Z wielką przyjemnością pragnę ogłosić, że na rozdział czujnym okiem bety spojrzała Felly. Oczywiście bardzo ci za to dziękuję!
Dziękuję również Anuii, Fedea, Dominikamaja, XSparkX oraz ponny-a za napisanie pod ostatnim rozdziałem komentarza. Ich czytanie było dla mnie prawdziwą przyjemnością. Jesteście absolutnie wspaniali :).
Dominikamaju, tak, Meropa oczywiście nie żyje. Aczkolwiek w Little Hangleton mieszkała stosunkowo długo i zdecydowanie tam po niej jakieś zapiski zostać musiały :). Bardzo dziękuję za komentarz!
Miłego czytania!
Słowniczek: wężomowa
Motyle serce
Część pierwsza
Rozdział dwudziesty szósty
Gdy tylko Harry postawił nogę w Little Hangleton, wiedział, że jest blisko.
Nie potrafił dokładnie określić, co to dokładnie było, ale coś czuł. Wylądował nieco poza miastem. I było naprawdę blisko Bożego Narodzenia… cholera jasna, to mogła być nawet Wigilia, sam nie wiedział, bo to wszystko się rozmazywało i takie szczegóły już dawno przestały mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie. W powietrzu unosiło się przeszywające zimno, a jego stopy zostawiały ślady na oszronionej ziemi, gdy zbliżał się do ponuro wyglądającej wioski.
Boże, nawet jej nazwa brzmiała, jakby wszystkim jej mieszkańcom przeznaczone było zostać masowymi mordercami.
Owinął się porządniej płaszczem oraz szalikiem. Był wieczór, ale nie było jeszcze jakoś nadzwyczaj późno, więc widział rozpalone tu i ówdzie światła. Skierował się prosto do pubu… „Wisielec"? Na serio?
Nie było mowy, aby jakikolwiek dzieciak, który tu dorastał był normalny. Wszedł do środka, czując na plecach wir zimnego powietrza i zatrzasnął drzwi, aby się przed nim chronić. Natychmiast powitały go wrogie i kamienne twarze, jakieś wynędzniałe.
Zwilżył usta, przez chwilę stojąc z zakłopotaniem w drzwiach.
Naprawdę miał nadzieję, że nie była to jedna z tych wiosek, której mieszkańcy nie chcieli rozmawiać z obcymi. Posłał im napięty uśmiech, po czym skierował się do baru.
Usiadł, zamawiając piwo i ostatecznie, jako że nie zrobił niczego, czym mógłby jakoś szczególnie zwrócić na siebie ich uwagę, w powietrzu znów rozbrzmiały rozmowy, pomimo że wciąż nieustannie wysyłano mu pełne zainteresowania spojrzenia.
Pił przez chwilę w milczeniu, po czym pochylił się do przodu, by zwrócić na siebie uwagę barmana. Wyciągnął odznakę. Posiadali ją wszyscy aurorzy na wypadek, gdyby nadarzyła się jedna z tych nieczęstych sytuacji, gdy zmuszeni byli pracować na terenie mugolskiej policji.
Odznaka mówiła po prostu, że jest oficerem w Scotland Yardzie.
— Przepraszam bardzo – zaczął grzecznie, mając nadzieję, że mężczyzna będzie z nim współpracować, bo nie miał obecnie cierpliwości odpowiednio zająć się tą sytuacją. Najpewniej skończyłoby się to tym, że bezceremonialnie zmusiłby mężczyznę do odpowiedzenia na jego pytania. – Jestem tutaj w sprawie dochodzenia. To standardowa procedura, proszę się o nic nie martwić. Wierzę, że w okolicy mieszka rodzina Gauntów. Mógłbyś mi może o nich coś powiedzieć?
Mężczyzna gapił się na niego przez moment z całkowicie pustym wyrazem twarzy, nieco zdezorientowany i bardziej podejrzliwy, niż by się to Harry'emu podobało. Następnie coś w jego umyśle wydawało się wskoczyć na swoje miejsce.
— Ta rodzina od dawna nie żyje, oficerze. I to bardzo dobrze. Była z nich niezła banda świrów. Naprawdę dziwnych. Powiedziałbym, że trochę stukniętych.
— Co się stało? – zapytał Harry, zadowolony, że przynajmniej w pewnym stopniu w końcu uzyska odpowiedzi. W końcu wedrze się do życia i historii Voldemorta, i rozłoży je na czynniki pierwsze tak, jak ten rozłożył jego.
— To był niezły skandal – powiedział mężczyzna, tym razem z nutą rozkoszy. Oczywistym było, że nieczęsto widywał obcych i nie miał okazji rozmawiać z nimi na takie tematy. – Obaj byli bardzo gwałtowni. No i wylądowali w końcu w pace za te wszystkie kłopoty, które spowodowali w mieście. Nikt za nimi nie tęsknił, gdy zniknęli.
— Była wśród nich dziewczyna, prawda? – przerwał mu Harry. – Meropa?
Mężczyzna spojrzał na niego z ukosa, zmrużył na niego oczy, po czym ostatecznie skinął głową. Harry nie poczuł nawet kolejnego podmuchu wiatru, gdy drzwi za jego plecami ponownie się otworzyły i zamknęły.
— Taa, to prawda – powiedział barman. – Meropa Gaunt. Córka włóczęgi, która uciekła z synem szlachcica…
Ojcem Voldemorta, to musiał być on. I w chwili obecnej Harry nie mógł nawet myśleć o wyciąganiu wszystkich najmniejszych szczegółów, dowiedzeniu się, co się tak w ogóle stało i zrozumieniu, co mogło sprawić, iż ktoś zamienił się w kogoś tak oziębłego, że zabił ponad pięćdziesięciu ludzi. Ledwie mógł oddychać. Czuł, jak jakiś niepokój ściska mu żołądek, jak coś złego sprawia, że jego ramiona sztywnieją.
I wtedy zdał sobie sprawę, co to było. Cały pub ponownie ucichł, dokładnie tak samo jak wtedy, gdy do niego wszedł. Instynktownie sięgnął po różdżkę, ale czyjaś dłoń chwyciła jego nadgarstek i wykręciła go. Długie palce owinęły się wokół jego szyi, przytrzymując w miejscu jego głowę.
— Riddle'em. – Rozpoznał ten miękki, aksamitny głos, który tak często natychmiast go uspokajał. Ten podekscytowany oddech, który owiewał jego policzek i te usta, które drażniły małżowinę jego ucha. – Mój ojciec miał na imię Tom Riddle.
A następnie wszystko ogarnęła ciemność.
Oczywiście żadnego problemu nie sprawiło Tomowi szybkie zerknięcie na notatki Harry'ego, a także pobieżne prześledzenie ich w celu zobaczenia, jaka była obecna ścieżka jego dochodzenia.
Cieszył się, że Harry był tak bardzo pogrążony w swoim smutku, bo ze wstydem musiał przyznać, że oddech uwiązł mu w gardle, gdy spostrzegł nazwisko Gauntów.
Nigdy… nigdy nie zdawał sobie sprawy, że Harry tak bardzo zbliżył się do prawdy. Że zaledwie godziny dzieliły go od zostania rozpracowanym przez tego chłopca. Jego nieuwaga paliła go ostro w język, a serce biło szaleńczo w klatce piersiowej.
Sekundę później ogarnęła go ogromna ulga. Bo miał jeszcze czas, przewagę i przeczucie, że doskonale wie, gdzie pójdzie teraz Harry. Pozwolił mu więc na to, czując rodzące się w jego klatce piersiowej oszałamiające uczucie euforii.
Teraz… teraz będą mogli być naprawdę razem. Harry w końcu dostrzeże, kim tak naprawdę jest. Nie będzie już więcej kłamstw ani zaklęć glamour, ani muśnięć umysłów, które najzwyczajniej w świecie nie były wystarczające ani satysfakcjonujące, zwłaszcza gdy porównać je do nieznośnej potrzeby pożarcia i całkowitego zawładnięcia.
Wszedł cicho do pubu. Już od dłuższej chwili skradał się za Harrym z uroczą gorliwością odkrycia prawdy. Pozwolił, by drzwi się za nim zamknęły. Mógł zadrżeć w tej chwili z rozkoszy, pozwolić jej skrystalizować się i zapisać na wieczność w jego umyśle, kiedy zacisnął mocno palce wokół nadgarstka Harry'ego, czując jak puls chłopca natychmiast zaczyna przyśpieszać.
Chwycił jego gardło, aby nie zrobił niczego głupiego i dlatego, że uwielbiał sposób, w jaki te przepiękne usta rozchyliły się w cichym krzyku o odrobinę powietrza. Wciągnął głęboko powietrze, wdychając wsiąknięty w włosy Harry'ego zapach deszczu i wciąż ukrytą pod czymś leśnym i ciepłym słodką, mdłą woń zakrwawionego miejsca zbrodni.
Nawet teraz każdy cal chłopca był ciepły i żywy. Uwielbiał to, jego oczy aż przymknęły się na krótką sekundę z rozkoszy. Był w stanie niemal namacalnie wyczuć wypełnione strachem oczekiwanie Harry'ego, silną, pełną przekory walkę, której nigdy nie miał zaszczytu dzierżyć w swoich ramionach i to leciutkie wciągnięcie powietrza, gdy zadrapał zębami jego skórę.
Chłopiec pragnął zobaczyć u niego coś prawdziwego i w tej sekundzie całkowicie się przed nim odsłonił. Chwilę później posłał zaklęcie oszałamiające prosto w jego brzuch, bo to spotkanie wymagało znacznie większej intymności, niż mógł zapewnić jakiś brudny bar.
Harry zwiotczał w jego ramionach. Bez żadnego problemu przerzucił go sobie przez ramię, jak robił to już wcześniej. Mieszkańcy wioski patrzyli na niego w przerażeniu. Jeden z nich ruszył odważnie w jego stronę, chcąc bronić jego ofiarę.
Gdyby miał czas, zarżnąłby ich wszystkich, aby ta chwila na zawsze pozostała tylko jego i Harry'ego.
Zamiast tego jednak rzucił na nich tylko Obliviate i zabrał swoją nagrodę.
Harry czuł się, jakby jego brzuch przeszył ostry odłamek lodu. Jego umysł był zaskakująco jasny. Była to ta sama wyrazistość, która obudziła go po utracie przytomności.
Wszystko w ułamku sekundy wskoczyło na swoje miejsce.
Zimno.
Tom był Voldemortem.
Tom był Voldemortem. Voldemort i Tom byli jedną i tą samą osobą.
Czuł mdłości. I niepokój.
Nie wiedział, w jakim miejscu się obudził, zdecydowanie nigdy wcześniej w nim nie był. Wyczuwał chłodne więzy, w które na dodatek wpleciona była magia, otaczające jego nadgarstki i kostki, trzymające go w… o Boże.
Pozycji motyla.
Jego gardło zalała żółć i ogarnął go intensywny strach, stokroć gorszy niż same bycie związanym, który spowodował, że przez chwilę nie mógł się na niczym skoncentrować, bo jego umysł ogarnęła ślepa panika, która całkowicie pożarła jego zdolność do racjonalnego myślenia.
W pomieszczeniu było ciemno, ale udało mu się skupić wzrok na stojącym obok starego okna cieniu. Pokój wyglądał na stary, niedawno oczyszczony, a prześcieradłom, na których leżał, daleko było do elegancji, jakiej zwykłej domagał się Tom. Choć trzeba było przyznać, że były ze starego, aczkolwiek drogiego materiału.
Prześcieradła. A więc był przywiązany do łóżka.
Biorąc pod uwagę fakt, że T… Voldemort go pocałował, ten mały drań nie przyłożył się do tego, aby go w jakiś sposób uspokoić.
Voldemort był Tomem.
Tom był Voldemortem.
Gniew powoli go opuścił, uciekając przez szczeliny w oknie.
Harry oparł się pokusie przełknięcia śliny, przedzierając się przez ciemność swojego umysłu, kiedy złudzenie roztrzaskało się pod jego stopami.
Tom Riddle rozpadł się w proch i kiedy Harry został pozbawiony tej podpory, czuł się, jakby to samo można było powiedzieć i o nim. Nie potrafił odwrócić wzroku od jego sylwetki, to było niczym obserwowanie wypadku samochodowego. Tak bardzo zamarł w bezruchu, że niemal drżał na całym ciele. Voldemort nie odwrócił się, aby stawić mu czoła. Jego postawa była zrelaksowana, ale Harry od razu wiedział, że był on świadomy jego przebudzenia.
Był świadomy wszystkiego.
Tym razem nie został ukryty żaden aspekt ich połączenia. Było ono rozwarte na oścież, aż cały pokój przesycony był i zalany zalegającymi między nimi emocjami.
Wręcz fizycznie czuł ostre krawędzie zaborczości, ciężką obsesję ściskającą żołądek i nie wiedział nawet, czy należały one do Voldemorta, czy może niego samego, biorąc pod uwagę zdjęcia porozwieszane w każdym zakamarku jego pokoju oraz to, jak jego życie całkowicie kręciło się wokół polowania i złapania stojącego obecnie przed nim mężczyzny.
Pod tymi odłamkami przemocy kryło się coś gęstego i przypominającego przyjemność, co łaskotało jego zmysły niczym najdelikatniejsza czekolada. Miał niesamowitą suchość w gardle.
— Zamierzasz mnie zabić? – Mimo wszystko był dumny z tego, że może powiedzieć, iż jego głos pozostał spokojny. Jakimś cudem, kiedy pogodził się już z tym, co się tak właściwie stało, poczuł się niemal spokojniejszy. Co dziwne, to Tomowi powinien za to podziękować. To właśnie jego psychiatra był tym, który przygotował go na taką sytuację jakąś pseudo praktyką.
Nie był po prostu na tyle optymistyczny, aby wierzyć, że i tym razem zostanie utulony do snu z wyrazem fałszywej troski, który wyglądał na twarzy Toma tak słodko.
Mroczny czarodziej odwrócił się, a wyraz jego twarzy był tak wstrząsająco przyjemny, że część umysłu Harry'ego miała ochotę wykłócać się, że była to jakaś pomyłka, jakaś pokręcona sesja terapeutyczna, która przez przypadek zaszła za daleko.
Emocje jednak mówiły coś zupełnie innego. Mówiły mu wszystko. O miłości i nienawiści, i przede wszystkim żądzy, rozpaczliwiej potrzebie bycia zrozumianym i stworzenia idealnego towarzysza, bez względu na to, ile będzie musiało kosztować to osobę, którą kiedyś był. Bez względu na to, że musiał najpierw całkowicie Harry'ego Pottera rozerwać, aby uzyskać satysfakcjonujące wyniki.
Nie odwrócił wzroku i Voldemort zbliżył się do niego powolnym krokiem, zatrzymując się ostatecznie przy krawędzi łóżka. Harry niemal się wzdrygnął, kiedy zbliżyły się do niego jego miękkie palce i pogładziły czule jego twarz.
Miał przeczucie, że jego towarzysz nie zamierza mu odpowiedzieć. Przełknął ślinę.
— Kłamałeś. Przez cały ten czas. Powiedziałeś, że jesteś moim przyjacielem. – Jego głos odrobinkę się załamał i Tom posłał mu delikatny uśmiech, który miał w sobie nutkę okrucieństwa.
— Jestem twoim przyjacielem, Harry.
To sprawiło, że Harry'emu zaczęło wirować w głowie od całkowitej szczerości, która napływała do niego falami. Tom… Voldemort naprawdę myślał… jasne, Harry zawsze wiedział, iż Voldemort ma pokręcone poczucie, że go ratuje, że pozwala osiągnąć mu wolność i piękno motyla, ale kiedy spoglądał teraz w twarz Toma Riddle'a, to wszystko całkowicie mu się poplątało.
— Nie wiesz o tak wielu rzeczach – kontynuował mężczyzna, a w jego oczach widać było teraz zapał, pasję i emocje, które spowodowały, że gardło Harry'ego się ścisnęło. – O tak wielu sprawach nie mogłem ci powiedzieć…
— No tak, bo znacznie łatwiej jest rozmawiać z trupem, prawda? – odgryzł się ostro Harry, nie dbając o to, czy zniszczy tym euforię swojego towarzysza.
Ten spojrzał na niego beznamiętnie, a wyraz jego twarzy stał się chłodny. Miękkie palce zamieniły się w szpony, które podrapały ostro jego policzek, paląc jego skórę.
— Przyszedłeś tutaj, aby poznać prawdę… o mnie… i być może trochę o nas – wymamrotał Voldemort, przesuwając się. Wyciągnął różdżkę, a serce Harry'ego zatrzymało się na chwilę. – Nie odmówię ci. Już nie. Mogę dać ci wszystko, jeśli mi na to pozwolisz. Chciałbym.
Różdżka przesunęła się po jego torsie, z jednej strony rozrywając jego koszulę na strzępy. Chłodne powietrze, które zaatakowało jego odsłoniętą skórę sprawiło, że jego ciało natychmiast się oziębiło.
— Skoro możesz dać mi wszystko – prawie wyszeptał – puść mnie. I opuść różdżkę. My… możemy znaleźć razem z tego jakieś wyjście. Ty i ja. Tom… po prostu mi zaufaj, tak jak ja ufałem tobie. Mogę ci pomó…
Krzyknął z bólu, gdy dłoń zacisnęła się na jego czole i zdał sobie sprawę, że Tom nigdy wcześniej nie dotykał w taki sposób jego głowy. Jego policzków, owszem, ale nigdy czoła. Nie, żeby miał ku temu jakikolwiek powód, ale…
Czuł się, jakby jego blizna w kształcie błyskawicy stanęła w płomieniach. Nigdy wcześniej nie doświadczył niczego podobnego. Jego plecy wygięły się na łóżku i gorączkowo próbował uciec przed tym dotykiem.
Kiedy to zniknęło, dyszał ciężko, a jego klatka piersiowa falowała mocno. Voldemort spoglądał na niego z góry, przesuwając kojąco palcami po jego wilgotnej skórze.
Spojrzeli sobie w oczy i mężczyzna pokręcił w dłoni różdżką.
— To wszystko zaczyna się… i być może kończy w tym łóżku. Witaj w domu Riddle'ów, mój motylu.
