Tydzień później Albus czuwał u boku Minerwy, delikatnie ściskając jej dłoń.

Od tamtego chwilowego obudzenia nie pozbywała się już mocy, co było dobrym sygnałem. Jej ciało powoli nabierało sił, wyglądała o wiele lepiej, niż kiedy Albus zobaczył ją w Nurmengardzie. Mikstury uzdrowicieli z św. Munga naprawdę zdziałały cuda. Waga Minerwy podskoczyła w górę. Widać to było na jej sylwetce – już nie była chorobliwie chuda. Jej skóra, choć nadal blada, nie wydawała się tak krucha, a blizny były mniej widoczne. Po rozszarpanych ranach na nadgarstkach nie było śladu. Częściowo odrastały jej włosy, teraz niczym aureola rozłożone na poduszce.

Nikt nie potrafił ocenić stanu jej psychiki. Z zdumiewającą regularnością Minerwa wpadała w amok, w którym rzucała się na łóżku, usiłowała rozerwać krępujące ją więzy, krzyczała i krzywiła się z bólu. Albus nie mógł na nią patrzeć w tym stanie, ale trwał przy niej, bo jego cichy szept zdawał się ją lekko uspokajać. Tak przynajmniej twierdzili uzdrowiciele. Dla Albusa to było marne pocieszenie, bo po kilku godzinach drgawek i wrzasków Minerwa traciła siły i zapadała w śpiączkę. To powtarzało się codziennie, dlatego uzdrowiciele uznali, że coś blokuje sen Minerwy- gdy zasypiała, jej ciało reagowało podobnie jak przy niewybaczalnej klątwie bólu, choć niewątpliwie najbardziej atakowany był jej umysł. Niemniej jednak żaden z uzdrowicieli nie umiał określić przyczyny. To mógł być podany kiedyś eliksir, jakaś czarnomagiczna klątwa albo coś jeszcze innego.

Albus jednak wiedział, że ten stan nie może trwać w nieskończoność – prawidłowy sen był niezbędny do życia.

Wiedział to z autopsji, bo przez cały tydzień jego sen ograniczył się do krótkich drzemek u jej boku. Czasem przychodzili też przyjaciele Minerwy, jak Augusta, Poppy czy Alastor. Przynosili Albusowi jedzenie – bez nich pewnie by o tym zapominał. Uzdrowiciele kręcili głowami na jego upartość, ale pozwolili mu transmutować twarde szpitalne krzesło w wygodny fotel. Byli wyjątkowo wyrozumiali, zważywszy na fakt, że musieli użerać się z armią dziennikarzy czarodziejskich gazet, którzy koczowali przed budynkiem szpitala, z każdym dniem coraz mocniej przykuwając uwagę mugoli. Nikogo nie omijała ciekawość – Albus widział ją wypisaną na wielu twarzach. Nikt go jednak nie zapytał wprost jak Grindelwald został ,,unieszkodliwiony" jak napisano w oświadczeniu ministra. To oświadczenie było właściwie jedynym publicznym potwierdzeniem końca wojny. Tak jakby marazm, w którym pogrążona była Minerwa, udzielił się wszystkim.

Albus lekko uniósł jej bezwładną dłoń. Długie, chude palce wydawały się tak kruche, a jednak to one zmieniły bieg dziejów. Nie miał pojęcia, jak Minerwa zdołała samą dłonią przebić się przez wszystkie bariery ochronne otaczające Grindelwalda, ani skąd znalazła na to siły.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Bitwy, jakie stoczyła Minerwa w swojej głowie podczas tego tygodnia, znała tylko ona sama. W jakimś stopniu pozostawała świadoma tego, co się wokół niej działo – wizyt przyjaciół, mikstur podawanych przez uzdrowicieli, obecności Albusa.

Tylko dzięki niemu udało jej się zatrzymać uciekającą magię. Magazynowała ją w sobie jak cenny ładunek, którego nie miała od bardzo dawna. Wiedziała, że Albus jest obok. Nie chciała go ranić gwałtownie uwalnianą mocą, więc siłą woli zatrzymywała ją. I to było zwycięstwo.

Częściej jednak spotykały ją porażki. Nie sypiała prawie wcale. Ilekroć jej umysł rozluźniał się, by odpłynąć w sen, atakował ją ból, który musiała kumulować w sobie zamiast magii. Minerwa nie była uzdrowicielką, nie była też teoretykiem umysłu, ale znała siebie na tyle, by stwierdzić, że długotrwałe tortury uszkodziły jej wewnętrzny limit magazynowanej magii, a miejsce zazwyczaj zajmowane przez moc zajął ból. Skumulowała go w sobie tyle, że konsumował jej umysł, nie znajdując dla siebie ujścia.

Do tego musiała mierzyć się ze skutkami diabelskiego zaklęcia wymyślonego przez Grindelwalda. Ilekroć udało jej się zasnąć, atakowały ją koszmarne wizje – grota, najdrożsi jej ludzie, torturowani i zabijani przez Grindelwalda. Minerwa widziała ich martwe ciała już tyle razy, że teoretycznie powinna się do tego przyzwyczaić, ale ten widok wstrząsał nią za każdym razem. Jej serce przyśpieszało swój rytm, gdy tylko widziała skalne ściany groty, ból i strach rosły z każdą sekundą obserwowanych okropności. Wreszcie jej męka sięgała apogeum, gdy zmuszona była wychylić się przez krawędź rozpadliny, by ujrzeć oskarżycielskie, szklane oczy Albusa, leżącego na górze rozkładających się zwłok. Krzyczała i wyła, ale ból nie ustępował, a cała scena powtarzała się tak długo, aż traciła świadomość.

Tak egzystowała przez tydzień. Na granicy świadomości, na granicy szaleństwa, na granicy śmierci.

To nie mogło trwać. Mogła albo umrzeć, skonsumowana bólem, albo walczyć, o spokój duszy i umysłu.

Była ostatnią z klanu McGonagallów. Oni nigdy się nie poddawali.

Była również Gryfonką. Jeśli miarą jej odwagi miało być stawienie czoła demonom własnego umysłu, musiała to zrobić.

Gdy odzyskała świadomość tego, co się wokół niej dzieje, Minerwa skupiła się na obecności Albusa. Był tu, dbał o nią. Nie opuszczał jej ani na chwilę. Czuła jak delikatnie łapie ją za rękę. Pozwoliła swojemu umysłowi dryfować, jednocześnie nie tracąc z uwagi Albusa. Minęło sporo czasu, gdy zrozumiała, że ogarnia ją sen. Ból powrócił razem z nim, ale Minerwa myślała jedynie o palcach Albusa gładzącego wierzch jej dłoni. Oczywiście potem nadeszła wizja. Minerwa usiłowała ją odepchnąć z całej siły, próbując przywieść inny obraz na powierzchnię – Albus uśmiechający się do niej z dumą, Albus obracający ją w tańcu.

Walka wymagała ogromnego wysiłku. Minerwa jednak nie szczędziła sił.

Wreszcie okropna, straszliwa wizja zaczęła blednąć. Zamiast niej pojawił się obraz migoczących, niebieskich oczu, pełnych tego uczucia, które było nie do pomylenia z żadnym innym – miłości.

Minerwa, po raz pierwszy od ponad miesiąca zasnęła prawdziwym snem.

Jej umysł obudził się dziesięć godzin później – pierwszym zarejestrowanym doznaniem był uścisk Albusa na jej dłoni. Przez chwilę cieszyła się tym wrażeniem, jak również ogólnymi zaletami długiego snu – czuła się o wiele silniejsza.

Uznała, że nadszedł czas, by otworzyć oczy.

Światło było przytłumione- musiała być noc albo późny wieczór. Albus siedział tuż obok na wygodnym fotelu – patrzył na ich złączone dłonie, nie zauważył więc, że jest w pełni przytomna.

Zupełnie świadomie, ścisnęła jego dłoń.

Ze zdumieniem uniósł głowę. Na widok jej otwartych oczu na jego twarzy pojawił się najpierw niepokój, a potem radość. Jego oczy zamigotały.

Minerwa uniosła kąciki ust.

- Minnie. Słyszysz mnie? – zapytał cicho, drżącym głosem.

Powoli skinęła głową – nie ufała jeszcze swojemu głosowi. Widziała jak Albus wydaje z siebie westchnienie ulgi. Poczuła jak jej oczy wilgotnieją.

- Na Merlina. Nawet nie wiesz, jak się bałem. – wyszeptał Albus. Minerwa wyciągnęła rękę, by otrzeć łzę spływającą po jego policzku. Potrząsnęła głową:

- Opowiedz mi o wszystkim. – jakoś udało jej się wydobyć z siebie głos, choć jej słowa były bardzo ciche.

Albus przez chwilę studiował jej twarz, a potem rzucił szybkie spojrzenie na drzwi. Zacisnęła mocniej dłoń na jego ręce.

- Potem. Teraz mi powiedz. Co się działo? – zapytała uparcie.

Albus zaczął opowiadać o tym jak od miesiąca prowadził armię pod Nurmengard, aż w końcu ujrzał przed sobą morze szarych szat – Grindelwald zgromadził wszystkich swoich zwolenników, znacznie przeważających liczbą siły sprzymierzonych. Po wielu godzinach walk udało im się zbliżyć do twierdzy na tyle, by Albus mógł do niej wejść, uporawszy się najpierw z dziesiątkami zaklęć ochronnych.

- I wtedy wszedłem do tego wielkiego, szarego pomieszczenia i zobaczyłem różdżkę Grindelwalda wycelowaną w twoje serce. – Albus urwał i odwrócił głowę, ale Minerwa wiedziała, że usiłuje ukryć grymas bólu na twarzy.

- Co działo się po tym, jak straciłam przytomność? – zapytała.

Albus opowiedział jej o uwięzieniu Grindelwalda w najwyższej, najbardziej strzeżonej celi Nurmengardu. Wyznał jej prawdę o swoim strachu, że jego zaklęcia nie okażą się dość silne, by zatrzymać Gellerta. Zrelacjonował jej cały pobyt w szpitalu i troskę jej przyjaciół oraz hipotezy uzdrowicieli. Minerwa nie skomentowała ich ani słowem. Wreszcie Albus opowiedział jej o marazmie opinii publicznej i rozmowie z ministrem.

Minerwa poczuła chłód i nienawiść w sercu na myśl o Spencer- Moonie.

- Nawet on nie wie, co wydarzyło się w tamtej komnacie. Prawda jest taka, że to ty pokonałaś Grindelwalda, to na ciebie powinni czekać dziennikarze pod szpitalem. – zakończył Albus.

Minerwa zastanowiła się nad jego słowami. Nie mogła się z tym zgodzić – to jego zaklęcie rozbroiło Grindelwalda, to on go oszołomił. Ona nie była bohaterką, była co najwyżej ofiarą. Chwała i zaszczyty należały się Albusowi, nie jej. Ona zawiodła – dała się złapać, Grindelwald zapanował nad jej umysłem. W oczach ministra, nawet zdradziła. Nie potrzebowała teraz uwagi. Chciała uciec od tego wszystkiego.

Chciała zacząć wszystko od nowa. Odbudować swoje zdrowie, pozbyć się bólu. Zapomnieć o wszystkim, co wydarzyło się podczas tej wojny.

- To ty go rozbroiłeś. Jego różdżka słucha się ciebie, nieprawdaż? To ty przybyłeś do Nurmengardu by go pokonać i zrobiłeś to. To powinieneś powiedzieć ludziom. To powinniśmy przedstawić ministrowi. Grindelwald torturował mnie na twoich oczach, wpadłeś w gniew i go pokonałeś, mi udało się przeżyć. Koniec historii. – choć ułożenie długiej wypowiedzi było dla niej sporym wysiłkiem, Minerwa mówiła z pewnością i zdecydowaniem.

-Ale co z tobą? To ty rozbiłaś wszystkie jego bariery. To ty rozorałaś mu gardło gołymi rękoma, na Merlina! Chcesz tak po prostu usunąć się w cień? – Albus uniósł brwi z niezrozumieniem. Minerwa westchnęła:

- Tego właśnie chcę.

- Co on ci zrobił? Co działo się z tobą przez te wszystkie miesiące? – spytał cicho Albus.

Minerwa przymknęła oczy. Wiedziała, że to pytanie w końcu padnie. Nie mogła przyznać się Albusowi, że codziennie była torturowana. Nie mogła mu tego dokładać. Nie chciała do tego wracać. Musiała kłamać, ale to było stąpanie po bardzo kruchym lodzie – Albus wspomniał o jednym mężczyźnie uratowanym z wieży. Mógł on słyszeć jej krzyki. Ona jednak mogła powiedzieć, że Grindelwald mógł torturować kogoś innego – jej słowo przeciw słowu tego człowieka. Musiała podjąć to ryzyko – była przekonana, że jedynie zachowanie w tajemnicy tamtych wydarzeń, pochowanie ich na samym dnie umysłu pozwoli jej uwolnić się od towarzyszącego jej bólu. Nie miała wątpliwości, że sam Grindelwald nie puści pary z ust. Była prawie pewna, że przez cały proces zachowa milczenie. Jedyną osobą, która mogła go zmusić do mówienia był Albus. A wystarczyło spojrzeć na niego, by stwierdzić, że byłoby mu trudno stanąć znów naprzeciw człowieka, który od tak długiego czasu był dla niego źródłem bólu i lęku.

Minerwa pragnęła jedynie spokoju. I była przekonana, że tylko ona sama jest w stanie go osiągnąć.

- Grindelwald umieścił mnie w celi bez okien. Codziennie dostawałam miskę wody i zupy, ale to ledwie trzymało mnie przy życiu. Siedziałam tam miesiącami, nieświadoma upływu czasu. Grindelwald pojawił się tylko raz, by złamać mój umysł i uzyskać z niego potrzebne mu informacje. Gdy zjawił się po raz drugi, zabrał mnie do szarej komnaty. – opowiedziała beznamiętnie, doskonale świadoma świdrującego wzroku Albusa.

- A więc nie ranił cię, nie torturował? – zapytał.

- Nie. – skłamała Minerwa, tym razem patrząc mu prosto w oczy. W duchu błagała wszystkich bogów, by wybaczyli jej to kłamstwo.

- Zatem te całe napady, które obserwowaliśmy tutaj w szpitalu, były efektem tego jednego zaklęcia, którego byłem świadkiem? – Albus przekrzywił głowę.

- Prawdopodobnie tak. Choć tak długi okres w zamknięciu, o głodzie i bez magii na pewno też musiał się na mnie odbić. – łgała dalej Minerwa.

- A te wszystkie blizny? – Albus wskazał ręką na jej pokryte bliznami nogi i ręce.

- Dumbledore, jestem wojowniczką. To bitewne rany, których nie leczyłam, bo organizm dość dobrze sam się nimi zajął. – Minerwa usiłowała wskrzesić w sobie uśmiech, ale nie za bardzo jej to wyszło.

- Co zatem odkryłaś w Nurmengardzie podczas misji? –nie wytrzymał Albus, a na jego twarzy pojawił się rumieniec.

Minerwa myślała gorączkowo. Albus ani słowem nie wspomniał o więźniach w swojej opowieści. Jeśli więc znała Spencer-Moona, to minister nie kiwnął palcem, by odkryć lokalizację tej groty. Co oznaczało, że poprzez spalenie szafy, Grindelwald puścił z dymem jedyny dowód masowego ludobójstwa jakiego się dopuścił.

Wszystko zależało teraz od ministra.

- Powinnam porozmawiać z ministrem. – odezwała się wreszcie Minerwa. Albus obrzucił ją przeciągłym spojrzeniem. Była przekonana, że był bardzo ciekawy, ale nie chciał, by ta rozmowa miała charakter przesłuchania.

- Nie teraz, jesteś jeszcze zbyt wyczerpana. Powinienem zawołać uzdrowicieli, by sprawdzili twój stan. I wysłać sowy do przyjaciół, na pewno będą chcieli wiedzieć, że się obudziłaś. – odparł ostatecznie.

- Dobrze, a ty zorganizujesz mi spotkanie z ministrem na jutro. I wyjdziesz do dziennikarzy, by poinformować skromnie świat, że pokonałeś Grindelwalda, a wojna dobiegła końca. – powiedziała twardo Minerwa.

- Gdzie twoje umiłowanie prawdy? Przecież to kłamstwo. – stwierdził Albus, patrząc jej w oczy, szukając w nich potwierdzenia.

- Nie jestem już tą samą osobą co kiedyś, Albusie. I proszę cię, zrób to dla mnie. To od początku miało rozegrać się między tobą a nim. Idź i daj tym ludziom powód do świętowania. – Minerwa nieugięcie zniosła jego spojrzenie. Widziała, jak jego oczy wilgotnieją. Wyczuł, że to jedno zdanie było prawdziwym podsumowaniem tego, co się wydarzyło. Miała już nigdy nie być tą samą osobą co przedtem.

- Dobrze. Zrobię to, jeśli tego pragniesz. – uścisnął jej dłoń.

- Dziękuję. Za wszystko, przyjacielu. – odpowiedziała, starając się za wszelką cenę opanować.

Albus skinął głową. Potem potrząsnął nią przepraszająco i puścił jej dłoń.

Minerwa śledziła wzrokiem jego oddalającą się sylwetkę.

Tym mieli pozostać. Przyjaciółmi. Doświadczonymi przez los i wojnę.

Ariana Theresa. Minerwa mogła jedynie mieć nadzieję, że kiedyś uda jej się uzyskać jego przebaczenie, za wszystkie kłamstwa, którymi go nakarmiła.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Następnego dnia Minerwa nerwowo mięła brzeg szpitalnej kołdry w dłoni. Wczoraj obudziła się o dwudziestej. O północy przybyły jej przyjaciółki– Poppy, Augusta, Pomona i Amelia. Minerwa rozmawiała z nimi ponad dwie godziny. Przyjaciółki taktownie unikały niewygodnych dla Minerwy tematów. Znały ją na tyle dobrze, by ignorować szybkie zmiany toku rozmowy czy znaczące milczenie. Minerwa była im wdzięczna, choć pozostawała całkowicie świadoma pełnych troski spojrzeń, które jej rzucały. Najważniejsze było jednak to, że mogła liczyć na ich wsparcie, że być może z ich pomocą miała szansę na powrót do normalności.

Udało jej się też porozmawiać z uzdrowicielami. Dyrektor szpitala, Cure Salvivan, choć sceptycznie przyjął jej kłamstwo w odpowiedzi na pytanie o tortury, był bardzo serdeczny. Od niego Minerwa dowiedziała się, że Albus w istocie wyszedł porozmawiać z prasą i potwierdził fakt pokonania Grindelwalda. Wystarczająco skromny rozmawiał z nimi godzinę, a jego słowa i zdjęcia miały obiec wszystkie wydania jutrzejszych gazet. Minerwa przyjęła tę wiadomość z ulgą. Dużo mniej pewnie poczuła się gdy Salvivan zrelacjonował próbę nawiązania z nią połączenia myślowego, przeprowadzoną przez Albusa. Minerwa nie pamiętała, by błagała go o śmierć. Z drugiej jednak strony, nie kontrolowała napadów, jak określił jej próby snu uzdrowiciel. Dziwną pociechą okazała się dla niej myśl, że uzdrowiciele tak naprawdę nie wiedzieli, co jej dolega. Minerwa mogła więc mieć nadzieję, że jeśli uda się jej choć trochę opanować te napady, zostanie wypuszczona ze szpitala. Wierzyła, że samej uda jej się uporać z skutkami tortur Grindelwalda.

Resztę nocy spędziła na udawaniu snu, z Albusem u boku. Uparł się, by odpoczęła, liczył, że sen przyśpieszy jej regenerację. Oczywiście nie wiedział, że jest zupełnie odwrotnie. Minerwa jednak cieszyła się jego obecnością- cały czarodziejski świat świętował tej nocy koniec znienawidzonej wojny, a jej główny bohater, zamiast brać udział w niezliczonych zabawach, siedział przy niej.

Spełnił także jej prośbę i zaprosił do szpitala ministra.

Teraz Minerwa czekała na Spencer-Moona, dużo bardziej zdenerwowana, niż była gotowa się przyznać przed samą sobą. Od tej rozmowy miała zależeć cała jej przyszłość. O ile jeszcze miała jakąś.

Minister pojawił się w jej sali punktualnie. Minerwa zauważyła, że Spencer-Moon znacznie się postarzał – jego twarz miała więcej zmarszczek, a cera poszarzała. Wydawał się też lekko zgarbiony, zadziwiające, że takie zmiany dokonały się w przeciągu zaledwie kilku miesięcy. Minerwa jednak skarciła się mentalnie za te myśli – w końcu ona sama zmieniła się daleko bardziej.

W ręku trzymał znajomy przedmiot – jej czarny plecak!

- Lady McGonagall. – minister skinął jej głową i bez zaproszenia usiadł na zwolnionym przez Albusa fotelu.

- Witam, ministrze. – Minerwa uniosła się nieco na poduszce, by nie sprawiać wrażenia kruchej i zmęczonej.

- W Nurmengardzie odnaleziono twój plecak. Niczego nie powinno w nim brakować. – gdy już minęła chwila oficjalnego powitania, minister od razu przeszedł do sedna, porzucając tytulaturę. Minerwa odebrała od niego swoją własność, ale nie rozpięła plecaka.

- Udało nam się znaleźć jeszcze to. – minister sięgnął po coś do kieszeni.

Minerwa wstrzymała oddech na widok swojej różdżki – perfekcyjnej, wypolerowanej, z lśniącą obwódką szlachetnych kamieni. Nie spodziewała się jej zobaczyć. Była pewna, że Grindelwald ją zniszczył.

- To zbyt piękny cud różdżkarskiego rzemiosła, by mógł go zniszczyć. Niemniej jednak nie jesteś w stanie wyjaśnić, dlaczego ostatnim rzuconym zaklęciem jest zaklęcie zapomnienia, prawda? – Spencer-Moon szybko rozszyfrował jej pełną zdumienia minę. Gdy ujęła swoją różdżkę, drewno rozbłysło, a Minerwa poczuła znajome poczucie bezpieczeństwa i mocy. Nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo ten przedmiot stał się przedłużeniem jej ręki, jak bardzo tęskniła za tym uczuciem. Jednak szybko się opanowała – chyba nadszedł czas na kłamstwa.

- Gdy zrozumiałam, że zostanę porwana, postanowiłam wymazać z pamięci informacje, które mogły mieć znaczenie dla przebiegu wojny. – odpowiedziała, nie spuszczając wzroku z oczu ministra. Przez jego twarz przeszedł wyraz zaskoczenia.

- I co? Udało się? Uzyskał te informacje? – zapytał, wychylając się do przodu.

- Ciężko mi to ocenić. Włamał się do mojego umysłu. Widział wszystko. Czy to wykorzystał na swoją korzyść, tego nie wiem. Były jakieś czynniki na to wskazujące? – zapytała Minerwa.

- W zasadzie to nie. Impas trwał jeszcze miesiąc. Potem dopiero Grindelwald zaczął odnosić spektakularne zwycięstwa. Musieliśmy zareagować. Dumbledore zebrał armię… - wyznał minister. Minerwa pokiwała głową – zwycięstwa Grindelwalda wynikały z tego, co zobaczył w jej umyśle, ale minister nie mógł o tym wiedzieć. Zakładał, że czarnoksiężnik opanował jej umysł zaraz po porwaniu. I choć poczucie winy już wdzierało się klinem w jej duszę wystarczająco mocno, Minerwa musiała wykorzystać niewiedzę ministra.

- Uczniowie… królowa Maria… - zaczęła, nie bardzo wiedząc, o co zapytać najpierw.

- Uratowałaś ich. Żaden uczeń nie ucierpiał, Grindelwald już się nie pojawił. Królowa ma się świetnie, wnioskując po setkach listów, którymi bombarduje moje biuro. To ja powinienem zapytać ciebie, co wydarzyło się od chwili twojego porwania. Jest kluczowe, bym znał wszystkie fakty przed procesem, w którym wszyscy będziemy świadkami. – Spencer-Moon przyglądał jej się z powagą.

Minerwa podjęła decyzję. Nikt nie miał wiedzieć o jej torturach. Sprzedała mu tę samą historię, co Albusowi. Nie łyknął jej tak łatwo.

- Nie torturował cię? Nie podpalał ogniem, nie mroził krwi w żyłach, nie gwałcił, nie odprawiał na tobie czarnomagicznych rytuałów? Jedynie cię głodził? Grindelwald, czarnoksiężnik, który z zimną krwią zabił twoich rodziców? – zarzucił ją pytaniami minister. Minerwa wzięła oddech, by uspokoić szybko bijące serce – minister nie miał pojęcia, jak prawdziwe były jego przewidywania. Musiała jednak go przekonać.

- Potrzebował mnie żywej. Byłam jego przynętą – przewidział, że Dumbledore będzie chciał mnie uwolnić, ale nie spodziewał się chyba, że Albus stanie na czele armii i poprowadzi ją na Nurmengard. Grindelwald spodziewał się raczej samotnej, tajnej akcji. – wyjaśniała Minerwa. Z jakiegoś punktu widzenia jej słowa były prawdą. Tylko niecałą.

- A krzyki słyszane przez Fiodora Jusupowa?

Minerwa nabrała powietrza w płuca:

- Uwolnionym więźniem jest Fiodor Jusupow? – zapytała.

- Tak. Po przeszukaniu cel okazało się, że przetrzymywani tam ludzie w większości byli uznanymi uczonymi, mistrzami swoich dziedzin w własnych krajach. Znasz go? – Spencer-Moon zmarszczył brwi.

- Nie osobiście. Ale czytałam jego prace dotyczące transmutacji. Jeszcze podczas nauki w Hogwarcie. – wyjaśniła. Fiodor Jusupow był znanym rosyjskim teoretykiem transmutacyjnym.

- A więc to nie ty byłaś torturowaną kobietą, której krzyki słyszał Jusupow? Znaleźliśmy ciało jeszcze jednej kobiety, może to była ona. – zastanowił się minister.

- To prawdopodobne. – Minerwa pokiwała głową.

- No dobrze. Choć jeśli chodzi o twój stan zdrowia, to uzdrowiciele byli raczej zaniepokojeni. – wymamrotał Spencer-Moon, tym razem spuszczając głowę.

Minerwa milczała. Nie wiedziała, czy minister naprawdę czuje się winny, bo nie kiwnął palcem, by ją uwolnić, czy to wszystko jest jedynie elementem jego politycznej gry.

- A grota? – wyszeptał wreszcie minister.

- Nie zlokalizowaliście jej? – odpowiedziała pytaniem, tak dobierając ton, by brzmiało wystarczająco oskarżycielsko. Minister podniósł głowę – jego oczy były szeroko otwarte.

- Nie, myślałem… już sam nie wiem co. Nie znaleźliśmy tej szafy. – minister miał widoczny problem z zbudowaniem sensownego zdania, jego ramiona lekko drżały.

Minerwa już wiedziała, że być może obok siedzi jedyny człowiek, który jest w stanie zrozumieć poczucie wstydu i zawodu, jakie ją ogarniało.

- Spalił ją. Na moich oczach. Minuty przed pojawieniem się Albusa. – wyjaśniła.

Minister zbladł. Natychmiast dotarła do niego beznadzieja ich sytuacji.

- Co możemy zrobić? – zapytał. Minerwa zmarszczyła brwi.

- Myślałam, że to pan mi powie, ministrze.

Przez chwilę milczeli, każde zatopione w swoich niewesołych myślach. Wreszcie Spencer-Moon się wyprostował, a na jego twarzy pojawiła się znajoma pewność siebie.

- Zatuszujemy to. Przecież żadne z nas nie musiało wiedzieć o tej grocie. Wszystkie akta dotyczące twojej misji w Nurmengardzie utajnimy na czas naszego życia, są na to specjalne przepisy. Przed Wizengamotem zeznasz, że przedmiotem twojej misji były wojenne plany Grindelwalda i szpiegowałaś głównie jego współpracowników. O więźniach wiesz jedynie tyle, że codziennie wprowadzano ich do tej szarej sali, w której Albus pokonał Grindelwalda. Już jej nie opuszczali… tylko tyle. Nie miałaś rozkazów zbadać tej sprawy, to byłoby zbyt niebezpieczne. – Spencer-Moon mówił gorączkowo, a jego oczy błyszczały.

- A Niewymowni? A moja akta i dokumenty? – Minerwa wiedziała, że taka sieć kłamstw będzie niczym spacer nad przepaścią.

- Minerwa, byłaś naszym najtajniejszym atutem, to logiczne, że wszystko co ciebie dotyczy, będzie owiane tajemnicą. Niewymowni to Niewymowni, nie pisną słówka. A twoich zeznań w Wizengamocie nikt nie podważy, jeśli ja je potwierdzę. – oświadczył z zapałem minister. Minerwa nadal nie była przekonana.

- Ludzie będą chcieli znać prawdę. Poza tym dlaczego teraz chcesz mi pomóc, jeśli jeszcze niedawno mi groziłeś? – zapytała bezpośrednio.

Spencer- Moon spojrzał jej w oczy.

- Daj spokój, przecież tu chodzi tylko o to, by usunąć się w cień we względnej chwale. Zrezygnuję zaraz po procesie, ty zgarniesz jakieś ordery i nikt nie będzie pytał o grotę.

- Nie rozumiem. Dlaczego chce pan zrezygnować? Wygrał pan wojnę, na Merlina!

- Nie ja, tylko Dumbledore. Poza…

- Dumbledore nigdy nie zgodzi się objąć tego stanowiska. Szczególnie nie teraz. – przerwała Minerwa w zaskakującą pewnością siebie. Minister uśmiechnął się gorzko.

- Umieram. Mam raka. I jakiś rok życia przed sobą. – mężczyzna przez chwilę usiłował zachować niewzruszony wyraz twarzy, ale potem jego policzki objął skurcz i ukrył twarz w dłoniach.

Minerwa zamknęła oczy. Teraz wszystko było jasne. Spencer-Moon zrozumiał, że pozostaje mu jedynie zostawić ministerstwo w dobrym stanie, bez afery z ludobójstwem, na które przymykał oczy. Gdyby Minerwa nie była w centrum tej bomby z opóźnionym zapłonem, takie zachowanie odrzucałoby ją. Potępiłaby to tuszowanie prawdy, samolubną chęć wymazania własnych błędów. Lecz prawda była taka, że to była jedyna szansa na jakąś normalną przyszłość. Na zapomnienie. Żadne z nich tak naprawdę nie miało wyjścia. Musieli współpracować, by on mógł umrzeć, a ona żyć w spokoju.

- Dobrze. Tak zrobimy. Zamieciemy sprawę pod dywan. I tak nie zwrócimy życia tym ludziom. A Grindelwald i tak do końca życia będzie gnił w Nurmengardzie. Chcę jednak zostać wyłączona spod twoich rozkazów. Nie będę pracować dla ministerstwa po tym wszystkim. – zażądała Minerwa, celowo ignorując załamanie ministra. On spojrzał na nią z wdzięcznością.

- Oczywiście. Przygotuję stosowne dokumenty. Wszystko zostanie tylko między nami. Mogę sprzeciwić się poddaniu cię legilimencji, ze względu na twoje przeżycia. Nie podadzą ci też veritaserum bez mojej zgody. Pozostaje jeszcze Dumbledore. Za bardzo się o ciebie martwi, by uwierzył w to kłamstwo. – minister szybko wrócił do dawnej pozornej pewności siebie.

- Nie będzie nalegał. – oświadczyła z pewnością Minerwa. Zamierzała się o to postarać.