Freja: No nie, rozpracowałaś mnie ;) Tak naprawdę chętnie zamieszczałabym rozdziały co drugi dzień, ale ostatnio tłumaczenie idzie mi wolniej, między innymi dlatego, że skupiam się teraz na "Jedwabnej Nici", którą bardzo zaniedbałam, a chcę mieć zawsze w zapasie kilka przetłumaczonych rozdziałów do przodu :)

Jamie Grant: Oj tak, robi się coraz goręcej... rozdziały o fortecy to w ogóle jedne w moich ulubionych rozdziałów w tym opowiadaniu :) Rating wynika po części z ratingu oryginału, a po części z mojego własnego stereotypowego myślenia, które wyższe ratingi wiąże nierozerwanie ze scenami erotycznymi, a nie ze scenami przemocy – mój błąd, wiem! Zastanawiałam się swego czasu nad ratingiem K+ i teraz coraz bardziej się do niego skłaniam. Dzięki za refleksję – ratingi to kolejna rzecz, której jeszcze nie ogarnęłam jako tłumacz ^^

MadWoman98: Szczerze mówiąc ja i tak jestem zdumiona, że doczekałam się już tylu komentarzy – nie spodziewałam się takiej ilości nawet po zakończeniu tłumaczenia! Bardzo mnie cieszą :) Za oczekiwanie dziękuję i zapewniam, że sequel pojawi się tuż po zakończeniu tego przekładu!

Zapraszam do czytania :)

Odparcie Fenrira

Kiedy Greyback rzucił się w ich stronę, Remus odepchnął Harry'ego na bok. Chłopiec upadł na ziemię, prosto pod nogi jednego z zakapturzonych Śmierciożerców. Wyciągnął rękę, zabrał mężczyźnie różdżkę i wrzasnął Drętwota! jednym, płynnym ruchem. Jego wróg padł jak długi na ziemię ze zdumieniem zastygłym w oczach. Harry podniósł się, wyrzucił rękę w powietrze i posłał do góry fontannę czerwonych iskier, po czym odwrócił się, by podbiec do Remusa, ale wtedy na jego szyi zacisnęły się czyjeś ręce. Chłopiec walczył zaciekle kopiąc i rzucając się, ale ręce uniosły go do góry, jakby był szmacianą lalką, i powoli zaczęły się zaciskać. Zasnutymi mgłą oczami Harry widział, jak Remus i Greyback walczą ze sobą; obaj mieli obnażone zęby i chłopiec po raz pierwszy w życiu był świadkiem, jak wilk próbuje uwolnić się z ludzkiej powłoki.

Nagle, gdy Harry już myślał, że zaraz straci przytomność, usłyszał pełen wściekłości ryk w głębi korytarza. Uniósł powieki i zobaczył Kingsley'a, który wraz ze Snape'em biegł w ich kierunku. Mistrz Eliksirów uniósł różdżkę, wykrzyknął coś, czego Harry nie zrozumiał do końca i nagle uchwyt na jego szyi poluzował się. Chłopiec upadł na ziemię, przewrócił się na plecy i zauważył, że ciało nieprzytomnego Śmierciożercy zaraz go przygniecie; szybko odturlał się na bok i został boleśnie podźwignięty do góry przez Snape'a; włosy mężczyzny były rozczochrane, przez czoło biegło spore rozcięcie, a w oczach czaił się cień szaleństwa.

- Rusz się, Potter! - wrzasnął i zaczął ciągnąć Harry'ego w dół tunelu.

- Zaraz! Niech pan poczeka! - chłopiec wyrwał ramię z uścisku profesora. - Nie zostawię tu Remusa!

- Kingsley się tym zajmie - powiedział ostro Mistrz Eliksirów. Kiedy Harry znów chciał zaprotestować, mężczyzna potrząsnął nim. - Nic mu nie będzie, Potter; Lupin potrafi się o siebie zatroszczyć.

Harry jeszcze raz spojrzał za siebie, po czym pozwolił, by Snape pociągnął go ze sobą.

- Dokąd idziemy?

- Jak najdalej od Greybacka - odparł nauczyciel. - Zjedzenie przez niego jest ostatnią rzeczą, jakiej potrzebujemy.

Harry uśmiechnął się mimo woli i już miał rzucić jakiś komentarz, gdy Snape zatrzymał się tak gwałtownie, że chłopiec prawie się przewrócił wpadając na niego. Dłoń mężczyzny zacisnęła się na jego ramieniu.

Znaleźli się w tym samym korytarzu, który opuścili kilka chwil temu; Remus i Greyback wciąż walczyli zajadle, na ziemi leżał jeden ze Śmierciożerców, a nieco dalej Kingsley pojedynkował się z dwoma innymi. Harry obserwował przez moment tę scenę w zdumieniu, po czym zrobił krok do tyłu i wyjrzał za róg, który właśnie minęli; jego oczom znów ukazali się Remus i Kingsley, ale tym razem na ziemi leżało nieruchomo dwóch Śmierciożerców.

- On wie, że tu jesteśmy - mruknął obok niego Snape. - Bawi się z nami.

- Na co on czeka? - warknął Harry. - Dlaczego po prostu tu nie przyjdzie i nas nie wykończy, zamiast żonglować korytarzami?

Snape milczał przez chwilę, ale w końcu odpowiedział.

- Czeka na odpowiedni moment.

Zaskoczony tymi słowami, Harry odwrócił się, by spojrzeć na mężczyznę i zauważył, że ten przygląda mu się z dziwnym błyskiem w oczach.

- Ruszcie się! BIEGNIJCIE!

Kingsley pędził korytarzem machając wściekle różdżką; Remus był tuż za nim – kilka ran na jego twarzy dość obficie krwawiło, ale wydawało się to nie robić na nim żadnego wrażenia, kiedy biegł w stronę Harry'ego i Snape'a.

Za nimi widać było posiłki, które przysłał Voldemort.

Powrócili dementorzy.

Tunel natychmiast wypełnił przenikający do kości chłód; Harry poczuł, że zaczyna drżeć; jego oddech wylatywał z ust w postaci pary. Cofnął się, gotów do ucieczki, ale Mistrz Eliksirów zatrzymał go.

- Nie mamy dokąd uciec - stwierdził.

Harry wbił w niego szeroko otwarte oczy, ale zrozumiał, co profesor ma na myśli – jeśli pobiegną dalej, korytarz znów doprowadzi ich do miejsca, w którym stali. Voldemort złapał ich w pułapkę.

- Co robimy? - zapytał chłopiec, gdy Kingsley i Remus pojawili się obok nich.

- Idziemy naprzód - powiedział auror.

- Nie możemy! - zaprotestował Harry. - Będziemy kręcili się w kółko!

Cała czwórka spojrzała w głąb korytarza modląc się o jakieś rozwiązanie. Harry wyciągnął różdżkę i zrobił krok do przodu. Czy po wszystkim, co przeszedł, po tym, jak już raz odpędził dementorów, tak właśnie zginie? Wyssanie duszy wydało mu się nagle o wiele gorszym rodzajem śmierci od bycia zabitym przez Voldemorta. Chłopiec uniósł różdżkę i w tym momencie korytarz jakby drgnął; Harry zamrugał wściekle próbując znów skupić wzrok, ale kiedy rozejrzał się, zauważył, że nie tylko jego oczy szwankują – Kingsley, Remus i Snape też wyglądali na zdezorientowanych.

Korytarz znów drgnął; Harry zatoczył się i razem z pozostałymi trzema mężczyznami wpadł na ścianę po ich lewej stronie. Tunel przesunął się, a w końcu zaczął się obracać. Mocne szarpnięcie rzuciło Harry'ego do przodu, na Remusa; mężczyzna zdołał go jednak złapać, zanim obaj upadli na ziemię. Chłopiec zauważył, jak dementorzy mijają ich, a następnie całkowicie znikają.

Korytarz przeniósł ich do zupełnie innej części fortecy Voldemorta. Wraz z dementorami zniknęli także Śmierciożercy i Greyback – zostali w poprzednim miejscu.

- Co to było? - zapytał Harry próbując wstać, kiedy tunel się zatrzymał. Spojrzał wyczekująco na Snape'a, jednak mężczyzna wyglądał na równie zdumionego, jak wszyscy pozostali. - Voldemort nie uratowałby nas; nie z własnej woli.

- Kingsley! - rozległ się za ich plecami pełen ulgi głos.

Bill i Charlie Weasley'owie stali ramię w ramię z uśmiechami wariatów na ustach, a między nimi – blada, zakrwawiona, ale z całą pewnością żywa – była Tonks.

- Jak wam się to udało? Tylko spójrzcie – nawet się nie pobrudzili... - zauważył Remus pełnym podziwu tonem; podbiegł do Tonks i chwycił ją w ramiona. - Nic ci nie jest?

- Wszystko w porządku - Tonks przytaknęła z twarzą wciśniętą w jego pierś. - Nic, czego nie można by wyleczyć... - uśmiechnęła się krótko.

- Znaleźliśmy Tonks tam, gdzie powiedział pan, że będzie - powiedział Bill do Snape'a. - Musieliśmy wyeliminować jakichś sześciu Śmierciożerców, zanim udało nam się do niej dostać.

Mistrz Eliksirów uśmiechnął się krzywo.

- Jestem pod wrażeniem, panie Weasley.

- Mamy to, po co tu przybyliśmy, więc wynośmy się - przerwał im Kingsley. - Lada chwila Voldemort wyśle przeciwko nam kolejne posiłki.

- Czy możemy się stąd aportować? - zapytał Charlie. Bill obrócił się szybko w miejscu, ale tylko upadł na kolana; w korytarzu rozległ się trzask nieudanej aportacji.

- Wygląda na to, że nie - stwierdził Snape zniechęcony.

- W takim razie jak się stąd wydostaniemy? - zdziwił się młodszy Weasley. - Gdzie w ogóle jesteśmy?

- Nawet ja nie byłem nigdy tak głęboko w tej fortecy - Snape pokręcił głową. Harry otworzył usta, by coś powiedzieć, gdy nagle pod jego czaszką eksplodował ogień; chłopiec wrzasnął i przycisnął rękę do blizny. Ból był tak potworny, że natychmiast zwymiotował. Po chwili poczuł, że podtrzymuje go kilka par rąk.

- Harry? - usłyszał przerażony głos Remusa. Jego pierś znienacka zalało uczucie dzikiej radości i Harry natychmiast zrozumiał, co się stało – dlaczego Bill i Charlie z taką łatwością odnaleźli Tonks, dlaczego dementorzy nie pokonali ich w lesie i dlaczego później nie zabił ich Greyback ze Śmierciożercami. Voldemort im na to nie pozwolił.

- On jest... szczęśliwy... - wydusił chłopiec przez zaciśnięte zęby i wrzasnął, kiedy poczuł, jak znów wypełnia go radość. - To... był... plan!

- O czym on mówi? - zapytał Bill niespokojnie. - O jaki plan mu chodzi?

- Severus nie wie nawet, gdzie jesteśmy... - powiedział ponuro Kingsley. - Zwabili nas tutaj.

Wokół rozległ się wysoki, mechaniczny pisk, który potwierdził ich najgorsze obawy. Wciąż oślepiony bólem, Harry poczuł, że sztywnieje. Remus objął go ramionami i zaczął delikatnie odciągać do tyłu.

Z ciemności wyłoniła się Bellatrix Lestrange, a za nią większość – jeśli nie wszyscy – najbardziej oddanych zwolenników Voldemorta. Obok kobiety stał Lucjusz Malfoy, którego długie blond włosy wiły się wokół ramion; usta mężczyzny wykrzywiał złośliwy uśmieszek. Harry poczuł, że Remus napina mięśnie u jego boku. Bill i Charlie wyciągnęli przed siebie różdżki, a Snape i Kingsley wysunęli się do przodu.

- Wasz pan wysłał was, żebyście odwalili za niego brudną robotę? - prychnął Bill. Lucjusz zaśmiał się sucho.

- O, nie – wręcz przeciwnie - odparł.

Kurz wokół nich zaczął unosić się i wirować. Nagle tuż przed nimi pojawiła się znikąd ubrana w czarną szatę postać; jej czerwonych tęczówek i przypominającej wężową twarzy nie sposób było pomylić, lecz mimo to Harry pragnął, by był to ktoś inny, ktokolwiek inny. Ból w jego bliźnie zwiększył się na moment, ale po chwili zupełnie zniknął i chłopiec w końcu mógł otworzyć oczy, by spojrzeć na swojego przeciwnika.

Niemal wszyscy obecni wpatrywali się w niego. Harry strząsnął z siebie ręce Remusa.

- Nie potrafisz sam ze mną walczyć? - warknął. - Postanowiłeś przyprowadzić ze sobą kolegów do pomocy?

- Są tutaj tylko po to, by zobaczyć, jak umierasz - syknął Voldemort. - Kiedy to się stanie, moi Śmierciożercy będą gotowi, by zająć się resztą waszego żałosnego Zakonu, i to raz na zawsze.

Harry wpatrywał się w czarnoksiężnika; w jego głowie rozbrzmiewały słowa Dumbledore'a.

Czekaj na odpowiedni moment.

Musiał wyprowadzić Voldemorta na polanę w Zakazanym Lesie... ale jak?

Jego serce zaczęło kołatać w piersi. Właśnie tej chwili się obawiał; będzie musiał walczyć – walczyć i przetrwać, by cały ten plan zadziałał. Nie mógł pozwolić, by Voldemort rzucił na niego zaklęcie zabijające zanim dyrektor da znak – wtedy wszystko pójdzie na marne! Harry ścisnął w dłoni różdżkę Śmierciożercy; walka z Voldemortem bez własnej różdżki będzie trudna... Ale on da z siebie wszystko.

- W takim razie na co czekasz? - zadrwił żałując, że jego głos nie zabrzmiał pewniej. Voldemort już unosił różdżkę, kiedy wybuchnęła wokół nich fontanna zielonych i czerwonych iskier. Snape i Kingsley rzucili się naprzód atakując, ale Śmierciożercy nie pozostali im dłużni. Z prawej strony Harry'ego trzech z nich spychało do tyłu Billa, Charliego i Tonks, aż wszyscy zniknęli za rogiem. Nie zdążył im nawet pomóc, ponieważ Voldemort wyciągnął różdżkę w jego stronę i krzyknął Avada Kedavra!

- EXPELLIARMUS! - ryknął chłopiec i uniósł rękę, by odepchnąć zaklęcie. Dwa świetlne promienie zderzyły się ze sobą tak, jak rok wcześniej na cmentarzu; zieleń zaciekle walczyła z czerwienią pulsując i odbijając się od ścian. Harry zauważył, że jego ramię drży od siły zaklęcia, ale czuł w sobie niespodziewany przypływ mocy; gdzieś w głębi wiedział, że jest w stanie to zrobić – jest w stanie powstrzymać Voldemorta na tyle długo, by wrócić na polanę.

Kątem oka dostrzegł śmiercionośny szmaragdowy promień, który przeleciał obok niego i minął Remusa o centymetry. Mężczyzna zatoczył się do tyłu, nieco oszołomiony niebezpieczeństwem, ale prawie natychmiast wrócił do walki, rzucił własne zaklęcie i trafił jednego ze Śmierciożerców prosto w pierś.

Za rogiem, gdzie zniknęli pojedynkujący się Weasley'owie i Tonks, rozległa się seria głośnych tąpnięć; ściany zatrzęsły się i zaczęły kruszyć, wzbijając w powietrze chmury pyłu. Harry skulił się, kiedy olbrzymi kawał betonu spadł tuż obok niego, i na moment zaklęcie Voldemorta zaczęło przeważać; zielony promień przysunął się do Harry'ego i chłopiec z okrzykiem spróbował znów go odepchnąć. Gdy czerwień zaczęła się z kolei zbliżać do Voldemorta, uśmiechnął się; zacisnął zęby i chociaż czuł na czole krople potu, złapał różdżkę obiema rękami i skupił się jeszcze bardziej.

- Panie mój!

Pełen paniki głos Lucjusza Malfoya rozkojarzył go; Voldemort odwrócił się z płonącym wzrokiem. Lucjusz, wyczuwając kłopoty swojego mistrza, przerwał pojedynek ze Snape'em, warknął na Harry'ego i posłał w jego kierunku klątwę tnącą, ale Czarny Pan odepchnął go.

- To ja muszę go zabić! - wrzasnął, ale było już za późno; znów całkowicie skoncentrowany, chłopiec skupił na swoim zaklęciu wszystkie siły i połączenie przerwało się. Czerwone światło rozbłysło w całym korytarzu wyrywając różdżki z dłoni walczących i posyłając je ze stukotem w stronę ścian i podłogi. Lucjusz przez chwilę wyglądał na kompletnie zdezorientowanego, ale Voldemort, wściekły jak nigdy dotąd, natychmiast złapał go i obrócił się w miejscu znikając w obłoku dymu i wznieconego pyłu.

Pozostali Śmierciożercy, wyczuwając kłopoty, też zaczęli uciekać i Harry, czując, że przekracza już granicę swojej wytrzymałości, opuścił ramię; jego głowa wirowała szaleńczo i nie był w stanie skupić się na czymkolwiek. Słyszał krzyki i wybuchy, ale jego mózg w żaden sposób nie przetwarzał tych informacji.

Udało mu się.

Ale będzie musiało mu się udać jeszcze raz.

Będzie wtedy gotowy.

- Harry! - zawołał go Remus ponad panującym zgiełkiem. - Musimy uciekać, natychmiast!

Obok nich pojawił się Snape rozpaczliwie próbujący zorientować się w którą stronę powinni podążyć. Żaden z nich nie zauważył Bellatrix Lestrange ponownie wyłaniającej się z ciemności z oczami błyszczącymi najczystszym szaleństwem.