Between the devil and the deep blue sea – wersja polska
Disclaimer: Nie posiadam praw autorskich do prac, które zainspirowały to opowiadanie. Bohaterowie, etc. należą do L.J. Smith i do Producentów serialu "Vampire Diaries" - "Pamiętniki Wampirów"
Jestem jedynie autorką swoich własnych, oryginalnych bohaterów.
Rozdział 27
Po raz kolejny oprzytomniałam i otrząsnęłam się ze wspomnień. Mój powrót do rzeczywistości spowodowały podniesione głosy, jakie słyszałam w drugiej części domu Klausa.
Dopiero wtedy - idiotka! - zdałam sobie sprawę, że rzeczywiście, bardzo wyraźnie słyszę głos Elijah, nie myliłam się wcześniej.
Zaraz! Jak to w ogóle możliwe? On przecież leży w jednej z trumien, które razem ze Stefanem, Damonem i Bonnie ukryliśmy przed Klausem! To właśnie z ich powodu ten sadysta mnie torturował! Jak mogłam usłyszeć Elijah?
Nagle głosy ucichły i nastała cisza. Uświadomiłam sobie, że już czas jakiś byłam wciąż otoczona dźwiękami i głosami, więc to nagłe milczenie było wręcz niezrozumiałe.
Przesunęłam się na krześle. To spowodowało, że więzy na moich nadgarstkach i kostkach u nóg, przesiąknięte werbeną, paliły żywym ogniem. Syknęłam głośno z bólu i wydałam z siebie jęk, którego nie dałam rady powstrzymać.
Wtedy zorientowałam się, że wrażenie otaczającej mnie ciszy było zwodnicze. Usłyszałam nagle kroki zbliżające się wyraźnie do pomieszczenia, w którym przetrzymywała mnie hybryda.
Zacisnęłam mocno oczy i modliłam się w duchu, by nie był to Klaus. Może wreszcie mógłby się ktoś zorientować, że tu jestem, i przyjść mi na pomoc? Tym razem bym się o to nie obraziła!
Pomyślałam, że, jeśli skupię się na czymś innym, to poczuję się tak, jakby otaczająca mnie rzeczywistość nie mogła mnie dotknąć Już wcześniej to podziałało. Znów wróciłam pamięcią do wydarzeń po moim i Caroline powrocie z Nowego Jorku…
To, co działo się tamtego wieczora w Mystic Grillu wolałam zostawić za sobą. Wszystko było w porządku, a nawet zrobiło się dosyć zabawnie, kiedy, podczas koncertu zespołu, właściwie wypchnęłam Caroline na scenę, żeby mogła publicznie dać wyraz swoim uczuciom do Matta.
Do tego momentu wszystko szło w miarę gładko. Natomiast piekło, jakie rozpętało się po wejściu do baru doktora Martina, to już zupełnie inna para kaloszy.
Najpierw po kolei wysiadły wszystkie światła. Poszłam do damskiej łazienki, w której Caroline całowała się z Matt'em, kiedy już zauważyłam, że chłopak z niej wyszedł. Tam mnie i Care znalazła Elena ze Stefanem.
Wytłumaczyli nam, co się stało i poprosili o pomoc w odwróceniu uwagi czarownika podczas bezpiecznego wyprowadzenia panny Gilbert z Mystic Grilla.
Okazało się, że Damon z Katherine - któżby inny, jak nie oni? - zabili Lukę - syna czarownika. Po prostu pięknie! A teraz zrozpaczony ojciec postanowił porwać Elenę i wymienić ją u Klausa za swoją córkę.
Oczywiście, bez zastanowienia zgodziłyśmy się pomóc.
Kolejne meble w barze stanęły w ogniu spowodowanym zaklęciem. Elena sprowokowała Martina, próbowała mu przemówić do rozsądku, ale było to bezskuteczne. Kiedy czarownik był zwrócony w jego stronę, zaatakowała go Caroline. Dzięki temu Stefan mógł bezpiecznie zabrać z Grilla Elenę.
Care próbowała ugryźć Martina, ale użył wobec niej magii i zobaczyłam, jak dziewczyna zwija się z bólu na podłodze. Nie zdążyłam jednak zareagować, bo Matt złapał czarownika pod boki i przycisnął go do słupa. Z przerażeniem patrzyłam, jak czarownik tłucze za sobą butelkę i jej skorupę wbija chłopakowi w szyję.
Wściekła, skoczyłam w jego stronę i przycisnęłam Martina do słupa tak, jak wcześniej Matt.
Dzięki Bogu, nie wiedział, że jestem wampirem aż do tego momentu i jeszcze zdążyłam wbić kły w jego szyję. Wyssałam z niego krwi - nie na tyle, żeby umarł, ale, aby stracił na dłuższą chwilę przytomność.
W tym czasie Care doskoczyła do swojego chłopaka i podała mu swojej krwi, by go uzdrowić. Wcześniej jeszcze kątem oka spostrzegłam, jak z ledwością panuje nad pragnieniem wyssania z niego krwi do końca.
Potem podeszłam do niej.
- Zabierz go stąd. Zajmę się tym pożarem…
Chciała coś odpowiedzieć, ale tylko skinęła głową i moment później i jej, i Matta już nie było.
Złapałam się za gaśnicę i zaczęłam po kolei gasić sprzęty, które zajęły się ogniem. Udało mi się już część pożaru powstrzymać, kiedy usłyszałam syrenę straży pożarnej.
Wolałam nie ryzykować, by mnie znaleźli na miejscu i zaczęli zadawać pytania. Zapomniałam o doktorze Martinie, którego zostawiłam na podłodze w bezpiecznym miejscu. Nim wybiegłam tylnym wyjściem z budynku, zdążyłam jeszcze zauważyć, że w czasie, kiedy gasiłam pożar albo sprawdzałam, czy przyjechała straż, on… zniknął.
Kiedy już wyszłam z Grilla, wysłałam do Stefana SMSa, by go o tym poinformować. Wiadomo było, że następnym punktem na liście czarownika będzie dom Gilbertów…
xoxoxoxoxoxo
Wróciłam do rezydencji Salvatore'ów wykończona. Miałam ochotę po prostu wziąć szybki prysznic i natychmiast położyć się spać. Nie miałam siły, by się użerać z Damonem i Katherine, albo żeby w ogóle o nich myśleć. Niestety, nie dane mi było przygotować się do snu w spokoju.
Kiedy zmęczona, przepocona, brudna i cuchnąca spalenizną i dymem zaczęłam wchodzić po schodach na swoje piętro, z góry właśnie schodziła Katherine. Świeża jak poranek, ubrana w kusą, czarną, jedwabną koszulkę nocną i szlafroczek, panna Pierce obdarzyła mnie pogardliwym spojrzeniem.
- Wyglądasz jakbyś ledwie przeżyła jakiś kataklizm…
Przewróciłam oczami, ale zachowałam milczenie i dalej wchodziłam po schodach. Katherine, wyraźnie niezadowolona, że ktoś ośmiela się ją ignorować, odezwała się ponownie.
- Wiesz, gdyby nie ja, to nie załatwilibyśmy Martina. Jestem wam potrzebna i nie uda się wam mnie tak po prostu pozbyć…
Machnęłam na to ręką. Nie miałam zamiaru się tym w ogóle przejmować. Nawet nie miałam siły się zirytować - a to był już zły znak.
- To świetnie, Katie. Wprost nie mogę się doczekać naszych pogaduszek o chłopakach, depilacji oraz wzajemnego malowania sobie paznokci…
Nie obeszła mnie jej reakcja. Półprzytomna dotarłam na piętro i dowlokłam się do swojej sypialni. Kusiło mnie, by jednak zrobić sobie długą, gorącą, odprężającą kąpiel, ale to pewnie groziłoby zaśnięciem w wannie. Dlatego, zamiast tego, zrzucając z siebie kolejne części garderoby na podłogę, weszłam pod prysznic i nastawiłam wodę na najwyższą temperaturę.
xoxoxoxoxoxo
Pół godziny później, z wciąż wilgotnymi włosami, założyłam błękitną, jedwabną piżamę, składającą się z koszulki i szortów.
Na to narzuciłam szlafrok do kompletu. Czułam się już znacznie lepiej, oprócz jednego małego szczegółu - z szoku i zmęczenia nie zauważyłam wcześniej oznak kolejnego ataku alergii. Kiedy zakładałam szlafrok, zorientowałam się, że moją skórę - nagle całą czerwoną jak skórka pomidora - wyraźnie pokrywa dobrze mi znana wysypka, której działanie wreszcie zaczynało do mnie docierać.
Natychmiast przeszukałam swoje torebki i znalazłam w jednej z nich końską dawkę werbeny.
Ból od środka zaczynał powoli ogarniać mnie całą, więc opadłam na podłogę i usiadłam, opierając się plecami o ramę łóżka. Zacisnęłam powieki, kiedy wstrzykiwałam sobie "antybiotyk" i kiedy przez moment czułam się tak, jakby wlano w moje wnętrzności wiadro kwasu solnego. Na szczęście zaraz to ustąpiło, razem z wysypką.
Zbyt długo czekałam z lekarstwem po zaatakowaniu czarownika. Zazgrzytałam zębami zastanawiając się nad bezmiarem swojej głupoty. Potem znów ogarnęło mnie silne pragnienie - jak zawsze po wstrzyknięciu tak dużej ilości werbeny do organizmu.
Postanowiłam się udać na poszukiwanie "pożywienia" w kuchni. Kiedy do niej weszłam, zastałam Damona, czytającego pamiętnik Jonathana Gilberta i siedzącego na barowym stołku przy blacie. Przy TYM blacie… Westchnęłam ciężko, kiedy już uporałam się z falą nadzwyczaj przyjemnych i zmysłowych wspomnień z tym związanych.
Postanowiłam po prostu ignorować Salvatore'a. Udając, że go nie widzę, podeszłam do lodówki i wyciągnęłam z niej butelkę z krwią zwierzęcą. Przez cały ten czas byłam świadoma, że od momentu, w którym wkroczyłam do pomieszczenia, Damon nie spuszczał ze mnie wzroku. Nie dawałam jednak tego po sobie poznać.
Miałam już wyjść i skierować się do swojej sypialni, kiedy zatrzymał mnie jego głos.
- Nie zapraszałem do domu Katherine. Uwierz, jej obecność tutaj jest dla mnie tak samo wkurzająca, jak dla ciebie. Jednak jej plan wypalił i czarownik nie żyje…
Nie odwracając się w jego stronę, odkręciłam swoją butelkę z krwią i wypiłam całą jej zawartość. Dopiero wtedy, bardzo powoli, zwróciłam się twarzą do Damona. Wściekłość w moich oczach powinna być dla niego wystarczającą odpowiedzią.
- Nie obchodzi mnie, czy ją zaprosiłeś, czy nie. Jeśli naprawdę chciałbyś się jej pozbyć, to już dawno by jej tu nie było… To mi wystarczy za wyjaśnienie. Podtrzymuję to, co powiedziałam, że dopóki ona tu jest, masz się trzymać ode mnie z daleka. - Mój głos był pewny, znacznie pewniejszy ode mnie samej.
Wyrzuciłam pustą butelkę do kosza i wyszłam z kuchni, nie oglądając się już za siebie.
Zamiast jednak od razu iść do sypialni, przeszłam do salonu i ciężko opadłam na kanapę blisko kominka. Nawet nie zauważyłam, kiedy zapadłam w sen.
xoxoxoxoxoxo
Obudziłam się niedługo później, z przerażeniem i niemym krzykiem na ustach. Ogień wciąż płonął jasno w kominku, a ja czułam się, jakbym przebiegła maraton. Znów ten sam koszmar - ten, który prześladował mnie podczas przemiany w wampira i potem jeszcze wielokrotnie później…
Oddychając ciężko, uznałam, że najlepiej będzie, jeśli jednak wrócę do swojej sypialni.
Niedługo po wyjściu Marty z kuchni Damon postanowił wrócić do swojej sypialni. Usiadł na łóżku i dalej czytał dzienniki Jonathana Gilberta, kiedy pojawiła się Katherine w kusej, czarnej koszulce nocnej i, jakby nigdy nic, rzuciła się na jego łóżko w seksownej pozie, ukazującej wszelkie walory jej figury.
- Wiesz, czego nie mogę rozgryźć? - powiedział, nawet nie zerkając w jej stronę.
- Czego?
- Skąd miastowi wiedzieli, że Emily Bennett jest czarownicą. Bo według Jonathana Gilberta tylko on wiedział. Wiem, że jej nie wydał. - Wtedy spojrzał na nią i kiedy wzruszyła ramionami, miał już swoją odpowiedź. - Powinienem był się domyślić.
- Była niezałatwioną sprawą, a ja lubię doprowadzać swoje do końca. - odparła Katherine, jakby nigdy nic. - Wiesz, czego ja nie mogę rozgryźć? - Oczy wampirzycy zwęziły się, jakby mocno się nad czymś zastanawiała.
- Nie obchodzi mnie to. - Damon znów nie obdarzył jej spojrzeniem.
- Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć, gdzie jest miejsce masakry czarownic…
- Bo nie mam pojęcia. - Przewrócił oczami, jakby miał dość tłumaczenia jej tego.
- Wiedziałeś, że Emily Bennett była kluczem do wydostania mnie z grobowca. - Tym razem to on wzruszył ramionami. - I coś mi mówi, że zrobiłeś wszystko, by zapewnić jej bezpieczeństwo, a jednak nie wiesz, gdzie ją zabito. I kto tu kłamie? - W odpowiedzi tylko krótko zerknął w jej stronę. - Zraniłeś mnie dzisiaj.
- Wet za wet.
- Byłeś dla mnie podły i bardzo szorstki. - Katherine uśmiechnęła się, jakby obdarzała go największymi komplementami. Przysunęła się do niego blisko, a szlafroczek zsunął jej się z ramienia. - I potworny…
- Zasłużyłaś sobie. - Jego spojrzenie było twarde, wręcz zimne. Panna Pierce nic sobie z tego nie robiła.
- To mi się podoba, Damonie.
Powoli przysunęła się do niego jeszcze bliżej, prawie kładąc się na nim.
- Katherine. - Głos Damona zrobił się urywany. Ujął jej twarz w dłonie i pozwolił, by przybliżyła ją na odległość kilku centymetrów, szykując się do pocałunku. - Katherine, w tym domu jest jeszcze sześć innych sypialni. Znajdź sobie jakąś. - Prawie że z ustami na jej ustach, jednym ruchem ręki odsunął ją na bok i wrócił do lektury, jakby tej rozmowy w ogóle nie było.
Nie mogłam uwierzyć własnym uszom.
Kiedy szłam do swojego pokoju, musiałam przejść obok sypialni Damona. Aż zamarłam, kiedy niechcący usłyszałam, jak Salvatore rozmawia tam z Katherine. Instynktownie zacisnęłam ręce w pięści. Przecież nie powinno mnie to wcale obchodzić, nie powinno…
Ale i tak obchodziło.
Zamknęłam oczy, policzyłam do dziesięciu i miałam iść w swoją stronę, ale jakaś dziwna siła mnie tam trzymała. To była chyba skłonność do masochizmu.
Zdałam sobie jednak w końcu sprawę, że Damon odepchnął Katherine. Naprawdę to zrobił…
Może jednak myliłam się, że w rzeczywistości chciał, by tu była. Może…
Nie miałam czasu, by się nad tym zastanawiać, bo wiedziałam, że zaraz obrażona Katherine wymaszeruje z pokoju. W mgnieniu oka zniknęłam za rogiem korytarza i odczekałam, aż panna Pierce przeszła do zupełnie innego skrzydła domu.
Wiedziałam, co zrobię, ale za diabła nie potrafiłam sobie wytłumaczyć, dlaczego. Chyba jedynym wyjaśnieniem było, że wytrącił mnie całkiem z równowagi powtarzający się koszmar o tym, że jestem całkiem sama w ciemnej otchłani, z której nie ma wyjścia.
Potrząsnęłam głową, by wrócić do rzeczywistości. Nie chciałam w ogóle o tym myśleć.
W normalnych warunkach po czymś takim już nie mogłabym tej nocy zasnąć. Ale z drobną pomocą, może…
Wzięłam głęboki oddech i pokonałam odległość dzielącą mnie od otwartych drzwi do sypialni Damona. Stanęłam jednak w progu, zastanawiając się, czy może jednak się wycofać.
Salvatore spojrzał w moją stronę, początkowo zirytowany, bo pewnie sądził, że to znowu Katherine go nachodzi. Kiedy jednak mnie zobaczył, jego oczy zrobiły się wielkie jak spodki. Na moment. Zaraz na jego twarzy pojawił się tryumfujący uśmieszek. Odłożył na szafkę zeszyt, który do tej pory czytał, po czym założył ręce na piersi.
- Czemuż to zawdzięczam tę wizytę? Jednak zmieniłaś zdanie?
Przygryzłam wargę i pilnowałam się bardzo, by moja postawa nie wyrażała niepewności, która mnie ogarnęła całą. W końcu zebrałam się w sobie, by wejść do pokoju, zamknąć za sobą drzwi i także założyć ręce na piersi.
- Powiedzmy, że… częściowo. Nadal w ciągu dnia nie chcę mieć z tobą do czynienia. - Uniosłam wysoko podbródek.
Nagle, ni stąd, ni zowąd, Damon przeskoczył z łóżka, na którym siedział i przyparł mnie do drzwi. Byłam boso, więc pochylił się ku mnie i, z twarzą bardzo blisko mojej, przesunął kciukiem po mojej dolnej wardze.
- A w nocy? - Jego głos zrobił się ochrypły i przyprawiał mnie o rozkoszne dreszcze.
Wygrałam sama z sobą i zachowałam spokój. Z trudem.
- Jutro? Nie wiem. A dzisiaj?
Zamiast mu powiedzieć, ujęłam jego twarz w dłonie i przyciągnęłam do swojej.
Wziął mnie pod biodra i, nie przerywając pocałunku, przeniósł mnie w stronę łóżka.
- Ale, żeby było jasne… - Odsunęłam się na moment, kiedy usiadł na posłaniu i posadził mnie sobie na kolanach. Spojrzał na mnie, wyraźnie zirytowany, że przerwałam. - Wciąż jestem na ciebie wściekła.
Posłał mi wilczy uśmiech.
- Tak jest najzabawniej, Słońce…
Na ułamek sekundy wzniosłam oczy do góry, ale przyciągnął mnie znów do siebie, nie dając mi już możliwości ucieczki.
Chwilę później pozbyłam się jego ubrania, a on mojej piżamy. Mimo wszystko, warto było trochę odpuścić…
Szczególnie, że… miał rację.
Po którejś z kolei rundzie w końcu postanowiliśmy trochę odpocząć. Bez trudu zasnęłam i pogrążyłam się w przyjemnych snach, kiedy Damon obejmował mnie ramionami i trzymał przy sobie tak blisko, jakby już nigdy nie miał zamiaru mnie puścić.
