Tym razem rozdział wyjątkowo niezbetowany, mam nadzieję, że nie jest to stan permanentny. Jak również, że rażących błędów nie ma.


Rozdział 26

Sherlock przestępuje z nogi na nogę w swoich wypastowanych butach i rozważa możliwości. Jest dziwnie spokojny. Tak jakby naprawdę go tam nie było. Czas staje się gęsty, zniekształcony i kleisty jak karmelek.

Dokładnie tego się bałeś. Że coś takiego się stanie. Powiedziałeś mu, że to się stanie. WIEDZIAŁEŚ, że to się stanie. To musiało się stać. Nie jesteś zaskoczony, na pewno nie samą treścią ostrzeżenia, może odrobinę ostrzeżeniem samym w sobie. Reszty naprawdę można się było spodziewać.

No więc na co czekasz?

John unosi piaskowe brwi we wzruszającej minie, mówiącej jasno: kogo-mam-teraz-zabić-do-kurwy-nędzy. Sherlock kręci głową ze spokojnym, szczerym uśmiechem i czuje promieniującą przez jego ciało czułość; oddanie, które niczym krwotok wybucha szerokimi strumieniami. Czuje bezgraniczną opiekuńczość, której nigdy nie doświadczył w stosunku do nikogo poza sobą samym. Nagle kłamstwo staje się łatwe; jakikolwiek rodzaj oszustwa albo zdrady byłby prosty. Mógłby stworzyć najbardziej skomplikowane strategie i wcielić je w życie w całkowitej tajemnicy bez choćby śladu wyrzutów sumienia, bo kłamie dla Johna, a skoro zabiłby dla Johna, skoro umarłby dla Johna, to dlaczego nie miałby dla niego skłamać. Mówi więc do telefonu:

- Tak, proszę ich przełączyć. Tylko znajdę jakieś ustronne miejsce. Jedną chwilkę.

Wycisza mikrofon w telefonie.

- To moi rodzice – mówi ostrożnie. - Mają nowego sekretarza, nie rozpoznałem jego głosu. Oni... no wiesz. Możesz sobie wyobrazić. Nie będzie ci przeszkadzać, jeśli na chwilę...

Sherlock liczy mijające sekundy.

Nigdy w życiu nie kłamało mu się łatwiej, ale to jeszcze nie znaczy, że John mu uwierzy. Sherlock sądzi, że mimo wszystko jest szansa. Z jego kalkulacji wynika, że jest jakieś czterdzieści siedem procent szans. Ostatecznie John nie przyłapie go na byciu nie-Sherlockiem, to by nie zadziałało, ale teraz jest Sherlockiem całkowicie, to proste, to takie proste, popatrzeć na Johna, pomyśleć: „Stałeś się całym moim światem", a potem opowiedzieć mu kłamstwo.

Ale...

John przybiera jedynie suchy, zmartwiony wyraz twarzy i ze zmęczeniem pociera kark.

- Jezu. Jasne. Nie sądziłem... oczywiście, że masz rodziców. W sensie, że nie mogliście przecież we dwóch wyskoczyć całkowicie ukształtowani z głowy Zeusa. Założę się, że szaleją z niepokoju.

Sherlock myśli o swojej oszałamiająco pięknej i genialnej matce; o tym, jak wydano jej pierwszą książkę i zdecydowała się iść w matematykę zamiast w wychowywanie dzieci; o tym, jak kobieta, która kiedyś mierzwiła mu włosy, zmieniła się w pustą przestrzeń w pustym domu i jeździła na elitarne naukowe konferencje, i publikowała abstrakcyjne opracowania, których nikt poza nią nawet nie próbował zrozumieć; jak jego cicha desperacja, by pojąć gwiazdy i konstelacje ma coś wspólnego z pragnieniem, by być blisko niej, skoro on sam nie może. Myśli o nie-do-końca-tak-bystrym ojcu, niegdyś czarującym a obecnie zgorzkniałym, który poczuł się przez nią na tyle opuszczony, by oddać się życiu pełnemu biznesowych kontaktów, klubów i polityki; którego Sherlock interesował o tyle, o ile pisano o nim na nagłówkach gazet. Mycroft od wieków nie informował ich w temacie problemu Moriarty'ego.

- Mają kilka pytań – kłamie Sherlock cicho.

John kiwa się lekko w tył i przód. Rozumiejący, rozmyślający. Współczujący.

- Jasne, to ja... Boże. Będę w sypialni, dobra? Nie spiesz się.

Sherlock kiwa głową. Między jego oczami pojawia się głęboka bruzda, która oznacza: „Dziękuję" i „Przepraszam, że jesteś w to zamieszany", i „Wybacz mi".

John zgarnia swojego laptopa, całuje lekko Sherlocka w ramię i odchodzi do sypialni na drobnych, cichych, johnowych stopach.

Sherlock bierze głęboki oddech, włącza mikrofon w telefonie i przyciska aparacik do ucha, kierując się w stronę schodów. Bardzo cicho zamyka za sobą drzwi salonu i siada na ósmym z siedemnastu stopni wiodących do mieszkania B. Przynajmniej nie musi się martwić, że usłyszy go pani Hudson, która wciąż przebywa pod ochroną. Odzywa się napiętym, cichym głosem:

- Przede wszystkim, ta linia jest najprawdopodobniej obserwowana.

- Była – odpowiada Moran. - Przez obie strony. Na ten moment to rozwiązałem, ale nie mamy zbyt dużo czasu.

Loki Sherlocka muskają tapetę. Mężczyzna zwija się w kłębek, mówiąc tak cichym głosem, jak tylko jest w stanie.

- Jasne. W takim razie spędź trochę czasu na przekonywaniu mnie, że powinienem posłuchać choćby jednego twojego słowa. Wiem, że cała – albo prawie cała – twoja rodzina zginęła z powodu tej sprawy, ale nadal przebywasz razem z nim. Czy przeszedłeś na jego stronę, czy nie, jest bez znaczenia, to i tak może być pułapka.

- Może być – zgadza się Moran. - Spodziewałem się, że będziesz sceptyczny. No to słuchaj i podejmij decyzję. Byłem najemnikiem od czasów, kiedy wojna w Zatoce Perskiej połknęła mnie, a potem wypluła. Jestem twardy. Zabijanie ludzi? Robienie im krzywdy? Nie ma problemu. Nigdy nie byłem kimś, kto uważa, że zasady są ważniejsze niż praktyczność. Część z tego gówna, które robiłem dla twojego brata, była szemrana jak chuj.

- Mogę to sobie wyobrazić – stwierdza Sherlock sucho.

- Moja rodzina niemal zginęła w katastrofie lotniczej dwadzieścia lat temu – kontynuuje Moran tym samym nieprzyjemnym, monotonnym głosem. - Lądowanie na wodzie, poszukiwania, ratunek i tak dalej. Wtedy zrozumiałem, że wszyscy żyjemy na pożyczonym czasie. Mój tatulo był wyjątkowym chujem, a mama bezużyteczną wiedźmą, ale fartem przeżyli i musiałem przetrwać jeszcze kilka ciężkich lat, zanim wyjechałem na misję. Dowiedziałem się, że nie ma ludzi niezniszczalnych.

„Co ty nie powiesz" - myśli Sherlock, ale nie odzywa się.

- To wszystko mogło wpłynąć na niektóre z moich wyborów na polach bitwy. Pierdolę, nie mam pojęcia. Nie mogę powiedzieć, kim bym był, gdyby ich wtedy nie odnaleziono, ale mogę ci powiedzieć, kim jestem teraz. Dostało im się ekstra dwadzieścia lat, a potem Jim Moriarty nacisnął guzik i bum, teraz mam tylko siostrę i chcę ją jeszcze zobaczyć. Zobaczę ją jeszcze. Z nas wszystkich ona jedna była coś warta.

- Mów dalej – ponagla go Sherlock.

- Musisz przyjąć do wiadomości, że jestem człowiekiem, który w dziesięciu przypadkach na dziesięć podejmuje pragmatyczne decyzje. Byłem snajperem. Strzelałem przez okna do ojców trzymających w objęciach pierdolone dzieci. Stary, patrzyłem na terrorystki, najpiękniejsze kobiety jakie w życiu widziałem, z dziurami w ślicznych główkach. Nie spodziewaj się po mnie współczucia, kiedy będziesz zakładnikiem Jima. Jak skończę, Jim mi zapłaci, odzyskam siostrę, a ten jebany, genialny psychol i ten niesamowity dupek, który jest twoim bratem, staną się tylko zamglonymi wspomnieniami. Słyszałeś?

- Głośno i wyraźnie – zgadza się Sherlock, przypominając sobie słowa Johna. - Jesteśmy na wojnie. Czemu oszczędzasz Johna?

- Nie oszczędzam. - odpowiada Moran burkliwie. - Nienawidzę nieczystych gierek. Wojna to nie tylko piekło, ale i gra, gra, którą da się wygrać, a Jim znakuje karty. Pilnowałem zjeba, zanim uciekł, a ucieczka była... Nie pytaj. Objawienie. Tak zmienia się życie człowieka.

Sherlock przypomina sobie filmik sprzed kilku dni i drżącą rękę Morana, który sięga po gumę do żucia. Nie umie powstrzymać skrzywienia

- On jest jedyny w swoim rodzaju. Nie muszę ci chyba tłumaczyć, że to najbardziej obłąkany i najbardziej charyzmatyczny pojebaniec na ziemi. Tudzież że gdyby nie chodziło o moją siostrę, to wydarłbym mu serce i je zjadł, albo przyłączyłbym się do niego i rządził cholernym światem. Moja rodzina, te wszystkie lata temu... Oni powinni byli umrzeć. Istniała minimalna szansa i tyle wystarczyło. Żadnego z was nie zamierzam, kurwa, oszczędzać.

- Dajesz mu szansę – zdaje sobie sprawę Sherlock.

- Pewnie nic nie możesz zrobić. - Moran kaszle, spluwa, a potem w słuchawce można usłyszeć trzeszczący syk zaciągania się papierosem. - Nie sądzę, żebyś coś ugrał myśleniem. Na pewno nie dasz rady się wykręcić. I nie wywalczysz wolności.

Sherlock milczy.

- Ale możesz wiedzieć, co nadchodzi. I zdawać sobie sprawę, że zapewne tego nie przetrwasz. Możesz się przynajmniej pożegnać. No dobra. Wierz albo nie, ale w planie jest owinięcie Johna semteksem i wysadzenie go w powietrze. Słyszało się o nim w Afganistanie – zimny jak głaz, lojalny jak kurwa mać. Byłby w stanie odgryźć lufę twojego pistoletu i splunąć w ciebie kulą.

Ku własnemu zdumieniu, Sherlock uśmiecha się smutno, słysząc te brutalne wspomnienia. Przesuwa palcami po ornamentach na tapecie.

- Moja rodzina skończyła rozerwana na strzępy – podsumowuje Moran. - Daję ci, stary, darmowe zerknięcie w przyszłość. Korzystaj.

W słuchawce zapada cisza.

Wszystko jest nieruchome. Sherlock zauważa, że pani Hudson ostatnio odkurzyła poręcz. Szkoda. Kurz jest wymowny. Mógłby zobaczyć odciski palców Johna na barierce i wyobrazić sobie, że czuje ich ciepły dotyk na swojej nagiej skórze.

Mógłby też po prostu wejść do sypialni i dostać to naprawdę, skoro John chwilowo jeszcze oddycha.

„Kurwa" - myśli Sherlock w otępieniu.

Wie, że John prawdopodobnie szaleje z niepokoju, ale wsuwa telefon do kieszeni i zostaje na klatce schodowej Baker Street jeszcze chwilę dłużej.

Siedemnaście znajomych stopni. Wszystkie należą do niego. Siedemnaście stopni, które nie doznały niczego mistycznego ani ważnego, zanim stopy Johna nie zaszczyciły je swoją obecnością; stopy mężczyzny z wojskową torbą na ramieniu, który stanowczo zmierza w kierunku śmierdzącego rozkładem ciała pokoju zawierającego odciętą ludzką głowę w pudełku.

Sherlock uśmiecha się na tę myśl jak wariat, opiera łokciami o dziesiąty stopień i rozmyśla.

Bo Moran miał rację. Nie wywalczą wolności ani się nie wykręcą. Mycroft nie może nic zrobić. Wszyscy konni i wszyscy dworzanie?* Bezużyteczni. Zupełnie bez znaczenia.

Ale Sherlock jest najgenialniejszym człowiekiem na całej tej pieprzonej planecie. Pomijając może Mycrofta Holmesa i Jima Moriarty'ego.

Co więcej, nie ma nic przeciwko zaryzykowaniu życia, by udowodnić, że jest mądry.

Pałac jest dzisiaj chłodny, pełen cieni i nadmorskiej bryzy. Nad schodami prowadzącymi do statecznej posiadłości rozciąga się niebo w kolorze prochu strzelniczego. Fizycznie Sherlock siedzi na cichych schodach domu pani Hudson, a w swej głowie, w równie niezobowiązującej pozycji, siedzi na wygiętych, kamiennych stopniach wiodących do wielkiego budynku i drży lekko, czując chłodne podmuchy wiatru. Echa słów Johna krążą nad jego głową, fragmenty rozmów budzą się do życia. Przypominają czarne, morskie ptaki z długimi dziobami i eleganckimi, spiczastymi skrzydłami o krwistoczerwonych czubkach. To nieznające spokoju, kraczące, cudowne zwierzęta, zgrabne i opływowe.

„Można dla ciebie umrzeć" - jęknął John w łóżku między palącymi pocałunkami. - „Umarłbym dla ciebie. Tak myślę".

To zupełnie nieakceptowalna możliwość – chociaż najbardziej prawdopodobna – ale och, Sherlock nagle zdaje sobie sprawę, że jest taka piękna! Wyobraża sobie Johna owiniętego w semteks, rzucającego się na Jima Moriarty'ego, miażdżącego go w objęciach niczym mały, rozwścieczony niedźwiedź, którym przecież John jest; chwytającego szaleńca w furiacki uścisk, parodię namiętności, i krzyczącego: „Uciekaj, Sherlock! Uciekaj!". Czy naprawdę by to zrobił? Boże, zrobiłby, prawda? Śmierć w oczach Johna, śmierć w oczach Jima; Sherlock jako ich jedyna, wszechogarniająca obsesja.

To tylko ćwiczenie wyobraźni. Która sprawia, że zaciska mu się serce. Nie pozwoli na to.

Nie może. Za bardzo boli.

„Och" - myśli Sherlock. Jego oczy otwierają się nagle, by spojrzeć w ciemny korytarz.

Znów je zamyka. John nadal mówi. Kolejny ptak o ciemnoszarych skrzydłach i odrobinie szkarłatu na piórach zawisa jak na sznurze przed twarzą Sherlocka.

„Zabij się. Będzie po sprawie".

- Nie mogę wygrać, jeśli nie będę żyć. Bo nie będę w stanie próbować – sprzeciwia się Sherlock. Czuje pod udami kamienne schody, twarde i zimne. - Mówisz, że powinienem uciec przed torturami, uciec przed walką, uciec przed wszystkim? Skończyć ze wszystkim przez wzgląd na ciebie? Po prostu umrzeć i już? Jim by się wściekł, zapewniam cię.

„Wtedy cię nie dorwie, co nie?" - Oczy ptaka są jak wypolerowane szkło, bezdenne i nieprzejednane. - „Nawet James Moriarty nie pokona śmierci"

Sherlock w pałacu podnosi się, marszczy brwi i wbija wzrok w czarnego, ostrodziobego ptaka. Sherlock na Baker Street łączy ze sobą czubki palców i wygina się dalej, odsłaniając swoją długą szyję przed sufitem.

- Tak naprawdę mówisz mi co innego – szepcze Sherlock z podekscytowaniem.

Bryza wieje coraz mocniej, mierzwi loki detektywa, a John-ptak przekrzywia głowę. W tym momencie podlatuje do niego kolejny ptak i również zawisa w powietrzu bez machania skrzydłami, a potem dołącza do nich trzecie zwierzę. Teraz przed Sherlockiem lewitują trzy ciemnoszare, rybitwopodobne stworzenia, które natychmiast dopasowują się do szalejącego wiatru.

„Wiesz, jak wygrywa się wojnę? Powiem ci" - mówi pierwszy ptak.

„Za każdym razem, kiedy strzelasz, robisz to dla człowieka stojącego obok i masz nadzieję, że przeżyje" - dodaje drugi.

„A za każdym razem, kiedy on strzela, robi to dla ciebie" - kończy trzeci. Jego ogon mierzwi się pod wpływem podmuchów.

I nagle Sherlock dokładnie wie, co robić.

Ptaki zmieniają się w dym, który szybko rozpływa się w nicość przez nadchodzącą burzę. Sherlock zdaje sobie sprawę, że ta burza to jego umysł, który rozważa każdą alternatywę, każdą możliwość, każdy potencjał, każdy niuans każdego szczegółu, którego kiedykolwiek dowiedział się o Jimie Moriartym w swoim beznadziejnym, samotnym życiu, a także wszystko, czego od dzieciństwa nauczył się o rozwiązywaniu najbardziej ponurych spraw.

Wiatr zaczyna wyć jak skrzywdzone dziecko.

Kalkulacje zmieniają się w ulewny deszcz przypominający odłamki szkła, strategie przetaczają się przez korytarze pałacu w gwałtownych podmuchach; wciąż odległa burza i przeszywające zimno przypominają o zbliżającej się, nieuchronnej apokalipsie.

Drzewa w ogrodzie trzeszczą i walą się na ziemie.

„Boże, to boli" - myśli Sherlock rozpaczliwie, próbując się przebić przez to wszystko i zaciskając szczęki, kiedy wicher na sam koniec uderza igiełkami lodu w jego skórę.

Kataklizm ustaje.

Nieco pozbawiony tchu, siedzący na ósmym stopniu Sherlock wyprostowuje się ze zduszonym jękiem. To było... niepokojące. Nawet jak na niego.

Niepokojące, ale użyteczne.

„A więc John Watson jest żywym trupem?" - myśli Sherlock i wyciąga telefon, dopóki wciąż ma szansę, a Johna ciągle nie ma.

„Do tej gry potrzeba dwojga".

Ma nadzieję, że cokolwiek Moran zrobił, by zablokować monitoring linii, to nadal działa. Inaczej wszystko pójdzie bardzo źle. Zwłaszcza jeśli Mycroft podsłuchuje. Ślad po kuli w jego ramieniu pulsuje bólem w milczącym ostrzeżeniu, które Sherlock ignoruje. W telefonie rozlega się tylko jeden sygnał, a potem Shinwell Johnson odbiera.

- Mów do mnie, człowieku – warczy.

- Tobie też dzień dobry – rzuca Sherlock z irytacją.

- Och, chwała Panu, doskonałe wieści... kurcze, panie Holmes, pan dzwoni i tak dalej, i tak dalej, a ja, będąc obserwatorem ludzkiej natury zupełnie jak pan, chociaż przyznaję, nieco mniej wykształciuchowskim, widząc, że pan nie pisze, a dzwoni, co dla pana jest podobne zacięciu papierem na jajach, nie wiem, czy pan nadąża, nie zagraża to życiu, ale Jezu kurwa Chryste, cóż za ból, cóż za niepokój duszy, mam tu na myśli rozmowę telefoniczną, doszedłem zatem do wniosku, że może pan mieć mały problemik.

- Mam – warczy Sherlock.

- Cholera jasna, gdzie pan jesteś?! - wykrzykuje Shinwell. W słuchawce rozlega się trzask – najprawdopodobniej mężczyzna właśnie zerwał się na nogi. Zaraz potem w wysokim staccato rozlega się ujadanie jego piesków. - Ile oddziałów kawalerii panu potrzeba? Ma pan broń? Czy doktor jest z panem? Jest pan ranny?

- Shinwell...

- Jeśli pan krwawisz, próbował pan zatamować ranę swetrem albo kocem, albo, no nie wiem, tym metroseksualnym szaliczkiem, który pan zawsze nosisz? Jest pan w bagażniku samochodu? Jeśli jest pan w bagażniku, słuchaj pan, niech pan nasłuchuje autostrad, zapamięta każdy dźwięk, zapamięta jakieś zmiany na drodze... mosty, nasilenie ruchu, dzwony...

- Nie jestem w pierdolonym bagażniku – jęczy Sherlock. - Możesz raz w życiu się uspokoić i mnie posłuchać? Mam plan.

- Plan? - Odwiecznie chrapliwy głos Shinwella zaczyna aż iskrzyć dumą. - Lulu! Annabelle! Henrietta! Słoneczka, morda w kubeł! – Jazgot nieco cichnie. - Proszę wybaczyć, panie Holmes. Proszę kontynuować wedle uznania i, chyba nie muszę dodawać, we własnym tempie i w wybrany przez siebie sposób.

Sherlock odsuwa telefon od ucha by na niego spojrzeć i zastanowić cię, co za okropna siła ludzkiego szaleństwa stworzyła Shinwella Johnsona. Z ciężkim westchnieniem przyciska znów aparacik do ucha.

Sherlock wyjaśnia.

Shinwell słucha.

- To jest – proszę o wybaczenie mojej szczerości – najgorszy plan, jakiego miałem w życiu przyjemność wysłuchać, a panu – w przenośnym, a nie dosłownym sensie, rozumie pan – odjechał peron – szepcze Shinwell z niedowierzaniem.

- Nie mam wyboru! - syczy Sherlock. - Musisz mi zaufać. Musisz z nim zostać, pomóc mu, proszę, zrobisz to dla mnie? W innym wypadku umrze. Nie ma żadnych innych opcji. A ja nie mogę żyć w ten sposób do końca świata.

Szokujące, ale nie pada żadna odpowiedź.

- Shinwell – mówi zupełnie wyczerpany Sherlock. – Czas ucieka.

Z telefonu wydobywa się wilgotne pociągnięcie nosem, a zaraz potem stłumione bulgotanie.

- Czy ty płaczesz? - dopytuje się Sherlock, w niedowierzaniu mierzwiąc włosy wolną ręką.

- Panie Holmes – odpowiada łamiącym się głosem Shinwell. - Błagam o wybaczenie za ten wybuch uczuć, który osobie o niezłomnym charakterze, jak pan, musi się wydawać niestosowny, ale Jezu Chryste na rowerku, to jest, cholera jasna, najpiękniejsza i najtragiczniejsza prośba jaką słyszałem w życiu i nie posunę się chyba za daleko, jeśli powiem, że jestem duchowo poruszony do głębi, że pańska miłość dla tego dobrego i zasługującego na nią gościa, nie przesadzę teraz, jest absolutnie modelowym przykładem poświęcenia i wielkoduszności, i bycie świadkiem takiego oddania w kurewskiej współczesnej epoce samojebek i celebrytów, i chciwości, i Kardashianek, i ogólnej chujozy jest prawdziwym cudem, i historia zapamięta mnie jako pańskiego największego wielbiciela, czy się to panu podoba, czy nie, jeśli pan pozwoli, gdyż „nie masz większej miłości nad tą", jak ujął to Ewangelista, niech mnie wypierdolą kijem od miotły, jeśli się nie zgadzam.

Nieoczekiwana gula w gardle Sherlocka, która powstała w reakcji na tę szczerą i niepohamowaną przemowę, nie chce zniknąć. Detektyw musi kilkakrotnie odchrząknąć, a potem wydusza z siebie:

- Dziękuję. Pomożesz mi?

- Jestem pańskim człowiekiem, panie Holmes – zapewnia Shinwell. - Do, kurwa, ostatniego tchu. Proszę działać.

xxx

Sherlock, niosący dwa kubku herbaty, puka stopą do drzwi sypialni i czeka. Kiedy John otwiera, detektyw podaje mu jedno naczynie, a John spogląda na niego z pewnym niedowierzaniem.

- Ty przygotowałeś herbatę mnie? - zdumiewa się, biorąc kubek.

- Och, zamknij się – prycha Sherlock, udając irytację. - Wiem, jak zagotować wodę. Umiem też gotować, skoro już musisz wiedzieć. To prosta chemia organiczna.

- No to postanowione, przygotowujesz mi obiad – mówi John. Światło w jego ciemnych oczach nieco przygasa. Sączy herbatę, podobnie jak Sherlock. - Jak twoi rodzice?

- Zaniepokojeni – kłamie Sherlock, siadając po turecku na łóżku i klepiąc kołdrę obok siebie. John przysiada się.

- Jakoś mnie to nie dziwi, cholera. A ty jak?

Sherlock przemyśliwuje to i po chwili wzrusza ramionami. „Zaniepokojony" - myśli, ale nie ma powodu, by martwić Johna.

- Boże, wsypałeś tu całą cukiernicę czy co? - żartuje John, oblizując usta.

- Lubię słodką herbatę – przyznaje Sherlock i odstawia kubek. - Zwłaszcza, kiedy...

Powstrzymuje się, by nie powiedzieć: „...kiedy rozpadam się na kawałki".

Niestety, John i tak rozumie. Po kolejnym potężnym łyku odstawia kubek na szafkę nocną i staje przed detektywem, zanurzając palce w jego włosach. Sherlock poddaje się temu chętnie i obejmuje przyjaciela ramionami.

- Naprawdę nie mogę uwierzyć, że nadal tu jesteś – mówi chrapliwie. - Nie pojmuję.

- Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz – stwierdza John, przygładzając loki Sherlocka, a potem pozwalając im znów się unieść.

Sherlock ciągnie Johna na łóżko, by leżeli twarzą w twarz. Doktor nie opiera się. Jego tęczówki są w cudownym, przerażającym odcieniu niebieskiego, a Sherlock krótko się zastanawia, czy jeszcze je kiedyś zobaczy. Ślad przeraźliwego bólu musiał na moment pokazać się na jego twarzy, bo John opiera się na łokciu z poważną miną.

- Wiesz co – mówi cicho, kładąc dłoń na klapie sherlockowej marynarki. - Chodzi o to, że wywróciłeś moje życie do góry nogami. W innych okolicznościach mógłbym tego wszystkiego nie dostać i... po prostu... - Mruga, uśmiechając się krótko. - Odmieniłeś wszystko. Tak żebyś wiedział, nawet biorąc pod uwagę śmiertelne niebezpieczeństwo oraz fakt, że jesteś totalnym dupkiem, nie chciałbym, żeby było inaczej. No właśnie.

- Naprawdę byś po mnie poszedł, gdybym zniknął? - szepcze Sherlock. Potrzebuje się dowiedzieć. - Naprawdę?

- Do samego piekła i z powrotem – odpowiada John natychmiast.

Sherlock uśmiecha się smutno.

- Nie przerwano nam czegoś?

- A tak, tak, owszem – stwierdza John spokojnie. - To chyba było całowanie.

- Zapomniałem, jak się to robi – Sherlock niepewnie wyciąga rękę i wodzi palcem po gardle Johna. - Prawie nie mam doświadczenia. Pokaż mi jeszcze raz.

Nadal się całują – rozkosznie i och, tak wolno – kiedy nieprzytomny John osuwa się na pościel.

- Przepraszam – mówi Sherlock, składając jeszcze jeden pocałunek na czole nieświadomego doktora.

xxx

Najpierw Sherlock publikuje wiadomość na forum Sztuki Dedukcji. To jego nick na Skype'ie – W.S. – i nic więcej.

Zabiera pistolet Johna, idzie do salonu i odpala Skype'a na swoim laptopie, czekając na wiadomość, która – jest pewien – wkrótce nadejdzie. Przez dwie minuty siedzi bez ruchu i gapi się na ekran. Kiedy kontaktuje się z nim długo_i_szczęśliwie, natychmiast akceptuje zaproszenie i patrzy, jak na ekranie pojawia się dzwoniący.

- Sherlock, mój drogi – mruczy Jim Moriarty.

Jego widok wywołuje mdłości, ale tego nie da się uniknąć, więc Sherlock po prostu je ignoruje.

- Jim – odpowiada śpiewnie.

Od procesu Carla Powersa nie rozmawiali twarzą w twarz. Na ustach Jima igra złośliwy uśmieszek. Włosy mężczyzny są starannie przystrzyżone i ma na sobie białą koszulę oraz szytą na miarę czarną marynarkę. Wydaje się, że siedzi w zupełnie zwyczajnej jadalni, sącząc coś brązowego z kilkoma kostkami lodu. Sherlock nigdy w życiu nie widział nikogo, kto by miał tak niewymuszenie arogancką postawę.

- Co tam w wielkim świecie, przystojniaku? - ćwierka Jim. - Zachwyciła cię moja serenada?

- Zgadnij – warczy Sherlock.

- Oczywiście, że tak. Dokładnie tak myślałem. Co słychać, skarbeńku? - Jim z uznaniem kosztuje drinka o kolorze szkockiej. - Jeśli zamierzasz błagać o litość, to naprawdę możemy przejść do następnego punktu. Nudne. Nieznośne. I tak wyślę twojemu bratu twoje uszy zasypane solą.
- Nie zamierzam błagać – odpowiada Sherlock. - Chcę zaproponować ci układ.

- Układ? - skrzeczy Jim. - Och, bosko, nie mogę się doczekać. Ty zaproponujesz układ mnie. Co Bóg uczyni!** Doskonałe.

Sherlock unosi Siga tak, by było go widać w kamerze.

- Wydedukowałem, co chcesz zrobić Johnowi Watsonowi. Planujesz go zabić. Jest piątą pestką... to logiczne. Nie próbuj nawet kłamać, wiem, że to prawda. To najlepsza metoda, by do mnie dotrzeć. Ale nie zabijesz go, bo cenisz sportowe zachowanie i przysięgniesz mi, że zgodnie z zasadami tej gry nawet go nie tkniesz. Jeśli to zrobisz, jeśli przysięgniesz, że go nie tkniesz i nie zmusisz nikogo innego, by zrobił mu krzywdę, to wejdę prosto w twoje sidła. Możesz mieć mnie. Mnie zamiast niego. To dość proste.

Jim ziewa, przyciskając wierzch dłoni do ust.

- Kurwa. Sorry, kochanie. Bardzo kojąca bajeczka na dobranoc. Ja ciebie i tak dopadnę. Musi być w tym coś więcej. Jeśli zostawię tego twojego karzełka w spokoju, to zgłosisz się do mnie i będziemy żyć razem długo i szczęśliwie. A jeśli tego nie zrobię?
Sherlock wsuwa lufę pistoletu pod swój podbródek, przechyla go i uśmiecha się.

- Zabiję się – mówi zimno. - I po grze.

Oczy Jima rozszerzają się odrobinę, a potem mężczyzna uśmiecha się diabolicznie.

- Nie śmiałbyś.

- Śmiałbym – przysięga Sherlock. Jest całkowicie poważny.

- No to już, nie daj się prosić – chichocze Jim, ale jego sprytne oczy są zaniepokojone. - Będziesz mógł się cieszyć zdumieniem na mojej twarzy, kiedy się przekręcisz. - Jim robi minę przesadzonego przerażenia.

- Chcesz, żebym uścisnął ci dłoń w piekle? Nie rozczaruję cię – warczy Sherlock, wciskając sobie w ciało lufę pistoletu. Jest zimna i na pewno pozostawi sińce. - Myślisz, że nie jestem gotowy na wszystko? Gotowy, by spłonąć? Czego byś nie zrobił, jeśli ponad życie pragniesz kogoś uratować? Czego byś nie zrobił, by utrzymać mnie przy życiu? Dla Johna Watsona posunę się dziesięć razy dalej. Jeśli odmówisz, umrę. I to teraz. Masz dziesięć sekund.

Jim z namysłem przygryza wargę.

- Kitku, naprawdę nie musisz tego dla niego robić. Nie jest aż tak interesujący. Przyznaję, uroczy w taki brzydki sposób, ale...

- Pięć – cedzi Sherlock przez zęby.

- To oszustwo – syczy Jim. - Nie możesz tak po prostu...

- Jeden – raportuje Sherlock. Zamyka oczy i bierze głęboki wdech. - Żegnaj, Jim.

- Nie! – wyje jego śmiertelny wróg.

xxx

Dziesięć minut później Sherlock jest już przebrany w workowate niebieskie spodnie od dresu, wygodny t-shirt, tenisówki i bluzę z kapturem, które przydały mu się kiedyś jako przebranie. Nadal mu się przydają, gdy chce pozostać niewidocznym na widoku. Wtedy pisze SMS-a do brata.

John kiepsko się czuje. Wyskoczę incognito po aspirynę. Powiedz swoim gorylom, żeby mnie nie zastrzelili. SH

Odczekuje dokładnie trzydzieści sekund, a potem wychodzi z domu. Bez kluczy i broni. Jego komórka wibruje chwilę później.

Idź najkrótszą drogą. Moi ludzie pójdą za tobą i poczekają, by odprowadzić cię z powrotem. MH

Sherlock dokładnie na to liczył, więc żwawym krokiem zmierza do najbliższego Tesco. Na miejscu spokojnie mija półki z winem, hummusem, kwiatami i książkami, zmierzając na tyły budynku. Bez wahania otwiera niezaryglowane drzwi na których widnieje tabliczka: „Wstęp wzbroniony". Absolutna pewność siebie to podstawa tego rodzaju subtelnej inwazji. Tutaj jest chłodniej i sucho od kurzu; w powietrzu unosi się zapach kartonów. Kilku ludzi odwraca głowy w jego stronę, ale o tej porze jest tu prawie pusto.

Sherlock lawiruje między pudłami, zmierzając do drzwi dla dostawców. Naciąga kaptur na głowę i wyskakuje na chodnik. Wkrótce znajdą go uliczne kamery, ale ma nadzieję, że jego przeciwnicy zareagują na tyle szybko, że nie będzie to miało znaczenia.

Staje na wcześniej ustalonym rogu i czeka.

- Proszę – szepcze w przestrzeń, do nikogo konkretnego i nie do końca wie, o co właściwie się modli. Przerażenie wzmaga się i cofa niczym fale. Wkrótce pęka mu od tego głowa, ale Sherlock nawet nie drgnie.

Wkrótce podjeżdża pozbawiony rejestracji van. Kierowca parkuje i wyskakuje z pojazdu. To wysoki, przystojny mężczyzna, o jasnych włosach, kanciastych rysach, brązowych oczach i bezlitosnej twarzy. Jego silną szczękę pokrywa niedogolony zarost.

- Sebastian Moran, jak rozumiem – mówi chłodno Sherlock.

- No proszę – mówi Moran z nutą podziwu w głosie. - Tego się nie spodziewałem.

- Jasne – zgadza się Sherlock.

- Jesteś uzbrojony?

- Oczywiście, że nie.

- Telefon?

Sherlock podaje mu komórkę bez protestów.

- No dobra. Ale nie możesz być przytomny – ostrzega Moran.

- Och, pospiesz się. Nienawidzę czekać.

Pojawia się strzykawka. Sherlock bez wzdrygnięcia pozwala wbić sobie igłę w szyję. Świat natychmiast staje się bardzo zimny i ciemny.

*Nawiązanie do znanego w Wielkiej Brytanii dziecięcego wierszyka. Za wikipedią: „Humpty Dumpty na murze siadł/Humpty Dumpty z wysoka spadł/I wszyscy konni i wszyscy dworzanie/Złożyć do kupy nie byli go w stanie."

**Cytat ze Starego Testamentu, z Księgi Liczb 23:23. Tłumaczenie za Biblią Tysiąclecia.