Witam Was serdecznie.
Dziś dla odmiany, po wszystkich perturbacjach, postanowiłam, że Scorpiusowi należy się nieco pozytywnych bodźców. Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu.
Za betę jak zwykle wielkie podziękowania w stronę błotniaka stawowego.
Rozdział XVIII
W soboty biblioteka zazwyczaj świeciła pustkami, a dziś szczególnie, bo większość uczniów pojechała do Hogsmeade. Scorpius jakoś specjalnie im nie zazdrościł, na dworze wiało niemiłosiernie i padał rzęsisty kapuśniaczek, udowadniając wszystkim, że już dawno zaczęła się jesień. W tych okolicznościach przyrody ciepła, cicha i spokojna biblioteka była bardzo przyjemną alternatywą. Gdyby nie dwa irytujące szczegóły. Pierwszym był rwący ból w plecach, którego Scorpius nabawił się wczorajszego popołudnia od machania łopatą. Dawno, w sumie to chyba nigdy, nie przerzucił tyle zwęglonego żużlu i nawet dziś wszystko mu nadal śmierdziało spalenizną. Filch ewidentnie postanowił bardzo rzetelnie wykorzystać ich szlaban, bo przez niemal cztery godziny pilnował, by nie opuszczali miejsca pracy. Do tego niemożność korzystania z magii nie ułatwiała im zadania.
Jednak zmęczenie fizyczne było niczym w porównaniu z irytującą kartką pergaminu, która leżała przed nim i od dłuższego czasu nie potrafił przelać na nią żadnych sensownych słów. Trzymając pióro w palcach, bujał się na krześle i gapił w sufit, tam szukając inspiracji. Nie miał zielonego pojęcia, jak sprostać poleceniu McGonagall. Bo co można napisać ludziom, którym zabiło się dziecko? Dla nich raczej marnym pocieszeniem jest świadomość, że był to zwykły wypadek, nieszczęśliwy splot okoliczności. Efekt pozostawał ten sam. Oliwy do ognia dolewał fakt, że odpowiadał za to Ślizgon, choć w sumie większość czarodziejów i tak nie spodziewała się po nim niczego lepszego.
Zirytowany odłożył gwałtownie pióro na blat biurka i potarmosił włosy. Subtelność i wyczucie nigdy nie były jego mocnymi stronami. Zawsze znacznie łatwiej przychodziło mu mieszanie ludzi z błotem niż szczere wyznania i przeprosiny. Oczywiście miał świadomość, że powinien przeprosić, ale tak jak podobne słowa nie przechodziły mu łatwo przez gardło, tak samo nie potrafił ich teraz zapisać na pergaminie.
Nagle ciche skrzypnięcie drzwi wyrwało go z rozmyślań. Odruchowo spojrzał na zegar, było wpół do szóstej, co wyjaśniało skąd pojawił się tu Albus.
– Tak myślałem, że cię tu znajdę – rzucił Gryfon, podchodząc do ławki.
– A nie powiedziała ci o tym magiczna mapa?
Albus wzruszył ramionami.
– Leży głęboko schowana, nie mam w zwyczaju śledzić innych ludzi.
Scorpius prychnął.
– Cóż za marnotrawstwo – skomentował, ale potem uśmiechnął się nieznacznie.
Potter najwyraźniej przyjął to za dobrą monetę, bo ostatecznie przysunął jedno z krzeseł i usiadł nieopodal.
– Jak tam sprawy?
Nagle Scorpius przypomniał sobie, że w sumie to powinien być na Albusa wściekły. Bez wiedzy Ślizgona wmieszał w całą historię własnego ojca i w ogóle stale wtykał nos w nieswoje sprawy. Niemniej teraz Scorpio jakoś nie potrafił wykrzesać z siebie słusznego gniewu. Patrząc na poczciwą twarz Gryfona mimo wszystko czuł raczej wdzięczność.
– Chyba w miarę dobrze. Wszystko wskazuje na to, że jednak mieliśmy rację co do White. Znaleźli jej różdżkę i to ona rzuciła na mnie klątwę. Poza tym oberwie się za to też Willickowi, bo nie dopilnował jednej ze swoich cennych książeczek. Powoli zaczynam wierzyć, że wyjdę z tego obronną ręką. Tak czy inaczej następnym razem ostrzeż mnie, jeśli postanowisz polecieć do tatusia.
Spodziewał się wzburzenia, tymczasem Albus uśmiechnął się w bardzo niegryfoński sposób.
– Gdybym ci powiedział, pewnie do dziś leżałbym spetryfikowany w schowku na szczotki.
– Pewnie tak – zaśmiał się Ślizgon, ale szybko spoważniał. – Podziękuj mu ode mnie. Jego interwencja spowodowała, że wszystko przebiegło znacznie łagodniej, niż oczekiwałem. Oczywiście nic jeszcze nie jest przesądzone, ale przynajmniej na razie wygląda, że nie wyląduję po sąsiedzku z wujkiem Lestrange'em.
– Lestrange'em?
– Rudolf Lestrange, jeden z zagorzałych śmierciożerców, który gnije w Azkabanie. Moja babka była jego szwagierką. Niestety moja rodzina była pełna podobnych szumowin.
Te słowa sprawiły, że Albus dziwnie spoważniał. No cóż, on miał w rodzinie samych bohaterów. Scorpius mógł się co najwyżej pochwalić liczną plejadą czarnoksiężników.
– Była?
Ślizgon zaczął się zastanawiać, kiedy ta rozmowa zeszła na jego rodzinę. Zazwyczaj unikał tego tematu jak ognia. Z drugiej strony dobrze wiedział, że Albus nie będzie oceniał go przez pryzmat tego, co usłyszy.
– Większość zginęła w czasie wojny lub później w Azkabanie. Wspaniały ród Blacków – dodał z sarkazmem. – Czyli banda maniaków z hyziem na punkcie czystości krwi i czarnej magii. Z tego, co czytałem to jeden był lepszy od drugiego…
– Syriusz Black był chrzestnym mojego ojca – wtrącił Albus, zamykając tym usta Scorpiusowi. – Tata nigdy nie mówił o nim inaczej, jak o najdzielniejszym czarodzieju, jakiego znał. James ma po nim swoje drugie imię.
Ślizgon patrzył na niego, z trudem kryjąc zaskoczenie. Nie przypuszczał, że podobne relacje łączyły ich rodziny, a jeszcze trudniej było mu uwierzyć, że w jego plugawym drzewie genealogicznym trafiały się jakieś chlubne wyjątki.
Zamiast jednak drążyć ten niezbyt przyjemny temat, coś innego zwróciło jego uwagę.
– Widzę, że wasi rodzice lubią nadawać znaczące imiona. James – po twoim dziadku i chrzestnym ojca, a ty po Albusie Dumbledorze i… – Scorpius miał wrażenie, że dopiero teraz w pełni to do niego dotarło. Oczywiście kiedyś już obiło mu się o uszy drugie imię Pottera, ale jakoś wcześniej nie powiązał oczywistych faktów. – I po Severusie Snapie.
Gryfon skinął głową.
– Chyba ojciec liczył, że daleko zajdę, mając takich patronów. Niestety wygląda na to, że nie posiadam ani mądrości jednego, ani odwagi drugiego.
Ciekawe, że spośród wszystkich cech, jakie posiadał ostatni dyrektor Hogwartu wywodzący się ze Slytherinu, Albus wybrał akurat odwagę. Tę zazwyczaj przypisuje się Gryfonom. Cóż, widać nie zawsze wszystko jest tak oczywiste i proste.
– A twoje imiona? – zapytał Potter, który chyba nie chciał ciągnąć tematu swoich niedoskonałości.
Scorpio nie zdołał się powstrzymać i wywrócił oczami.
– U mnie w rodzinie panowała tradycja związana z gwiazdozbiorami, może zauważyłeś: Andromeda, Syriusz, Draco, a że urodziłem się w znaku skorpiona, no to jestem Scorpius. Nie ma w tym głębszej filozofii. Do drugiego imienia wolę się nie przyznawać.
– Aż tak źle?
– Tragicznie.
Albus pokiwał głową na znak, że nie zamierza naciskać. Zamiast tego spojrzał pytająco na pusty pergamin rozłożony na blacie.
– Nadrabiasz zaległości?
To pytanie brutalnie przywróciło Scorpiusa do rzeczywistości i nieprzyjemnego obowiązku, który na niego nałożyła dyrektorka. Przeczesał włosy dłonią i westchnął nieznacznie.
– To część mojej kary od McGonagall.
– Co masz napisać?
Powróciła również irytacja, dlatego Scorpius nieco nerwowo wstał z krzesła i podszedł do jednego z regałów.
– Esej na trzy stopy o skutkach bycia ślizgońską zakałą – mruknął ze złością, choć przecież Albus nie zrobił nic, by sobie na nią zasłużyć. Niestety, w zasięgu wzroku miał tylko Gryfona, na którego mógł przelać swoją frustrację.
– A naprawdę?
Scorpius przymknął oczy i oparł ciężką głowę o jedną z półek.
– List do rodziców White.
To jedno zdanie na dłuższą chwilę skutecznie uciszyło Gryfona. Najwyraźniej on również nie spodziewał się czegoś podobnego, bo tylko w milczeniu i z zaciętą miną obserwował Ślizgona.
– Siedzę tu już ze dwie godziny, licząc na olśnienie, ale jakkolwiek bym się za to nie zabierał, to zwyczajnie nie wiem, co miałbym napisać.
– A co ty chciałbyś usłyszeć, gdybyś był na ich miejscu?
– Na ich miejscu chciałbym zobaczyć moją głowę na srebrnej tacy z jabłkiem w pysku – warknął Scorpius.
– To też jest jakiś punkt wyjścia. Może zamiast się nad tym głowić, po prostu załóż, że cokolwiek napiszesz i tak będzie źle.
– Dzięki za niezwykle użyteczną radę – mruknął Ślizgon.
Chwilę później usłyszał szuranie krzesła i odwrócił się w chwili, w której Albus szedł w stronę drzwi. Gryfon zatrzymał się przed wyjściem i spojrzał na niego, wciąż łagodnie uśmiechnięty. Jak zwykle zdawał się rozumieć więcej niż pokazywał.
– Gdybym ja stracił kogoś bliskiego, to chciałbym po prostu usłyszeć, że sprawcy jest zwyczajnie, po ludzku przykro – stwierdził, po czym skinął głową i wyszedł z biblioteki.
Sprawca… W coraz większej ilości incydentów był sprawcą. Oby ten okazał się ostatnim, który zakończył się tak tragicznie.
Był późny wieczór, kiedy Scorpio opuścił Wieżę Astronomiczną, skąd posłał jedną z sów do domu państwa White. Czuł się psychicznie zmęczony, ale paradoksalnie lżejszy. Jakby wraz z tuszem na pergamin przelał część dręczących go wyrzutów sumienia. Kiedy ptak zniknął wśród ciemności nocy, Scorpius odetchnął i ruszył w stronę dormitorium.
Szanowni Państwo White,
po tym co się wydarzyło, nie mam prawa zwracać się bezpośrednio do Państwa, z drugiej jednak strony czuję się w obowiązku przekazać wszystkie aspekty tamtych wydarzeń.
Z Państwa córką byłem mocno skonfliktowany, choć zazwyczaj nie wykraczało to poza zwykłe międzydomowe utarczki, jakich wiele zdarza się w Hogwarcie. Nie wiem, co ostatecznie skłoniło ją do sięgnięcia po czarną magię, niemniej niewiele brakowało, bym to ja znalazł się na jej miejscu. Raczej nie jest to dla Państwa żadne pocieszenie, ale jeszcze przez wiele dni odczuwałem skutki tamtej klątwy.
Zapewne teraz myślą Państwo, że była to z mojej strony zwyczajna zemsta i w pewnej mierze będzie to prawda. Chciałem dowiedzieć się, kto za to odpowiadał i odpłacić mu z nawiązką, by już nigdy nie próbował podobnych sztuczek ani na mnie, ani na moich przyjaciołach.
Gdybym jednak wiedział, jakie skutki pociągnie za sobą moja chęć zemsty, nigdy bym się na to nie zdecydował. Wiem, że żadne słowa nie naprawią tego, co się wydarzyło, nie zmniejszą również nienawiści, jaką muszą Państwo do mnie czuć. Z mojej strony mogę tylko powiedzieć, że jest mi niesamowicie przykro i do końca życia będę dźwigał ciężar tego wydarzenia, bez względu na ostateczny wyrok Ministerstwa.
Nie zamierzam się usprawiedliwiać czy szukać wymówek. To mój upór i zawziętość doprowadziły do tragedii, której nie jestem w stanie naprawić. Zginęła dziewczyna, zdolna czarownica, która mogła wiele w przyszłości osiągnąć. Zginęła przeze mnie i moje lekkomyślne działania.
W żaden sposób nie zdołam zadośćuczynić Państwa stracie, jeśli jednak zajdzie taka potrzeba, to jestem do Państwa dyspozycji.
Z poważaniem
Scorpius Malfoy
Z nastaniem nowego tygodnia Scorpius i jego kumple wrócili na lekcje. Niby nic nadzwyczajnego, ale i tak doskonale dało się dostrzec ukradkowe spojrzenia rzucane w ich stronę. Wciąż szczegóły dotyczące wypadku pozostawały tajemnicą, ale i bez tego uczniowie wiele się domyślali. Jakoś nikt nie miał wątpliwości, dlaczego trójka Ślizgonów kibluje u Filcha i sprząta sowiarnię. Nie potrzeba było geniusza, by powiązać fakty.
Oczywiście Scorpio niewiele sobie robił z tych spojrzeń. Już od dawna przywykł, że nie jest najpopularniejszą osobą w szkole, a obecna sytuacja niewiele w sumie różniła się od jego codzienności. Tak naprawdę najbardziej ciążył mu zakaz używania magii. Wiedział, że w przypadku ataku, do obrony pozostaną mu tylko słowa, a mimo, że te zawsze były jego potężną bronią, to jednak i tak czuł się nieco odsłonięty. Na szczęście pozostali uczniowie nie wiedzieli o tej karze, za to zdawali sobie sprawę, że ostatnia osoba, która weszła z nim w konflikt, skończyła w kostnicy i to skutecznie trzymało ich na dystans. Nie zamierzał wyprowadzać nikogo z błędu, nawet jeśli rzeczywistość była zupełnie inna.
Wszedł do lochu, gdzie miały odbywać się Eliksiry i niemal od razu poczuł na sobie spojrzenia większości Gryfonów. Zwłaszcza Dean Westwood dziwnie przybladł na jego widok, a Scorpiusowi przypomniała się ich ostatnia rozmowa w bibliotece. Wtedy Ślizgon, dokonawszy swojej zemsty, ostrzegł Deana, że postąpił z nim bardzo łagodnie. Porównując to do sytuacji z White, te słowa okazały się prorocze. Czy teraz Gryfon uważał, że mógł stracić życie przez głupie zaczepki? Jeśli inni uczniowie domyślali się przynajmniej połowy z tego, co zaszło, to w ich oczach Scorpius musiał uchodzić za mściwego psychopatę.
A potem zobaczył Albusa i poczuł się jeszcze gorzej. Gryfon nie patrzył jak inni w jego stronę, lecz pochylał się nad podręcznikiem. Niemal od razu Scorpius dostrzegł, że jego twarz była dziwnie ściągnięta i zmęczona. Widocznie to u niego pozostali szukali odpowiedzi, wiedząc, że przyjaźni się ze Ślizgonem. Scorpio poczuł irytację, Potter był ostatnią osobą, którą chciał mieszać w tę sprawę. Albus był na to stanowczo za miękki.
Podszedł do swojej ławki i rzucił na nią podręcznik, a potem skrzyżował ręce na piersi i spojrzał wyzywająco na resztę uczniów.
– Co chcecie wiedzieć? – zapytał spokojnym tonem, czując na sobie zaskoczone spojrzenia Karla i Zacka.
Reszta Gryfonów wpatrywała się w niego z mieszaniną ciekawości i gniewu. Nikt jednak nie kwapił się do zadawania pytań.
– Co zaszło w sowiarni? – odezwała się w końcu Rose, która jako pierwsza pojęła intencje Ślizgona. Najwyraźniej nawet ona nie potrafiła ochronić swojego kuzyna od natrętnych pytań, choć trudno powiedzieć, czy sama poznała prawdę. Znając Albusa, to niewiele był w stanie przed nią ukryć.
– White wznieciła pożar, a potem wypadła przez okno trafiona rykoszetem – odparł spokojnie Scorpio, starając się maksymalnie skrócić historię i nie wdawać w szczegóły.
– Dlaczego miałaby to robić? – zapytał innych Gryfon. Niski, piegowaty chłopak imieniem Marvin. – Zaatakowaliście ją?
– Chcieliśmy tylko pogadać – wtrącił Zack ze swojego miejsca. – Ona jednak uważała inaczej.
– Każdy na jej miejscu zachowałby się tak samo – wtrąciła inna Gryfonka, Jane. – Gdyby mnie napastowało trzech Ślizgonów, też bym się broniła.
– Właśnie, też z was bohaterowie, we trzech atakować bezbronną dziewczynę!
– Nie zaatakowaliśmy jej! – bronił się Zack.
– Jesteście mordercami!
– Powinni was wydalić ze szkoły!
Kolejne oskarżenia padały coraz śmielej i ze wszystkich uczniów Gryffindoru tylko trzech pozostawało milczących: Albus, Rose i, co dziwne, Westwood. Ten ostatni co prawda wydawał się przewiercać Scorpiusa spojrzeniem, ale w odróżnieniu od pozostałych, nie zamierzał rzucać bezpodstawnych oskarżeń. Tymczasem w klasie atmosfera coraz bardziej gęstniała, a jednocześnie coraz bardziej w polemikę z Gryfonami wchodził Zachary.
– Nie było was tam, nie wiecie, co się wydarzyło! – warknął blondyn, wstając z ławki.
– Jakoś nie trudno to sobie wyobrazić – odgryzła się Jane. – Wszyscy słyszeli o tym, co się wydarzyło na Obronie przed Czarną Magią. Peggy miała cięty język, a wiemy, że Malfoy nie lubi konkurencji.
– Chyba cię powaliło, idiotko! – Zack był coraz bardziej wściekły, co nie mogło się dobrze skończyć.
– Och, przymknij się, Nott, nikt cię nie pyta o zdanie – rzucił Marvin.
– Wszyscy się zamknijcie! – krzyknął niespodziewanie Albus, jednocześnie wstając i uderzając otwartymi dłońmi w blat ławki.
Scorpius skrzywił się w duchu. Tymczasem Jane i Marvin spojrzeli na Gryfona, jakby widzieli go pierwszy raz na oczy.
– A tobie co do tego?
Albus cały się trząsł z ledwo krytej furii.
– Wszystko! A przede wszystkim wiem, że White wcale nie była taka święta, na jaką pozowała! Ona omal…
– Potter, nie potrzebuję adwokata – syknął Scorpio, wchodząc mu w słowo.
Albus spojrzał na niego na poły zaskoczony, a poły zły.
– Co takiego zrobiła? Czym sobie zasłużyła na śmierć? – zapytała Jane, patrząc to na Scorpiusa, to na Albusa.
Potter wyglądał na coraz bardziej zmieszanego, jego gniew powoli opadł, kiedy zdał sobie sprawę, że Ślizgon raczej nie ma ochoty zwierzać się postronnym z całej tej afery z klątwą. Niestety mleko już się rozlało i teraz wszyscy oczekiwali odpowiedzi. Scorpius westchnął, tłumiąc irytację.
– White rzuciła na mnie Klątwę Gniewu – stwierdził. – Na tydzień wysłała mnie do Munga, a gdyby nie Albus, to pewnie skończyłbym na cmentarzu. Tamtego dnia, w sowiarni, nie mieliśmy pewności, że to ona, ale najwyraźniej White myślała inaczej i spanikowała.
– Fajna bajeczka, pięknie was wybiela – mruknął Marvin. – Najprościej odwrócić kota ogonem i udawać biedne ofiary. Szkoda tylko, że White nie może się już bronić. Ciężko to robić ze skręconym karkiem. Macie jakiś dowód, bo wybacz, ale nie uwierzę na słowo żadnemu Ślizgonowi.
Scorpius czuł, że powoli traci tak opanowanie, jak i cierpliwość. Wiedział, co musi zrobić, by zamknąć im usta, ale to była ostatnia rzecz na jaką miał ochotę. Powinien zdzielić Albusa w ten gryfoński, szczery łeb. Gdyby siedział cicho, inni by sobie pokrzyczeli, wylali na Ślizgonów swoją nienawiść i cała sprawa by przycichła. Miał gdzieś Gryfonów i ich słowa, dawniej może by się przejmował, ale teraz spływały po nim jak po kaczce.
Czuł na sobie spojrzenia wszystkich uczniów w klasie i najchętniej po prostu by wyszedł. Nie mógł jednak pozwolić sobie na podobne tchórzostwo. Dlatego ostatecznie westchnął ciężko, a potem podwinął rękaw, odsłaniając pobladły ślad. Nie był już tak wyraźny, jak w dniu, gdy opuszczał szpital, ale mimo to nadal można było bez trudu rozpoznać, co przedstawiał.
– Sam bym się nie napiętnował Mrocznym Znakiem – rzucił zjadliwie, odkrywając z pewną satysfakcją, że zarówno Marvin, jak i inni Gryfoni wzdrygają się na widok symbolu Voldemorta. Odważne Lwy, nie ma co. Jednocześnie coraz wyraźniej widział przerażenie na twarzach pozostałych Ślizgonów. Oni doskonale rozumieli, co oznacza posiadanie czegoś podobnego na ręce. Każdy z nich w większym lub mniejszym stopniu odczuł w przeszłości, konsekwencje posiadania śmierciożerców wśród członków rodziny. Wszyscy byli przez to niejako napiętnowani, z tą różnicą, że teraz Scorpius bardziej od pozostałych. Jednak ich milczący strach tylko bardziej go irytował. Nie chciał ani współczucia Ślizgonów, ani litości Gryfonów.
Pozwolił im się napatrzeć do woli, a potem zasłonił rękaw i dodał nieco złowrogo.
– Nie przypuszczam, by White planowała mnie zabić. Nieudolnie rzuciła potężne, mroczne zaklęcie, nie zdając sobie sprawy z konsekwencji. Ja również nie chciałem jej śmierci, niestety ona nie miała tyle szczęścia. Możecie sobie myśleć, co chcecie, wisi mi to, co tam szepczecie za moimi plecami, ale jeśli nie przestaniecie dręczyć moich przyjaciół, to porozmawiamy inaczej.
Kątem oka dostrzegł, jak Albus krzywi się nieznacznie. Wiedział, że to przede wszystkim o nim jest mowa i z pewnością nie czuł się z tym dobrze.
– Możecie mnie nazywać mordercą, śmierciożercą czy jak tam sobie chcecie – dodał, by definitywnie zakończyć tę sprawę – ale prawda jest taka, że prawie zginąłem, bo nie zamierzałem się tylko biernie przyglądać. Wszystko zaczęło się od tego, że pomogłem Esterze, zachowałem się bardziej po gryfońsku, niż ktokolwiek oczekiwałby po Ślizgonie. I choć wasze poczucie sprawiedliwości nie obejmuje takich jak ja, to nie zawaham się zrobić tego ponownie.
Gryfoni przez dłuższą chwilę milczeli, patrząc niedowierzająco na Scorpiusa i trudno powiedzieć, co by się wydarzyło, kiedy już otrząsną się z szoku, gdyby całego przedstawienia nie przerwało wejście profesora Smilthona.
– Malfoy, zaczekaj – powiedział profesor, kiedy uczniowie kolejno opuszczali loch po zakończonych zajęciach.
Scorpius skinął głową i zatrzymał się przed kontuarem. Gdy drzwi zamknęły się za ostatnim uczniem, nauczyciel Eliksirów odchrząknął i spojrzał na Ślizgona.
– Profesor McGonagall przekazała mi posiadaną wiedzę na temat ostatnich wydarzeń – zaczął łagodnym tonem. – Jako opiekun Slytherinu chcę byś pamiętał, że jeżeli będziesz potrzebował pomocy, to zawsze możesz na nią liczyć.
Scorpius powstrzymał się od wywrócenia oczami. Nigdy nie darzył Smilthona specjalnym szacunkiem. Nawet teraz miał wrażenie, że profesor mówi to tylko z poczucia obowiązku, a nie z prawdziwego zainteresowania. Nie był człowiekiem, który budził w nim zaufanie. Jednak obiecał McGonagall, że będzie się przykładnie zachowywał. Dlatego pokiwał głową i podziękował oszczędnie.
– No już, uciekaj na dalsze lekcje – stwierdził Smilthon z jowialnym uśmiechem.
To był długi dzień, choć prócz spięcia przed Eliksirami nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Po tych wszystkich zawirowaniach, przyjemnie było tak po prostu wrócić do nauki, podczas której największym problemem pozostawało otrzymanie trolla na sprawdzianie. Naraz sprawy klątwy, sowiarni, Londynu czy ministerialnego śledztwa wydawały się tak odległe, niemal nierealne, że pierwszy raz od dłuższego czasu Scorpio potrafił choć na trochę przestać o nich myśleć. Nie analizował bez końca wszystkich wydarzeń, nie rozpatrywał każdego możliwego wariantu. Skupił się na zajęciach i przez resztę lekcji nie pozwalał sobie na błądzenie myślami wśród zdarzeń, na które w obecnej chwili nie miał już wpływu.
Dopiero, gdy po południu stanął przed drzwiami gabinetu dyrektorki, świadomość własnej sytuacji boleśnie go uderzyła. Naprawdę chciałby, żeby wszystko wróciło do stanu sprzed całej tej katastrofy, ale podskórnie czuł, że to nie jest już możliwe. Zbyt wiele złego się wydarzyło.
Westchnął nieznacznie i zapukał. Krótkie wezwanie zaprosiło go do środka. Ku swemu zaskoczeniu zobaczył na biurku znajomo wyglądający podręcznik. Była to książka z zaklęciami, którą zabrał w zeszłym roku z domu. Ta, z której próbował nauczyć się czaru Proteusza.
Usiadł przy biurku i spojrzał na dyrektorkę pytająco.
– Jest tutaj jeszcze kilka zaklęć, które świadomie pominęłam – zaczęła McGonagall, rozumiejąc jego konsternację. – Głównie z powodu ich głębokiego powiązania z magią runiczną. Obecnie uważam za priorytet, byś nadrobił braki w tej dziedzinie.
Scorpius skrzywił się w duchu. Już niemal zapomniał o tych nieszczęsnych runach, na które naciskała dyrektorka. Niestety McGonagall miała irytująco dobrą pamięć jeśli chodziło o te kwestie. Jednocześnie Ślizgon doskonale wiedział, że nie uniknie tematu, choć na myśl o uczeniu się run od podstaw, robiło mu się wyraźnie gorzej. Całym sobą czuł, że to będzie droga przez mękę i że raczej nie polubi się z pismem runicznym.
Wątpliwości chyba musiały odbić się na jego twarzy, bo McGonagall spojrzała na niego z dezaprobatą.
– Jeśli chcesz się doskonalić w magii praktycznej, znajomość runów jest niezbędna. Nie do każdego zaklęcia wystarczy machnąć dwa razy różdżką. Ignorując runy, odetniesz sobie dostęp do potężnej gałęzi magicznej wiedzy.
Scorpio powstrzymał się od wywrócenia oczami, po czym pokiwał głową.
– Zrobię, co trzeba – mruknął niechętnie. Wchodzenie w dyskusję z dyrektorką było w tym przypadku co najmniej bez sensu. Pogodzony z tą myślą uśmiechnął się nieco przekornie. – Nauczę się tych nieszczęsnych runów, choćbym miał je sobie wbić do głowy młotkiem.
– Mam nadzieję, że tak drastyczne środki nie będą ci potrzebne. Tymczasem wykorzystaj to.
Po tych słowach McGonagall przesunęła w jego stronę niewielką książkę oprawioną w skórę. Scorpio podniósł ją i przeczytał wytłoczony na okładce tytuł: „Starożytne runy w praktycznym zastosowaniu", a kiedy przekartował zawartość, dostrzegł kawałek pergaminu, zapewne włożony tam w celu przypomnienia. Widniały na nim tylko dwa słowa, starannie skreślone pismem dyrektorki – „dla Scorpiusa".
– Weź ją – dodała McGonagall. – Zawiera dobrze rozpisane podstawy magii runicznej, a także kilka cennych przykładów jej zastosowania. Kiedy opanujesz ten zakres, będziesz mógł bez problemu dołączyć do tegorocznej grupy fakultatywnej. Jednocześnie masz moje zezwolenie na praktykowanie tego po lekcjach, ale tylko w celach edukacyjnych.
– Przy moim obecnym braku umiejętności w tej dziedzinie, raczej trudno byłoby mi wykorzystać to inaczej.
Na twarzy dyrektorki pojawił się cień uśmiechu.
– Wolę dmuchać na zimne.
Scorpius nie wiedział, czy powinien uznać, że McGonagall aż tak wierzy w jego umiejętności czy raczej aż tak obawia się tego, co Ślizgonowi może strzelić do głowy. Biorąc pod uwagę ostatnie awantury, to bardziej był skłonny obstawiać to drugie.
Scorpio z irytacją zmiął pergamin i wrzucił go do stojącego nieopodal kosza na śmieci. Wiedział, że nie polubi się z runami, ale nie przypuszczał, że będzie to niechęć obustronna. Na ostatnich zajęciach z McGonagall zaczął krótki wstęp do tego zagadnienia, a teraz próbował z pamięci powtórzyć i odwzorować na kartce podstawowe symbole runiczne. Zastanawiał się, czy ma aż takie dziury w pamięci, czy raczej jest takim beztalenciem manualnym, bo jego runy bardziej przypominały kiepski żart kulawego skrzata niż cokolwiek, co mogłoby stanowić podstawę jakiegokolwiek zaklęcia. W pobliżu tych bazgrołów bałby się użyć dowolnego czaru, bo cholera wie, jakie dałoby to efekty. Chyba bez tego młotka jednak się nie obędzie.
Zniechęcony spakował książki do torby i wyszedł z biblioteki. Może dobry obiad jakoś cudownie wpłynie na jego zdolności w tym zakresie, bo póki co nie czuł się ani o krok bliższy mistrza Starożytnych Runów, niż był wczoraj.
Wszedł do Wielkiej Sali, gdzie od razu dostrzegł Karla i Zacka rozsiadających się na swoich miejscach. Ten drugi wyglądał na dziwnie podekscytowanego, co kiepsko rokowało na ich dzisiejszy szlaban u Filcha.
– Co się stało? – zapytał Scorpius, siadając obok.
– Wiesz, kto przyszedł na Obronę na zastępstwo? – zadał retoryczne pytanie blondyn. – Profesor Skamander. W życiu nie przypuszczałbym, że ona cokolwiek wie na temat czarnej magii.
Scorpio wzruszył ramionami. Z ich nauczycielką Opieki nad Magicznymi Stworzeniami nie miał zbyt wiele do czynienia i wiedział praktycznie tylko tyle, że jest dziwna. Jakoś nie ubolewał nad faktem, że nie będzie brał udziału w zajęciach z Obrony z jej udziałem. Rozumiał jednak ekscytację Zacharego, który od pierwszej chwili wydawał się zauroczony enigmatyczną nauczycielką.
– Może chcesz się zamienić? – zapytał, uśmiechając się złośliwie. – Ja wrócę na Obronę, a ty ogarniesz za mnie runy?
– Runy? A od kiedy ty chodzisz na runy?
– Problem w tym, że właśnie nie chodzę, ale zacznę już niebawem.
– A to dlaczego?
– McGonagall – odparł Scorpius, jakby to wystarczyło za całą odpowiedź.
Zack wzdrygnął się wyraźnie.
– Jak ty to wytrzymujesz?
Ślizgon wzruszył ramionami. Nie zamierzał dobijać przyjaciela i wyjawiać, że zajęcia z dyrektorką są jedną z lepszych rzeczy, jaka trafiła mu się w Hogwarcie.
– Widać jestem bardziej gruboskórny.
Zachary tylko pokręcił głową, tymczasem w ramię klepnął Scorpiusa Karl.
– Chyba już wiem, co będziemy robić dziś po lekcjach – powiedział, wskazując głową na profesora Longbottoma, który właśnie z pomocą czarów wnosił do sali duże drewniane skrzynie wypełnione dorodnymi dyniami.
Ten widok uzmysłowił Scorpiusowi, że dziś wypada Halloween, w czasie którego zawsze organizowana była uroczysta kolacja, urozmaicona przez różne przedstawienia w wykonaniu szkolnych duchów. Taka impreza wymagała odpowiedniej oprawy, a Filch nigdy nie przegapiłby podobnej okazji.
– Pamiętasz, co w przeszłości robiono z tymi, którzy przynosili złe wieści – rzucił z przekąsem w stronę Karla. Ten jedynie rozłożył ręce w bezradnym geście.
Karl oczywiście miał rację. Kiedy tylko przyszli do Filcha, ten zamiast zaprowadzić ich do sowiarni, wskazał drogę do Wielkiej Sali. Mieli trzy godziny, by poustawiać stoły pod nadzorem woźnego, poukładać przygotowane dynie, zamocować odpowiednio dużo magicznych świec, które im dłużej się paliły, tym przybierały coraz bardziej upiorne kształty, a także posprzątać powstały bałagan i przygotować scenę dla przedstawienia. A byli do tego tylko we trójkę, bo Filch rozsiadł się na krześle i ani myślał brać udziału w pracach. Niewielkie wsparcie otrzymali jedynie od profesora Longbottoma, który w kolejnych dyniach wycinał coraz to zabawniejsze twarze.
Scorpius wraz z Karlem właśnie przesuwali jeden z długich stołów, co we dwójkę wcale nie było łatwym zadaniem, zwłaszcza, że musieli polegać tylko na sile mięśni, kiedy drzwi sali otworzyły się ze szczękiem. Scorpio wyprostował się i przetarł spoconą twarz. Z pewnym zdziwieniem zobaczył, jak do środka weszło kilku Ślizgonów z ich roku.
– Może potrzebujecie pomocy? – zapytała jedna z dziewczyn.
– Czyżbyście aż tak nie wierzyli w nasze umiejętności dekoratorskie? – zapytał Zack, uśmiechając się przebiegle. Cała ich trójka już domyślała się, czemu przyszli tu pozostali, a raczej jakie słowa ich do tego skłoniły.
Dotychczas Scorpius czuł się dość osamotniony nawet wśród swoich, więc teraz ta lojalność wydawała mu się co najmniej dziwna. Mimo to rozumiał ich motywację. Ostatecznie ponosił karę, bo jako jedyny odważył się przeciwstawić tym, którzy próbowali ich pognębić. Estera przecież nie była jedyna. Wszyscy prędzej czy później się z tym stykali, tak z rąk przemądrzałych Krukonów, jak i szlachetnych Gryfonów. Nikt nie wiedział lepiej od Scorpiusa, jakie to uczucie stawać samotnie naprzeciw całej grupy, która miała cię za śmiecia. I choć wtedy nie udzielili mu wsparcia, choć zawsze stawiał opór samotnie, to teraz chyba wreszcie dotarło do nich, że jego odwaga ma też ogromną cenę, a jego stawianie się, ciągnie za sobą nierzadko przykre konsekwencje. Ile razy został pobity, okradziony lub zwyczajnie zwyzywany od najgorszych na przestrzeni trzech ostatnich lat? Już dawno przestał liczyć, już dawno do tego przywykł. A mimo to, na przekór wszystkim, nadal trwał w zaparte, gotowy rzucić wyzwanie każdemu, nawet silniejszym od siebie.
Mimo to, nie zamierzał winić pozostałych Ślizgonów, nikt nie ma prawa wymagać od innych, by nadstawiali karku. Czasami łatwiej było udawać, że nie słyszy się szyderczych głosów, że padające oskarżenia, nie parzą niczym rozgrzany metal. Tak było prościej. I większość tak robiła, przechodziła obok, ignorując tych, którzy uważali się za lepszych, licząc, że ci po prostu zostawią ich w spokoju.
Scorpio rozumiał to, ale sam po prostu tak nie potrafił, choć zapewne jego życie byłoby wtedy znacznie prostsze. A potem zobaczył kolejne osoby w drzwiach i dotarło do niego, że jednocześnie byłoby znacznie nudniejsze. Do Wielkiej Sali wszedł Albus wraz z Lily i Rose, a także, co jeszcze dziwniejsze, z kilkorgiem innych Gryfonów. Zdumienie Scorpiusa wzrosło, gdy w grupie zobaczył, tych którzy ostatnio oskarżali go najbardziej, czyli Jane i Marvina.
– Fatalnie wam idzie – rzuciła Rose, krzyżując ręce na piersi. – Wy Ślizgoni chyba naprawdę do niczego się nie nadajecie, skoro ustawienie kilku krzeseł to taki problem.
– Jako wąż mam z tym pewien kłopot. Wiesz, oślizgłe palce – odgryzł się Scorpio, czym wywołał śmiech Lily.
Albus pokręcił nieznacznie głową, a potem ruszył przez salę. Kiedy był na wysokości Ślizgona, klepnął go w ramię, by po chwili dołączyć do Karla, mocującego się z ciężkim stołem. Naraz Scorpiusowi przypomniało się, jak wiele miesięcy temu to on przychodził do cieplarni, by pomagać Potterowi odpracowywać niezasłużony szlaban. Teraz sytuacja się odwróciła.
Kilka minut po dziewiętnastej stoły zaczęły zapełniać się pachnącymi potrawami przyniesionymi przez skrzaty. W powietrzu unosiły się setki świec, a z każdego kąta wyzierały uśmiechnięte dynie, tworząc w efekcie wyjątkowo świąteczny nastrój. Drzwi od Sali zostały otwarte i stopniowo kolejni uczniowie zaczęli wchodzić do środka, zajmując miejsca przy należnych im stołach. Natomiast ta garstka Gryfonów i Ślizgonów, która przygotowywała Salę, teraz siedziała na schodach przed podium, gdzie czekała gotowa scena dla duchów. Nie rozmawiali ze sobą zbyt wiele, nie zapominając, kto znajduje się po drugiej stronie, niemniej wszyscy mieli dziwne poczucie, że tego dnia wydarzyło się jednak coś niezwykłego. Przekroczono jakąś niepisaną granicę, za którą nikt dotychczas nie odważył się przechodzić. Nikt prócz Albusa i Scorpiusa. Oni już dawno mieli to za sobą i doskonale wiedzieli, że tam, po tej przeciwnej stronie, wcale nie czai się wróg, lecz druga osoba, może zupełnie inna, ale nadal wartościowa.
A teraz siedząc ramię w ramię na schodach i patrząc na to ich niewielkie dzieło, mieli poczucie, że to dopiero początek, i że to jedyna droga, która pozwoli zapobiec kolejnym tragediom.
– Dzięki – odezwał się w pewnej chwili Scorpio. – To wszystko twoja zasługa.
Albus zmieszał się wyraźnie.
– Chyba trochę przeceniasz mój udział. Nie zrobiłem nic takiego.
– Uratowałeś mi skórę. Przynajmniej dwa razy. Dla mnie to wystarczająco dużo.
Potter przez chwilę patrzył na rozświetloną świecami salę, a potem rozejrzał się po zebranych.
– Oni nie przyszli tu z mojego powodu.
Scorpio wzruszył ramionami.
– Jeśli taki ma być rezultat moich idiotycznych działań, to w sumie chyba nie jest tak źle, nie?
Albus uśmiechnął się lekko i chyba chciał coś dodać, ale uprzedziła go Lily, która usiadła tuż obok Scorpiusa i nachyliła się w jego stronę.
– Cieszę się, że zostałeś – wyszeptała mu do ucha.
Nie musiała nic więcej tłumaczyć. Doskonale rozumiał, co miała na myśli. Musiała wiedzieć od Albusa, co się wydarzyło, a także, jak blisko było, by Scorpius popełnił największy błąd swojego życia. Ślizgon poczuł jak od tych wszystkich sentymentów i jego niebezpiecznie zaczyna ściskać w gardle.
– Ja też się cieszę – odpowiedział, na szczęście zupełnie spokojnym głosem, bo i bez tego czuł na sobie wiele mocno zaskoczonych spojrzeń. Jego przyjaźń z Albusem od dawna nie była już tajemnicą, ale jego sympatia do Lily, no cóż… teraz również już raczej nie.
– Wykonaliście kawał porządnej roboty – wtrącił się niespodziewanie profesor Longbottom, podchodząc do siedzących uczniów. – Możecie być z siebie dumni. Gryffindor i Slytherin otrzymują po trzydzieści punktów.
Naraz podniosło się wiele rozentuzjazmowanych głosów, na co nauczyciel Zielarstwa tylko uśmiechnął się z pobłażaniem.
– A teraz siadajcie do stołów, bo szkoda by wszystko wystygło.
Kolejni uczniowie zaczęli wstawać ze schodów, tymczasem Scorpio spojrzał na Karla i Zacka, którzy tylko nieznacznie skinęli głowami.
– Życzymy wam smacznego i bawcie się dobrze – zawołał blondyn, po czym wraz z pozostałą dwójką ruszył w stronę wyjścia.
Scorpiusowi nie umknęły zaskoczone spojrzenia Gryfonów, a przede wszystkim zasmucona mina Lily. Zwłaszcza ona zdawała się nie rozumieć, dlaczego ich trójka wychodzi, kiedy właśnie miała rozpocząć się uroczystość. Jednak zapobiegawczo Albus położył jej rękę na ramieniu, powstrzymując przed jakimś nierozważnym działaniem. To mogłoby tylko przysporzyć im dodatkowych kłopotów.
– Zaczekajcie – odezwał się nagle profesor Longbottom. – Byłoby to bardzo niesprawiedliwe, gdyby po całej tej pracy miała was minąć nagroda.
– Ale pani dyrektor… – zaczął Karl.
– Jeśli profesor McGonagall będzie miała jakieś zastrzeżenia, to powołajcie się na mnie. A teraz siadajmy wreszcie coś zjeść, bo widzę, że Sir Nickolas zaczyna się niecierpliwić.
Scorpius przez moment patrzył na nauczyciela, a potem spojrzał w stronę kolegów i uśmiechnął się. Po chwili cała trójka dołączyła do pozostałych Ślizgonów przy stole.
