Rafael McCall nie był tym, kogo spodziewał się Derek. Mężczyzna wparował na ich terytorium świecąc odznaką FBI, co nie mogło oznaczać niczego dobrego. Jego matka przyglądała się McCallowi ze zmarszczką między brwiami, która nie sugerowała niczego dobrego. Alfa w służbach federalnych był czymś nowym i mówił im jak bardzo mężczyzna nie potrafił się dopasować do środowiska, w którym żył. Rzadko spotykano alfy, które nie podporządkowywały się hierarchii, a one zawsze zapowiadały kłopoty.
Stiles nie wyglądał na poruszonego.
- Stilinski, tak? – rzucił Rafael, patrząc wprost na jego omegę. – Kiedy widzieliśmy się ostatnio byłeś o wiele młodszy.
- Zapewne dlatego, że nie było tutaj pana dobre dziesięć lat. Nie, żebyśmy tęsknili – odparł Stiles i brzmiał na cholernie znudzonego, jakby nie spodziewał się niczego innego.
McCall wydął usta, jakby ta odpowiedź nie była tym, czego się spodziewał. Derek starał się po prostu nie uśmiechnąć triumfalnie. Kiedy jego matka wezwała ich do rodzinnego domu, spodziewał się wieści o Annie, ale omega odeszła z ich terytorium, udawszy się w nieznanym kierunku. I jego matka nie pytała. O Peterze nie wspominano, chociaż Laura patrzyła na Stilesa tak, jakby miała tysiące pytań, które połykała z trudem.
McCall jak każdy alfa musiał się odmeldować przebywając na nowym terytorium, ale nie miał prawa do wnikania w ich prywatne konflikty. A jednak jego obecność wyprowadzała Dereka z równowagi. Melissa musiała ukryć się w Rezerwacie z jakiegoś dobrego powodu. Nikt nie opuszczał swojego domu, jeśli nie został do tego zmuszony. A, kiedy Derek patrzył na McCalla, widział całą listę problemów, które mógł spowodować ten facet.
I nie chciał go tutaj.
- To wizyta przyjacielska? – spytała jego matka chłodno.
- Poniekąd – odparł tamten i przez chwilę przyglądali się sobie w ciszy.
Steve zajął strategicznie miejsce u boku Laury, co wydawałoby mu się zabawne, gdyby nie fakt, że coraz trudniej było mu poczuć się bezpiecznie, nawet we własnym domu. Peter zaburzył dynamikę ich rodziny. Czuł wyraźnie zmianę. I jego wilk nienawidził tego. Może Stiles zachowywał się tak niepewnie przez ostatnie dni właśnie z tego powodu. Było niewiele rzeczy, których omega nie przewidział. Lub nie wyczuł.
- Odwiedzam żonę – powiedział McCall.
- Jesteś rozwiedziony – przypomniał mu sucho Stiles bez sekundy zawahania.
Nie umknęło mu, że nie traktował alfy z najmniejszym nawet szacunkiem.
- Ale tutaj mieszka mój syn – odparł Rafael.
- Który nie chce cię widzieć na oczy – zauważył spokojnie Stiles.
- Wiesz, że i tak się z nim zobaczę – poinformował go Rafael i omega nie mrugnął nawet okiem.
- Wiem – odparł Stiles i jego głos nawet nie drgnął. – Ale on nie chce cię widzieć. To się nadal nie zmieniło.
Rafael spojrzał na niego lekko zirytowany, zapewne faktem, że ta rozmowa nie odbywa się w zacisznych, czterech ścianach. Derek był przekonany, że nie pozwoliłby mężczyźnie na rozmowę ze Stilesem na osobności. Było coś nieprzyjemnego, co promieniowało z postawy McCalla. I Scott nagle urósł w jego oczach. Skoro tak wyglądał jego ojciec, nic dziwnego, że przyjaciel Stilesa nie znał protokołów obowiązujących w ich świecie i trącił betą na kilometr.
- Nie masz zaproszenia – wtrąciła jego matka spokojnie.
- Jestem… - zaczął McCall.
- Gościem – wszedł mu w słowo Stiles. – Jeśli machniesz swoją odznaką, alfa Hale spyta kogo poszukujesz. Wataha Hale zapewne z przyjemnością pomoże agentowi rządowemu na swoich ziemiach – dodał i uniósł brew, jakby czekał na wyzwanie.
Rafael spojrzał na nich tak, jakby oceniał swoje siły. Derek nigdy nie przepadał za pyskówkami, ale rozmowa, którą prowadził Stiles, wyglądała bardziej na starannie wykonywane na szachownicy ruchy. Teraz piłka była po stronie McCalla, z tym, że jego król był w patowej sytuacji. Każdy ruch oznaczał mata. A był pewien, że jego matka się nie zawaha. Szczególnie w obliczu wojny z Deucalionem i zdrady Petera.
Rafael nie miał pojęcia o Iskrach, w innym wypadku nie zadzierałby ze Stilesem. Jednak wieść o jego zaręczynach musiała się roznieść, bo alfa nie mrugnął nawet okiem, gdy zobaczył ich stojących ramię w ramię. Stiles był teraz członkiem rodziny. A tak się składało, że byli watahą rządzącą na tym terytorium.
- Jestem przejazdem – odparł McCall w końcu.
Jego matka skinęła głową, przyjmując to do wiadomości.

ooo

Derek spodziewał się, że Scott wparuje do ich mieszkania, ale zamiast tego McCall zadzwonił i Stiles wisiał na telefonie drugą już godzinę. Wyraźnie słyszał w tle Allison, która nazywała ich obu idiotami, ale żaden nie zamierzał się najwyraźniej uspokoić. Albo planowanie morderstwa agenta McCalla połączone z dość sprytnym ukryciem ciała działało na ich kojąco. Nie był pewien, ale nie do końca pojmował żart. O ile jakiś był tam głęboko ukryty.
Laura rozłożyła się w ich salonie, co nie powinno go zapewne dziwić. Jego siostra mieszkała do tej pory w domu rodzinnym i najwyraźniej sytuacja stawała się dla niej nie do zniesienia.
- Mama chce powrotu Cory – powiedziała i Derek miał ochotę ją zignorować.
Nie mógł jednocześnie podsłuchiwać Stilesa i prowadzić inteligentnej rozmowy z siostrą.
- To idiotyzm – odparł, ponieważ najmłodsza z nich powinna zostać w obwodzie.
Była bezpieczna poza terytorium. Poza kontynentem.
- Powiedziałam to samo – prychnęła, jakby oczekiwała po nim czegoś więcej.
- Nie wiem czego chcesz – przyznał, zerkając w stronę sypialni, gdzie siedział zamknięty omega.
- Pewnie tego, żebyś chociaż na dwie minuty oderwał od niego oczy. Nie przewiercisz się przez dwie ściany wzrokiem. Aż tak cię wzięło? – spytała z lekkim obrzydzeniem.
I może coś pokazało się na jego twarzy, bo spojrzała na niego zaskoczona.
- Aż tak cię wzięło – powtórzyła powoli i tym razem to było w pełni stwierdzenie.
Zbił usta w wąską kreskę, zastanawiając się, co powinien zrobić w tej sytuacji.
- Już nie jest taką miernotą? – zakpiła, przypominając mu jego własne słowa sprzed kilku miesięcy.
- Dalej jest irytujący – odparł, ponieważ nie wszystko się zmieniło. – Jest po prostu inny – dodał, nie wiedząc jak ująć to w słowach.
Laura westchnęła, jakby wcale jej nie zaskoczył. Albo jakby rozumiała, co chciał przez to powiedzieć. I nie miał pojęcia jak dostrzegła, jak niezwykły jest Stiles, zanim do niego to dotarło. Miotał się wtedy, gdy spotkał Iskrę po raz pierwszy. Nie chciał partnera i fakt, że matka narzuciła mu te spotkania – nie pomógł. Starał się do siebie zrażać ludzi, ale Stiles jakość dostał się pod jego skórę. Może przez to, że nie chciał Dereka jeszcze bardziej niż Derek nie chciał innych ludzi. A to było coś nowego.
- Sam się zmieniłeś – odparła jego siostra. – Jesteś spokojniejszy – dodała.
I nie mógł nie prychnąć. Stiles czasami doprowadzał go do szaleństwa swoim nie do końca logicznym zachowaniem. Tym, że czasami w ciągu minuty tracili wszystko, co wypracowali do tej pory. Nigdy nie mógł być pewien, co przyjdzie jako kolejne. Czy omega rzuci się na niego całując go, czy przestanie do niego mówić, zajęty bardziej wyimaginowanymi lękami. Cały czas miał wrażenie, że Stiles próbuje myśleć za nich obu i analizować wszelkie możliwe scenariusze. Co będzie jeśli zrobi to i jaki to będzie miało wpływ na wszystko inne.
Nienawidził tego.
- Wątpię – odparł, a potem zdał sobie sprawę, że to w sumie logiczne.
Stiles zaskakiwał go tak bardzo, że cała reszta mieściła się w granicach normy. Nawet zdrada Petera nie uderzyła w niego tak mocno. Biorąc pod uwagę wszystko, co się stało i walkę wuja o kontrolę nad watahą – nic dziwnego, że próbował wyeliminować jego partnera. Zapewne pojęcia nie miał, że Stiles kiedyś w końcu straci swoją Iskrę. I Derek się do tego przyczyni.
I cholera, ale nie chciał o tym myśleć.
- Coś jest nie tak? – spytała Laura, reagując oczywiście na spięcie jego ramion.
Nie wiedział jak wiele matka jej powiedziała, ale nie spodziewał się, aby była w pełni wprowadzona w sytuację. Nie był też pewien czy Stiles rozmawiał z kimkolwiek na ten temat. Martin wydawała się czekać spokojnie na rozwój sytuacji i pewnie spodziewała się przejąć Iskry, gdy magia Stilesa odejdzie. I Derek wiedział, że ta dwójka się przyjaźniła, ale to było cholernie niesprawiedliwe. Wydawało się też fatalnie wpływać na relację Martin i Stilesa. Nie, żeby zależało mu, aby jego omega miał wielu przyjaciół o równym mu statusie. Jednak, kiedy patrzył na McCalla widział zagubione dziecko we mgle, a nie konkurencje.
- Nic – skłamał, nie próbując tego nawet ukryć.
Laura nawet nie mrugnęła okiem, wiedząc, że powinna porzucić ten temat.
- Między mną a Stilesem wszystko w porządku – dodał, aby się nie martwiła. – Oczekiwanie mnie dobija – przyznał, ale to nie miało nic wspólnego z Deucalionem.
Ich związek ewoluował. I robili o wiele więcej niż powinni. Czuł to wyraźnie. Dynamika między nimi ulegała zmianie. Stiles nie krępował się chodzić przy nim nago, co początkowo go cieszyło, ale jednocześnie bał się coraz bardziej, że przekroczą cholerną granicę. I nie wiedział nawet, gdzie ona leżała. Nie sądził, aby Laura rozumiała jak trudno mu było nie sięgnąć po coś, co znajdowało się na wyciągnięcie jego ręki.
Czasami miał nawet wrażenie, że Stiles nie zaprotestowałby. Że pogodził się już z faktem, że jego magia odejdzie. I nie miało nawet znaczenia, kiedy to się stanie. Ethan znajdował się po pieczą Deatona, ucząc się o swojej Iskrze. I Danny kręcił się wokół niego, co zapewne bawiłoby go, gdyby nie fakt, że sam zachowywał się jeszcze niedawno w dokładnie ten sam sposób.
I Mahealani nie zdawał sobie chyba sprawy jak wiele Iskrę może kosztować ten związek.
W magii Stilesa było coś pociągającego. Coś, co go wabiło. To jednak nie było wszystko, co Derek w nim widział. Stiles był cholernie mobilizujący. I nie miał problemu z tym, żeby wytknąć mu wszystkie błędy prosto w twarz, więc dobrze zastanawiał się, zanim zrobił cokolwiek. Myślał o konsekwencjach, bo w przypadku ich związku – mogły być opłakane.
I może, dlatego miał cholerną ochotę dorwać Danny'ego i powiedzieć mu, że przez kilka następnych lat powinien dla Ethana pleść bransoletki przyjaźni i trzymać łapy z daleka.
- Odniosłam wrażenie, że czegoś mi nie mówicie – stwierdziła Laura i zmarszczyła brwi.
- Oczywiście, że niczego ci nie mówimy. Jesteśmy dupkami – powiedział Stiles, wchodząc do salonu.
Uśmiechał się wrednie, jakby właśnie obmyślili coś genialnego ze Scottem, co mogło oznaczać dość poważne problemy. Zastanawiał się czy nie skończy się to tym, że on sam będzie zmuszony do zakopania ciała agenta FBI w Rezerwacie. Wolałby być w to włączonym, aby mieć nad wszystkim kontrolę. Trudno było mu zaufać McCallowi, ale Allison wyglądała jak odpowiednia osoba do takiego zadania.
- Nie mam wątpliwości, co do dupkowatości mojego brata, ale ostatnio wyciągnął głowę wiesz skąd, więc może przyjemniej będzie oglądać tę mordę – odparła jego siostra.
I nie mógł nie przewrócić oczami.
- I doskonale pamiętam, że wywaliliście mnie z Rezerwatu, gdy z moim mężem nieśliśmy pomoc – dodała, udając do żywego urażoną.
Stiles nie mrugnął nawet okiem.
- Jest ograniczona ilość alf, którym możemy z Marin skopać dupę w ciągu jednego dnia. Byliście nadprogramowi – odparł jego omega i nie było w tym krzty humoru.
- A ilu alfom dzielnie skopujecie tyłek ze Scottem? – spytał, nie mogąc się powstrzymać. – Czy będę musiał zareagować?
Stiles przygryzł wnętrze policzka.
- Obejdzie się bez rozlewu krwi – obiecał jego omega. – Scott postanowił poinformować ojca, że będziemy mieli rodzeństwo – odparł i Derek wziął głębszy oddech.
- McCall się martwił jeszcze cztery dni temu – przypomniał mu, bo ta wizyta na długo miała zapaść w jego pamięci.
- Scott potrzebuje czasu. Oraz mojego umysłu. A kiedy ma oba, jest niezwyciężony – poinformował go Stiles.
Laura prychnęła, chociaż nie zaprzeczyła. McCall był czasami tak pasywny, że trudno było zrozumieć jakim cudem przeżył na swoim. To tłumaczyło przynajmniej, dlaczego jego partnerką stała się Allison. Kiedy Derek zobaczył ich po raz pierwszy, pojęcia nie miał jak Rezerwat mógł działać pozbawiony kierownictwa alfy. Stiles jednak z pozoru nikomu nie zagrażał, więc wszyscy słuchali jego rad. Alfy nie musiały walczyć o przewodnictwo, ponieważ nie widziały w omedze czającego się niebezpieczeństwa. Tak wysoki odsetek ludzi łagodził pomniejsze konflikty.
Może i magia miała w tym swój udział, ale Stiles używał jej tak rzadko, że Derek w to wątpił. Chodziło po prostu o jego osobowość, a nie Iskrę, która stanowiła tylko dodatek. Wiedział jednak, że Stiles zapewne nie uwierzyłby w ani jedno jego słowo, gdyby próbował go przekonać, że magia to nie wszystko. I może sam też wiedział, że stanowiła na tyle ważny element życia omegi, aby nie wyobrażał sobie bez niej życia.
Laura przyglądała im się z lekkim uśmieszkiem na ustach i nie mógł nie odnieść wrażenia, że jego siostra jest szczęśliwa, widząc ich tak żartujących z sobą. Zapewne nie wiedziała jak dalece szaleni byli Scott i Stiles, gdy pozostawiano ich bez nadzoru. Szeryf wyjaśnił mu wyraźnie, że nigdy nie powinien zostawiać tej dwójki samej, podczas poprzedniej kolacji, gdy jeszcze nie miał ochoty urwać Derekowi głowy.
I może jego przeznaczeniem było wylądować z agentem McCallem pod jakimś, cholernym drzewem w Rezerwacie.