Rozdział XXVI

Betowała ramoncia, dziękuję!

Nie było drogi. Nawet ścieżki. Nie było też domu. Właściwie Tonks znalazła tylko wąskie jezioro, ciemne jak burzowe niebo. Brenda ostrzegła dziewczynę, aby nie podchodziła zbyt blisko brzegu, bo w wodzie mieszka jakiś endemiczny gatunek potwora. Tonks czekała więc w pewnej odległości od brzegu, marznąc i zastanawiając się, czy nie pomyliła miejsca spotkania. Co jakiś czas wyciągała zegarek z kieszeni, otwierała kopertę i sprawdzała czas.

Dostała go od mamy na piętnaste urodziny, a na jego wieku wygrawerowane zostały krótkie życzenia. Patrzenie na niego przypominało trochę grzebanie palcami w rozjątrzonej ranie. Przez zegarek nie mogła przestać myśleć o kłótni z Andromedą sprzed paru godzin. Ciągle słyszała jej słowa, jak złe proroctwo wygłoszone w nieodpowiedniej chwili.

Zginiesz przez swoje tajemnice.

Tonks wepchnęła przedmiot do kieszeni i kopnęła jakiś kamień tak mocno, że wpadł do jeziora. Pod wodą nagle się zakotłowało, tuż pod powierzchnią zalśnił łuskowaty grzbiet i po chwili kamień wyleciał na brzeg, jakby wypluty ze wstrętem.

A Tonks uświadomiła sobie, że jest tak zmęczona i nieszczęśliwa, że nawet nie ciekawi jej, co się stało.

– Przestraszysz Glen – powiedziała Brenda, wynurzając się z nicości.

– Glen – powtórzyła Tonks, wpatrując się w kobietę z lekkim oszołomieniem.

Brenda założyła błękitną szatę z delikatnym, białym haftem na rękawach, która w niczym nie przypominała aurorskiego uniformu. Tonks wcześniej jakoś nie przyszło do głowy, że kobieta mogła mieć ubrania inne niż służbowe. Po prostu jej nie pasowały.

– To dobre imię – stwierdziła Brenda i uniosła jedną brew.

– Co?

– Glen.

Tonks przez chwilę patrzyła na nią bez zrozumienia, aż w końcu potrząsnęła głową.

– Nieważne. Możemy porozmawiać?

Brenda pokiwała głową, sięgnęła do mieszka przy pasie i wyciągnęła z niego żółtawe kłącze. Przełamała je na pół i jedną część podała Tonks.

– Dobrze ci zrobi – stwierdziła, a dziewczyna przytaknęła bez przekonania. – Chodźmy.

Korzeń miał gorzkawy posmak i trochę kołowaciał od niego język. Tonks gryzła go jednak posłusznie, kiedy Brenda przeprowadzała ją przez kolejne zabezpieczenia ustawione wokół jej domu. Nie było to trudne, wystarczyło, że kobieta położyła dłoń na ramieniu aurorki. Tonks czuła, jak kolejne czary oblepiają ją, identyfikują i przepuszczają. Brenda musiała mieć jeszcze większą paranoję od Moody'ego.

Domek okazał się malutki i w całości zbudowany z nieotynkowanego kamienia. Na jego dachu rosła trawa, przez co wyglądał trochę jak jeszcze jeden pagórek pośród wszechobecnych wzgórz. Na progu, w otwartych drzwiach, leżał stary owczarek szkocki, który podniósł wąski łeb i zamerdał, gdy przyszły. Oczy miał pokryte bielmem i Tonks stwierdziła, że prawie na pewno był ślepy. Ukradkiem wyrzuciła przeżuty korzeń w trawę i przeszła nad psem ostrożnie, starając się nie nadepnąć na jego ruchliwy ogon.

Pomieszczenie było ciemne, ale przytulne. Na podłodze leżał gruby dywan, a na jednej ze ścian, tuż nad stołem, zostały powieszone liczne fotografie. Tonks spojrzała na ruchliwe postacie, próbując zgadnąć, kto jest kim. Wiedziała, że Brenda miała liczną rodzinę, choć nikt nie mówił o tym zbyt chętnie. Wśród aurorów rozmowy o bliskich były objęte czymś w rodzaju tabu. Oczywiście nikt nie wierzył, że wspominanie na patrolu czyjegoś imienia może sprowadzić na tę osobę nieszczęście, ale... Lepiej było nie robić tego zbyt często.

Kiedy Tonks oglądała zdjęcia, Brenda postawiła czajnik na zwykłym, trochę starodawnym piecu. Rozpaliła różdżką ogień i podeszła do stołu, wskazując dziewczynie drugie krzesło. Tonks usiadła naprzeciwko niej i nagle poczuła się bardzo skrępowana. Zaczęła skubać rękaw szaty, unikając rozbawionego wzroku kobiety.

– Mieszkasz tu? – zagaiła wreszcie.

– Od niedawna. Ale nie przyszłaś tu, żeby mnie o to spytać, prawda?

Tonks wzruszyła ramionami.

– Nie. Chyba potrzebuję pomocy.

– Nie jestem już aurorem – stwierdziła Brenda łagodnie.

– Tak, ale... to nie jest zadanie z Biura – wykrztusiła dziewczyna i spojrzała na nią niepewnie.

Kobieta pokiwała głową. Nie wydawała się zaskoczona.

– Przecież wiem, Biuro nie prowadzi teraz żadnych spraw.

Tonks znów spuściła wzrok, ale dla odmiany zaczęła liczyć sęki w deskach, z których zbity był blat stołu. Nie mogła jednak ani skupić się na rozmowie, ani na Brendzie, bo ciągle słyszała w głowie słowa matki.

Zginiesz, zginiesz, zginiesz. Czemu musisz być taka głupia?

– Chcę pojechać do Brazylii – powiedziała. – Jak najszybciej. Ale nie mogą o tym wiedzieć inni aurorzy, ani nasi, ani ich. – Nagle spojrzała na Brendę hardo, przygotowując się na pytanie, dlaczego tak kombinuje.

– Kup sobie zwolnienie od uzdrowiciela – stwierdziła kobieta spokojnie. – Najlepiej od któregoś z Munga. Tylko musisz najpierw sprawdzić, który bierze łapówki. Poszperaj w aktach, a jak znajdziesz jakiegoś podejrzanego o to, idź do niego i go postrasz. Niech ci da jakieś nazwiska. Jak będziesz miała szczęście, to wyda kogoś, o kim ministerstwo jeszcze nie wie. I zmień mu pamięć na końcu, tak na wszelki wypadek, że niby naprawdę przyszłaś chora. Oni zresztą często sami o to proszą, dzięki temu nawet pod veritaserum mogą bujać.

Tonks wpatrywała się w nią szeroko otwartymi oczami.

– Ty tak robiłaś? – spytała wreszcie.

– Byłam aurorem przez pięćdziesiąt lat – odparła Brenda wymijająco.

Woda w czajniku się zagotowała, więc kobieta wstała, żeby zalać herbatę. Tymczasem pies stwierdził, że znudziło mu się warowanie w drzwiach i podszedł do Tonks, by trącić ją w kolano chłodnym nosem. Pogłaskała go po karku, nie odrywając wzroku od kobiety.

– Świstokliki międzykontynentalne są strasznie drogie – wymamrotała wreszcie. – Pytałam w biurze podróży. Poza tym do Brazylii mają je tylko w czasie karnawału, teraz mogę skoczyć najwyżej na Haiti.

– Znajdź przemytników i zarekwiruj ich nielegalne świstokliki. – Brenda postawiła przed nią kubek z herbatą i toporną cukiernicę.

– Myślałam, że oni używają statków.

– Bo to tańsze, no i świstokliki są zawodne. A poza tym te dalekiego zasięgu wariują przy przenoszeniu zaklętych przedmiotów. Weźmiesz powiększoną magicznie torbę, a deportujesz się w połowie na Kubie, a w połowie na Madagaskarze. Kurierzy tak przerzucają tylko klejnoty i rzadkie składniki, bo to jedyne, co się opłaca. Artefakty już się sprowadza normalnie, mugolskimi środkami. Nie uczyli cię o tym w szkole?

Tonks uświadomiła sobie, że właśnie wsypuje do herbaty siódmą łyżeczkę cukru.

– Uczyli, tylko niekoniecznie słuchałam – przyznała. – Nie wiedziałam, że nie można mieć przy sobie niczego magicznego.

– Powiedzieliby ci, jakbyś naprawdę kupiła ten świstoklik z biura podróży. Odradzają nawet zabierać różdżkę. Kiedyś to był spory kłopot, ale teraz są... te... – Brenda zamilkła na moment, a Tonks jej nie popędzała. Mieszała przesłodzoną herbatę bezmyślnie. – Te... Samoloty? Tak się to mówi? Te mugolskie. Więc idziesz do biura i zdajesz bagaż tak na parę dni przed terminem świstoklika, a oni wysyłają jakiegoś młokosa, żeby poleciał tam i zostawił rzeczy w ich tamtejszym biurze.

– To może ja po prostu polecę samolotem?

Brenda uśmiechnęła się miękko.

– Wiesz, że to są strasznie wielkie metalowe skrzynie, które latają bez żadnej magii?

Tonks momentalnie minęła ochota na wypróbowywanie mugolskich środków komunikacji.

– No i nie znam tam nikogo, w Brazylii znaczy – wyrzuciła w końcu to, co dręczyło ją najbardziej.– Nawet nie mówię po portugalsku.

Brenda zamyśliła się i spoważniała nagle.

– Idź do najgorszej dzielnicy i złap jakiegoś dzieciaka – stwierdziła wreszcie. – Jeśli będziesz nim potrząsać dostatecznie długo, w końcu zaprowadzi cię do kogoś, kto zna angielski. I pewnie będzie należał do jakiegoś gangu.

W końcu Tonks westchnęła.

– Miałam nadzieję, że po prostu kogoś stamtąd znasz – przyznała.

xxx

Harry wlókł się krok za krokiem po opustoszałym korytarzu. Hogwart wczesnym rankiem był cichy i kompletnie wyludniony. Nawet portrety spały naprawdę, korzystając z ostatnich chwil spokoju. Potter szedł powoli, z miotłą w jednej ręce, na przemian kichając i ziewając. Po treningu był całkowicie zziębnięty, a fakt, że od prawie dwóch tygodni ani razu się nie wyspał, nie poprawiał mu humoru. Choć nigdy by się do tego nie przyznał, powoli zaczynał mieć dosyć quidditcha.

Angelina stwierdziła, że skoro przez szlaban nie może uczestniczyć w treningach reszty drużyny, będzie musiał nadrabiać je rankiem razem z nią. Przez to co drugi dzień zwlekała go z łóżka o świcie i zaciągała na boisko. Początkowo towarzyszył im Ron, ale w końcu się poddał, a Harry niezbyt mu się dziwił. Sam tęsknił za czasami, kiedy nie musiał budzić się przed szóstą. Angelina zagroziła jednak, że albo to, albo wylatuje z drużyny. Miała przy tym taką minę, że nie odważył się z nią kłócić.

Pocieszała go jedynie myśl, że dzisiaj był piątek i ostatni dzień jego szlabanu. Od października wszystko miało wrócić do normy.

Stanął na klatce schodowej i popatrzył z niechęcią w górę. Nie chciało mu się wspinać do pokoju wspólnego, szczególnie że zaraz i tak musiał zejść na lekcje. Z drugiej strony i tak powinien odnieść Błyskawicę i zabrać podręczniki…

Później, pomyślał, rozcierając zdrętwiałe ramię.

Po chwili wahania ruszył do kuchni, bo była bliżej i oferowała gorącą kawę. Ostatnio bywał tam często, ponieważ Filch ciągle wysyłał go, żeby przyniósł mu jakiś napój lub przekąskę. I tak latanie na posyłki było najmilszą częścią szlabanu. Kiedy woźny odkrył, że przez przypadek zyskał prawie pełnoetatowego pomocnika, praktycznie zrobił sobie urlop. Jego praca po południu polegała głównie na wydawaniu rozkazów, czytaniu podejrzanych gazet i narzekaniu, że Potter nie potrafi czegoś zrobić. Harry już po pierwszym dniu stwierdził, że Flich powinien ożenić się Umbridge – dogadaliby się doskonale.

Może Potter lepiej znosiłby szlaban, gdyby nie uważał go za skrajnie niesprawiedliwego. Nie zrobił w końcu niczego złego, zwyczajnie chciał pogadać. Jasne, skończyło się na bójce, ale to nie on zaczął. Profesor McGonagall okazała się jednak głucha na racjonalne argumenty, a w dodatku zaskakująco surowa. Harry i Ron zgodnie doszli do wniosku, że musiał w tym maczać palce Snape. Hermiona stwierdziła, że zwariowali i niedługo zaczną go obwiniać nawet o gradobicie.

Jakakolwiek była przyczyna, w efekcie życie Harry'ego zmieniło się w katorgę. Rano wstawał, aby potrenować, później szedł na lekcje, następnie meldował się u woźnego, żeby w nocy byle jak napisać zadane wypracowania i na końcu złapać parę godzin snu. Nie miał ani siły, ani chęci, żeby drążyć sprawę Jamesa czy swojej ostatniej wizji. Właściwie nie miał ani siły, ani chęci na nic, pomijając aktualnie dobrą kawę. Jedyną miłą niespodzianką, która spotkała go przez ostatnie pół miesiąca była wiadomość, że Malfoy nie będzie grał w najbliższym meczu quidditcha. Miała go zastąpić jakaś trzecioklasistka, co bardzo martwiło Angelinę, bo mała ponoć latała lepiej od niego. Harry jednak nie narzekał.

Stanął przed obrazem z owocami, kichnął, połaskotał gruszkę i poczekał, aż zamieni się w klamkę. Następnie wszedł do kuchni, odruchowo ściągając okulary, bo jak zwykle zaparowały. W pomieszczeniu było o wiele cieplej niż na wychłodzonym korytarzu. Oparł Błyskawicę o stół, żeby wygodnie przetrzeć szkła, i przesunął rozkojarzonym wzrokiem po kuchni. Dopiero wtedy zorientował się, że przy największym palenisku siedział James.

Czy też raczej pół siedział, pół leżał, wygodnie wciśnięty w kąt pomiędzy kominkiem i ścianą. Pod plecami miał wielką, puchową poduszkę, przy lewej ręce taboret, na którym stał talerz kanapek, a na kolanach książkę.

Harry wsunął okulary na nos. Przez chwile patrzył na Rainbowa całkowicie zaskoczony. James również wydawał się mocno zdezorientowany. Impas przerwała skrzatka, która przepchnęła się koło Harry'ego ze stosem talerzy w rękach.

– Cześć – powiedział Potter, w końcu decydując się podejść bliżej. – Dawno cię nie widziałem… – urwał, bo przypomniało mu się, że ostatnim razem się bili.

James musiał pomyśleć o tym samym, bo podrapał się po karku wyraźnie skrępowany.

– Taa – wymamrotał. – Robię sobie wakacje.

A ja noszę mopy za psychopatycznym cieciem, pomyślał Harry nagle zirytowany.

– Fajnie ci – stwierdził. – Chętnie bym się zamienił.

James uciekł spojrzeniem w bok. Po chwili machnął dłonią niezręcznie nad talerzem.

– Częstuj się.

Harry nie protestował, szczególnie, że przyjemne zapachy roznoszące się po kuchni uświadomiły mu, jak bardzo jest głodny. Usiadł na niskiej ławie i sięgnął po kanapkę. Czuł się niezręcznie, choć sam nie wiedział dlaczego. James sięgnął znów po książkę, jakby nie wiedział, co zrobić z rękami. Harry mimowolnie spojrzał na jego dłonie.

Były czyste, bez żadnych skaz i blizn. A przecież pamiętał, jak wyglądały przed dwoma tygodniami. Harry mógł więc albo przyjąć, że wszystko mu się przywidziało, albo James ukrywał je za pomocą jakiejś magii. Powinien spytać Hermiony, ona pewnie wiedziałaby, czy to możliwe. Potter nie chciał jednak dzielić się swoimi wątpliwościami z przyjaciółmi, choć znowu nie był pewien, dlaczego. Tak jak wtedy, gdy nie potrafił przyznać im się, że Umbridge pocięła mu rękę na szlabanie, po prostu wydawało mu się to niewłaściwie.

Przeżuwał kanapkę mechanicznie, zastanawiając się, jak zacząć rozmowę, żeby nie skończyła się kolejną awanturą.

Nie, żeby ostatnia była z jego winy…

Najbardziej przeszkadzało mu to, że znajdowali się w tłocznej, pełnej skrzatów kuchni. Było to raczej kiepskie miejsce na zadawanie takich pytań, jak: kim ty w ogóle jesteś? Co miałeś na łapie? Czemu Voldemort się wtedy wściekał?

Jednak milczenie go męczyło. W końcu więc spróbował powiedzieć coś w miarę neutralnego:

– Dobra? – spytał, wskazując na książkę niezręcznie.

James skinął głową.

– Genialna.

– O czym?

– To najbardziej realistyczny opis wojny, z jakim się spotkałem – stwierdził po chwili zastanowienia. – Nic nie ma w nim sensu.

– Aha?

– A główny bohater to kompletny wariat – kontynuował James, ale jego głos brzmiał dziwnie pusto. – I jest ze wszystkich najnormalniejszy. Właściwie całkiem go lubię. – Spojrzał na Harry'ego i pierwszy raz się uśmiechnął, choć jakby bez przekonania. – Kiedy będę musiał się przedstawić fałszywym nazwiskiem, to wezmę sobie Yossariana. James Yosarrian. Nie, lepiej Syriusz. Syriusz bardziej pasuje.

– Syriusz Yossarian – powiedział Potter. Przez chwilę obracał te słowa w myślach. – Bez sensu – zawyrokował wreszcie. – Nie wyglądasz na jakiegoś Yossariana. Co to w ogóle za nazwisko?

– To nazwisko Yossariana – odparł James odruchowo. Nagle potrząsnął głową, jakby chciał coś z niej wyrzucić. – Zresztą, to nieważne. Co tam się działo w szkole, jak mnie nie było?

– Nic nowego. – Harry wzruszył ramionami. – Tylko Umbridge coraz bardziej się rządzi. Minister wydaje jakieś bzdurne dekrety, żeby mogła pomiatać resztą nauczycieli.

– Facetowi ostatnio odbiło, nie?

– Taa, boi się przyznać, że Voldemort wrócił, więc ciągle coś odwala…

Umilkł i znowu zapadła pomiędzy nimi niezręczna cisza. Tym razem jednak przerwał ją James. Zamknął książkę i przez chwilę obracał ją w dłoniach.

– Wiesz, skoro nie zapowiada się, żeby Umbridge wyleciała… A na pewno nie będzie nas uczyć, to może ten. Pamiętasz, że mówiłem ci kiedyś, że brakuje mi kogoś do pojedynkowania się? Znaczy, do ćwiczeń? Więc jakbyś był nadal chętny…

– Jak będę miał jakiś luz, to czemu nie. Tylko nie teraz – zgodził się, stwierdzając, że lepszej okazji do pogadania z Jamesem w cztery oczy raczej nie znajdzie. – Mam to traktować jak przeprosiny? – spytał wesoło.

Rainbow spojrzał na niego, unosząc jedną brew do góry.

– Chyba śnisz.

xxx

Kot Zabiniego się nudził. W ciągu paru minut zdążył wywlec spod łóżka zapomnianą przez wszystkich skarpetkę, która wyglądała jak wełniany koszmar alergika, wywrócić kałamarz na szafce Notta i zamordować jakąś zagubioną ćmę. Przez chwilę jeszcze ostrzył pazury na jednym z materacy, nim w końcu wskoczył na łóżko i położył się przy Draco, mrucząc gardłowo. Chłopak podrapał go za uszami, nawet nie otwierając oczu.

Po lekcjach Malfoy przyszedł do dormitorium i położył się, choć nie zamierzał spać. Po prostu nie miał ochoty robić niczego, więc równie dobrze mógł te godziny przeleżeć, tak jak wczoraj, przedwczoraj i przez resztę dni, których nie potrafił nawet policzyć. Wszystko inne było bezsensowne.

Codziennie rano budził się, szedł na zajęcia, a po nich kładł się do łóżka. Zadania domowe odrabiał za niego Goyle. Czasami Pansy zmuszała Malfoya, żeby zjadł coś po drodze i umył się, ale nawet jej powoli zaczynało brakować sił. Uważała chyba, że Draco zachowuje się tak absurdalnie, żeby zrobić jej na złość.

A jemu zwyczajnie przestało zależeć. Nie wiedział, kiedy śni, a kiedy nie, przestał też odróżniać wspomnienia. Nie miał pojęcia, czy konkretną czynność wykonał we śnie, tuż przed kolejną śmiercią, czy na jawie. Czy jadł naprawdę tego kurczaka, czy sobie to wymyślił? Czy strona w podręczniku, którą przeczytał, zawierała prawdziwe informacje, czy wyśnione bzdury? Czy Nott obiecał mu pomóc z klątwą, czy ich rozmowa była tylko kolejnym majakiem?

Wszystko straciło sens, więc Draco robił tylko to, co było konieczne. Starał się przy tym nie prowokować swojej podświadomości, nie dawać jej pretekstu. Dlatego nie opuszczał zajęć, omijał z daleka Pottera i nauczycieli, a przede wszystkim unikał konfliktów.

I jakoś to działało, jakby nuda koiła jego zniszczony umysł, uciszała koszmary. Może. Nie potrafił powiedzieć, czy śnił ich więcej czy mniej, odkąd zaczął tak się zachowywać, bo stracił panowanie nad czasem, popieprzyła mu się chronologia i nawet jakby chciał, nie potrafiłby niczego przeliczyć.

W ciągu długich, monotonnych godzin marzył o śmierci, tej jednej, prawdziwej. A ostatnio o pocałunku dementora, tak na wszelki wypadek.

– Degenerujesz mojego kota – powiedział zamiast przywitania Blaise. Usiadł na krawędzi łóżka i Draco poczuł, jak ugina się materac. Chłopak otworzył jedno oko niechętnie, ale nic nie odpowiedział. Kocur leżący pomiędzy nimi zamruczał jeszcze głośniej.

– Wszyscy się o ciebie martwią – stwierdził Zabini rzeczowo. Wyraz twarzy miał przy tym jak zwykle obojętny. – Nawet Nott, a on ciebie nie znosi.

Draco wzruszył ramionami, co wyglądało bardziej na wzdrygnięcie niż świadomy gest.

– Jeśli chciałeś zwrócić na siebie uwagę, to już ci się udało. Teraz możesz powiedzieć, o co chodzi – w głosie chłopaka zabrzmiała lekka drwina. – Czy zamierzasz się dramatycznie głodzić, dopóki sami na to nie wpadniemy?

– Odpuść – wymamrotał Draco, drapiąc kota za uchem. – To i tak nie ma sensu.

– Co?

– Rozmowa.

Była bezsensowna, bo Malfoy nie wiedział, czy jest prawdziwa. Równie dobrze Blaise mógł za chwilę wyciągnąć widelec i przekłuć mu gardło. To byłoby nawet ciekawe, nigdy jeszcze nie umierał od widelca.

Zabini przymknął oczy, co u niego oznaczać mogło albo znużenie, albo wściekłość. Po dłuższej chwili spytał:

– Chodzi o te plotki o twoim ojcu?

To wyrwało na chwilę Malfoya z apatii. Uniósł się na łokciu, a kot syknął gniewnie, zirytowany nagłym ruchem.

– Jakie plotki?

– Że miał kłopoty…

– Kłopoty.

Zabini patrzył na niego przez chwilę martwo, jakby się nad czymś zastanawiał.

– Ale już ich nie ma. Jakieś finansowe bzdety – dokończył swobodnie. – Myślałem, że cię to gryzie.

Draco pokręcił głową, czując nagłą ulgę. Opadł znów na poduszki i wbił wzrok w okno dormitorium.

xxx

Jej dotyk bolał, podobnie jak woda ściekająca po plecach i brzuchu. Starał się nie krzywić, nie wzdrygać, w zasadzie nie reagować, żeby nie zmartwić żony. I tak wyglądała na udręczoną, a on nie znajdował słów, którymi mógłby ją pocieszyć. Wszystkie były albo zbyt banalne i głupie, albo zbyt niebezpieczne, aby wypowiadać je na głos.

Narcyza myła jego plecy, siedząc na skraju wanny. Jej milczenie ciążyło mu w tej chwili bardziej niż cokolwiek innego. Siedząc skulony nie mógł dojrzeć twarzy kobiety. Czy brzydziła się go? Czy nim gardziła? Pożałował, że przed kąpielą wyciągnął magiczne oko.

Przez ostatni czas prawie nie rozmawiali. Mówili do siebie oczywiście, ale wszystkie te kwestie były błahe, jakieś sztuczne, jakby odczytywali fragment kiepsko napisanego dramatu. W dodatku unikali tematów takich jak Czarny Pan, ich przyszłości, jego blizn – wszystko stało się nagle tabu. A Lucjusz bał się je złamać.

Udawał, że to zwykła ostrożność, że Malfoy Manor nie należy już do niego, a sam przecież jest wciąż w niepewnej sytuacji. To były ważne, rozsądne powody. Przede wszystkim jednak się wstydził.

Kiedy przystępował do Śmierciożerców, obiecał Narcyzie, że cokolwiek zrobi, nigdy jej nie narazi. Był młody, głupi i myślał, że to możliwe. Pierwszy raz zwątpił w to, gdy urodził się Draco. Trwała wtedy wojna, coraz bardziej krwawa. Ministerstwo przegrywało, więc stało się jeszcze bardziej zdesperowane i okrutne. Zakonnicy niewiele im ustępowali, podobnie jak inne grupy bojowe. A on stał wtedy nad łóżkiem, w którym leżała jego żona z niemowlęciem, i zastanawiał się, jakim cudem ma ich ochronić.

Większość Śmierciożerców była anonimowa, ale nazwisko Malfoy wykorzystywano do celów propagandowych. Choć aurorzy nic nie mogli mu udowodnić, wszyscy wiedzieli, że służy Czarnemu Panu. Nie obawiał się aresztowania, bo był zbyt wpływowy i bogaty, aby ministerstwo odważyło się go ruszyć. Za to śmiertelnie bał się, że jakiś szaleniec wpadnie na pomysł, żeby porwać jego żonę i syna, a może i ich zabić po to, aby go osłabić. Nie brakowało wariatów w tych nieformalnych, bojowych grupach, od których zaroiło się w Anglii. Większość twierdziła, że walczy ze Śmierciożercami, choć na dobrą sprawę nie byli od nich lepsi. Na jednego dobrego człowieka przypadało pięciu popaprańców, którzy wykorzystywali wojnę, aby bezkarnie kraść i mordować, tym chętniej, że czuli się przy tym moralnie nieskazitelni.

Wysłał żonę z synem do Francji dwa tygodnie później, do swojej dalekiej rodziny. Zaskoczyło go tylko, że Narcyza nieszczególnie protestowała. Zrozumiał wszystko po miesiącu, gdy wróciła sama. Powiedziała mu, że Draco jest bezpieczny, a jej tak łatwo się nie pozbędzie. Pokłócili się wtedy.

Właściwie awanturowali się ciągle, ale i tak było to lepsze od tej nużącej ciszy lub sztucznych rozmów.

Później, już po upadku Czarnego Pana, Lucjusza zaczęły dręczyć wyrzuty sumienia. Wstydził się tego, że nie potrafił kochać swojego syna zaraz po jego urodzeniu i tego że oddał go stryjecznej siostrze jakiegoś dalekiego kuzyna, porzucił jak zbędny balast. Draco był przypadkowym dzieckiem, z którego długo nie potrafił się cieszyć. Może dlatego przez następne lata próbował zrekompensować chłopcu to, czego malec i tak nie mógł pamiętać. Ważne było, że pamiętał Lucjusz.

Narcyza zajęła się ponownym namydleniem jego skóry i mimowolnie wzdrygnął się, kiedy zbyt mocno nacisnęła na ramiona.

– Wybacz – powiedziała cicho, a jej głos był idealnie obojętny.

Ponownie zastanowił się, co o nim teraz myśli. Kaleka…

Snape stwierdził, że po jakimś czasie blizny przestaną być tak wrażliwe, a jego organizm słaby. Nie sprecyzował jednak, kiedy to nastąpi, bo chyba sam nie wiedział. Tymczasem Lucjusz z każdym dniem czuł się coraz bardziej upokorzony, a momentami i pokonany przez rzeczy, o których wcześniej nawet nie myślał. To, że tracił równowagę przy chodzeniu, a zwyczajne stanie męczyło go jak maraton, że nie potrafił sam wyjść z wanny, a czasami nawet podnieść się z łóżka. Martwiły go zawroty głowy, które pojawiały się, gdy zbyt gwałtownie nią poruszył. Denerwowało, że oko obracające się w oczodole obciera skórę, a samo noszenie szaty jest uciążliwe jak tarzanie się w pokrzywach. Własna słabość przygnębiała go, przerażała lub doprowadzała do szału. Nigdy wcześniej nie czuł się tak… bezbronny.

Bezużyteczny, pomyślał.

Nie potrafił ochronić własnej żony ani dziecka, ba, sam sprowadzał na nich zagrożenie. Być może śmierć. Lucjusz nie był naiwny, wiedział, że Czarny Pan nie przebacza. Mógł powstrzymać swój gniew na moment, jeśli było to dla niego opłacalne, ale nigdy nie zapominał. I na pewno nie miał oporów przed wymordowaniem rodzin ludzi, których zamierzał ukarać.

Lucjusz odruchowo zacisnął dłonie w pięści.

Nie pierwszy raz zastanowił się, czy było warto. Kiedy przystępował do Śmierciożerców nie miał ani cienia wątpliwości – jego świat ginął przez szlamy, słabych, uległych polityków i zdrajców krwi. Przez całą naukę w Hogwarcie obserwował, jak tradycje są deptane, a nazwiska starych rodów zeszmacane przez osoby, które mogłyby być najwyżej niewolnikami prawdziwych czarodziejów. Przebrnąć przez szkołę pomogła mu tylko świadomość, że jego ojciec też ją ukończył. Choć pewnie za jego czasów Hogwart był inny. Lucjusz żałował, że w nie mieli szansy nigdy o tym porozmawiać. Jego ojciec zginął, gdy chłopiec miał siedem lat, na rok przed tym, jak zakazano pojedynków magicznych na śmierć i życie. Malfoy prawie go nie pamiętał. Kojarzył słabo, że mężczyzna był wysoki, ale jego twarz znał już z portretu, nie wspomnień. Wydawało mu się, że mieli dobry kontakt, ale był tego pewien. Chyba często rozmawiali, bo Lucjusz pamiętał, jak zszokowało go, gdy jego przyjaciel powiedział, że do własnego ojca nie wolno mu odzywać się bez pytania. Na pewno to mężczyzna pierwszy raz wytłumaczył Malfoyowi, czym jest brudna krew.

Szlama to dziecko czarodzieja i zwierzęcia, przypomniał sobie Lucjusz.

Kiedy był młody, wydawało mu się to ważne. Chciał oczyścić świat z tej hołoty, a przynajmniej doprowadzić do tego, aby była traktowana odpowiednio, jak skrzaty lub inni podludzie. Teraz zwątpił, czy to ma sens. Mugolaków i czarodziejów półkrwi było za dużo, rozplenili się jak zaraza. I w gruncie rzeczy, nieszczególnie zawadzali. Dopóki parzyli się pomiędzy sobą i nie próbowali wnosić swych herezji do domów prawdziwych ludzi, można było żyć koło nich. Może ze wstrętem, może z żalem, że właśnie kończy się świat magii, ale bezboleśnie. Czy warto było dla jakiejś mrzonki ryzykować życiem Narcyzy, znosić tortury, narażać się codziennie na gniew szalonego czarnoksiężnika? Lucjusz z każdym dniem wątpił w to coraz bardziej. Przerażało go jednak, że zaczyna myśleć jak zdrajca. Czarny Pan zaglądał do jego umysły częściej niż kiedykolwiek, mimochodem, zawsze jakby przy okazji. Pewnie szukał pierwszych oznak nielojalności. Lucjusz bał się, że je znajdzie. I tym razem go zabije. Powoli, bo tak kończą zdrajcy.

Im dłużej Malfoy zwlekał z decyzją, tym bardziej ryzykował. Musiał znaleźć jakieś rozwiązanie szybko, zanim Czarny Pan zrozumie, że w ogóle go szuka. Malfoyowi przychodziły do głowy tylko dwie osoby, które mogłyby mu pomóc. Zabini jednak szybko odrzucił, była zbyt słaba, aby mierzyć się z Voldemortem i nie sądził, aby dla niego odważyła się tak zaryzykować. Pozostawał więc właściwie tylko Dumbledore.

Ten plan był tak absurdalny, że nawet mógł się udać. Dyrektor szczycił się tym, że daje ludziom drugą szansę, a nawet jeśli były to tylko puste zapewnienia – na pewno nie pogardziłby wiedzą, jaką Malfoy mógłby mu zaoferować. Był przy tym na tyle potężny, aby zapewnić ochronę jego rodzinie. Jedynym problemem pozostawało to, czy uwierzyłby Lucjuszowi, nawet gdyby temu udało się jakoś z nim skontaktować. Pewnie wszedłby do umysłu mężczyzny tak, jak Czarny Pan… Na samą myśl Malfoya przechodziły dreszcze. Poza tym, gdyby się na to zdecydował, na zawsze już zostałby wyrzutkiem. Stare rody by go wyklęły, a reszta nigdy nie zaakceptowała – nie po tym, co robił w czasie pierwszej wojny. Ale Draco i Narcyza byliby bezpieczni.

W dodatku Lucjusza dręczyło wrażenie, że już kiedyś rozmawiał z Dumbledore'em o tym, choć było to niemożliwe.

– Znowu odpłynąłeś – powiedziała Narcyza, podając mu rękę. Wzdrygnął się, pokręcił głową i podniósł gwałtownie, łapiąc za krawędź wanny. W pewnym momencie stracił jednak równowagę i kobieta złapała go za ramię, próbując utrzymać. Razem wpadli do wody, rozpryskując ją na pół łazienki. Lucjusz zacisnął zęby, aby nie krzyknąć, zamknął oko. Po chwili poczuł, jak Narcyza dotyka jego policzka i spojrzał na nią bez zrozumienia. Siedziała na jego kolanach dziwnie skręcona, z nogami przewieszonymi przez krawędź wanny. Wilgotna szata przylgnęła do jej ciała, a kok przekrzywił się na bok głowy.

– Będzie dobrze – wyszeptała.

Skinął głową, a następnie pocałował Narcyzę gwałtownie i zachłannie, tak, jakby robił to ostatni raz w życiu.

xxx

Jeden z wykładowców spytał Tonks kiedyś: jak bardzo możesz się pobrudzić, zanim zwymiotujesz?

Był nieco ekscentrycznym patologiem, a w tamtym momencie na pewno nie myślał o przenośnym znaczeniu tego zdania. Po prostu stał z grupką studentów nad trupem o bardzo nieszczęśliwym wyrazie twarzy i próbował prowadzić zajęcia. Jednak jego słowa wbiły się w pamięć Tonks i wracały w zupełnie nieodpowiednich momentach.

Jak bardzo możesz się pobrudzić…?

Siedziała pod wielkim, barwnym parasolem na rogu ulicy, której nazwy nie znała, gdzieś w Rio de Janeiro. Gdyby miesiąc temu ktokolwiek powiedział jej, że wybierze się do Ameryki Południowej uzbrojona jedynie w mugolską mapę, portugalski słownik i garść galeonów, odparłaby pewnie, że brzmi to świetnie ale zupełnie nieprawdopodobne. Choć może innymi słowami.

A jednak była tu od czterech dni i jakoś sobie radziła. Zaczęła od kupienia różdżki w sklepie na tyłach mugolskiego zakładu tatuaży – adresy kluczowych magicznych miejsc sprawdziła dokładnie jeszcze w domu. Sprzedawca okazał się hałaśliwym, smagłym mężczyzną, który umiał może dziesięć słów po angielsku, ale i tak okazał się zaskakująco zrozumiały. Ostatecznie dogadali się na migi, co było całkiem zabawne. Tonks z jego sklepu wyszła zaopatrzona w nową, dziwnie ciężką różdżkę i adres hoteliku, który prowadziła jego żona, przyjaciółka albo siostra – tego nie była pewna. Polecone miejsce okazało się na tyle przyjemne i tanie, że postanowiła się tam zatrzymać, szczególnie, że żona, siostra bądź przyjaciółka sprzedawcy różdżek potrafiła całkiem dobrze mówić po angielsku. Tonks dostała malutki pokoik obok chińskiego malarza, który zajmował się głównie przesiadywaniem na progu hotelu i pytaniem wszystkich ładniejszych dziewcząt, czy zechcą zostać jego muzami. Tak na oko miał koło stu lat.

Do tego momentu wszystko szło dobrze, ale aurorka nie potrafiła się rozluźnić. Najbardziej dręczyła ją świadomość, że na swoje śledztwo ma niecałe dwa tygodnie. Za każdym razem, kiedy o tym myślała, miała ochotę śmiać się z własnej naiwności.

Zaczęła od kupienia nowych ubrań, ponieważ wydawało jej się to najłatwiejsze. Korzystając ze wskazówek właścicielki hotelu skoczyła na magiczną ulicę handlową i przeżyła pierwszy szok.

W Rio de Janeiro nikt nie nosił szat, pomijając może jakichś zagubionych, europejskich turystów. A przynajmniej Tonks stroju, jaki królował na brazylijskiej ulicy, szatą by nie nazwała. Odsłaniał za dużo… wszystkiego. Nóg, rąk, torsu. Tonks uważała się za liberalną, bo czasami nosiła mugolskie podkoszulki, ku szczeremu zgorszenie swojej matki. Ale naprawdę nie była przygotowana na to, że w biały dzień natknie się na dziewczynę w swoim wieku ubraną głównie w pióra i amulety, na którą nikt nie zwracał większej uwagi. Choć na szczęście okazała się skrajnym przypadkiem, a typowe ubrania zasłaniały odrobinę więcej. Na pewno jednak nie przypominały skromnych, europejskich szat. Większość osób nosiła albo stroje mugolskie, albo coś na kształt przydługiej koszulki bez rękawów. Ten drugi ubiór najczęściej był jednolicie biały, rzadziej ktoś decydował się na jaskrawe kolory. Ciemnych, stonowanych barw tak typowych w Anglii tutaj nikt prawie nie nosił, chyba że chodziło o dżinsy lub inne spodnie. Za to ludzie uwielbiali dodatki i to one wynagradzały fakt, że same czarodziejskie stroje wyglądały raczej monotonnie. Tonks w życiu nie widziała tylu amuletów, naszyjników czy bransolet. Nosili je mężczyźni, zakładały kobiety, szczególnie kochały dziewczyny.

I pióropusze! Tonks przez godzinę nie natknęła się na ani jedną tiarę, za to zobaczyła pełno pióropuszy, od całkiem skromnych po konstrukcje, które prawdopodobnie istniały tylko dzięki magii. Dziewczyna nie mogła się na nie napatrzeć.

Kiedy już trochę ochłonęła i przemyślała sprawę, zdecydowała się kupić tę dziwną, białą niby–szatę, naszyjnik z muszelek i parę dziwnych bransoletek, które choć wyglądały jak powiązane sznurkiem amulety, chyba jednak były niemagiczne. Zmieniła też swoje włosy na czarne i wplotła w nie pojedyncze pióro papugi, a własną cerę przyciemniła odrobinę, jakby była mocno opalona. Dzięki temu przestała się aż tak wyróżniać. Oczywiście mogła całkowicie upodobnić się do tubylca, ale wtedy trudno byłoby jej wytłumaczyć, dlaczego nie zna języka. Wolała więc udawać turystkę, ale przy tym nie przyciągać zbyt wielu spojrzeń.

W tym momencie skończyły jej się proste zadania, więc zaczęła się… brudzić.

Dobrą informacją było to, że w Brazylii wciąż istnieli ludzie, którzy interesowali się katastrofą sprzed lat i wcale nie było tak trudno do nich dotrzeć. Złą, że okazali się zbiorowiskiem odstręczających indywidualiów, których zaklęcie Emily ciekawiło z niekoniecznie dobrych powodów. Tonks dość szybko odkryła, że dla mętów z Rio rozszyfrowanie formuły tego czaru było czymś w rodzaju sportu. Niektórzy obstawiali, kiedy zostanie użyte kolejny raz, gdzie albo przez kogo. Inni po prostu starali się ten wyczyn powtórzyć. Problemem okazało się więc nie tyle znalezienie osób zainteresowanych tematem, co zorientowanie się, z kim warto rozmawiać. Zwłaszcza, że gdy zaczynała zadawać zbyt szczegółowe pytania, ludzie robili się nerwowi i podejrzliwi. Szybko zorientowała się więc, że lepiej jest udawać osobę lekko nierozgarniętą, roztrzepaną i zafascynowaną nawet najbzdurniejszymi teoriami. Grała angielską turystkę, którą trochę interesuje czarna magia, ale przede wszystkim czarnoksiężnicy. Wpatrywanie się z zachwytem w ludzi, których miała ochotę zdzielić szpadlem i zakopać na rozstajach, opanowała do perfekcji. Dawało to efekty, choć nieznaczne, głównie przez to, że nie znając żadnego z popularnych tutaj języków miała ograniczone pole manewru. W końcu udało jej się jednak wyłapać imię, które pojawiało się podejrzanie często, kiedy rozmowy schodziły na temat klątwy Emily. Jeden z mężczyzn poznanych wczorajszej nocy obiecał, że przedstawi ją temu człowiekowi. Siedział właśnie przy niej tak blisko, że stykali się ramionami. Co jakiś czas niby dla żartów kładł dłoń na jej odsłoniętym kolanie, a ona śmiała się i ją strącała. Droczyła się. Nigdy w życiu nie pomyślałaby, że będzie droczyć się z przestępcą. Gdy patrzyła na jego twarz, właściwie całkiem sympatyczną, nie mogła zapomnieć o tym, jak chwalił się wczoraj. Mówił o tym, że na rozkaz swego szefa torturował człowieka, który pożyczył od nich kiedyś pieniądze. Na końcu połamał mu nogi i rzucił różdżkę na drugi koniec pokoju i rozkazał mężczyźnie czołgać się do niej.

Wszyscy przy ich stoliku śmieli się z tej historii, więc śmiała się też Tonks, choć chciała płakać ze złości. Od czterech dni powtarzała sobie, że to nie jej sprawa, nie zbawi całego świata i przestępcy to sprawa brazylijskich aurorów, ale to nie pomagało. Tym bardziej, że te potwory traktowały ją jak swoją, jakby wyczuły w niej bratnią duszę.

Jak bardzo możesz się pobrudzić…

W dodatku czarnoksiężnik, z którym siedziała i sączyła właśnie drinka myślał, że w zamian za tę drobną przysługę – zapoznanie z jego przyjacielem – prześpi się z nim. Nie mogła go winić, bo wczoraj sama to zasugerowała, byle tylko się pospieszył. Patrzyła więc na miły uśmiech faceta, który zarabiał na życie w brutalny sposób ściągając długi, i chciało jej się rzygać.

Jak bardzo…

Ktoś podszedł do stolika i Tonks uniosła wzrok, mrugając gwałtownie, bo obcy stanął tak, aby mieć za plecami słońce.

– Jestem Estevan – przedstawił się.