25. Rozdział o trudnych decyzjach pana Pottera.
Siedział tego dnia całe popołudnie w laboratorium i uczył się jak przygotowywać eliksir leczący. Wiedział, że prawdopodobnie Severus ma go pełne kufry, ale uznał, że nie zaszkodzi samemu spróbować go uwarzyć. Przeszukując zapiski Mistrza Eliksirów dołączone do książek o magii uzdrawiającej, natknął sie nawet na eliksir post-cruciatusowy. Były tam też leczące kaszel, szkiele-wzro, nasenne i uspokajające. Uznał, że musi przetestować wszystkie te przepisy. Musiał sobie przecież czymś zająć koszmarne piątki, które Snape spędzał na spotkaniach Zakonu, "poszukując Harry'ego".
Wiedział, że eliksirem wywołującym czkawkę nie wygra wojny, ale parę przepisów na poprawę zdrowia mogło się w przyszłości przydać. Co jakiś czas wracała do Harry'ego myśl czy nie mógłby po prostu otruć obu dziadów. Wysłać ciasto cytrynowe dyrektorowi z odrobiną cykuty w środku, i poczekać aż zdechnie, to było by wykonalne. Jednak sprawa Toma Riddle'a nie była tak prosta. Severus powiedział, że ten łysy paranoik częstuje swoimi posiłkami najpierw Glizdogona. Harry doskonale pamiętał gościa, który upuścił mu krwi na tamtym cmentarzu, i chętnie by się go również pozbył. Ale gość już i tak obciął sobie rękę dla swojego pana i był poszkodowany na umyśle. Otruć nieboraka było by zniżaniem się do poziomu bezmyślnej jaszczurki jaką był jego pan.
Harry nie zamierzał zabijać postronnych osób tylko po to, żeby wykopać drzewo życia tego potwora… Poza tym, jak sądził Harry, gdyby Glizdogon zginął od trucizny, to Riddle pewnie wyznaczyłby kolejnego ochotnika do testowania jego posiłków. Harry marzył o tym, że tą osobą będzie Malfoy.
„To zaszczyt, mój panie. Pozwól, że skosztuję, mój panie" wyobraził sobie arystokratę kłaniającego mu się w pas. Ale Harry był realistą. Zadanie przypadło by Mistrzowi Eliksirów jako osobie z najlepszym nosem do wyczuwania trucizn w posiłkach. A Harry nie mógł pozwolić, by mężczyźnie coś się stało. Nie nauczył go jeszcze wszystkiego co umiał.
- Jednak głupawy uśmiech nie schodził z twarzy Harry'ego. Skoro nie może dopaść tych dwóch ludzi, może chociaż umilić życie Malfoyowi. Nie mogąc załatwić samego Riddle'a, załatwi Malfoya. Cóż, odpowiednio doprawione wino, powinno usadzić tego kłamcę na kiblu, albo nawet przy odrobinie szczęścia w Św. Mungu. Uśmiechnął się do siebie zadowolony. Plan na następną niedzielę nabrał nagle klarowności. A samotne popołudnia nie wydawały się już Harry'emu takim złym pomysłem.
Miał cały tydzień, by wyszukać gdzieś w zbiorach Snape'a jakiś złośliwy przepis. Ostatni raz zamieszał w kociołku eliksir leczący, który zdążył już przybrać idealną barwę. Harry zaciągnął się zapachem doskonale uwarzonego specyfiku i zaklaskał sobie w duchu. Cholera, był w tym coraz lepszy. Musiał odziedziczyć naturalny talent po matce, bo nie przypomina sobie, żeby jego ojciec zdobywał jakieś osiągnięcia w tej dziedzinie w czasie szkoły. Wyjął kilka fiolek i przelał do nich miksturę.
Gdy nalewał zawartość kotła do trzeciej buteleczki, usłyszał hałas na parterze. Coś rąbnęło o podłogę dokładnie nad jego głową, a to znaczyło, że ktoś włamał się do domu. Zakorkował butelkę i wsunął ją sobie odruchowo do kieszeni na nogawce spodni. Musiał przyznać, że bojówki, to naprawdę wygodny wymysł odzieżowy. Wszystkie niezbędne pierdoły mieściły się w milionach kieszonek. Spojrzał jeszcze raz w stronę kociołka, upewniając się, że ogień pod nim jest wyłączony. Z różdżką w dłoni ruszył na palcach na górę.
Dziękował Merlinowi, że Snape dba o dom i nie skrzypią w nim schody ani podłoga. Zakradł się do korytarza, a stamtąd do kuchni, mieszczącej się dokładnie nad domową pracownią eliksirów Severusa. Nie miał pojęcia co tam zastanie, ale na końcu języka wirowało mu „Expeliarmus" jako podstawa wszelkiej obrony. Potem unieruchomi przeciwnika. Tak jak uczył go Snape. Stanął w progu i wciągnął sykiem powietrze. Spodziewał się kota-włamywacza, złodzieja – kretyna próbującego pożyczyć sobie telewizor czy wieżę stereo. To czego się zupełnie nie spodziewał, to Mistrz Eliksirów w szacie śmierciożercy, kompletnie nieprzytomny na podłodze.
Harry natychmiast schował różdżkę do kieszeni i ukląkł przy mężczyźnie. Delikatnie zdjął z jego twarzy maskę, ale to co zobaczył wcale mu się nie spodobało. Twarz Snape'a była pobita. Na prawym policzku był wielki siniak, który zaczynał już czerwienią podbarwiać oko. Czoło było podrapane, jedno ucho wydawało się być rozcięte.
Delikatnie, drżącymi palcami zaczął rozpinać jego szaty, poszukując jednocześnie różdżki z hebanu lub jakiś specyfików leczących. W połach czarnego materiału znalazł eliksir post-cruciatusowy. Było też parę innych podpisanych skrótami. Ale Harry musiał najpierw ocucić mężczyznę by cokolwiek mu podać. W pierwszym odruchu chciał użyć jego różdżki, by przywrócić, mu świadomość, ale pamiętał reakcje drewna, gdy ostatni raz trzymał ją w dłoni i wolał nie ryzykować kolejnych pęcherzy na dłoniach.
Nie mając lepszego pomysłu, podszedł do zlewu i namoczył ścierkę kuchenną zimną wodą, otwierając w tym czasie okno. Nie żeby to coś dało, upał za oknem raczej nie wróżył świeżego powietrza. W zasadzie w domu też panował upał, co Harry zauważył dopiero teraz. Czyżby czary rzucone na dom padły, gdy Snape stracił przytomność? Harry musiał wziąć kilka głębokich oddechów by nie wpaść w panikę. Zimną ścierką otarł mężczyźnie czoło, twarz i szyję. Rozpiął kilka guzików pod szyją.
- Snape. Ocknij się. – poklepał go po policzku, ale nic się nie zmieniło. Próbował zbadać mu puls, żeby ustalić czy mężczyzna w ogóle żyje, ale ręce tak mu się trzęsły, że nie mógł znaleźć żadnej tętnicy, by cokolwiek wyczuć. W końcu pochylił się nad nim próbując usłyszeć oddech. Nie usłyszał żadnego. Przewrócił mężczyznę na plecy i upewnił się, że nie ma nic w ustach, po czym próbował wpompować powietrze w jego płuca. Po dwóch wdechach spróbował ucisnąć jego klatkę piersiową, ale zdawało mu się, że jest za słaby.
- No dalej, Snape. Ocknij się. Nie zostawiaj mnie samego. Proszę. - Powtarzał wciąż uciskając. Kolejne dwa wdechy i kilka uciśnięć. Tego się nauczył oglądając mugolskie seriale medyczne. Może to była jakaś bzdura, ale w tym momencie nie miał pomysłu co mógłby jeszcze zrobić. Przecież nie wezwie pani Pomfrey na pomoc! Kolejne dwa wdechy. Nadal nic. Znów wdech i uciśnięcie.
Przed oczami stanął mu obraz Albusa pojawiającego się razem ze szkolną mago-medyczką. Kręcącego z politowaniem głową i wyrzucającego mu, że to jego wina, Harry'ego. Że gdyby nie uciekł… wdech. Uciśnięcie. Gdyby nie uciekł, Snape by żył. Wdech. Albus wyciąga w jego kierunku swoją starczą łapę trzymając w niej paczkę fasolek wszystkich smaków. Kilka uciśnięć. Wdech. Wdech. Wściekłość buzowała w Harrym. Znów ktoś kto przysiągł przy nim być, go opuścił.
- Obudź się. Słyszysz! Obudź się kutasie! – wrzasnął w końcu z bezsilności i rąbnął go z całej siły w pierś. W tym momencie uznał, że nie ma innego wyjścia i musi zrobić coś więcej, nawet jeśli miało by to im sprowadzić na głowę jakieś włoskie ministerstwo, będzie się później tłumaczył. Sięgnął po różdżkę z czarnego drewna i zacisnął szczęki spodziewając się bólu.
- Ren- zaczął rzucać zaklęcie, ale zanim skończył, Snape z sykiem wciągnął powietrze w płuca i zaczął łapać łapczywie oddech. Z jego oczu płynęły łzy i chwycił się w panice za szyję. Harry położył dłoń na jego ramieniu. Różdżka wypadła z jego rąk na podłogę.
- To ja, Harry. Uspokój się. Oddychaj. Jesteś w domu. – Czarne oczy powoli nabierały świadomości. Harry natychmiast odkorkował eliksir przeciwbólowy. Snape powoli się uspokajał. Chłopak wciąż go trzymał za głowę by podać mu eliksir leczący, gdy Snape sięgnął po fiolkę z fioletowym płynem, którą miał w kieszeni. Próbował ją otworzyć drżącymi rękami. Harry pomógł mu ze specyfikiem.
- Post-crucio? – odpowiedziało mu tylko lekkie przymknięcie powiek. Wlał eliksir do ust mężczyzny i czekał wciąż podtrzymując jego głowę. Po chwili ciche mamrotanie dotarło do jego uszu.
- …nka –
- Łazienka? – kolejne przymknięcie powiek. – Dobra. Chodź. – Harry podniósł się i spróbował podnieść mężczyznę. Snape powoli odzyskiwał swój zwykły szary koloryt na twarzy, w miejsce sinawego, ale i tak nie wyglądał dobrze. „Uparty z niego człowiek" pomyślał Harry, gdy Snape powoli podniósł się na kolana. Harry podparł go na swoim ramieniu i pomógł wdrapać się na schody. Po paru minutach, które wydawały się chłopakowi wiecznością, znaleźli się w łazience.
Harry zaczął ściągać czarny płaszcz z Severusa, który przez chwilę protestował, ale w końcu dał sobie pomóc, nie mając najwyraźniej sił na sprzeciw. Koszula była mokra od potu. Spodnie… też były raczej brudne. Harry zastanawiał się jak długo trwał ostatni Cruciatus, że zmusił tego zawziętego człowieka do oddania na siebie moczu. Odkręcił wodę w wannie i wyjął ręczniki.
W tym czasie Snape dowlókł się do kibla i zwymiotował, a potem bardzo chwiejnym krokiem ruszył w stronę wanny. Gdy był już w chłodnej wodzie nieco się przebudził. Harry nie śmiał nalać gorącej wody do wanny. Wszystkie siniaki od razu rozlały by się po ciele i leczyły by się kilka dni dłużej. Poza tym Snape mógłby zasnąć, a tego mu jeszcze brakowało, żeby się bydlak utopił.
Siedząc już w gęstej pianie, Snape pozbył się swojej bielizny. Harry natychmiast wrzucił wszystkie brudne ciuchy do pralki. Gdy już ją uruchomił, podszedł znów do wanny. Brunet leżał w wodzie, z głową opartą o kant wanny i patrzył się w sufit lekko zamglonym wzrokiem. Jego ciałem co chwila wstrząsał dreszcz. Harry wiedział, że Snape nie ma siły poruszyć rękami. Namydlił więc gąbkę i zaczął myć niemal nieprzytomnego mężczyznę.
Dopiero teraz zwrócił uwagę na wielki tatuaż na jego plecach. Czarna pantera w której oczach można było dostrzec małe tornada. Na kolanach były wytatuowane gwiazdy pięcioramienne. Na samym mostku widniał prosty, geometryczny wzór. Koło wpisane w trójkąt równoboczny z wyrysowaną wysokością trójkąta. Całość oczywiście wieńczył dziwaczny wąż - totem na prawym ramieniu i pieprzony Mroczny Znak na lewym. Symbol na mostku był jednak prosty do zapamiętania i Harry postanowił, że poszuka tego w literaturze... choć Harry wcale by się nie zdziwił, gdyby sie nagle okazało, że Snape był kiedyś dobry z matmy, a w szkole podstawowej brał udział w jakiś konkursach… może to był symbol przynależności do jakiejś idiotycznej społeczności studentów. Harry miał świadomość, że wciąż nie wie za wiele o swoim opiekunie.
Gdy uznał, że mężczyzna jest umyty, spuścił wodę z wanny i pomógł mu wstać. Wytarł go i zarzucił na niego szlafrok. Otaczając go znów ramieniem zaprowadził go do sypialni.
Nigdy wcześniej tam nie był, pomijając noc w której sam walczył z gorączką, ale z jej właśnie powodu nie pamiętał za wiele. Nie wyobrażał sobie natomiast, że mógłby go teraz donieść do kanapy w salonie, czy spróbować umieścić na swoim, jednak niewielkim łóżku.
Łóżko Snape'a , jak się spodziewał, było duże. Zdobione metalowymi okuciami w kształcie tygrysów, wlanych jakby w czarne drewno w zagłówku. Wszystko było raczej w ciemnych barwach i surowe, bez zbędnych dodatków czy bibelotów. Całą południową ścianę zajmowała wielka szafa z ciemnego drewna, zabudowana od podłogi aż po sufit.
Posadził go ostrożnie na łóżku i odetchnął. Snape krzywiąc się z bólu, wciągnął nogi na łóżko i zwinął się w kłębek. Próbował jeszcze sięgnąć po coś do szuflady, ale nie miał dość sił. Harry otworzył szufladę, pełną jakiś listów, na ich wierzchu leżały dwie fiolki. Wyjął je obie, a brunet przytaknął nieznacznie głową. Harry powąchał mikstury – eliksir słodkiego snu i zwiotczający mięśnie. Podał mu najpierw ten drugi, a potem zaaplikował nasenny. Zdążył zdjąć z niego jeszcze szlafrok i przykryć kołdrą, by zobaczyć jak mężczyzna odpływa do krainy snów.
Odgarnął mu włosy z czoła i poprawił kołdrę. Zastanawiał się przez chwilę co zrobić z pustymi fiolkami, gdy jego wzrok padł ponownie na listy w szufladzie.
Droga Lily
Proszę wyb
Na nim leżał kolejny, rzucony niedbale na skos.
Droga Lily
Nie mam sił. Harry w jakiś
Wtedy oczy Pottera spoczęły na doskonale mu znajomym piśmie. Jego własnym piśmie.
Kochana mamo
Wiesz, że jestem czarodziejem?
Spojrzał na śpiącego mężczyznę, ale ten nie dawał znaku życia. Korciło go by zabrać stąd własne listy. Bo przecież była ich cała szuflada. I jeśli był ten pierwszy, to znaczyło, że Snape znalazł je wszystkie w dormitorium Slytherinu. Postanowił wypytać o to Severusa, gdy ten się wyśpi, ale teraz musiał przygotować mu jakiś lekkostrawny posiłek, by miał po czym odzyskiwać siły.
Po drodze na dół, zaczął sobie jednak przypominać jakie bzdury wypisywał w tych listach i miał ochotę palnąć się w łeb. „Nikt nie ogląda się za Snapem bo on nie myje włosów." „Jest jak wampir w czarnych szatach." „Nie cierpię go! Głupi, głupi Snape!" Harry poczuł jak się czerwieni. Snape to wszystko przeczytał… a jednak nigdy mu tego nie wypomniał. To poprawiło mu nieco humor.
A potem natarła na niego myśl, że Snape pisał do jego matki. Pisał listy tak jak Harry. Chłopak uśmiechnął się pod nosem. Skoro on przeczytał jego korespondencję, to chyba Harry ma prawo domagać się pozwolenia na przeczytanie listów, które pisał Severus Snape? A potem pojął jakby to było najbardziej oczywistą rzeczą na świecie, że mężczyzna nigdy nie udzieli mu takiej zgody. Uznał, że łatwiej jest prosić o wybaczenie, niż pytać o pozwolenie. Postanowił, najpierw wszystko przeczytać, a potem zadać na spokojnie pytania, jeśli jakieś się pojawią.
Gdyby Snape chciał oddać Harry'emu te listy, dawno by to zrobił. Poza tym to był najłatwiejszy sposób by sprawdzić, czy mężczyzna go nie okłamuje. Bardzo sprawiedliwy układ w ocenie chłopaka. Ostatecznie Severusowi zależało na tym, by Harry mu ufał. Nigdy nie wspominał ani słowa, że ma jakąkolwiek potrzebę ufania jemu w odwecie.
A jednak pozwolił sobie dziś pomóc. Pozwolił się napoić eliksirem zrobionym przez Harry'ego. Pozwolił się wykąpać i rozebrać. Przez chwilę przez jego świadomość przemknął strach, że być może mu się rano oberwie, jak Snape stanie na nogi.
Pewnie uzna, że taka sytuacja jak ta była wyjątkowa i mogłem użyć różdżki…
Jednak teraz Harry czuł się bezpieczniej. Nie użył magii, i nikt komu przyszłoby do głowy śledzić Severusa po spotkaniu z Czarnym Panem nie namierzyłby choćby cienia mocy przechodzącej przez badyl.
Nie. Tak było na pewno lepiej, i nawet Severus będzie musiał to przyznać.
Harry zmył podłogę w kuchni na której wciąż pozostawały resztki płynów ustrojowych, które były na Snape'ie. Dopiero teraz dotarł do niego ogrom całej tej sytuacji. Zaczął się denerwować faktem, że nie miał pojęcia co się właściwie stało. Dlaczego Snape wrócił w tak fatalnym stanie? I jakim cudem w ogóle był w stanie się dostać do mieszkania? Czy to możliwe , że starczyło mu sił na teleportację i potem liczył na Harry'ego? A co jeśli Harry by spał? Jeśli by go zwyczajnie nie usłyszał? Zmroziło go. Musi z nim porozmawiać. Musi wiedzieć, jeśli Severus idzie do Riddle'a. Nie może znikać sobie bez słowa. Harry musi to wiedzieć.
Tylko czy naprawdę chciał wiedzieć? Czy chce czekać niecierpliwie na jego powrót? Czy jednak lepiej zostać w błogiej nieświadomości i nie przejmować się przez… przez ile właściwie? Harry od rana siedział w pracowni. Ale czy słyszał Sev'a rano? Czy widział kubek po kawie w zlewie? Harry zbladł. Nie było żadnego kubka. A to mogło oznaczać tylko, że Sev jej rano nie wypił… że nie było go w domu. Że zniknął już w nocy. – Czy to bydle znęcało się nad nim całą noc? – wściekłość w Harrym zaczynała buzować i miał ochotę natychmiast wezwać Riddle'a i wbić mu widelec w oko.
Łysy drań znęcał się nad Severusem kilkanaście godzin. A potem wypluł jak przerzuty tytoń. Harry pojął w tym momencie, że następnym razem jednak chce wiedzieć. Musi. Nawet jeśli miałby nie spać całą noc. To przecież Severus robi to dla niego. Ukrywa go. Uczy. Nie oczekuje nic w zamian. Nic, poza wynikami we wspomnianej nauce. Wstawił do gotowania rosół i powlókł się na górę do sypialni.
Usiadł obok łóżka na którym spał mężczyzna. Jego oddech wciąż był niespokojny, a wyraz twarzy jasno świadczył o cierpieniu. Harry dotknął czoła, ale było chłodne. Stanowczo zbyt chłodne. Zbiegł na dół po gorącą herbatę. Jednak gdy wniósł ją na górę uznał, że nie może go obudzić, by podać gorący trunek. Severus potrzebował snu bardziej niż herbaty. A jeśli go wybudzi, przez następne 4 godziny nie będzie mógł mu podać ponownie eliksiru nasennego. Niewiele myśląc, przytargał ze swojego pokoju kołdrę i koc, którymi opatulił śpiącego. Sam zasiadł zaś w fotelu, który przyciągnął ze swojego pokoju i obserwował go przez chwilę.
Jedna dłoń mężczyzny pod jego głową, druga gdzieś zaplątana pod własnym ramieniem. Powieki lekko drgały, a usta formowały się w jakieś słowa. Harry nachylił się by słyszeć lepiej.
- Lily. Proszę. Lil… - szeptał pod nosem Snape. To przechyliło czarę. Harry pochylił się by poprawić koc otulający mężczyznę, po czym sięgnął do szuflady przy łóżku.
notka autora:
Witam i pozdrawiam wszystkich followersów :)
Dzisiejszy rozdział krótszy niz zwykle, ale po prostu tak mi pasowało przerwać akcję. Nie martwcie się wkrótce następny.
Wena dopisuje mi chwilowo i niczym maszynka spisuję wszystko tak szybko jak mogę, więc postaram się wrzucać rozdziały jak najczęściej.
Co do wizji Severusa - wszystko wyjaśni się niebawem.
