Autorka wyraziła zgodę na tłumaczenie.

Link do oryginału znajduje się na moim profilu.


~ XXVIII ~

— Nie, nie, nie tutaj! — zaprotestowała pani Lockwood. — Podnieście go troszeczkę wyżej... wyżej...

Przyglądając się próbom zawieszenia wielkiego transparentu, położyłam na stoliku niesione przez siebie balony.

— Więc... to chyba dość ważne wydarzenie dla całego miasta, mam rację?

— Nie uwierzyłabyś, jak bardzo — odpowiedziała Bonnie, zapisując coś w notatniku. — Powinnaś zobaczyć w akcji Caroline... Jest jak... miniaturowa wersja pani Lockwood.

Chichocząc, usadowiłam się na stole. — Staram się być poza zasięgiem jej radaru, odkąd nawrzeszczała na tego biednego chłopaka...

— Mówię ci, budzi się w niej dyktatorka z krwi i kości, gdy tylko nadarzy się odpowiednia okazja.

— Rozmawiacie o Caroline? — zapytała Elena zza moich pleców, po czym podeszła bliżej i zajęła miejsce obok mnie. Uśmiechnęłam się do Stefana, który patrzył na nas z wysoko uniesionymi brwiami. — Chyba właśnie doprowadziła do płaczu jakąś dziewczynę. Biedaczka...

— Hej! Wy dwie, jazda ze stołu! — Bonnie dźgnęła nas swoim ołówkiem. — Mamy jeszcze sporo do zrobienia.

— W to nie wątpię... — mruknęłam ponuro. — Kto by pomyślał, że świętowanie poprzedza taka harówka...

Elena wzruszyła ramionami. — Wieczorem będziemy mieli spokój.

— Tak, alleluja... — wymamrotałam. — To niezmiernie... O Boże, Caroline na horyzoncie!

Jednym szybkim ruchem ześlizgnęłam się ze stołu i wspaniałomyślnie się za nim schowałam. Elena też poderwała się na równe nogi, jednak było już za późno...

— A państwo myślą, że co robią?

— Szsz! — szepnęłam do Bonnie, która próbowała stłumić śmiech.

— Elena, przydasz się przy malowaniu kolejnego transparentu. Stefan, chłopaki potrzebują pomocy przy przyczepie-platformie. A ty... — Uderzyła dłonią w stolik. — Amy, widziałam cię. Wyłaź stamtąd.

Prychnęłam z irytacją, ale posłusznie wygramoliłam się ze swojej kryjówki.

— Caroline, jestem na nogach już od ładnych paru godzin! Okażże trochę miłosierdzia!

— Nic z tego. Masz pomóc Elenie przy transparencie. I nawet nie myśl o żadnej przerwie, nowa, dopóki nie skończycie. No dalej, ruszcie się! — zakończyła, klasnąwszy w dłonie.

Z jękiem niezadowolenia dołączyłam do tłumu i chwyciłam pędzel.

— Ma jak w banku, że przeze mnie Will zapomni o ich miesięcznej rocznicy albo coś w tym stylu — szepnęłam Elenie. Skwitowała to wybuchem śmiechu.

— Na twoim miejscu bym nie ryzykowała...

Wzruszyłam ramionami. Po chwili ktoś przy mnie usiadł.

— Cześć. — Uśmiechnęłam się do Luke'a. — Co tam?

— Nienawidzę Caroline.

— Hej, klubowicze, powitajmy brawami naszego nowego kolegę!

Zachichotał. — Ona naprawdę potrzebuje czegoś, co rozproszyłoby jej uwagę...

Nagle udało mi się wpaść na genialny pomysł, więc gwałtownie poderwałam głowę i sięgnęłam po telefon.

— Co robisz?

— Ratuję nas — wyjaśniłam lakonicznie i odszukałam właściwy numer.

— Halo?

— Will? Cześć! Bardzo jesteś zajęty?

~o~

— I na cześć naszej wybawczyni: hip hip, hurra! — zabrzmiał w samochodzie entuzjastyczny okrzyk Luke'a. Uniosłam ręce w sarkastycznym geście radości. — Poważnie, gdyby nie ty, ciągle polerowałbym tę przeklętą platformę...

— Nie dziękuj mnie, tylko mojemu bratu — odparłam ze złośliwym uśmieszkiem. — Kiedy go zobaczyła, jakby zapomniała o naszym istnieniu! Kompletnie!

Zachichotał. — Wygląda na to, że znaleźliśmy kryptonit Caroline...

— I całe szczęście!

Gdy dojechaliśmy do mojego domu, zgasił silnik.

— No to... widzimy się na świętowaniu?

— Za nic w świecie bym tego nie przegapiła — zapewniłam i przelotnie pocałowałam go w policzek. — Na razie!

— Tak, na razie.

Opuściłam samochód i pomaszerowałam w stronę domu. Znalazłszy się w środku, przywitałam uśmiechem Mike'a.

— Cześć.

— Hej — odparł. — Co słychać?

— Nic ciekawego. Muszę się przygotować na dzisiejszy wieczór — powiedziałam. — Ty też wybierasz się świętować, prawda?

— Jeszcze nie wiem — przyznał. — Pewnie będzie nudno...

— Ech, wcale nie — zaprzeczyłam. — Dobrze się zabawisz.

— Twoja definicja dobrej zabawy znacznie różni się od mojej, siostrzyczko.

— Za co każdego dnia dziękuję niebiosom — odgryzłam się. — Gdzie Dan?

— Z żoną ze Stepford. Hej, nie sądzisz, że nadszedł czas, byście...

Pokręciłam głową i ruszyłam ku schodom. — To nieodpowiednia pora na tę rozmowę. Jestem padnięta. Będę u siebie.

— Amy...

— Zawołaj mnie, jeśli będziesz czegoś potrzebował!

Wspięłam się na górę i weszłam do mojego pokoju, gdzie rzuciłam się na łóżko. Po chwili, przygryzając wargę, otworzyłam szufladę i sięgnęłam po swój pamiętnik. Gdy nim potrząsnęłam, na kołdrę wypadła mała karteczka. Choć pamiętałam każde zapisane na niej słowo, każdą pojedynczą literę, nie powstrzymało mnie to przed odczytaniem wiadomości po raz milionowy.

Domyśliłem się, że nie chciałabyś, aby twoi bracia się na mnie natknęli, więc wyszedłem tuż przed tym, jak wrócili do domu. Bez obaw — do rana czuwałem w waszym ogrodzie, ale nie zauważyłem nikogo podejrzanego.

Damon

Początkowo nie potrafiłam powstrzymać uśmiechu, który cisnął mi się na usta. Kiedy jednak zorientowałam się, że szczerzę się jak głupi do sera, pokręciłam głową, marszcząc brwi.

Czasem nawet samą siebie przyprawiam o mdłości.

~o~

Łał. Ludzie naprawdę dobrze się bawili.

Muzykę, która dudniła w „Grillu", słyszano zapewne w odległości paru mil; tę naszą okrytą niesławą przyczepę przesuwano z miejsca na miejsce; świętujący opróżniali swoje szklanki z drinkami i tańczyli na ulicach.

Caroline i Will siedzieli gdzieś na uboczu, Mike był pogrążony w rozmowie z jakąś dziewczyną, a Elena i Stefan sprawiali takie wrażenie, jakby przenieśli się do ich własnego świata.

Opierając się o ścianę, upiłam łyk mojego napoju. Wciąż nie zdołałam odnaleźć Luke'a. Kiedy zadzwoniłam do niego po raz milionowy...

...znowu nie odebrał.

Co w sumie niezbyt mnie zaskoczyło. Bardzo prawdopodobne, że w tym hałasie w ogóle nie usłyszał dzwonka.

Poza tym osoba, na której obecności szczególnie mi zależało, również nie znajdowała się w pobliżu.

Wspaniale...

Nagle przez muzykę przedarł się jakiś zgrzytliwy dźwięk, po czym mnóstwo osób wydało z siebie pełne zachwytu: „Och!", a niebo rozjaśniły kolorowe światła.

Uśmiechnęłam się.

Fajerwerki.

— Hej — odezwał się znienacka ktoś stojący obok, przez podskoczyłam jak oparzona. Gdy poderwałam głowę, moje serce natychmiast zabiło szybciej.

O Chryste... Wyglądał niesamowicie... Wpatrywał się we mnie swoimi przeszywająco niebieskimi oczami z lekkim uśmiechem na ustach.

— Cześć, Damon — wymamrotałam, chwyciwszy palcami pasek torby. — Jak się masz?

— Całkiem nieźle — odpowiedział i podobnie jak ja oparł się o mur. — A ty?

— Dobrze... chyba — odparłam i wzięłam głęboki oddech. Uśmiechnął się z ironią.

— Łał, fajerwerki silnie cię ekscytują.

Żeby postawić sprawę jasno: uważam za wspaniałe to, że normalni ludzie nie słyszą bicia serca innych. Ba, nawet za cudowne. Bo przynajmniej nigdy nie przydarzy im się prowadzić rozmowy tak żenującej jak ta.

Na litość boską, równie dobrze mogłabym zrobić sobie tatuaż na czole!

Uch.

— Tak, od dziecka — potwierdziłam pospiesznie, przenosząc spojrzenie na niebo. — Imponujące.

Skwitował to cichym śmiechem. Przygryzając wargę, zerknęłam na niego kątem oka.

— Damon?

— Hm?

Odchrząknęłam. — Nie miałam jeszcze okazji... podziękować ci za... To znaczy, dzięki. Za... no wiesz, za to, że przyszedłeś... tamtego wieczoru...

— Jasne. Nie ma o czym mówić — zapewnił, również spoglądając w górę. — Czy... — Przerwał. — Czy... dobrze się czujesz?

Wypowiedział to pytanie z dziwną intonacją, jakby nie zwykł go wcześniej zadawać.

Szybko skinęłam głową. — Tak, nawet bardzo.

— Muszę przyznać, że masz nerwy ze stali — stwierdził. — Spodziewałbym się raczej, że z krzykiem pobiegniesz do miejskiego parku.

— O rany, dzięki... — odparłam z sarkazmem.

— No wiesz, w końcu jesteś tylko człowiekiem...

— Twoja wiara w mój gatunek napawa mnie dumą.

„Gatunek"?

Błagam, niech ktoś zaprzeczy, że właśnie powiedziałam: „mój gatunek".

— Nic nie poradzę na to, że twój gatunek charakteryzuje głupie i tchórzliwe zachowanie.

— A czy twój gatunek nie żywi się przypadkiem krwią? — zripostowałam. — I nie zachowujemy się ani głupio, ani tchórzliwie!

Uniósł brwi, ja natomiast skrzyżowałam ramiona na piersi.

— Damon, wiem, że żyjesz już od bardzo, bardzo dawna...

— Bez przesady. Jedynie wiele lat... dekad... półtora wie-... I co z tego?

— ...ale coś mi mówi, że jeszcze do końca nie zapomniałeś, jak to jest być człowiekiem.

Roześmiał się ponuro. — Nie zgadłabyś nawet połowy rzeczy, które robiłem, Amy.

Zamilkłam na moment. — No cóż... Ty z kolei nie wiesz nic o rzeczach, które ja robiłam.

Ta deklaracja wyraźnie przykuła jego uwagę. — Czyżby? — zdziwił się, spojrzawszy na mnie. — Daj jakiś przykład. No dalej. Wyjaw mi choć jeden ze swych mrocznych sekretów.

W porządku. Muszę się poważnie zastanowić, zanim zacznę blefować...

— Ja... Um... Ja... — wyjąkałam. — Kiedy byłam mała, niechcący stłukłam ulubioną figurkę Willa i wyrzuciłam ją do kosza. Do dzisiaj myśli, że ją zgubił.

— Łał... — mruknął z udawanym podziwem. — Wygląda na to, Złotowłosa, że zbyt nisko cię ceniłem.

Po paru sekundach marszczenia czoła wybuchnęłam śmiechem.

— No cóż, zapytałeś tak niespodziewanie. Z pewnością znalazłbym coś innego, gdybym... — Urwałam, czując w kieszeni wibracje telefonu. Wyciągnąwszy go, odczytałam:

Jedna nowa wiadomość:

Przepraszam, nie słyszałem dzwonka. Jestem na dachu „Grilla". Dołącz do mnie. Sztuczne ognie wyglądają stąd niesamowicie!

Po moim uśmiechu nie zostało ani śladu.

— Um... — mruknęłam, z powrotem wkładając komórkę do kieszeni. — Luke czeka na mnie na dachu „Grilla".

Zapadła niezręczna cisza.

— Po prostu... Wrócę za pięć minut.

Kąciki jego ust uniosły się ku górze. — Jasne. Okej.

— Na razie — pożegnałam się i ruszyłam ku „Grillowi".

Było tam niemożliwie głośno i ciasno... Przepchawszy się przez tłum, wspięłam się po schodach na górę, gdzie wreszcie odnalazłam drzwi prowadzące na dach. Wyszłam na zewnątrz, rozglądając się dookoła.

— Luke? — zawołałam, idąc powoli naprzód. — Halo?

Usłyszawszy zza pleców warknięcie, odwróciłam się z bijącym jak szalone sercem. Jakiś facet przyglądał mi się z uśmiechem samozadowolenia na twarzy.

Ten sam facet, który obserwował mój dom.

Z myślą, że serce roztrzaska mi zaraz żebra, wykonałam parę chwiejnych kroków w tył.

— Witaj, ślicznotko — odezwał się, podnosząc rękę, w której trzymał dziwnie znajomą komórkę. — Twój przyjaciel... tak jakby zgubił swój telefon.

— C-Co mu zrobiliście? — zapytałam łamiącym się głosem.

Zachichotał. — Nic, słodziutka. Pożyczyliśmy tylko jego komórkę.

Cofnęłam się, gdy się do mnie przybliżył.

— Trzymaj się ode mnie z daleka — rozkazałam, dyskretnie otwierając torbę. Wkrótce moja dłoń natrafiła na szorstki kawałek drewna.

— Spokojnie, skarbie, to nie ja cię zabiję... — odparł i oblizał wargi, po czym, zanim zdążyłam choćby mrugnąć, znalazł się tuż za mną. Przechylił mi głowę na prawo i odgarnął na bok włosy, by odsłonić szyję.

Pochyliwszy się, wziął głęboki oddech i warknął.

— Dobranoc, koch-... — Nie pozwalając mu dokończyć zdania, obróciłam kołek w ręce i zamachnęłam się na oślep. Sekundę później rozległ się obrzydliwy odgłos przebijanej skóry.

Mężczyzna gwałtownie wciągnął powietrze do płuc, ale po chwili bez trudu wyjął kołek.

O Boże... O Boże...

— Chybione.

Następną rzeczą, jaką poczułam, był niewiarygodnie silny ból w szyi — nieznajomy zatopił w niej zęby, z każdą sekundą wbijając je coraz głębiej. Wydawszy z siebie mrożący krew w żyłach wrzask, osunęłam się na kolana. Cierpiałam tak bardzo, że wkrótce zalała mnie fala mdłości...

Dotychczas nie potrafiłabym sobie tego nawet wyobrazić. Płonęłam... Boże, płonął każdy pojedynczy nerw w mojej szyi. Oczy zaszły mi mgłą, przez co gwiazdy i fajerwerki stały się jedynie rozmazanymi błyskami. Cała energia stopniowo opuszczała moje ciało... Powoli...

Powoli...

A potem...

...piłam ciekły ogień.

Ból powrócił. Nie byłam jednak w stanie podnieść powiek. Za bardzo bałam się tego, co mogłabym zobaczyć...

Zaskomlałam, próbując odsunąć to coś, co miałam przy ustach, ale ktoś złapał moje ręce.

— Szsz... Po prostu pij. O, właśnie tak... Dobrze...

Cokolwiek piłam, spowodowało to, że ból w szyi się zmniejszył, więc instynktownie spróbowałam pochłonąć tego więcej. Wbiwszy paznokcie w źródło, usłyszałam czyjś jęk, zwierzęcy i przenikliwy, i...

Kiedy to coś odsunięto, zakaszlałam i przewróciłam się na bok. Mrugając, otworzyłam oczy. Po chwili widziałam już w miarę wyraźnie.

— Czy... umarłam? — rzuciłam w przestrzeń. Otoczenie się nie zmieniło — nadal leżałam na ziemi na dachu, niebo rozświetlały sztuczne ognie i...

— Jeszcze nie — znajomy głos przebił się przez natłok myśli w mojej głowie. Uniosłam głowę.

— Damon? — Z ogromnym trudem podniosłam się na nogi, obserwując, jak ociera swoje zakrwawione ramię. — Co...? — Rozejrzałam się dookoła. — Był tu jakiś mężczyzna...

Obejrzał się za siebie, więc podążyłam za jego spojrzeniem. Nieznajomy leżał na ziemi z kołkiem wbitym w serce.

— O mój... — Zakryłam usta dłonią. — Czy... czy ty...?

Skinął ponuro głową. Oddech uwiązł mi w gardle i szybko odwróciłam wzrok od nieruchomego ciała.

— Co mi dałeś do picia? — Moja ręka powędrowała ku szyi. Żadnej rany, bólu, czegokolwiek. — Przecież mnie ugryzł... Dlaczego...?

— Moją krew. Wypiłaś moją krew.

Otworzyłam szerzej oczy i cofnęłam się o krok. — Więc jestem...?

— Nie, nie zmieniłaś się w wampira. Wciąż jesteś... — Urwał, kiedy w mroku poruszył się cień. Tuż po tym z gzymsu zeskoczyło paru mężczyzn. Damon popchnął mnie za siebie, a z jego gardła wydobyło się zwierzęce warknięcie.

— Proszę, proszę... Salvatore też tutaj jest — odezwał się jeden z nich, podczas gdy ja obserwowałam ich w osłupieniu. Doliczyłam się co najmniej sześciu...

Zmagając się z przerażeniem, spróbowałam zapanować nad moim przyspieszonym oddechem.

— Oddaj nam dziewczynę.

— Zginiesz w tej samej chwili, w której ją tkniesz.

Zacisnąwszy palce na jego ramieniu, trzymałam się go tak kurczowo, że ktoś inny z pewnością jęknąłby już z bólu.

— Nie ty za tym wszystkim stoisz — stwierdził Damon. — Dla kogo pracujesz?

Facet wybuchnął śmiechem. — Chyba nie myślisz, że ci powiem, co? Oddaj nam dziewczynę albo pójdziesz na dno razem z nią.

Damon również się roześmiał. — Podejmę to ryzyko.

Mężczyzna skinął głową na dwóch towarzyszy za swoimi plecami. Sekundę później wszyscy trzej skoczyli w naszym kierunku.

I właśnie wtedy owionął mnie nienaturalny podmuch.

Damon chwycił jednego z napastników za gardło i cisnął nim w bliżej nieokreślonym kierunku, po czym ruszył ku drugiemu tak szybko, że na moment zniknął mi z oczu. Tymczasem trzeci wampir rzucił mnie innemu, a ten z kolei złapał mnie za szyję i brutalnie popchnął na ścianę. Wstrzymałam oddech, spodziewając się ponownej fali bólu...

Tylko że ta nie nadeszła. Zamiast atakować, stojący przede mną mężczyzna wykonał krok do tyłu, przyglądając się kawałkowi drewna, który wystawał mu z klatki piersiowej. Niebawem następny kołek przeleciał w pobliżu i trafił w serce kolejnego wampira, który już szykował się do skoku.

Kiedy obróciłam głowę, znowu zaparło mi dech w piersiach.

— Luke?

Ale Luke zdawał się mnie nie usłyszeć i po raz kolejny pociągnął za spust kuszy. Tym razem jednak namierzony wampir złapał kołek w powietrzu i z uśmiechem samozadowolenia zbliżył się do nas o krok...

Zanim zdążył mnie dotknąć, ktoś przebił mu serce od tyłu.

— Nie możesz powiedzieć, że cię nie ostrzegałem — odezwał się zza jego pleców Damon i mężczyzna zwalił się na ziemię. Twarz Damona również się zmieniła, jak tamtej nocy w lesie...

Lecz to akurat z jakiegoś powodu wcale mnie nie przestraszyło.

Pomimo kompletnego szoku i przerażenia udało mi się dostrzec, że Luke sięgnął po następny kołek...

— NIE, PRZESTAŃ! — Wyrwałam mu go z ręki, z pewnym zdziwieniem zorientowawszy sie, że zaczęłam szlochać.

— Amy, to wampir...

Dobry wampir! Po prostu... tego nie rób! — Płacz utrudniał mi oddychanie. Znienacka nogi się pode mną ugięły i straciłam równowagę. — Nie...

— Amy...

— Nie dotykaj jej!

Damon, jakby w ogóle tego nie usłyszał, podszedł bliżej.

— Nic ci nie jest? Zrobili ci coś?

Pokręciłam głową i popatrzyłam na Luke, który gapił się na Damona z niedowierzaniem.

— Należysz do rady, na litość boską!

— Zabierz ją stąd — warknął do niego Damon. — Jest w szoku, kompletnie przerażona. Idźcie.

— Och, na pewno sobie pójdę, ale najpierw... — Luke znowu złapał kołek. Damon z łatwością chwycił go za nadgarstek i wykręcił mu rękę.

— Zabierz. Ją. Stąd.

Luke wyrwał się z jego uścisku i pomógł mi wstać. Ja natomiast ciągle wpatrywałam się w leżące dookoła ciała. Kiedy się zachwiałam, Luke wzmocnił uścisk na mojej talii i po chwili oboje przedzieraliśmy się przez tłum. Nie potrafiłam rozgryźć, dlaczego nikt się nami nie zainteresował. Wszyscy zatracili się w zabawie do tego stopnia, że nie zwracali uwagi na nic innego. Pewnie wzięto mnie po prostu za pijaną dziewczynę...

Wkrótce wyjechaliśmy na drogę. Luke nerwowo dociskał pedał gazu.

— Wszystko w porządku? Nic ci nie zrobili, prawda?

Pokręciłam głową, ciągle walcząc ze szlochem.

— Zatrzymaj samochód.

— Amy...

— Zatrzymaj samochód! — powtórzyłam bardziej stanowczo, zakrywając usta dłonią. Posłusznie zjechał na pobocze. Pchnięciem otworzyłam drzwi i kuląc się, wytoczyłam się na zewnątrz. Po napadzie wyjątkowo silnych mdłości zakrztusiłam się i zwymiotowałam.

Luke nie dopuścił, by włosy opadły mi na twarz, przeczesując je palcami. Otarł też pot z mojego czoła i karku. — Już dobrze — uspokajał mnie. — Już dobrze... Wszystko się skończyło...

Zakrztusiłam się po raz kolejny, ale najwidoczniej nie miałam już czego zwracać, bo po chwili zaczęłam tylko kaszleć. Choć ziemia raniła moje dłonie, a kolana bolały coraz bardziej, koncentrowałam się wyłącznie na oddychaniu.

Wdech...

I wydech...

Dlaczego czułam się tak, jakby zdrętwiało mi całe ciało?

I czemu, na litość boską, te drgawki nie mogły się już skończyć?

Uniosłam głowę, ocierając usta. Pomiędzy brwiami Luke'a pojawiła się zmarszczka.

— Dasz radę wstać?

Skinąwszy powoli głową, podniosłam się na nogi i weszłam do auta. Kiedy odpalił silnik, otworzyłam okno, żeby pooddychać chłodnym powietrzem. Moje skóra lepiła się od krwi i potu. Odchyliłam się do tyłu, obserwując drogę.

Kiedy kilka minut później samochód znienacka stanął, wyjrzałam przez okno. Dotarliśmy na miejsce.

— Zadzwoń do mnie jutro, dobrze? Jeśli chcesz, mogę z tobą zostać...

Pokręciłam głową, gapiąc się na budynek. W oknie pokoju Dana dostrzegłam zapalone światło, więc był w domu.

A mnie nic nie groziło.

Tak długo, jak nie pokażę mu się w takim stanie.

— Luke? — Mój głos brzmiał ochryple. — Pogadamy dopiero jutro, ale... o jedną rzecz chcę cię prosić już teraz: nie mów nikomu niczego o Damonie.

— Amy...

— Musisz mi zaufać. Pierwszy raz. Proszę. On próbuje mnie chronić. Sam widziałeś.

Westchnął. — Porozmawiamy jutro, okej?

Odpowiedziawszy mu skinieniem głowy, opuściłam auto i na wciąż trzęsących się nogach ruszyłam ku domowi. Cicho otworzyłam drzwi, weszłam na górę i zamknęłam się w łazience. Gdy odkręciłam kran, ktoś zapukał do drzwi.

— Hej?

Wzięłam drżący oddech. — To ja — odezwałam się, usiłując brzmieć normalnie. — Jestem zmęczona. Potrzebuję prysznica.

— Och — odparł. — Och. W porządku...

Słyszałam, jak się oddala, a potem zamyka drzwi. Kiedy spojrzałam w lustro, znowu zaczęłam szlochać.

Krew była wszędzie. Na mojej szyi, ubraniach, rękach, włosach...

Ściągnęłam z siebie ciuchy tak szybko, że prawdopodobnie w niektórych miejscach je rozerwałam, i weszłam pod natrysk.

~o~

Potęga ludzkiego rozumu jest niesamowita.

Fakt, że go jeszcze nie straciłam, stanowił tego najlepszy dowód.

Nagle ktoś zapukał w szybę. Poderwawszy się na równe nogi, rzuciłam się w stronę drzwi. Oddech uwiązł mi w gardle, a serce biło tak głośno, że jego łomot był jedyną rzeczą, którą słyszałam. Kiedy jednak zobaczyłam przybysza, odetchnęłam z ulgą.

Damon.

Przełknęłam ślinę i podeszłam do okna, żeby go wpuścić. Gdy z ogromną gracją wskoczył do środka, odszukał wzrokiem moją twarz.

— Cześć — szepnęłam niepewnie. Co powinno się mówić w takich sytuacjach?

— Hej — odparł cicho. Po chwili usiadłam na łóżku i podciągnęłam kolana pod brodę, mocno je obejmując. — Myślałem, że będziesz już spała.

Pokręciłam głową. — Próbowałam. N-Nie mogę.

Nie odpowiedział, tylko usiadł na brzegu materaca.

— Wszędzie... wszędzie czuję krew... — wyszeptałam i odruchowo zaczęłam pocierać szyję, drapiąc ją paznokciami. — To... Brałam prysznic, ale... nie potrafię jej zmyć... Nie pozwala się zmyć...

Z westchnieniem odsunął moją dłoń od szyi i pogładził podrapane miejsce, ale szybko cofnął rękę.

— Nie ma żadnej krwi — zapewnił łagodnie. Skinęłam głową, czując gorąco na policzkach. Czy ktoś mógłby mi wyjaśnić, jakim cudem można się rumienić, kiedy jest się struchlałym ze strachu?

— Um... — mruknęłam. — R-Rozmawiałam z Lucasem. A raczej porozmawiam z nim jutro, ale nie sądzę, że do tego czasu powie coś komuś o twoim... — przerwałam na moment — stanie.

Wydawał się zaskoczony. — W porządku.

Przymknęłam powieki. — Boli mnie głowa...

— Prawdopodobnie przez krew — wyjaśnił.

Przełknęłam ślinę. — Damon, ja nie zmienię się w...?

— Nie, nie zmienisz się w wampira — dokończył. — Wampirza krew posiada... pewne lecznicze właściwości. Stajesz się wampirem tylko wtedy, kiedy masz ją w sobie w chwili śmierci. Jutro nie pozostanie po niej ani śladu. Będzie tak, jakbyś nigdy jej nie wypiła.

Znowu pokiwałam głową.

— Drżysz.

Wzruszyłam ramionami. — Trochę tu... zimno. — Zamilkłam. — Skąd wiedziałeś, gdzie byłam?

— Ten dzieciak wałęsał się w pobliżu. Słyszałem, jak pytał ludzi, czy cię nie widzieli, a potem podszedł do mnie. Kiedy przypomniałem mu, że prosił cię o spotkanie na dachu „Grilla", zaprzeczył... I pewnie do niego wtedy też dotarło, dokąd poszłaś.

— Och... Okej.

Przyglądał mi się przez kilka sekund.

— Amy?

— Hm?

— Zdejmij swój naszyjnik.

Zmarszczyłam brwi. — Co?

Zerknął na moją szyję, a potem z powrotem na twarz. — Zapewnię ci spokojny, wolny od koszmarów sen. Zdejmij go.

— U-Użyjesz... przymusu? — Mój głos zabrzmiał dziwnie.

Przełknął ślinę. — Tylko pomogę. Nie zrobię niczego innego. Założę ci go, gdy zaśniesz.

Dlaczego moje serce biło tak szybko?

Przygryzając wargę, spojrzałam na niego. — Um... Dobrze.

Po tych słowach uniosłam drżące ręce ku szyi i rozpięłam łańcuszek.

~o~

(punkt widzenia Damona)

Obserwowałem, jak kładzie naszyjnik na kołdrze i składa dłonie w geście oczekiwania. Na początku żadne z nas nie odezwało się ani słowem, aż w końcu ja przemówiłem:

— Amy, spójrz na mnie.

Podniosła wzrok. Jej brązowe oczy wbiły się w moje.

Zaufała mi... Czyż nie? Naprawdę zamierzałem wprowadzić ją w sen, a potem...

Ale najpierw musiałem to usłyszeć. Tylko raz.

By zapamiętać.

I odkryć...

Popatrzyłem na nią. Słowa same wydobyły się z moich ust.

— Powiedz, że mnie kochasz.

Nie powinienem tego robić. To było złe, nawet jak na mnie. Kompletnie spaczone.

Ale na tę chwilę...

— Kocham cię, Damon.

Przełknąłem ślinę i zamknąłem oczy, raz po raz odtwarzając tę scenę w swojej głowie. Kiedy z powrotem uniosłem powieki, zobaczyłem, że nadal się we mnie wpatruje, posłusznie czekając na następne polecenia.

Dotknąłem dłonią jej włosów. Ciągle były lekko wilgotne i przyjemnie pachniały, jak jakieś kwiaty.

Pochyliłem się, a ona zadarła głowę. Jej oddech gwałtownie przyspieszył.

— Powiedz, że mnie pragniesz. Tylko mnie — rozkazałem, patrząc jej prosto w oczy.

— Pragnę cię, tylko ciebie... — szepnęła. Ton jej głosu był teraz inny: zamiast tego lekko nieśmiałego i niewinnego usłyszałem taki, który mógłby należeć do pewniejszej siebie dziewczyny, gotowej się zakochać, gotowej poczuć pożądanie...

Nie trać kontroli, nie trać kontroli...

— Odgarnij włosy z szyi.

Bez wahania zastosowała się do polecenia. Jej zapach... pokusa zdawała się mnie przyciągać, igrać ze mną, zmuszać do ulegnięcia...

Położyłem nos na jej szyi i wziąłem głęboki oddech.

Jedno ugryzienie...

Tylko jedno małe, niegroźne ugryzienie... Jeśli zmusiłbym ją do wypicia swojej krwi, nigdy by się nawet o tym nie dowiedziała. Nie zostałyby żadne dowody.

Poczułem, jak twarz mi się zmienia i kły przebijają dziąsła. Przeczesałem palcami jej włosy i już miałem zatopić zęby w szyi...

Odsunąwszy się, ponownie spojrzałem jej w oczy.

— Zapomnisz o wszystkim, co kazałem ci przed chwilą powiedzieć i co zrobiłem po przyjściu do twojego pokoju. Będziesz pamiętać jedynie to, że wprowadziłem cię w głęboki, relaksujący sen.

Natychmiast opuściła powieki, a jej ciało stało się bezwładne. Umieściłem ją na łóżku, po czym wyskoczyłem przez okno w ciemną noc.

~o~o~