Rozdział 28

Jim wygląda jak okaz zdrowia – jego cera jest ogorzała, a ciemny garnitur – czysty i wyprasowany tak dokładnie, że mógłby stanowić drugą skórę. Przestępca siedzi w tej samej nieokreślonej jadalni co poprzednio i ma minę kota, który zniszczył coś bardzo cennego, a właściciel jeszcze nie znalazł skorup. Ten wyraz twarzy sprawia, że po krzyżu Sherlocka przemyka srebrna strzała strachu, gdyż Jim wie o rzeczach, o których Sherlock nie ma pojęcia.

O wielu, wielu rzeczach. W ciągu siedmiu dni mnóstwo mogło się wydarzyć.

Sherlock był tego doskonale świadom i starał się nie rozmyślać o swojej ignorancji, ale nie życzy sobie, by demonstrowano mu jego bezbronność wprost. Jim uśmiecha się do niego złośliwie z płaskiego ekranu, a w Sherlocku wzbiera wściekłość, chociaż nie zamienili jeszcze ani jednego słowa. Przyjmuje więc znudzony wyraz twarzy, który doprowadzał do szału jego profesorów na uniwerku, kiedy – dogmatyczni, napuszeni, nudni – dopytywali się o powód jego nieobecności na zajęciach i zastanawiali, czemu po weekendach jego dłonie tak drżą. Bierze powolny wdech.

Johnowi nic nie jest. Wiedziałbym, gdyby Johnowi coś się stało. Rozsypałbym się po podłodze w małe drobinki piasku. Więc Johnowi nic nie jest.

Poza tym Jim obiecał. A każda gra ma swoje zasady. Inaczej nie byłaby grą.

- Stęskniłeś się za mną? - mruczy Jim, kokieteryjnie przykładając palec wskazujący do dolnej wargi.

Sherlock krzyżuje ramiona na piersi i piorunuje go wzrokiem.

- Oj, słoneczko, ani troszeczkę? - ćwierka Jim. - Jasne, byłeś dość... zajęty. Twoja kreatywność, przyjacielu, naprawdę mi się spodobała. Nie sądziłem, że masz aż tyle fantazji, ale nie powinienem był cię nie doceniać, prawda?

- Prawda – odpowiada Sherlock sucho.

Jim uśmiecha się czule i mruży oczy.

- Przerobiłeś samotne więzienie na scenę i zaangażowałeś samego siebie do roli Van Gogha. Cholera, fenomenalne widowisko. Przegapiłem w którymś momencie „Top Gear", bo patrzyłem, jak myjesz włosy.

Sherlock przewraca oczami. Absolutnie nie wzdryga się, słysząc tą wiadomość. W ogóle. To byłaby niewybaczalna utrata kontroli.

Jim przygląda się swoim wypielęgnowanym paznokciom.

- W sumie oczekiwałem, że w tym momencie będzie ci już odbijać szajba. Szczerze mówiąc, taki był plan. Wiesz co, skoro już o tym mowa, chciałbym od teraz być z tobą całkowicie szczery. Możemy już zawsze być wobec siebie szczerzy? Na wieczność, skoro przed nami jest wieczność? Możemy dzielić się ze sobą każdym drobiazgiem? Szczerze i uczciwie? Czy nie tak postępują wszystkie nierozłączne pary? Tak, dobrze, postanowione. No więc... czemu jeszcze nie obśliniasz sobie własnych kolan?

- Bardzo chciałbyś wiedzieć, co? - szydzi Sherlock ozięble.

- Tak! Chciałbym, złotko, umieram z ciekawości.

Sherlock prycha drwiącym śmiechem.

- A skoro jesteśmy ze sobą szczerzy, to możesz mi powiedzieć – podjudza go Jim, przechylając głowę w ten swój dziwnie chybotliwy sposób.

- Raczej nie.

- No już, daj chociaż wskazówkę.

Sherlock nie ma najmniejszego zamiaru oznajmiać Jimowi, że ma wymyślonych przyjaciół ani też, że to oni pozwalają mu pozostać stosunkowo przytomnym w torturze samotności.

- Możesz zgadywać.

- Och, jasne, że mogę zgadywać – chichocze Jim. - Potworny nawyk, destrukcyjny dla logiki, ale mogę zgadywać, że ma to coś wspólnego z tym idiotycznym monologiem, który właśnie wygłosiłeś. John to, John tamto. Chodzi o to, że pozostajesz poczytalny dla swojego zwierzaczka? Żeby zabierać go na spacer i pozwalać obsikiwać maszty flag? Mój drogi, nie liczyłbym na szczęśliwe ponowne spotkanie. A może recytowałeś sobie pi albo wszystkie liczby pierwsze i jesteś tym zbyt zażenowany, żeby się przyznać?

- Kiedy nie rozwiązywałem kryzysu na Bliskim Wschodzie i nie szukałem lekarstwa na raka, słuchałem w głowie wszystkich dzieł Jana Sebastiana Bacha – warczy Sherlock i natychmiast zapisuje na później plik z tą koncepcją. To nie jest zły pomysł.

- Bach. Interesujący człowiek – zgadza się Jim. Przyciąga bliżej szklankę i pociąga łyk czegoś, w czym Sherlock rozpoznaje bursztynowy płyn z wcześniej. Przypuszcza, że to irlandzka whiskey albo szkocka. - Nie był w stanie zostawić po sobie nieukończonej kompozycji. Zupełnie jak ja, wiesz? Co oznacza, że to się nie skończy, dopóki nie zabiorę od ciebie tego, czego chcę.

- Czyli...?

- Och, absolutnie wszystkiego – mruczy Jim. - Wyrwę ci duszę przez gardło, przypnę ją klamerkami i wysuszę, aż będę ją mógł oprawić w ramkę.

Po tej kwestii zapada cisza, a Sherlock zastanawia się, czy w przekonaniu Jima było to stwierdzenie faktu, a nie metafora.

Ostatecznie Jim jest zupełnie obłąkany.

- Powodzenia – mówi w końcu Sherlock, chociaż zaciska mu się żołądek.

- Dzięki! Będziesz zachwycony. Kiedy z tobą skończę, będziesz lizał mi buty.

Sherlock wzrusza ramionami.

- Gadaj zdrów. Słowa są tanie.

- Właśnie nie. W świecie pozamykanych pokoi człowiek z kluczem jest królem. A ja, skarbie, jestem twoim suwerenem, pieprzonym panem i władcą, na wypadek, gdybyś tego nie zauważył.

Sherlock kuca, a potem z wdziękiem siada po turecku i opiera się na dłoniach, patrząc w ekran z kwaśną miną. Nie ma najmniejszego zamiaru tego przyznać, ale rozmowa z prawdziwym człowiekiem – nawet, jeśli tym człowiekiem jest Jim, nawet, jeśli Jim go przeraża – wypełnia jego ciało endorfinami, zalewa go doznaniami i drgającą falą odczuć; tu jest materiał, substancja, dane, co z tego, że to strach i złość, i ból, i ekscytacja, i zaintrygowanie, i agonia jednocześnie, przynajmniej coś jest, a przecież John nie musi wiedzieć, jeśli Sherlock trochę upaja się rozmową z nie-wymyślonym arcywrogiem, prawda, że John nie musi wiedzieć, a raczej Jim nie musi wiedzieć, tak, właśnie tak, Sherlock miał na myśli Jima, nie Johna, Sherlock zachowa swój haj wywołany faktem, że ktoś się do niego odezwał, nikt nie musi się dowiedzieć.

Był taki zmęczony czystą podłogą, białymi ścianami i nieznośną ciszą.

- Aaaach, stęskniłeś się za mną, prawda, aniołku? - Jim rozpiera się na krześle i szczerzy się jak chory na wściekliznę szaleniec. Którym jest. Sherlock myśli, że gdyby Jim był psem, lata temu uśpiliby go przez wzgląd na wodowstręt.

- Nie muszę łechtać twojego ego, świetnie sobie z tym radzisz sam.

- Ale chcę, żebyś ty to powiedział. Dam ci prezenty, dam ci wszystko! Chcesz następnym razem więcej morfiny? - pyta Jim ze słodyczą w głosie. - Nie tak dużo, żeby stała ci się krzywda, ale mogę zastanowić się nad zwiększeniem dawki.

- Pierdol się.

- Och, byłbym zachwycony. Bardzo proszę. John korzystał jak mógł, czyż nie?

- Nie mów o Johnie.

- Ale to twój ulubiony temat!

- Nie w twoich ustach – syczy Sherlock.

- Przysiągłem, że go nie dotknę, jeśli będziesz grał fair. Nie powiedziałem, że nie będę wspominał o twoim chłopaku-pigmeju. Nawiasem mówiąc, jest na ciebie wściekły. Nafaszerowanie go dragami? Niezły pomysł pomysł. Naprawdę, odbiło się na jego problemach z zaufaniem. Facet zmienia się w zombie. Sam bym tego lepiej nie wymyślił.

- Zamknij się.

- Nie martw się! Mam go na oku. Obserwuję go dla ciebie, nie musisz się niepokoić. Wygląda tak, jakby śmierć nasrała na chodnik i ktoś namalował tym gównem lekarza wojskowego. Pewnie nie wziąłeś tego pod uwagę, kiedy rzuciłeś się w moje kochające ramiona. - Jim uśmiecha się nieśmiało i posyła Sherlockowi pocałunek.

- Zamknij się – warczy Sherlock, a jego serce wyrywa mu się z piersi, bo to musi być prawda i Sherlock o tym wiedział, myślał o tym, oczywiście, że o tym myślał, o głębi lojalności i miłości, o transferze cierpienia z jednej duszy do drugiej, ale jeśli John żyje i cierpi, bo nie ma Sherlocka, to John jest, kurwa, żywy, więc jest w stanie cierpieć, i tylko to ma znaczenie.

Jim rzuca Sherlockowi kuszący uśmieszek.

- Myśli, że zostawiłeś go dla mnie. Z powodu wszystkich pięknych zagadek które dla ciebie przygotowałem.

- Nie, kurwa, nie myśli tak – protestuje Sherlock, a potem zaciska zęby, myśląc: „Ty idioto, przestań mu dawać dokładnie to, czego od ciebie chce".

Jim wybucha radosnym śmiechem – szalonym hienim chichotem. Kły węża wytatuowanego na jego szyi drgają.

- Złamałeś mu serce, wiesz? Sam bym tego nie zaaranżował, więc dobra robota. Myśli, że mu nie zaufałeś. Myśli, że zdałeś sobie sprawę, że jest tylko śmieciem, ruiną utrzymywaną w jednym kawałku dzięki fragmentom drutu.

- Nie myśli tak – mówi Sherlock z jak największym znużeniem.

- Dobra, przyznaję. Tak naprawdę cieszy się, że cię nie ma, wiesz? Ale pomyślałem, że chciałbyś wiedzieć, że mu na tobie zależy. Nawet jeśli tak nie jest.

- Bo zależy – mruczy Sherlock. Tym razem łatwiej jest udawać zupełnie zdekoncentrowanego.

- No dobra, zależy mu. No już, skarbie, nie chcesz usłyszeć, jak wypłakuje sobie za tobą oczy?

- Nie wypłakuje.

- No dobra, nie wypłakuje, ale nie chciałbyś tego?

- Nie masz jakichś ludzi do wysadzenia w powietrze? - wzdycha Sherlock, przeczesując włosy dłonią. - Myślałem, że wzbiliśmy się z naszym związkiem na wyższy poziom. Taki, w których nie opowiadamy głupot. To się zaczyna robić obrzydliwie powtarzalne. Idź, owiń kogoś w semteks, daj mi spokój.

Coś... cokolwiek. Byle zmienić temat.

- Teraz, kiedy mam ciebie? - Jim puszcza oko. - Po co strzelać do płotek, skoro złapałem w sieć białego wieloryba?

- Moby Dick okazał się śmiercią kapitana Ahaba – przypomina mu Sherlock.

- Jezu, czytałeś tego śmiecia?

W młodości, przygotowując się do kariery pirata, Sherlock przeczytał absolutnie wszystko, co był w stanie dorwać, jeśli tylko dotyczyło marynistyki, i zapomniał wykasować całkiem spory procent tej wiedzy. Jim jednak nie musi o tym wiedzieć, więc Sherlock jedynie markuje soczyste ziewnięcie, a potem udaje, że przybiera skruszoną minę. Wie, że zostanie rozpoznana jako najczystszy sarkazm.

- Znudzony?

- Dosyć – kłamie Sherlock.

- Naprawdę nie powinieneś być.

- Ale jestem.

- No to zagrajmy w grę. Jak myślisz, gdzie jesteś? - pyta Jim i nareszcie zaczyna brzmieć na odrobinę zniecierpliwionego.

Sherlock desperacko chciałby się tego dowiedzieć. Ta myśl prześladowała go od tygodnia, paliła w każdy centymetr sześcienny jego skóry, drapała po żebrach. Miał wrażenie, że dryfuje w wyrwie w przestrzeni pośród białych pokoi; cierpiał coraz gorsze zawroty głowy przez zupełny brak wyznaczników geograficznych. Oddałby Jimowi jedną ze swoich kończyn w zamian za wskazanie jego dokładnego położenia na świecie. Więc wzrusza jednym ramieniem w obojętnej bezwładności i mówi:

- W zamkniętym pokoju z dostawą jedzenia. Nie jestem ślepy.

- Nie, kretynie – wybucha Jim. - Jak myślisz, gdzie jesteś w pierdolonym świecie.

- Nigdy nie lubiłem zagadek.

- Naucz się je lubić.

- Hm. Nie.

- Jak się czujesz z tym, że nie masz pojęcia?

- Nie mam pojęcia.

- Och, ha, ha, ha, bystrze, bardzo bystrze, tak bystrze, ha, ha, jakiś ty bystry. Wydedukuj.

- Nie chce mi się. Nie zacząłem jeszcze nawet opusów Chopina, no i zawsze dość lubiłem Xavera Scharwenkę.

Promieniejąca twarz Jima nagle przybiera bardzo dziwny wyraz. Sherlock może porównać tę minę tylko do miny obrażonego goryla – kąciki ust opadają w dół, Jim wypycha szczękę do przodu jakby miał tyłozgryz, a jego brwi ściągają się w jedną grubą, ciemną linię. Wszystko to powinno wyglądać komicznie, ale nie wygląda, nie ma tu nic komicznego, to przerażające jak kurwa mać, a teraz Jim kuli ramiona i pochyla się w stronę kamery, i stuka paznokciami o blat stołu przed sobą, i w swoim obrzydzeniu naprawdę przypomina małpę.

- Jesteś tu po to, żeby się ze mną bawić, Sherlocku, a nie po to, żeby być zwyczajnym – warczy.

- Jestem tu po to, żeby bawić się z ręcznikami i elektryczną golarką, i pokazywać ci swój goły tyłek. - Sherlock leniwie kiwa dłonią. - Jeśli chciałeś mieć jakiś materiał pod walenie konia, mogłeś po prostu zainstalować kamerę w moim mieszkaniu. To natomiast jest odrobinę żenujące. Nie, żałosne. Jestem tu tylko dlatego, że sam przyszedłem, nie dlatego, że zrobiłeś coś wybitnego.

- Jesteś tu, ponieważ jesteś mój – cedzi Jim. - Należysz do mnie.

- Boże, to gorsze niż BBC. Można to jakoś wyłączyć? - pyta Sherlock, udając, że rozgląda się w poszukiwaniu przełącznika.

- Patrz na mnie, kiedy do ciebie mówię.

- A można przynajmniej wyciszyć dźwięk?

- Nie. A nawet gdyby się dało, nie zrobiłbyś tego.

- Spróbujmy. Nie siedzę tu dla herbatki z mlekiem i pustych ploteczek.

- Nie, siedzisz tu, by się złamać, Sherlocku. To zagadka, twoja ostateczna zagadka – jak znieść wieczność wypełnioną pustką. To jest najokrutniejsza rzecz, o jakiej, kurwa, mogę pomyśleć, a dzięki tobie ja przebywałem w samotni! - Jim prawie krzyczy. - Witaj w naszym najgorszym koszmarze, którym jest pozostanie żywym! To nie życie, to nie śmierć, tylko pozostanie, zawsze, na wieczność statyka, sama egzystencja, tylko ty, by odliczać mijający czas, i ja, by dostarczać dzienne posiłki. To ma cię zniszczyć. A kiedy już rozsypiesz się na milion kawałków na podłogę, tatuś poskłada cię do kupy na nowo.

- Wybacz, rozczaruję cię – Sherlock unosi jeden kącik ust. - Skończyłeś? Mam kilka spraw do załatwienia.

Jim zaczyna ciężko oddychać, a jego małpia postawa ma w sobie coś złowróżbnego.

- Odpowiedz na pytanie albo pożałujesz. Gdzie jesteś?

Sherlock wydaje z siebie przesadzony jęk, siada prosto i zaczyna odhaczać kolejne palce.

- Zapach świeżo pomalowanej ścianki działowej gdy się tu znalazłem, wewnętrzny obieg powietrza, duża przestrzeń, wyjściowe drzwi antywłamaniowe ze skomplikowanymi zamkami, kratki wentylacyjne, przez które nikt mnie nie usłyszy, winda na posiłki, która nie interesuje nikogo na niższych piętrach. Jestem w jakimś magazynie, a ty wybudowałeś tę klatkę specjalnie dla mnie. Ale to, gdzie jestem, nie ma, kurwa, żadnego znaczenia, znaczenie ma tylko to jak reaguję na otoczenie. Nie będę z tobą grał, nie będę odpowiadał na twoje absurdalne pytania, fizycznie równie dobrze mogę znajdować się na południu Francji albo na zagubionej wysepce na Atlantyku. Mam to gdzieś. Więc odpieprz się, z łaski swojej, zostaw mnie w ciszy i spokoju, żebym mógł się zająć „Fantazją-Impromptu", zanudzasz mnie na śmierć.

Mija kilka sekund. Jim odsłania zęby. Jego szczęka nadal jest wypchnięta w przód w zwierzęcej agresji, więc kiedy jego warga się odsuwa, mężczyzna zaczyna przypominać dziką bestię ze świata koszmarów. Wytatuowany na jego szyi wąż drga we wściekłości, jabłko tańczy, a Sherlock patrzy, jak Jim strzela palcami. Natychmiast zjawia się Moran, ubrany w dobrze leżące jeansy i czarny sweter, i przybiera śmiercionośną, profesjonalną postawę.

- Witam serdecznie – warczy Sherlock. - Idealnie. Szalona herbatka jak się patrzy.

- On mówi, że nie obchodzi go, gdzie się znajduje – mamrocze Jim i spogląda z żalem na Morana. Brzmi niemal smutno. - Mówi, że to bez znaczenia. Ja... to potworne. Więc pozbądź się lustra.

- Już? - Moran unosi brew. - Nie za wcześnie?

- Pozbądź się lustra – mówi cicho Jim, ujmując dłoń Morana i huśtając nią niczym chłopiec, który znalazł kolegę – albo wsadzę ci rękę do mikrofalówki i popatrzę, jak się smaży.

- Jasne. - Moran wzrusza ramionami i uśmiecha się ponuro. - Po co te nerwy. - Oswobadza się, przyciąga do siebie laptopa i wpisuje polecenie.

Początkowo nic się nie dzieje. Potem zmienia się światło. W białej komnacie robi się coraz ciemniej, aż w końcu Sherlock słyszy za plecami kliknięcie i zaraz potem znajduje się w całkowitych ciemnościach.

Zrywa się na nogi i obraca się. Oczekuje na nowe dane i aż kręci mu się w głowie z pragnienia.

Lustro jest z całą pewnością jednostronne. Jest z ciężkiego szkła, pokryte cieniutką warstwą metalu, najprawdopodobniej aluminium, więc jeśli ja jestem w świetle, a poza moim więzieniem jest ciemno, to wydaje się, że to lustro, podczas gdy w rzeczywistości jest to po prostu...

Ciąg myśli urywa się.

Po drugiej stronie lustra, w niewielkiej przestrzeni, włączono światło. Sherlock zdaje sobie sprawę na co patrzy i zanim ma szansę się opanować, przerażony okrzyk wyrywa mu się z ust.

- A teraz się nudzisz, Sherlocku? - pyta Jim wolno, niemal łagodnie. Sherlock zaczyna myśleć, że może zemdleć z szoku i napięcia.

Po drugiej stronie tego, co kiedyś było lustrem, znajduje się przestrzeń o szerokości jakichś sześćdziesięciu centymetrów, a za nią zwykłe okno rozciągające się od podłogi aż po sufit. Za oknem popołudniowe słońce pada na odrapany budynek z brązowej cegły i na rząd mieszkań. Pod brązową cegłą budynek jest z pomalowanego na biało kamienia, w którym widnieją czarne drzwi ze złotymi numerami, a tuż obok nich czerwona markiza bezpretensjonalnej kawiarni.

Speedy's. Baker Street.

Sherlock znajduje się w pustym domu.

Jego mózg tonie w niedowierzaniu, palce drętwieją, a w gardle grzęźnie kolejny krzyk. Sherlock mechanicznie podchodzi do szkła i przyciska dłonie do chłodnej powierzchni, przypominając sobie, jak szybko po wybuchu wstawiono nowe okna; myśląc o dodatkowych dniach, które zajęło Jimowi przygotowanie ostatniej pestki, zanim Sherlockowi udało się ją ominąć; o błyszczących, nowych szybach, które Sherlock zauważył, ale które w ogóle go nie zaniepokoiły, kiedy widział je z własnych okien numeru 221, mieszkania B, jako wolny człowiek, jako bardzo głupi wolny człowiek, po czym Sherlock widzi ruch w oknie naprzeciwko i musi przycisnąć z całych sił pięść do ust, by nie dać Jimowi więcej dowodów, że owszem, jeśli chodzi o tortury psychiczne, to były więzień okazuje się niespotykanie utalentowany.

John.

John odsunął zasłonę i wygląda na ulicę. Jim miał rację. Doktor wygląda strasznie. Sherlock dostrzega tylko zarysy jego postaci, niewyraźne linie dłoni i włosów, i szczęki, ale przypuszcza, ze dokładnie tak John wyglądałby w strefie wojny. „To ty do tego doprowadziłeś" - myśli. „To całkowicie twoja wina. Pragnąłeś go, wziąłeś to, czego zapragnąłeś, chociaż na to nie zasłużyłeś, sprawiłeś, że zaczęło mu na tobie zależeć. Patrz, co zrobiłeś". John w ciągu siedmiu dni postarzał się o dziesięć lat. Przez każdy jego ruch przebija jednocześnie wyczerpanie i wymuszone opanowanie. Jego włosy są w nieładzie. Najwyraźniej z kimś rozmawia. Kto jest w mieszkaniu z Johnem? Sherlock nie widzi. Nie widzi też oczu Johna, nie jest w stanie oczytać ruchu jego warg ani obejrzeć ubrania, by zebrać więcej wskazówek co do jego stanu.

Sherlock mocno zagryza wargi i opiera pięści o zimną, nieprzenikalną barierę, która kiedyś była lustrem. Wyobrażony John odzywał się w głowie Sherlocka przez siedem dni – ekscentryczny, ale uspokajający rozwój sytuacji – ale teraz wyobrażony John ucichł, bo jest tu prawdziwy John, jest na tyle blisko, by do niego zawołać. Gdyby nie dwie niemożliwie grube warstwy szkła.

John przesuwa się w bok i zasłona opada na okno.

- Oddaj je – mówi Sherlock ochrypłym głosem.

- Co takiego, koteczku? - pyta spokojnie Jim z ekranu.

Sherlock nie jest w stanie oderwać oczu od 221B.

- Lustro. Oddaj lustro.

- Przecież masz gdzieś, gdzie się znajdujesz – przypomina mu Jim zadowolonym głosem.

- Nie rób tego – mówi Sherlock. Już błaga, a minął zaledwie tydzień. Właśnie to go złamie, pieprzone lustro i magiczne zerknięcie w swoje minione życie, i jego bardzo żywy kolega John, i krzywda, którą nieobecność Sherlocka wyrządziła, to właśnie go zniszczy. - Nie mogę... Po prostu nie mogę. Niech tu znowu będzie lustro. Przysięgam, przestanę wynajdować sobie zajęcie, pozwolę, żeby nicość mnie pochłonęła, zwariuję za kilka godzin, może już jutro będę – jak to ująłeś? - obśliniał swoje kolana. Przestanę walczyć. Tylko oddaj lustro.

- E tam. Nie urządza mnie to – brzęczy Jim.

- Oddaj je! – wrzeszczy Sherlock, waląc pięściami w szybę, bo oto znów pojawia się John, John, którego detektyw kocha tak, że strata może rozłupać mu serce na pół, John, który na zmianę wyszczekuje instrukcje do komórki i słucha z twarzą ściągniętą bólem i bezsilną wściekłością, i jednocześnie gapi się na ulicę, czekając na... na co? Na Sherlocka? Żeby jakimś cudem pojawił się na Baker Street z powiewającym Belstaffem?

- Ooooch... - wzdycha Jim. - Jesteś dużo ładniejszy, kiedy błagasz. Ciesz się widokami, mój drogi, a ja się odpieprzę i zostawię cię w spokoju i ciszy.

Nieco metaliczny syk oznajmia Sherlockowi, że ekran się wyłączył.

John rozłącza się i wkłada telefon do kieszeni. Mierzwi ręką włosy i odwraca się od okna. Czego by nie żądał, nie dostał tego. John jest niezadowolony, a Sherlock jest na dnie. Baker Street jest brązowe i białe, i złote, i świeci słońce, i biały pokój pozostaje zupełnie cichy.

Sherlock przyciska czoło do szyby, opada na kolana na podłogę i wrzeszczy z całych sił.

xxx

Strajk głodowy podjęty przez Sherlocka jest najzupełniej przypadkowy.

Siódmego dnia, wykrzyczawszy się do zdarcia strun głosowych, Sherlock bardzo spokojnie wkracza do swojej sypialni, zabiera z ramy łóżka materac i zaciąga go – oraz kołdrę i poduszki – do długiego pokoju. Wszystko kładzie tak blisko szyby, jak tylko się da, po czym kładzie się na boku i podciąga kolana pod brodę, aby patrzeć.

Tak właśnie spędza – z krótkimi przerwami na skorzystanie z toalety i napicie się wody – pięć kolejnych dni.

Przez trzy dni wyrzuca kolejne posiłki. „Zjem następny" - myśli. „Nie jestem głodny" - myśli i jest to prawda, i John, który niegdyś był w jego głowie, milczy, bo John po drugiej stronie ulicy jest wykończony i poszarzały. Czasem John znajduje się sam w mieszkaniu i Sherlock go nie widzi. Czasem John szuka Sherlocka w niewłaściwych miejscach. Czasem najprawdopodobniej jest w Yardzie. Czasem Sherlock widzi Johna przy oknie. Sherlock widuje też Lestrade'a, Donovan, Mycrofta, Bradstreet, Andersona, panią Hudson, Shinwella; wydaje się, że Baker Street zmieniło się w rodzaj centrum dowodzenia.

Wszyscy są zmęczeni. Wszyscy są smutni. Wszyscy są wściekli.

Sherlock patrzy w odrętwieniu.

Pogoda się zmienia. Dziewiątego dnia jego niewoli pada deszcz, to dwa dni po tym, jak lustro stało się oknem, wtedy też przyjeżdża Mycroft, a potem odjeżdża, w ogóle nie rozkłada parasola, i jest blady i przybity.

Deszcz wysycha i zjawia się Shinwell z torbą z chińskim jedzeniem. Sherlock zastanawia się, czy John je zje. Ma nadzieję, że John nie jest zbyt głodny albo że nie jest mu zbyt zimno, albo że nie czuje się zbyt samotny. Sherlock wyobraża sobie, jak John je, wyobraża go sobie jak zadowolony zasypia wraz z zachodem słońca, a na jego ustach igra lekki uśmiech.

Sherlock czasem budzi się o świcie, a czasem w środku nocy, a czasem wczesnym popołudniem. Sherlock patrzy. Systematycznie wchodzi do kuchni i zagląda do windy. Jeśli jest w niej wino, wypija je, jeśli jest w niej morfina, bierze ją i popija wodą. Wyrzuca smażonego kurczaka, sałatkę grecką, ravioli z serem, jajka po benedyktyńsku, naleśniki z jagodami i zupę undon.

Światła w innych budynkach gasną, ale światło w sypialni Sherlocka jest zapalone niezależnie od tego, czy John znajduje się na Baker Street, czy też gdzieś na poszukiwaniach. John nigdy go nie gasi. Sherlock zastanawia się, dlaczego. Jeśli Johna nie ma, światło jarzy się jak latarnia morska. Jeśli John jest w domu, jego korpulentna sylwetka krąży z jednej strony na drugą, z jednej na drugą, a potem pada na łóżko.

Sherlock patrzy.

Bierze prysznic, gdy zaczyna czuć własny smród i goli się, kiedy swędzi go twarz.

Nic go to nie obchodzi.

Sherlock patrzy, jak John powoli zaczyna szaleć z niepokoju. Dostrzega to w gwałtownych ruchach głowy i w dłoniach, złożonych razem i przyciśniętych do ust, jak to Sherlock miał w zwyczaju. Gdyby to miało poprawić Johnowi samopoczucie, Sherlock chętnie przetargowałby własne życie, umarłby naprawdę, ale to nie poprawiłoby Johnowi samopoczucia, nic nie poprawi Johnowi samopoczucia, a Sherlock nie może tego znieść.

- Jestem tutaj, tuż przed tobą – szepcze za którymś razem. Te słowa bolą go tak potwornie, że postanawia, iż już nigdy ich nie wypowie. Ani niczego innego.

Mija dwunasty dzień jego niewoli, a Sherlock przypadkowo nie jadł od pięciu dni. I wtedy włącza się telewizor. Głos Jima odbija się od ścian długiego pokoju.

- Sherlock, gołąbeczku, naprawdę musisz coś zjeść – nuci Jim. - To idiotyczne. Już od wieków patrzę, jak zwijasz się w kłębek na materacu i jest to nudne. Pokaż pazurki, kochaneczku. Gdzie, do kurwy nędzy, posiałeś wolę walki, którą tak u ciebie lubiłem?

Udzielanie odpowiedzi byłoby strasznie wyczerpujące, więc Sherlock tylko ciaśniej otula się kołdrą i patrzy na cienie przemierzające salon w mieszkaniu 221B.

- Sherlock – mówi Jim bardziej stanowczo. - Odpowiedz tatusiowi. Tatuś ma już dość.

W normalnych okolicznościach to sformułowanie zniesmaczyłoby Sherlocka. Teraz ledwie je zauważa.

- Skarbeńku, za sprzeciwianie mi się grożą poważne konsekwencje i zaufaj mi, żadna ci się nie spodoba. A ty aż prosisz się o odrobinę dyscypliny.

Pokazanie pokojowi środkowego palca wydaje się całkiem odpowiednią i do tego zabawną możliwością, ale Sherlock stwierdza, że nieruchoma sterta pościeli jest bardziej wymowna. Więc nic nie robi.

- Sherlock – syczy Jim. - Ty już raczej nie grasz fair, co nie? Jeśli muszę tam wpaść, przywiązać cię i nakarmić siłą, to to zrobię, ale myślę, że raczej wolałbyś zjeść pierdolony rosół, który ci podesłałem, i odezwać się do mnie.

Na odwróconej do okna twarzy Sherlocka pojawia się ponury uśmiech. Nie pomyślał o tym wcześniej, ale właśnie zyskał przewagę. Jest teraz bardzo słaby, chodzenie starło się niewiarygodnie trudne, boli go głowa, stawy płoną, a oczy szczypią z powodu wysiłku, który wkłada, by pozostały suche. Ale jego ciało chwilowo nadal należy do niego. Jeśli nie ruszanie się, nie rozmawianie z Jimem i głodowanie pozwoliło Sherlockowi się trochę odegrać, to... No cóż, to tylko transport, prawda? John, który był w jego głowie, mógłby się sprzeciwić tej zagrywce, ale ten John odszedł.

Jest tylko prawdziwy John, który też ostatnio za wiele nie jadł. Sherlock to widzi. Jest tylko Sherlock, który odpływa.

I jest tylko Jim, który się nudzi.

Jim nienawidzi się nudzić.

- Sherlock, kurwa, jeśli w tej chwili nie pójdziesz do kuchni i czegoś nie zjesz, ukarzę cię na sposoby, o których przysięgam, że jeszcze nie pomyślałeś.

Sherlock tylko wtula twarz w poduszkę. Jest dziwnie szczęśliwy mimo swojego osłabienia.

Ciemność w pokoju nagle znika, światło uderza ostrzem, a Sherlock przełyka jęk bólu i zaciska gwałtownie oczy. Lustro znowu jest lustrem. Światło boli po takim czasie w ciemnościach. Jim zabrał Baker Street.

„Świetnie" - myśli Sherlock, zamykając oczy. - „Może teraz ten drugi John wróci".

Następnie słyszy dziwny syk.

Sherlock niezręcznie przekręca się na plecy, by spojrzeć na kratki wentylacyjne. To z nich dobiega ten dźwięk – jakby ktoś przekuł oponę. Sherlock czuje pierwszy powiew zapachu rozpylanego środka uspokajającego. Potwierdzają się jego wcześniejsze przypuszczenia: jeśli Jim lub Moran wchodzą albo wychodzą, Sherlock ma być kompletnie na ich łasce lub niełasce w momencie, w którym otworzą drzwi wejściowe. Nie, żeby tego nie oczekiwał, ale fakt, że zepsuł plany Jima – choćby w najmniejszym stopniu – sprawia, że uśmiecha się, zanim pogrąża się w nieświadomości.

„Nie ograniczaj się, kurwa" - myśli, a potem ciemność wciąga go w swoją otchłań.

xxx

Sherlock budzi się bardzo wolno. Śni, że jest z Johnem. Z trudem przypomina sobie, że został naćpany, więc pewnie jest teraz pod kroplówką, albo karmiony przez rurkę jak pisklę, ale chwilowo głos Johna jest nadal łagodny i nieznoszący sprzeciwu, i Sherlock może poczuć muśnięcia spokojnego dotyku Johna, niczym malunki, które dzieci tworzą samymi palcami. „Więc John w mojej głowie rzeczywiście wraca, kiedy jest lustro. Cudowne lustro. Nie zabieraj go więcej". Dźwięki otulają go, są uspokajające, ale i dość namolne. Jest w nich coś szorstkiego, niczym w uspokajającym dotyku ciepłej wełny. Sherlock nie ma zamiaru się z tego wybudzać już nigdy, więc stara się tego nie robić.

- ...spróbuj dla mnie. Proszę? No już, Sherlock. Naprawdę chciałbym, żebyś otworzył oczy. Chryste, cholera, cholera, co ten pojeb ci zrobił. Sherlock. Kochanie, odezwij się. Już.

„Właśnie tak" - myśli Sherlock - „Właśnie tak chciałbym spędzić resztę mojego życia". Wciąż leży na materacu, zdeterminowany, by nie otworzyć oczu. Fantomowa ręka muska jego policzek, a druga ujmuje jego kark. I zaciska się.

- No więc będzie tak – mruczy głos w głowie Sherlocka. - Lada moment odzyskasz przytomność, spojrzysz na mnie i coś z tobą zrobimy. Powiesz mi, co ten potworny chuj ci zrobił i, Boże, Sherlock, proszę, powiedz coś. Zrób coś. Mała responsywność przy tak niskim ciśnieniu jest po prostu nie fair. Ledwie oddychasz, a twoje usta są niebieskie. Nie rób mnie w ten sposób w chuja, Sherlocku Holmesie. Naprawdę nie jestem teraz w nastroju, mam za sobą zjebane dwanaście dni.

„Śpij" - myśli Sherlock desperacko i czuje wilgoć pod powiekami - „śpij, głoduj i śnij już zawsze".

- Nie, nie, nie. Jezu, co to ma być? - Sherlock czuje słaby dotyk na czole który przypomina muśnięcie wyobrażonych warg Johna. - Dlaczego, do ciężkiej cholery, ze mną walczysz, ty kretyński ośle? Co on ci zrobił? Obudź się. Natychmiast. Masz parametry życiowe niskie jak kurwa mać, Sherlock, obudź się.

Sherlock może to sobie wyobrazić. Głowa mu ciąży i nie czuje kończyn.

- Dobra, jeśli boisz się, że zabiję cię za pozbawienie mnie przytomności i odstawienie uciekiniera, to tak, cholera, zamierzałem cię zabić, ale i tak jesteś na wpół martwy. I Shinwell powiedział mi, dlaczego... Shinwell powiedział mi wszystko. Dałem mu w mordę, trochę przestawiłem mu nos. Powiedział, że to jak order. Czy coś takiego. Użył o wiele więcej słów. - Jego głos robi się coraz bardziej zduszony. - Sherlock, proszę. Chcę od ciebie jednej, jedynej rzeczy. Obudź się. Nie obchodzi mnie, czego to wymaga. Potrzebuję cię.

Sherlock krzywi się z rozpaczą i zakrywa oczy rękami. Jedno z jego przedramion muska coś... namacalnego. Coś przypominającego ramię.

- Boże, nareszcie, dziękuję, dzięki Bogu, a teraz spójrz na mnie. Proszę. To ja. To John.

- Wiem, kim jesteś – wydusza z siebie Sherlock. - Nie ma cię tu. Wymyśliłem cię.

- Co ty powiesz – mówi głos, teraz zduszony od ulgi. - Super sztuczka, zrobiłbyś tym furorę na imprezach. Kumplujesz się też z parą wielkich, różowych króliczków? Boże, tęskniłem za tobą, łaziłem po ścianach, Sherlock, naprawdę, odbijała mi szajba, nie mogłem sobie nie wyobrażać... nieważne. Tylko nie przestawaj do mnie mówić. Serio? Nic? Dobra, niech będzie. Oddychaj głęboko. O, świetnie, coraz lepiej. A teraz spójrz na mnie, zanim przywalę ci z liścia.

Sherlock zabiera ręce i otwiera oczy, po części z czystej frustracji. Przed oczami migają mu plamy, wielkie połacie technikoloru. Mruga. Zaczyna widzieć wyraźniej, ale widzi niewiele... białe ściany, kraty wentylacyjne, lustro, płaski ekran, materac.

John.

John uśmiecha się lekko. Wygląda jak wrak, sam niedawno naćpany. Ma na sobie taką samą białą koszulę i bawełniane spodnie jak Sherlock, tylko w odpowiednim dla siebie rozmiarze.

- Cześć, kochany – mówi John miękko. - Próbowałem znaleźć cię szybciej. Tak bardzo przepraszam.

Sherlock potrzebuje trzech sekund, by przypomnieć sobie, jak się krzyczy.