Rozdział 26
Minęło kilka tygodni od kiedy Michelle przeniosła swój umysł do ciała Avatara, stając się z nim jednością. Obudziła się z widokiem Titee przed jej twarzą. Był to kolejny dzień z obowiązkami, których wykonywanie w większości to przyjemność. Do nich z pewnością zaliczały się polowania. Już nawet nie miało znaczenia na co, byle tylko móc poczuć tę samotność w lesie. Obcowanie z dziką nieskażoną ludzką działalnością przyrodą, mogło dostarczyć wielu wrażeń.
-Titee. Titee! -wołała budząc go.
-Co? -odpowiedział ledwo otwierając oczy.
-Idę na polowanie.
-To idź. -przekręcił się na bok.
-Co chcesz?
-Gromowoła. -mruknął.
-Wiesz co, głupi jesteś.
-Tylko żartowałem. Ja jeszcze pośpię, a ty jak chcesz to idź.
-O nie, wstawaj! Musimy zdobyć jedzenie nie tylko dla nas, ale też i dla innych.
Kiedy Michelle wylazła z ich wspólnego hamaka, rozejrzała się po wnętrzu drzewa i stwierdziła, że jest jedną z niewielu osób, która jest już na nogach. W środku panował jeszcze półmrok, zaś na dole z wolna tlił się ogień. W drodze na dół zaszła do ich wspólnego schowka, w którym przechowywane były bronie i ubrania. Wzięła z niego łuk i kilka strzał. Schodząc na dół przywitała się kilkoma osobami, które też już wstały. Był tam także Jake szykujący wyprawę po Gromowoły.
-Chcecie uczestniczyć w wyprawię po Gromowoły? -zapytał ich oboje.
-Właśnie ja z Titee idziemy na Yeriki. Chyba codziennie na nie polujemy. -odpowiedziała Michelle.
-Wiem o tym. Nie tylko wy się staracie. Mięso z Gromowołów starczy na dłużej, to zaś da nam naszym myśliwym nieco odpoczynku. Tyle, że Gromowoły są dość daleko i ściągnięcie ich trochę potrwa. Możliwe, że wrócicie na drugi dzień. Jest to dość niebezpieczna wyprawa.
-Każde polowanie jest niebezpieczne. Ale, ja się zgadzam. -powiedziała Michelle.
-Jaa... też. -ziewnął Titee.
-Zatem zbieram pozostałych i ruszajcie. Ja zaś muszę się zająć pozyskaniem nowych Pa'li dla naszego rozrastającego się klanu. Dodatkowo mam na uwadze Neytiri, gdyż czas porodu jest bliski. Może dziś, może jutro. Nie wiem.
Wszyscy w klanie byli tym faktem bardzo przejęci, że ich Olo'eyktan i jednocześnie Toruk Makto doczeka się potomka. Każdy zastanawiał się czy będzie to chłopiec czy dziewczynka. Dziecko wodza i jednocześnie ich wybawiciela, było tym najważniejszym jakie miało przyjść w klanie Omatikaya. Bowiem dobry ojciec, to jednocześnie dobry wódz ich plemienia. Jednocześnie nikt nie starał się przeszkadzać i zawracać zbędnymi sprawami obecnej Tsahik. Coraz częściej odpoczywała, leżąc w jednej z niżej położonych komnat. Zaś wejść i wyjść z hamaku pomagał jej Jake. Nie chciał, żeby przypadkiem coś jej i dziecku się stało.
Gdy Jake poszedł po resztę, Michelle z Titee zostali razem z nieco zmienionymi planami na dzień. Poszli więc na górę po Ikrany.
-No cóż bywa i tak. Zapowiada się długi dzień. -powiedział Titee.
-Tym się nie martwię. Bardziej jestem ciekawa dziecka Tsahik.
-No, ja również. -dodał Titee.
-Mam nadzieje, że nie przegapimy narodzin.
W tym czasie myśliwi na Pa'li pognali już na północ, zaś Michelle i Titee za nimi. Mieli za zadanie pomóc im w ustrzeleniu ich, jak też stanowić ochronę przed Thanatorami, w tym czasie gdy oni będą je transportować. Lecąc we wczesnych godzinach porannych, widzieli wschód czerwonej tarczy słońca na tle kilku chmur. Dzień zapowiadał się jak co dzień, choć mając na uwadze nieprzewidywalność pogody, wiele mogło się zmienić. Robiło się coraz cieplej i unosząca się mgła nad lasem zaczęła zanikać. Pod nimi widzieli lecące stado Tetrapteronów udające się na poranny żer. Nieco obniżyli lot, żeby im się nieco lepiej przyjrzeć. Kiedy lecieli obok nich, nagle ptaki rozleciały się we wszystkich kierunkach.
-Chyba je wystraszyliśmy. -powiedziała Michelle.
-Chyba ... -nie dokończył zdania, gdy spostrzegł wielki cień.
-Pikuj szybko! -dodał krzykiem Titee.
W ich kierunku rzuciła się wielka czerwona skrzydlata bestia. Szczękami próbowała chwycić Ikrana Titee, a jak to się nie udało, zainteresował się Michelle. Nieco się od siebie oddalili, sprawnie omijając kolejne drzewa, chcąc zgubić bestie. Obniżyli lot jeszcze bardziej, wlatując w bardziej gęsto rosnące drzewa. Wtedy też stworzenie przestało ich gonić. Ryknęło niezadowolone z powodu nieudanego polowania. Oni zaś widząc, że niebezpieczeństwo minęło wylądowali na drzewie, uczepiając się jednego z nich.
-Niech zgadnę Toruk? -zapytała Michelle szybko oddychając.
-Dokładnie.
-Powiem Olo'eyktanowi, że nasz wybawca chciał nas zjeść.
-Przecież to nie ten sam.
-To jest ich więcej? -zapytała nieco zaskoczona Michelle.
-O tak, zdecydowanie więcej. Jesteś zdziwiona, że nas zaatakował. Przecież Ikrany to jego główne pożywienie. My zaś jesteśmy na terytorium jego polowania.
-A ja myślałam, że nie mam się czego obawiać.
-Myślę, że sobie już odleciał. Teraz poszukajmy resztę.
Oderwali się od drzewa, ponownie wzbijając się w powietrze. Teraz rozglądali się naokoło, nie chcąc powtórki. Kiedy mijali rozległe tereny gęstego lasu, dostrzegli na trawiastych polanach spłoszone stado Yerików, które uciekało do pobliskiego lasu.
W końcu udało im się dogonić jeźdźców w późnych godzinach popołudniowych przy pobliskich wzgórzach, za którymi dostrzegli stado Gromowołów. Dali jeźdźcom znak, że tam się one znajdują. Jednocześnie będąc na granicy doliny Thanatorów, chcieli jak najszybciej zapolować i wracać.
Zaczęła się gra o zdobycie pożywienia. Nic tak nie popycha nas w niebezpieczeństwo, jak brak żywności, a dodatkowo z oddali dostrzegli pogorszenie pogody. Czarne chmury zaczęły zbierać się nad horyzontem. Słyszeli przy tym coraz głośniejsze dudnienie. Jeden z myśliwych na Pa'li ustrzelił Gromowoła z dzidy. Oni zaś na Ikranach wyprzedzili stado i przelatując nad nimi zmienili ich kierunek ucieczki w stronę bardziej otwartej przestrzeni. Wtedy też Michelle i Titee ustrzeli po jednej sztuce. Jednocześnie obserwowali z góry jak jeden z łowców na Pa'li zabija kolejnego Gromowoła strzałem z łuku. Cztery sztuki powinny wystarczyć na jakiś czas.
Odmówiwszy modlitwę i dziękując za udane łowy, szybko przymocowano je do Pa'li, po czym myśliwi udali się w drogę powrotną do Drzewa Domowego.
Zbliżała się burza i robiło się coraz ciemniej. Uznali, że trzeba poszukać jakiegoś schronienia w pobliskich wzgórzach, gdyż nie zdążą z powrotem przed nocą. Jaskinia wydawała się najbezpieczniejsza, gdyż nocowanie na otwartym terenie naraziło by ich na niebezpieczeństwo spotkania z polującymi w nocy drapieżnikami.
Udało im się znaleźć dość obszerną grotę skalną i obok niej złożono upolowane zwierzęta. Parę osób poszło po opał na ognisko, a jedna z pozostałych w środku osób, zajęła się rozpalaniem ognia. Tymczasem Titee udał się na jeszcze jedno polowanie, tyle że na coś mniejszego niż Gromowół.
Przedzierał się przez zarośla, które szumiały smagane wiatrem od zbliżającej się burzy. Po niebie przetoczyła się błękitna błyskawica i zaraz po niej nastąpił huk. Będąc na ziemi nie miał powodu do obaw, że zostanie nią trafiony, ale lot Ikranem w taką pogodę to już było czyste szaleństwo. Po pół godzinie szukania dostrzegł Yerika. Może nie duży, ale był wystarczający, żeby każdy z nich mógł zaspokoić swój głód. Schowany za drzewem naprężył łuk i w tym momencie kolejna błyskawica przetoczyła się po niebie, rozświetlając cały las. Wtedy też Yerik go dostrzegł, który rozpostarł swój kołnierz i wydał z siebie dźwięk podobny do śmiechu, podejmując się ucieczki. Titee nie czekał, a strzelił, trafiając go głęboko w bok. Trafione zwierzę trochę podbiegło, po czym zwaliło się na ziemię. Wtedy podbiegł do niego, podziękował Eywe za dar i zaczął z nim wracać.
Tym czasem w jaskini ognisko płonęło już na dobre. Michelle wyszła na zewnątrz oczekując swego ukochanego. Niebo przecinało wiele błyskawic od horyzontu, aż po jego kres. Burze na Pandorze zawsze są silne i gwałtowne, ale jednocześnie krótkie. Każdy z Na'vi wiedział, że wraz z jej pierwszymi oznakami należy szukać schronienia. W końcu Titee się zjawił, składając Yerika obok ogniska, którym zajęła się Michelle. W świetle ognia rozcinała go, wywalając niepotrzebne wnętrzności, ściągając z niego skórę i dzieląc go na porcje. Wszystko ułożono na tymczasowym ruszcie z mokrych patyków, które wystarczały do jego upieczenia, nim same spłoną.
Na zewnątrz wiatr przybrał na sile, zaś początkowo słaby deszcz, teraz padał na całego. A wszystko uzupełniały grzmoty i taniec błyskawic na niebie. Tymczasem w środku suchej jaskini, wszyscy którzy zebrali się wokół ognia, dzielili się prostym posiłkiem. Atmosfera była dość wesoła, gdyż łowy się udały i nikomu nic się nie stało. Michelle i Titee jedli obok siebie, jednocześnie nie rozmawiali, gdyż słuchali dyskusji starszych myśliwych. Zaciekawił ich temat o tym jak kilka pokoleń temu doszło do niezwykłej walki. Jeden z Na'vi wybrał się Ikranem na łowy. Kiedy wracał z Yerikiem do czekającego na niego Ikrana, został tam zaatakowany przez Palulukana. Wtedy też jego zmora stanęła w obronie, lądując pomiędzy jeźdźcem, a atakującą bestią. Wywiązała się walka w której jego Ikran został ciężko ranny w szyje. Sam Na'vi uciekł pozostawiając swą zmorę na powolną śmierć. Udało mu się zbiec przed Thanatorem, lecz miał wyrzuty sumienia do końca życia. Już nigdy więcej nie latał.
Michelle wyszła na zewnątrz, chcąc złapać świeżego powietrza. Deszcz ustał, a za chmur przedzierał się Polifen wraz z jego księżycami. Niebo coraz bardziej się wypogadzało, pozwalając ujrzeć jego gwiazdy. W oddali widać było znikającą za horyzontem burze. Rozbłyski były jeszcze długo widoczne, zaś dudnienie stopniowo cichło. Czuć było wilgoć i charakterystyczne zjonizowanie powietrza występujące zawsze po przejściu burzy. Zaś z jaśniejących roślin, słychać było skapujące krople wody. Cały otaczający ich lasu wydobywał z siebie taki dźwięk. Wtedy też udała się na spacer, podziwiając wielokolorową roślinność.
Idąc tak po mokrej trawie mijała wiele różnorodnych form życia. Takie jak duże świecące grzyby Oktofungus, których to czapy umożliwiały schowanie się przed deszczem. Inna z roślin świecąc swoimi nasionami, zwiastowała w ten sposób zagrożenie. Tak przynajmniej Titee jej powiedział. Inna z roślin miała dwa skręcone liście, wyrastające z jednego korzenia. Podeszła do niej bliżej, chcąc się jej przyjrzeć.
-Nie podchodź do niej. -usłyszała Titee za sobą.
-Czemu? -zapytała.
-Żuć obok niej swój nóż, a zobaczysz.
Zrobiła to, a roślina gwałtownie wykręciła swe liście w kierunku rzuconego przedmiotu, wysuwając przy tym swe ostre końcówki. Michelle wystraszyła się, robiąc przy tym krok do tyłu.
-Sama widzisz, lepiej się do tego nie zbliżać.
-Czy tu wszystko tylko zabija?
-Ogólnie większość roślin to tak. Chodź ze mną, pokaże ci coś bardziej ciekawego. Myślę, że ci się spodoba.
Wzięła ostrożnie nóż spod rośliny, ta zaś od razu wróciła do swego pierwotnego kształtu. Szła za nim, chcąc zobaczyć co miał na myśli. Po drodze mijali wiele rosnących pióropuszników. Czasami trącała którąś roślinę swym ogonem, słysząc przy tym spadające z niej krople rosy. Chcąc zaspokoić swe pragnienie, zatrzymała się przy liściu dzbanecznika wypełnionego wodą z padającego deszczu. Ujęła liścia w swe dłonie, po czym nachyliła go do swych ust. Strumyk świeżej, połyskującej błękitem cieczy, ukoił jej suche spragnione usta. Kiedy puszczała roślinę, kilka kropel wody z krawędzi, zrosiło jej czoło. Tymczasem Titee patrzył się na nią jak zahipnotyzowany.
-Miałeś mi chyba coś pokazać? -zapytała Michelle, kiedy się obróciła.
-No miałem... chodźmy. -z trudem powrócił do rzeczywistości.
Titee otrząsnął się, prowadząc ją dalej pośród bogatej i pięknej roślinności Pandory. Same podłoże pod ich stopami mieniło się zarówno zielenią jak i błękitem, a czasem czerwienią. Wysokie drzewa szumiały swymi liśćmi, poruszane delikatnym wiatrem. Zaś pośród ich gałęzi przebijał się swym blaskiem błękitny Polifen. W końcu dotarli do niewielkiej otwartej przestrzeni.
Zobaczyła niewysoko rosnąco roślinę o skręconym pniu. Titee przykucnął obok niej, a Michelle zrobiła to samo.
-Chcesz zobaczyć coś niezwykłego, to weź swój warkocz i przyłóż do niej. -powiedział Titee.
-Ty chyba żartujesz. To bezpieczne? Po ostatnim spotkaniu mam pewne obawy. -pokręciła głową.
-Tej rośliny się nie bój. Po prostu zrób to.
Nareszcie zdecydowała się to zrobić. Ku jej zdziwieniu zobaczyła rozległo polane, a wokół niej las. Nagle krzyknęła wystraszona, odskakując przy tym do tyłu.
-Właśnie widziałam dwa Palulukany, które przebiegły tak jakby obok mnie.
-Gdzie, jakie miejsce widziałaś, dokąd biegły? -natychmiast ją zapytał.
-Tam gdzie dzisiaj polowaliśmy. Biegną chyba w naszym kierunku. -stwierdziła z przerażeniem.
-One najpewniej wyczuły nasze upolowane zwierzęta, zaś myśliwi pewnie już śpią. Jeśli nie zdążymy ich ostrzec, to sama wiesz jak to się skończy.
Na ich twarzach wymalował się strach. Tym większy, że sami mieli za broń jedynie nóż. Zaś na Palulukana to za mało, a co dopiero mowa o dwóch. Zaczęli biec co tchu, jednocześnie oglądając się za siebie. Ucieczka w nocy przed Palulukanem na nieznanym bliżej terenie, może skończyć się nawet zabłądzeniem. Tymczasem on nie odpuszcza, mogąc tropić cię nawet kilka dni. Jego czuły węch znajdzie cię z odległości kilkunastu kilometrów. Ucieczka na drzewo tylko pozornie wydaje się najlepszym wyjściem. Na co niektóre potrafi się dość wysoko wdrapać, a jeśli to się nie uda, odejdzie. Lecz to tylko na pozór, gdyż on tym czasem, gdzieś w okolicy będzie się czaił. Czekając, żeby cię pochwycić na otwartym terenie.
Piękno krajobrazu zmieniło się teraz w kolorowy koszmar. Wiedzieli jak szybko potrafią biegać Palulukany. Właściwie jest to najszybsze lądowe zwierze na tej planecie. Biegnąc omijali różnego rodzaju gałęzie leżące na ziemi, nie chcąc spowodować trzasku ich łamaniem. Ich wyjątkowo czuły słuch, zwrócił by na to natychmiast uwagę.
W końcu las się przerzedził i trafili do ich tymczasowego obozowiska. W środku palił się jeszcze ogień i tak jak przewidywał Titee, wszyscy spali. Wpadł do środka robiąc im niespodziewaną pobudkę wraz z informacją o dwóch zbliżających się Thanatorach. Wtedy też od razu poderwali się z miejsca. Ktoś zgasił ogień mając nadzieję, że może ich nie zobaczą. Chwycili swe włócznie i łuki, będąc gotowi do walki. Wyczekiwali ich u wejścia do jaskini, koło której leżały upolowane gromowoły.
Z jasnego lasu zaczęły wyłaniać się dwie ciemne sylwetki. Podniosły głowy węsząc i rozglądając się dookoła. Udały się w kierunku ich upolowanych zwierząt. Leżące na ziemi Pa'li instynktownie poderwały się, wyczuwając nadchodzące drapieżniki i uciekły do lasu. Tym się jednak nie przejmowali, gdyż można było je odnaleźć. Bardziej przejmowali się tym jak odpędzić dwa Palulukany, doskonale widoczne w świetle Polifena, które będąc koło upolowanych Gromowołów, zaczęły je obwąchiwać. Jeden z nich zaczął się szarpać ze skórą zwierza, zdzierając ją. Widzieli jak ich trudno zdobyte jedzenie dla klanu, jest kradzione przez dwa wygłodniałe Thanatory.
Teraz nie mając wyboru, tracąc przy tym żywność, wybiegli krzycząc chcąc je odgonić. Lecz nie odniosło to zamierzonego skutku, a stało się wręcz przeciwnie. Straciły zainteresowanie zwierzyną, a zainteresowały się nimi. Łowcy w odpowiedzi wypuścili strzały, które często chybiając, odbijały się od ich grubej, trudnej do przebicia skóry. Ktoś wypuścił włócznię, raniąc jednego z nich w przednią nogę. To go rozwścieczyło, rzucając się w kierunku łowców. Będąca w tej grupie Michelle, podobnie jak reszta myśliwych rozbiegła się. Miała z sobą łuk i kilka strzał w zapasie, które niewiele robiąc, znikały w zastraszającym tempie. Ostatnia strzała raniła Thanatora w pysk. Wtedy rozwścieczony Palulukan rzucił się w jej kierunku, po czym został zatrzymany przez Ikrana Michelle, który stanął między nią, a bestią.
Zwierzęta zmierzyły się wzrokiem i jedno na drugie zaryczało. Palulukan chwilę zastanawiał się, po czym rzucił się na Ikrana. Obydwa gryząc się zębami i kalecząc pazurami, walczyły ze sobą. Ikran próbował poderwać się do lotu, ale ten go pochwycił zębami za ogon uniemożliwiając ucieczkę. Zmora odwróciła się próbując go zranić szponami skrzydeł i atakować zębami, lecz bez skutku. Wtedy Thanator puścił ogon i jednym mocnym skokiem, rzucił się na niego. Oparł się swoimi przednimi łapami na nim, powalając Ikrana na ziemię. Leżący na grzbiecie, był bezradny wobec siły i ciężaru Thanatora. Zszokowana tym widokiem Michelle, chwyciła jedną z rzuconych na ziemi włóczni. Następnie biegnąc, skierowała się w kierunku Palulukana, szykującego się do zadania ostatecznego śmiertelnego ruchu. Przed zadaniem ciosu, podskoczyła i całej siły napierając na włócznie, przebiła bok Thanatora. Blisko połowa dzidy, utknęło w środku jego ciała. Zwierzę głośno zaryczało, czując przeszywający ból. Michelle odsunęła się patrząc jak Thanator pada, przygniatając jej Ikrana. Drugi Palulukan poraniony od strzał i włóczni, słysząc ciężko rannego towarzysza uciekł do lasu.
-Pomóżcie mi. Proszę! -krzyczała, próbując zwalić Thanatora z jej Ikrana.
Każdy miej lub bardziej poraniony natychmiast przybiegł, spychając wpół żywo bestie. Odsunęli się, patrząc jak mocno poraniony na całym ciele Ikran próbował wstać. W końcu mu się udało.
-Mój Ikran! Powiedz, że nic mu nie będzie. Titee słyszysz. Powiedz, że nic! -krzyczała ze łzami w oczach.
Nim odpowiedział, chwile patrzył zszokowany widokiem twarzy i ciała Michelle, zlanej jej i Ikrana krwią.
-Ma dość poważne rany, ale nic mu nie będzie. Może nawet uda ci się na nim wrócić. Michelle jeszcze jedno, o czymś zapomniałaś. -powiedział wskazując na Thanatora.
Zwierze leżało wpatrując się w nią swymi ślepiami. Ciężko oddychało, mając uszkodzone płuco, zaś z pyska wydobywała się coraz intensywniej krew. Podeszła do niego i klękając przy nim, wyciągnęła swój nóż. Ostrożnie skierowała go do otworu oddechowego, a następnie mocno pchnęła ostrzem, kończąc jego cierpienie słowami:
-Twój duch udaje się Eywy. Zaś twe ciało zostaje, stając się częścią ziemi.
Następnie Michelle podeszła do swego Ikrana, biorąc jego głowę w swoje ręce.
-Poczekaj na mnie, muszę tylko czegoś poszukać.
Udała się do lasu w poszukiwaniu Paywllu, rośliny znanej z przyspieszania gojenia ran. Znalazła kilka krzewów rosnących w różnych miejscach lasu. Wzięła z każdego nie więcej jak połowę liści, bojąc się zranienia przez wystrzeliwany kolec, gdy zbierze się ich za dużo. Rozgniotła je na dużym liściu w zieloną papkę. Podeszła z tym do swego Ikrana i gdy klękała, chwyciła swój warkocz chcąc nawiązać z nim Tsahylu. Wtedy przysiadł się do niej Titee.
-Nie musisz tego robić. -powiedział, łapiąc jej rękę.
-Nie przeszkadzaj! -syknęła w złości na niego, ukazując swe kły. -Ja po prostu chcę wiedzieć czy dobrze robię. -spokojnie dodała.
Już więcej się nie odzywał, zaskoczony jej nerwowo reakcją. Patrzył tylko jak wypełnia jego rany tą maścią. Często przy tym syczała, w reakcji na początkowe pieczenie. W końcu przesmarowała wszystkie rany i rozłączyła Tsahylu. Michelle wróciła do środka, zaś jej Ikran udał się na pobliskie drzewo, żeby tam wypocząć. Wszyscy w jaskini długo nie mogli zasnąć, mając w pamięci dzisiejsze nocne wydarzenia.
