A to niby czemu?
– Bo jesteś mały, irytujący i robisz się niebieski, kiedy jesteś wkurzony.
Albus nie wytrzymał i parsknął śmiechem. Wszystko to miało jeden podstawowy pozytywny aspekt. Scorpius również się uśmiechnął.
Kiedy dotarli do Hogsmeade było już całkiem ciemno. Ponieważ nie chcieli pojawiać się w miejscu publicznym, zgodnie uznali, że wykorzystanie przejścia w Miodowym Królestwie odpada. Dlatego Albus poprowadził ich w stronę Wrzeszczącej Chaty, tłumacząc jednocześnie, że według Mapy Huncwotów tam również jest droga do Hogwartu. I rzeczywiście po kilku minutach odnaleźli wejście do tunelu i nieco później znaleźli się na błoniach.
W szkole nic nie wskazywało na tragedię, która wydarzyła się tego ranka. Z racji późnej pory, korytarze były opustoszałe i na swej drodze spotkali zaledwie kilku uczniów wracających do dormitoriów. Nikt ich nie zatrzymywał, nikt nawet nie zwrócił na nich uwagi, co mogło sugerować, że póki co okoliczności śmierci Peggy White nie zostały podane do publicznej informacji.
Aż w końcu stanęli przed drzwiami gabinetu dyrektorki i obaj przez dłuższą chwilę wpatrywali się w nie w milczeniu.
– Moja propozycja jest nadal aktualna – rzucił Albus.
– A ja nadal twierdzę, że zrobisz to po moim trupie – odparł Scorpio, uśmiechając się nieznacznie. Gryfon jednak od razu rozpoznał w tym standardową scorpiusową maskę, pod którą Ślizgon próbował ukryć wszystkie emocje. Znowu starał się zgrywać twardziela, niestety ręce drżały mu zbyt wyraźnie, by ktokolwiek zdołał się na to nabrać. A zwłaszcza Albus.
– Mam tam wejść z tobą? – zapytał w końcu, ale Scorpius pokręcił głową.
– Sam muszę wypić piwo, którego nawarzyłem.
Szanując tę decyzję, Gryfon klepnął go w ramię i odsunął się o krok. Scorpio przełknął ciężko, po czym zapukał w drzwi.
Kiedy obudził się w pociągu, przez jedną krótką chwilę miał nadzieję, że to wszystko było jedynie sennym koszmarem. Niestety zatroskana twarz Albusa szybko przywróciła go do rzeczywistości. Paskudnej rzeczywistości, z którą musiał się teraz zmierzyć. Nie miał pojęcia, jak i kiedy zdoła się odwdzięczyć Potterowi, ale był bardzo szczęśliwy, że przynajmniej przez te kilka godzin wspólnej podróży nie musiał stawiać temu czoła samotnie.
Przez ostatnie lata żył w przekonaniu, że zawsze jest zdany tylko na siebie, ale ten uparty Gryfon już nie pierwszy raz udowadniał, jak bardzo się mylił. Wcale nie był sam i wbrew pozorom miał wsparcie w wielu osobach, czasami po prostu tego nie dostrzegał. Teraz jednak nie potrafił czuć niczego innego poza wdzięcznością, bo, co tu dużo ukrywać, sytuacja totalnie go przerosła. Spanikowany chwycił się najbardziej tchórzliwego rozwiązania i wziął nogi za pas. Zawsze gardził ojcem, za jego tchórzostwo, ale w chwili kryzysu sam wcale nie zachował się lepiej.
Teraz jednak nie planował więcej uciekać, a tym bardziej nie zamierzał pozwolić, by Albus wziął winę na siebie. Zmierzy się z konsekwencjami swoich działań. Nie pozwoli, by strach go dalej zaślepiał.
Powtarzając sobie to postanowienie jak mantrę, zapukał w drzwi gabinetu, a po chwili usłyszał zaproszenie do środka. Nie umknęło jego uwadze, że głos dyrektorki nawet z korytarza brzmiał dziwnie nerwowo.
Czując, jak nieprzyjemna gula formułuje się w jego gardle, z wielkim wysiłkiem zmusił rękę do naciśnięcia klamki i wszedł do środka.
– Scorpius?! – zawołała McGonagall, zrywając się z krzesła. – Na Merlina, gdzieś ty się podziewał?
Ślizgon zatrzymał się tuż za drzwiami, które zamknęły się z cichym skrzypnięciem i ponownie musiał przypomnieć sobie, po co tu przyszedł. Jeszcze nigdy nie widział dyrektorki tak zdenerwowanej i to z pewnością nie pomagało mu zebrać myśli. McGonagall dotychczas wydawała mu się niezłomna i niezachwiana w swej stanowczości. Tymczasem teraz wyglądała wręcz na roztrzęsioną i zarazem bardzo zmęczoną. Ostatecznie jednak, czy powinno to kogokolwiek dziwić, w końcu dziś zginęła uczennica jej szkoły.
Kobieta wyszła zza biurka i pokonała dzielącą ich odległość, a Scorpius poczuł, że nie jest w stanie dłużej utrzymać kontaktu wzrokowego. Spuścił głowę i odwrócił spojrzenie w stronę sofy, na której raz zdarzyło mu się spać.
– Albus złapał mnie, kiedy siedziałem już w pociągu do Belgii – rzucił przez ściśnięte gardło, jakby to wystarczyło za całą odpowiedź.
I chyba wystarczyło, bo dyrektorka wyjątkowo długo milczała po tych słowach. Z pewnością umiała połączyć fakty.
– Coś ty najlepszego zrobił, Malfoy? – powiedziała, kręcąc głową.
Scorpius zacisnął pięści, czując, jak traci resztki dopiero co odzyskanego opanowania. Teraz jednak nie mógł sobie pozwolić na luksus paniki. Dyrektorka zasługiwała na wyjaśnienia.
– To ja ją zabiłem, pani profesor.
– Dobry Merlinie – westchnęła McGonagall, choć w jej słowach nie było słychać zaskoczenia. Musiała już wcześniej wszystkiego się domyśleć, a ostatnie zdanie tylko potwierdziło jej złe przeczucia.
– Siadaj – powiedziała po chwili, wskazując mu krzesło przy biurku. – Chcę usłyszeć wszystko ze szczegółami.
Scorpius bez wahania wykonał polecenie, a potem zaczął mówić. Wyjaśnił, jak dowiedział się o Katie, dziewczynie Karla, która okazała się być jednocześnie kuzynką Peggy White i która opowiedziała im o dziwnym zachowaniu tej ostatniej. Opowiadał jak postanowili z samego rana zastawić na nią zasadzkę i wypytać o klątwę, którą, jak przypuszczali, rzuciła na Scorpiusa. A w końcu zrelacjonował, jak dziewczyna ich zaatakowała i jaki przebieg miała ich krótka walka. Przez cały ten czas nie patrzył na dyrektorkę, ale wzrok miał wbity w blat biurka. Starał się, na ile to było możliwe, mówić rzeczowo i nie dawać dochodzić do głosu emocjom, ale mimo to przez cały czas czuł, jak dłonie drżą mu nieznośnie.
Ostatnie, o czym opowiedział, to o swojej ucieczce i o tym, jak Albus przekonał go do powrotu.
– Potter oddał ci olbrzymią przysługę – skwitowała całą relację dyrektorka. – Ucieczka była najgorszą z możliwości.
Scorpius pokiwał nieznacznie głową, choć sam miał dużo więcej wątpliwości.
– Twoje słowa pokrywają się z tym, co powiedział Karl Campbell, a także z tym, co dotychczas ustalili aurorzy.
Ślizgon wzdrygnął się na wspomnienie tych ostatnich. Oczywiście miał pełną świadomość, że Ministerstwo będzie badać całą sprawę, ale dotychczas wolał o tym zbytnio nie myśleć. Jednak dłużej nie mógł chować się za dziecięcymi lękami. Dlatego zebrał się w sobie i uniósł wzrok, by spojrzeć na dyrektorkę. Jej twarz była zmęczona, ale jednocześnie bardzo skupiona.
– Co teraz?
Słysząc to żałosne pytanie, skrzywił się w duchu. Chciał powiedzieć coś ważnego, coś, co udowodniłoby, że pojmuje powagę sytuacji. Zamiast tego zabrzmiał jak płaczliwe dziecko.
McGonagall przez dłuższą chwilę lustrowała go tym swoim przeszywającym spojrzeniem, a potem zdjęła okulary i dwoma palcami potarła skroń.
– Jutro rano będziesz musiał przedstawić to wszystko śledczym.
Chłopak posłusznie pokiwał głową, a potem niespodziewanie poczuł, jak strasznie zaschło mu w ustach. Polizał spierzchnięte wargi i zapytał wyjątkowo słabym głosem.
– Aresztują mnie?
Dopiero teraz dostrzegł na twarzy dyrektorki cień tej wyrozumiałości, który prawie zawsze towarzyszył jej osobie.
– Nie mają ku temu podstaw, skoro dobrowolnie oddasz się do ich dyspozycji – stwierdziła, po czym dodała z typową dla niej stanowczością. – A jeśli by próbowali, to nie dopuszczę do tego.
Scorpio poczuł, jak coś niespodziewanie chwyta go za gardło i szybko odwrócił wzrok. Obiecywał sobie więcej nie beczeć w obecności dyrektorki, ale naprawdę coraz trudniej było mu trzymać nerwy na wodzy.
– Spójrz na mnie, Scorpius – Niespodziewane polecenie wyrwało go z chaosu myśli i emocji. Popatrzył w stronę profesor McGonagall, na której twarzy już wyraźnie malowała się szczera troska. – Z twoich słów jasno wynika, że to wszystko było tragicznym w skutkach wypadkiem. Za to nie zamykają dzieci w Azkabanie.
Ślizgon próbował się uśmiechnąć, ale chyba wyszedł mu z tego dziwaczny grymas. Naprawdę chciał wierzyć, że dyrektorka ma rację.
Nie ufając własnemu głosowi, pokiwał tylko głową i ponownie utkwił wzrok w podłodze. Miał pełną świadomość, że tym razem wpakował się w naprawdę poważne kłopoty i choć starał się zachować spokój, to wewnętrznie trząsł się jak galareta. A jednocześnie coraz bardziej miał ochotę podejść do najbliższej ściany i walić swoim pustym łbem, aż nie zrobi wielkiej dziury. Gdyby nie był tak uparty, gdyby posłuchał ojca, McGonagall albo Albusa, nic takiego by się nie wydarzyło. Nie siedziałby teraz tutaj, a Peggy White nie byłaby… martwa.
Naraz spojrzał na swoje dłonie i poczuł jak zbiera mu się na mdłości. Miał krew Krukonki na rękach. Zabił ją… I choć wcześniej już się do tego przyznał, to było tak, jakby dopiero teraz w pełni dotarła do niego świadomość ostateczności tego faktu.
– Pani profesor… – zaczął, nie odrywając spojrzenia od dłoni. – Jak ja mam dalej z tym żyć? Z tą świadomością, że odebrałem komuś życie?
Nie wiedział, czemu w ogóle o to pyta. Przecież McGonagall nie mogła znać odpowiedzi na tak postawione pytanie. Nikt jej nie znał, ale w tej chwili Scorpius bardzo potrzebował zwykłego zapewnienia, że wszystko jeszcze będzie dobrze, nawet gdyby miało to być zwyczajne kłamstwo.
Usłyszał, jak dyrektorka wstaje i okrąża biurko, a potem poczuł jej dłoń na swoim ramieniu. I w tamtej chwili to znaczyło dla niego więcej niż jakiekolwiek słowa pocieszenia.
– Wiem, że jesteś zmęczony, ale jeszcze dziś powinieneś skontaktować się z ojcem – powiedziała dyrektorka, kiedy kilka minut później zasiadła z powrotem za biurkiem. – Wysłałam mu sowę kilka godzin po całym zajściu, kiedy stało się jasne, że nie ma cię na terenie szkoły. Nie było tam zbyt wiele konkretów, ale wyraziłam w nim obawę, że mogłeś być zamieszany w tę całą sytuację.
Scorpius, teraz już nieco spokojniejszy, ponownie pokiwał głową. Stanowczo nie chciał rozmawiać z ojcem, ale wiedział, że, jak wszystko inne, i to było nieuniknione. Zresztą aż za dobrze wiedział, co od niego usłyszy, więc zwlekanie nie miało większego sensu.
Profesor McGonagall złożyła wszystkie dokumenty na jeden równy stos, po czym wstała i podeszła do drzwi prowadzących do jej prywatnych kwater.
– Skorzystaj z mojego kominka – dodała i wyszła z gabinetu.
Scorpio odprowadził ją wzrokiem i westchnął ciężko. Wiedział, że wychodząc, chciała mu zapewnić nieco prywatności, ale po prawdzie chyba wolał, by została. Może stanowiłaby bufor oddzielający go od gniewu ojca. Teraz jednak nie mógł na to liczyć, dlatego nie tracąc czasu na próżne rozmyślania, podszedł do sporego kominka ulokowanego w rogu pomieszczenia i chwyciwszy nieco proszku Fiuu z miseczki, wzniecił szmaragdowy ogień.
– Posiadłość Malfoyów – powiedział, po czym zanurzył głowę w płomieniach.
Świat na chwilę zawirował, a potem zobaczył znajomy salon. Niemal natychmiast dostrzegł oboje rodziców siedzących przy stole i rozmawiających o czymś przyciszonymi głosami. Nie umknęło jego uwadze, że oczy matki były mocno zaczerwienione. Znowu płakała. Znowu przez niego.
– Mamo… – odezwał się, zwracając tym ich uwagę.
Oboje zerwali się z krzeseł i podeszli w stronę kominka.
– Scorpius? Gdzie ty jesteś? – zapytał ojciec, w którego głosie złość nie potrafiła jeszcze przebić się przez ścianę niepokoju.
– Jestem w Hogwarcie. W gabinecie dyrektorki. – Scorpio starał się, aby jego głos brzmiał pewnie, by nie zdradzał zbyt wiele z tego, co się wydarzyło.
– Skoro jesteś w szkole, to co miał znaczyć ten list od profesor McGonagall? – zapytała Astoria.
Scorpius przełknął ciężko, czując, że z każdą chwilą coraz trudniej przychodzą mu kolejne słowa. Nie powinien zwlekać, i tak się dowiedzą, i tak spadnie na niego ich gniew.
– Zdarzył się wypadek. Mnie i dwóch moich kumpli z roku zaatakowała jedna dziewczyna. Broniliśmy się, odbiłem jej zaklęcie, a ono trafiło z powrotem w nią i… wypadła przez okno sowiarni.
Zobaczył, jak oczy matki rozszerzają się w niemym przerażeniu. Kobieta przysiadła na stojącej na środku sofie i zasłoniła usta dłonią.
– Nie żyje? – zapytał za to niespodziewanie spokojny Draco.
Scorpius zacisnął zęby i skinął głową. Widział, jak zmarszczka na czole ojca wyraźnie się pogłębia.
– Wiesz, dlaczego was zaatakowała? Czy to ma coś wspólnego z Klątwą Gniewu?
Zaskakująco szybko Draco przeszedł do konkretów. O dziwo, najwyraźniej, przynajmniej na razie, nie zamierzał unosić się gniewem, zamiast tego próbował na chłodno oszacować skalę problemu.
– Przypuszczaliśmy, że to ona mogła ją rzucić. Ale nie mam na to żadnych dowodów.
Ojciec pokiwał głową i zamyślił się na dłuższą chwilę. Astoria w milczeniu obserwowała ich obu.
– Przyjadę w przeciągu kilku godzin – odezwał się w końcu ojciec.
Scorpius wcale nie był przekonany, czy obecność Draco będzie dla niego większym wsparciem czy raczej ciężarem. Nie chciał jednak ubierać tych wątpliwości w słowa. Co innego wydało mu się ważniejsze.
– Czy to na pewno dobry pomysł? – zapytał.
Nie musiał dodawać więcej i bez tego ojciec zrozumiał, co miał na myśli. Obecność byłego śmierciożercy mogła, co najwyżej, wzbudzić w ludziach z Ministerstwa większe podejrzenia.
– Dyrektorka powiedziała, że jutro muszę porozmawiać z aurorami. Jest przekonana, że w takich okolicznościach nic mi nie grozi.
Był zaskoczony, jak gładko te słowa przeszły mu przez gardło. Zupełnie jakby sam w nie wierzył, choć przecież naprawdę mocno naginał rzeczywistość. Nie chciał jednak jeszcze bardziej martwić rodziców, a zwłaszcza matki. Patrząc na ojca, nie miał wątpliwości, że ten doskonale czytał między wierszami.
– Jak tylko będę coś więcej wiedział, od razu do was napiszę – skwitował.
Czuł na sobie badawcze spojrzenie Draco, ale ostatecznie ojciec w żaden sposób nie oponował.
– Nie każ nam zbyt długo czekać na wieści – wyszeptała matka głosem, od którego coś boleśnie ścisnęło go w dołku.
Obiecał to bez wahania, a potem wycofał się z płomieni, wracając do gabinetu McGonagall. Ta pojawiła się dosłownie chwilę później i podała mu niewielką fiolkę z fioletowym eliksirem.
– Wypij dwa łyki przed snem, nie będą dręczyły cię koszmary – wyjaśniła.
Przez moment oglądał flakonik, a potem pokiwał głową.
– Dziękuję. Myślę, że może się przydać.
– Pan Filch odprowadzi cię do dormitorium.
Ślizgon w ostatniej chwili powstrzymał się przed skrzywieniem na to oświadczenie. Byłoby to bardzo dziecinne i stanowczo niewłaściwe w tej chwili.
– Chciałbym jeszcze zajrzeć do Skrzydła Szpitalnego.
Scorpius nie dodał nic więcej, ale gdzieś w głębi wciąż tliła się w nim obawa, że jeśli teraz tego nie zrobi, to po jutrzejszej rozmowie z aurorami, może nie mieć już ku temu okazji.
O dziwo, McGonagall zdawała się rozumieć jego pobudki, bo spojrzała na zegar, a potem skinęła głową.
– Ale tylko kilka minut. Jest późno.
Ślizgon również przelotnie popatrzył na zegar, a potem schował fiolkę z eliksirem do kieszeni i zdobył się na pierwszy dziś, bardzo wymuszony uśmiech.
– Postaram się nie zabłądzić po drodze.
Zobaczył, jak zmęczone rysy McGonagall nieco łagodnieją.
– Dobranoc, Malfoy.
– Dobranoc, pani dyrektor.
Kiedy Scorpius wyszedł z gabinetu, ze zdziwieniem odkrył, że Albus wciąż na niego czeka. Gryfon siedział na podłodze, wsparty o ścianę. Wbrew wcześniejszym założeniom Ślizgon po chwili do niego dołączył. Kiedy poczuł zimny mur pod plecami, przymknął na moment oczy i odetchnął z wyraźną ulgą.
– Nie musiałeś tutaj koczować – powiedział.
– Nie musiałem – zgodził się Albus.
I w sumie nic więcej nie było do dodania, a przynajmniej Scorpius nie czuł potrzeby mówienia czegokolwiek. Dlatego w milczeniu siedzieli przez parę minut, chłonąc ciszę i zbierając nerwy przed kolejną rundą.
– Idę do Skrzydła Szpitalnego – oświadczył w końcu Ślizgon, kiedy poczuł, że dopada go senność, po czym podniósł się z ziemi.
Albus skinął głową i podążył w jego ślady.
– Pani Pomfrey nie będzie szczęśliwa z tak późnych odwiedzin.
Scorpius wzruszył jedynie ramionami. To akurat niewiele go obchodziło. Ostatecznie nie mógł przejmować się samopoczuciem wszystkich naokoło.
Dotarcie do Skrzydła Szpitalnego zajęło im kilka minut. Scorpius zatrzymał się przed drzwiami i spojrzał na Gryfona.
– Wiem, że obawiasz się, bym znowu nie nawiał, ale naprawdę możesz już iść spać. Obiecuję, że jutro nadal będę w szkole.
Albus patrzył na niego z lekka niedowierzająco, ale w końcu uśmiechnął się nieznacznie.
– Mam nadzieję. Nie planuję kolejnej wycieczki do Londynu w najbliższym czasie – rzucił, po czym klepnął Ślizgona w ramię i ruszył w stronę własnego dormitorium.
Scorpio pokręcił głową, a potem otworzył drzwi i wszedł do środka. W dużym pomieszczeniu tylko dwa łóżka były zajęte. Na jednym leżał z zabandażowaną ręką Karl, na drugim w pozycji embrionalnej spał Zack. Ten pierwszy od razu podniósł się, kiedy spostrzegł Ślizgona w drzwiach.
– Scorpio! – powiedział ściszonym głosem, po czym spuścił nogi z łóżka i stanął bosymi stopami na posadzce. Wyglądało na to, że mimo poważnego upadku nie odniósł żadnych trwałych obrażeń.
Scorpius podszedł bliżej.
– Jak się czujesz?
Karl obrzucił go iście ślizgońskim spojrzeniem.
– Znikasz na cały dzień, a teraz pojawiasz się jakby nigdy nic i pytasz o moje zdrowie? Weź mnie nie denerwuj. Gdzieś ty się podziewał?
Scorpio westchnął nieznacznie. Ile razy jeszcze będzie musiał odpowiadać na to pytanie.
– Spanikowałem… – mruknął, spoglądając gdzieś w bok. – Potter znalazł mnie w Londynie.
Karl niedowierzająco pokręcił głową, a potem z powrotem przysiadł na łóżku.
– Się narobiło. Wszyscy dostaniemy tak po dupie, że aż miło.
– Wam nic do tego. To ja nawaliłem – rzucił Scorpius z niesmakiem, po czym dodał z rezygnacją. – Nie pierwszy raz.
– No chyba cię pogrzało! – odezwał się niespodziewanie Zachary. Blondyn również usiadł na łóżku, a na jego twarzy odmalowywała się złość pomieszana z przygnębieniem. Tak niecodzienny widok u tego z natury wesołego Ślizgona. – Wszyscy tam byliśmy, a zresztą to był mój poroniony pomysł.
Scorpiusowi nie umknęło, jak bardzo jego przyjaciel jest roztrzęsiony. Zaciskał dłonie na kołdrze, a jego spojrzenie uciekało na boki.
– Odpuść, Zack. Nie mogłeś przewidzieć, że dziewczynie odbije.
– A powinienem! – krzyknął blondyn, wreszcie spoglądając bezpośrednio na Scorpiusa. – Zachowujesz się, jakby nic się nie stało, jakbyśmy jutro mogli zwyczajnie iść na zajęcia, a przecież my ją zabiliśmy! Nie dociera to do ciebie?!
Zack mierzył Ślizgona wzrokiem pełnym coraz bardziej wyraźnego przerażenia. Scorpio nie wiedział, co powinien na to odpowiedzieć. On etap paniki miał już za sobą. Teraz kalkulował wszystko na chłodno, analizując w miarę spokojnie wydarzenia. Rozumiał jednak, że Zacka dręczy poczucie winy i obawa o ich wspólny los.
– Jutro będę rozmawiał z aurorami – powiedział spokojnie. – Zeznam, co dokładnie się tam wydarzyło. Nie będę niczego wybielać, w końcu nie znaleźliśmy się tam przypadkiem. Jednak nie zamierzam dzielić winy między naszą trójkę, nie za śmierć White. Za to odpowiadam tylko i wyłącznie ja.
Miał wrażenie, że gdyby stał w zasięgu Zacka, to ten udusiłby go gołymi rękoma.
– Ty masz świadomość, że nie puszczą ci tego płazem?! Udupią cię, jeśli nie z uwagi na ciebie, to żeby dopiec twojemu ojcu.
Scorpius wzruszył ramionami, aż za dobrze zdawał sobie sprawę, że tak to się może skończyć. Ale postanowił więcej nie uciekać, więc zmierzy się z konsekwencjami własnej głupoty.
– Zobaczymy jutro – rzucił zdecydowanie. – Dobrze, że przynajmniej wam nic się nie stało. Jeden wyrzut sumienia dla mnie mniej.
Scorpius usiadł na łóżku w pustym dormitorium. Z tego, co się dowiedział, obaj jego współlokatorzy jeszcze przez przynajmniej trzy dni nie opuszczą Skrzydła Szpitalnego. On sam również nie siedział z nimi zbyt długo, wolał w tej chwili nie testować cierpliwości McGonagall, ostatecznie to właśnie w dyrektorce pokładał całą nadzieję, że nie zgnije w Azkabanie.
Przed położeniem się spać wypił dwa łyki eliksiru i starając się nie myśleć zbyt intensywnie o wydarzeniach minionego dnia, odpłynął w pozbawioną marzeń sennych ciemność.
