AN: Dziękuję za cierpliwość wszystkim czytelnikom, którzy jeszcze tu zaglądają.
W ciągu ostatnich tygodni zmieniłam pracę, dwa razy zmieniłam lokum i ogólnie moje życie nabrało szybszego tempa. Nie zawsze mam tyle czasu, ile bym chciała poświęcić na to, co lubię.
Na gigantycznym ekranie wyświetlił się znajomy napis. Mini-salę kinową zalało żółte światło.
- Der… der Kenig der… - Ernie załamał się po pierwszych sylabach.
- „Der König der Löwren" – skorygował go Neville.
Przed nimi zaczęła pląsać naturalnej wielkości żeńska wersja Rafikiego w barwach bojowych Bayernu Monachium. Kiedy Harry po raz pierwszy podzielił się ze swoim najlepszym kumplem tym skojarzeniem, obaj płakali ze śmiechu przez godzinę.
- Nie mogę… Nie mogę… - jęknął Roger – Dlaczego to oglądamy?
- Bo możemy – Neville nie ustępował.
- Ale dlaczego po niemiecku! – zawył młody napastnik.
Jego przyjaciel z Castilli wykazywał się większą tolerancją. Poklepał Rogera po głowie, przytulił i doradził, by zamykał oczy przy drastycznych scenach.
- Bo lubimy pokazywać naszą wyższość nad waszą niższością – wyjaśnił Neville.
Do afrykańskiej szamanki dołączył tłum przebierańców ze szczotkami na głowach imitującymi sawannę.
Ernie pokazał środkowy palec, na co Harry pokazał mu język.
- Wiecie, że to grają w Teatro Lope de Vega, tutaj, w normalnym języku – poinformował zebranych przed telewizorem MacMillan.
- A potem będziesz beczeć, że cię Slughorn sfilmował ukrytą kamerą jak drapiesz się po nieodpowiedniej części ciała – powiedział wesoło Harry dobiwszy kolegę.
- Nie możemy chociaż angielskiej wersji puścić? – poprosił skrzywiony Roger.
- Ja tu rządzę, bo mam pilota – Harry uciął dyskusję.
Miał później żałować swego nieprzejednanego stanowiska.
X X X
Przyjechał do Valdebebas później niż zwykle. Mając tylko kilka minut na przebranie się w strój treningowy zignorował wesołe humory kolegów. Dopiero kiedy nawet bujający o tej porze w obłokach Graham parsknął śmiechem, Blaise odwrócił się od szafki. Pośrodku szatni stał nadąsany Harry Potter. Zielony, zimowy dres uzupełnił o czarną czapkę wzorowaną na siódmym krasnoludku królewny Śnieżki.
Jego niemiecki przyjaciel siedział oparty o swoją szafkę i płakał ze śmiechu. Dosłownie. Wystarczyło jedno zerknięcie na Pottera i Longbottom ponownie dostał głupawki.
- Moja krew! Moja szkoła! – wołał z uznaniem Seamus poklepując Daviesa i MacMillana.
Obaj wyglądali na lekko zakłopotanych.
- Groziłeś mi, że mój jeep zostanie przemalowany w różowe błyskawice. I poprzestawiałeś mi wszystko w telefonie…
- Właściwie to Jese mnie podkusił… - tłumaczył się młody napastnik – Ja bym serca nie miał… Przepraszam!
Roger zaczął błagać niemieckiego pomocnika o wybaczenie popełnionych zbrodni, które dla Blaise'a wciąż pozostawały tajemnicą.
- Zawsze mówiłem, że będą z chłopaka ludzie. Gość ma białe serce!
Terry Boot przygarnął Pottera pod ramię.
- To naprawdę nie wygląda tak źle – pocieszył go.
Blaise odwrócił się wreszcie do Dracona. Malfoy miał już za sobą prawdopodobnie dwa kilometry truchtu, albo półgodzinną sesję w siłowni. Od jego ciała biło ciepło, a skórę miał lekko zaróżowioną.
- Coś mnie ominęło? – zapytał go cicho Blaise.
Draco puścił do niego oko i wstał z ławki. Dołączył do grupy otaczającej Pottera.
- To wszystko dlatego, że nie dotrzymałeś obietnicy – tłumaczył mu z namaszczeniem Seamus – Pamiętasz? Jak ja idę do fryzjera, to ty idziesz do fryzjera. Jak ja robię się na blondwłosego boga futbolu… - to mówiąc luźno objął w pasie Malfoya - … to ty robisz się na blondwłosego.
Terry Boot stłumił chichot w kołnierzu bluzy Pottera. Chłopak przypominał już kolorem dorodne jabłko.
- Jak ja zapuszczam brodę, to ty…
- Nie zapuszczam brody. Nie namówisz mnie w życiu na zapuszczanie brody – zarzekał się Niemiec.
- Stara mądrość przekazywana z pokolenia na pokolenie w moich stronach głosi, że kiedy broda zostaje zahodowana, wtedy chłopiec staje się mężczyzną.
- Amen! – przytaknął wicekapitanowi z kąta Michael Corner.
Obrońca przechodził aktualnie fazę obrastania mchem. Zdarzało mu się to regularnie dwa razy do roku – zimą i latem. Po zakończeniu karnawału zapewne znowu będzie prezentował w telewizji wypielęgnowane, gładkie lico i nową serię maszynek do golenia.
Draco wyczarował z powietrza wizytówkę i podał ją Potterowi.
- Może to znak, że czas na zmiany – zasugerował – Tu masz telefon do mojego fryzjera.
Zanim chłopak zdążył podziękować, wizytówka ponownie zmieniła właściciela.
- Nie słuchaj go, Bambi! – Dean Thomas zerwał również z głowy Harry'ego bezkształtną czapkę.
Blaise zaczynał mieć nikłe pojęcie, co jest przyczyną wesołego humoru kolegów, ale dopiero teraz na własne oczy mógł ocenić rozmiar szkód. Harry Potter miał gęste, kruczoczarne włosy. Od kilku lat nosił tę samą fryzurę, co widać było już na zdjęciach z Bremy. Dłuższe włosy nie przeszkadzały mu w grze, gdyż albo nosił opaskę, albo upinał je wsuwkami. Teraz nad lewym uchem miał pas półcentymetrowej szczeciny. Sprawcom widocznie nie udało się dokończyć dzieła.
- Fryzjer Draco nie umie strzyc nikogo innego. Popatrz, co zrobił z Grahamem!
- Dzięki, stary – Montague uniósł w górę kciuk i posłał kolegom słaby uśmiech.
Dean podniósł Harry'ego wywołując pełen zaskoczenia okrzyk.
- Ja ci znajdę fryzjera. Zobaczysz, jaki będzie z ciebie macho. Będziesz piękny, jak ja!
Salwę śmiechu ukróciło zawołanie kapitana. Charlie zaczął delikatnie wypraszać kolegów na dwór, zanim w drzwiach pojawią się Dołochow lub Olivieira.
Blaise podniósł zapomnianą w zamieszaniu czapkę. Otrzepał ją i podał zaskoczonemu Potterowi.
- Dziękuję…
Chłopak chyba nie spodziewał się uprzejmego gestu z jego strony. Może uważał, że czarnoskóry Włoch jest jego konkurentem na pozycję ofensywnego pomocnika. Dzieliły ich zarobki i status w szatni, ale to jednak Blaise częściej oglądał murawę z trybun albo z ławki rezerwowych. Pogodził się już z tym stanem rzeczy. Teraz już tylko chciał wracać do domu, do Mediolanu.
X X X
Od kilku nużących tygodni jego nazwisko pojawiało się na stronach tytułowych lokalnych gazet, ale tym razem dla odmiany Marca zaskoczyła go eklektycznym zdjęciem przyprószonej śniegiem murawy Santiago Bernabeu. Prawdziwa zima zaglądała w ten zakątek Europy tak rzadko, że jej pojawienie się wywoływało ogromną sensację. Sprzedawała się lepiej niż podważanie autorytetu trenera.
Severus, odprawiwszy podopiecznych po drugim tego dnia treningu, zaszył się w biurze i rozpracowywał najbliższego przeciwnika. Maladze daleko było do lat świetności. Choć utrzymywała zawsze przyzwoity poziom, gracze Realu mogli postrzegać ją jako przeciwnika niewartego wysiłku. Musiał wykrzesać w klubowej starszyźnie iskierkę zaangażowania, a to przychodziło mu coraz trudniej. Długo zastanawiał się, komu wyznaczyć rolę osobistego cienia Isco. Finnegan ostatnio zbyt łatwo się zapominał i pilnowanie młodziutkiej gwiazdki okrzykniętej już „hiszpańskim Beckhamem" mogło okazać się zadaniem ponad siły drugiego kapitana. Z Saviolą albo Santa Cruzem powinien poradzić sobie lepiej. Obsadzenie pozycji lewego obrońcy było niemożliwe. Lee Jordan miał być na chodzie dopiero wczesną wiosną, a Graham Montague został zniesiony rano z treningu po pięciu minutach. Nie zanosiło się na to, że wróci na murawę przed Nowym Rokiem. Trzeciej opcji Severus zwyczajnie nie miał. Postanowił więc omówić problem później z asystentami.
Postawa Charliego Weasleya irytowała go coraz bardziej. Kapitan już nawet nie tłumaczył, dlaczego wybrał się z tym czy innym dziennikarzem na lunch. Tracey Davies nie odklejała się od jego boku ani na moment, kiedy tylko pokazywali się publicznie. W kuluarach mówiło się, że stosunki między Weasleyem i jego rodzicami są napięte, między innymi właśnie z powodu narzeczonej. Mimo insynuacji, by zostawił obsadę bramki w spokoju, Severus chciał wreszcie postawić Weasleya pod ścianą. Kapitan musiał w końcu jasno określić, co jest obecnie dla niego w życiu najważniejsze: klub, czy uwicie gniazdka z celebrytką, która nie nadawała się ani na aktorkę ani na modelkę.
Wyszedł wcześniej z biura bo przypomniał o wybraniu prezentów dla chłopców i Persi. Podziękował w myślach mądrym ludziom za stworzenie sklepów online. Wsiadł do samochodu i powoli podjechał do bramy. Skinął głową ochroniarzowi, który uśmiechnął się i poradził, by uważał na drogę. Po drugiej stronie ogrodzenia stały dwie grupki, około dwudziestu ludzi. Mieli ze sobą termosy z kawą i transparenty. Gdy tylko go zobaczyli, zaczęli wykrzykiwać różne przekleństwa, porównywać go z Hitlerem, nazistami i Gestapo. W Anglii niezadowoleni kibice mieli tylko jedno słowo na wyrażenie swoich uczuć, w Hiszpanii język pozwalał na nieco mniejszą brutalizację ale za to większą kreatywność.
Właśnie dlatego lubił opuszczać Valdebebas razem z nocnymi sprzątaczkami. Do północy nawet najlepiej opłacani przez katalońskie gazety manifestanci wracali do domów.
Pięćdziesiąt metrów dalej światła samochodu wyłowiły jeszcze jedną sylwetkę. Na kupce śniegu siedział rozczochrany, czarnowłosy dzieciak. Miał na sobie tylko bluzę dresową, którą owinął się szczelnie. Coś w jego profilu i w rozwianej fryzurze wydało się Severusowi znajome. Koła samochodu rozpryskały na boki mokrą breję. Snape zatrzymał się obok chłopaka.
- Hej! Zgubiłeś się? – zapytał go po hiszpańsku.
Często jakiś narwaniec z drugiego końca kraju, albo kontynentu zbierał całe swoje oszczędności i przylatywał do Madrytu tylko po to, by z rozanielonym uśmiechem pogapić się przez kilka minut na swojego idola. Klub musiał radzić sobie i z takimi idiotami by robić w mediach dobre wrażenie.
Chłopak wyraźnie go nie zrozumiał, ale przynajmniej podniósł wzrok. Tak intensywnie zielone ślepia widywał codziennie, kiedy próbował wytłumaczyć pewnej gwiazdce Die Mannschaft, czego od niego oczekuje.
- Podwieźć ciebie do miasta? – zapytał dzieciaka tym razem po niemiecku.
Tamten zerwał się z kupki śniegu i gwałtownie pokiwał głową.
Snape zerknął we wsteczne lusterko na grupę pseudokibiców zbliżających się z groźnymi minami.
- Wskakuj! – polecił otwierając drzwi od strony pasażera.
Dzieciakowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Skulił się na przednim siedzeniu, a Severus ruszył z piskiem opon w kierunku obwodnicy Madrytu.
- Jesteś Potter?
Zapytał tylko po to, by trochę ożywić chłopaka. Wyglądał prawie jak kopia starszego brata. Te same oczy i włosy, tylko policzki bardziej zaokrąglone. Zapewne za kilka lat przerośnie Harry'ego, ale na razie obaj byli podobnego wzrostu.
- Dz… Dziękuję, Mister Snape – wydukał przez zaciśnięte zęby dzieciak.
Cały drżał, więc Severus podkręcił ogrzewanie.
- Twój brat wie, że jesteś w Madrycie?
- N… nie…
- A twoi rodzice?
- Bateria m… mi padła w komórce… Chciałem zadzwonić…
Zacisnął ręce na kierownicy. Jak to dobrze, że jego potomkowie nie wykazywali się podobnym brakiem planowania. Severus wolał nie pytać, dlaczego Potter numer dwa postanowił sprawić niespodziankę swojej rodzinie znikając bez słowa z Bremy i pojawiając się kilka granic dalej.
- Mogłeś się chociaż cieplej ubrać – wymruczał z dezaprobatą.
Dzieciak wydobył z gardła dźwięk, który mógł być zachrypniętym śmiechem albo kaszlem.
- Przecież to Hiszpania!... S… słońce przez trzy czwarte roku.
- To, że masz te swoje 15 czy 16 lat, nie zwalnia ciebie z myślenia.
Odpowiedziała mu cisza.
Severus zerknął kątem oka na pasażera, który wyglądał jak siedem nieszczęść.
- Jak długo tam siedziałeś?
- Od dziewiętnastej. Ostatnie euro wydałem na taksówkę – dzieciak poczuł się w obowiązku wyjaśnić.
Pewnie nie przyszło mu do głowy jechać metrem albo autobusem miejskim.
Auto wjechało na teren strzeżonej dzielnicy. Podświetlone rezydencje gwiazd wyglądały jak scenografia w grze komputerowej. Potter numer dwa przylgnął do szyby.
- Wow! Harry tu mieszka?
Severus planował zostawić dzieciaka pod drzwiami piłkarza i oddalić się wystarczająco szybko, by Potterowi numer jeden nie przyszło do głowy bratanie się z trenerem, jednak pełen zachwytu wykrzyknik zastopował go. W światku piłki nożnej i wielkich pieniędzy całe rodziny pasożytowały na jednym uzdolnionym potomku. Harry Potter był świetnym materiałem na gospodarza otoczonego wianuszkiem przebiegłych krwiopijców, a mimo to dzielił dom jedynie z dziewczyną i szemranym kuzynem. Po tylu miesiącach w Madrycie młodsze rodzeństwo powinno już znać najlepsze nocne kluby w mieście i intensywnie używać życia na koszt brata. Tymczasem Potter numer dwa nie wiedział nawet, gdzie mieszka Potter numer jeden.
- W innej części dzielnicy – wymruczał cicho Severus.
Kilka minut później oszczędnymi gestami przegonił chłopaka z garażu do kuchni, kazał odgrzać zostawioną przez gosposię kolację, a sam zamknął się w gabinecie i sięgnął po komórkę.
- Dung?
- Co tam, szefie? – Fletcher odezwał się po jednym sygnale.
Severus wyobraził sobie detektywa siedzącego teraz w kanale burzowym dwieście metrów od domu Malfoya z lunetą wycelowaną w okna, albo wiszącego na drzewie przed rezydencją Weasleya.
- Gdzie teraz jest Potter?
- Chwila, moment…
Nie przepadał za Fletcherem, ale umiał odpowiednio docenić i opłacić jego talenty. Prywatny detektyw chlubił się tym, że umie podglądnąć każdego sportowego celebrytę i dlatego lepiej było zatrudnić jego firmę niż tłumaczyć się z gorszących zdjęć piłkarzy Realu sprzedawanych gazetom.
- Zaprosił dziewczynę na romantyczną kolację. Kolacja się skończyła, teraz jadą na Plaza de Santa Ana do klubu na dachu hotelu Reina Victoria. Skubany romantyk…
Cóż, przedstawicielki płci pięknej musiała rozczulać jego nieporadność i nieznajomość języka. W Niemczech chłopak prowadził bardziej cnotliwe życie i wydawało się, że dopiero po opuszczeniu rodzinnego domu zaczął nadrabiać towarzyskie zaległości.
W obecnej sytuacji plan podrzucenia młodszego brata Potterowi był niewykonalny. Severus wskazał więc dzieciakowi jeden z pokoi gościnnych, posadził go na łóżku, rzucił obok ładowarkę od telefonu i grobowym głosem nakazał:
- Siedź, nie ruszaj się, zadzwoń do swoich starych. Jutro zabiorę cię do Harry'ego.
Zaciśnięte usta i wyraz cichego uporu malujący się na młodej twarzy nie wskazywały na to, by niechciany gość miał zastosować się do rygorystycznych wskazań Severusa.
Sam zamknął się w gabinecie, zamówił synom prezenty i długo oglądał zdjęcia błyszczących damskich zegarków, aż wreszcie zdecydował się na złotą bransoletkę. Nie miał zbyt wielu okazji, by widzieć Persefonę noszącą wybrane przez niego upominki, ale patrząc na wiszące na ścianie zdjęcie grupy uśmiechniętych piłkarzy w niebieskich koszulkach nie żałował życiowych wyborów.
Nie zdziwiły go odgłosy szurania zbliżające się do drzwi. Wyjrzała zza nich rozczochrana, czarnowłosa głowa. Potter numer dwa musiał mieć upór zapisany w genach. Jego starszy brat też często nie słuchał poleceń co do prowadzenia gry. Zwykle pokojowo nastawiony do innych, lecz cokolwiek nieśmiały, wyrósł szybko na pupilka starszyzny w szatni. Lubili go „Hiszpanie" – jak w myślach nazywał elokwentne towarzystwo Theo Notta spędzające wolny czas w baskijskich restauracjach i kochające skandynawskie kryminały, lubili go koledzy Malfoya, a sam Draco zaczął darzyć go ogromnym szacunkiem, choć nigdy tego nie mówił głośno. Severus widział, że blondwłosy gwiazdor nie spoufala się z młodym Niemcem, ale dostrzega, ile dobrego wnosi do drużyny. Szybko zrozumiał, że Potter przyszedł do Madrytu nie po to, by z nim konkurować, ale by pomóc stać się jeszcze lepszym. Snape wolał nie myśleć, co działoby się w Valdebebas, gdyby pomocnik zaczął rywalizować z Francuzem w świetle stadionowych reflektorów.
Dla dobrego samopoczucia samego Pottera największe znaczenie miało jednak przyjęcie do grona przyjaciół Seamusa Finnigana. Obrońca miał prawdopodobnie więcej znajomych niż liczyła sobie oficjalna liczba mieszkańców Madrytu. Będąc osobą niezwykle towarzyską potrafił podtrzymywać kontakty nawet na odległość. W mediach społecznościowych przynajmniej dwa razy w miesiącu podkreślał, że Cedric Diggory to jego najlepszy kumpel, wrzucał urocze i stonowane fotografie swoich dziewczyn i starał się o dobrą atmosferę wśród kolegów ćwiczących z nim na treningach. Sympatia drugiego kapitana Realu dawała Harry'emu Potterowi najlepszą możliwą ochronę przed tymi wszystkimi ludźmi, którzy żyli z rzucania błotem w klub.
- Mister Snape – Potter numer dwa wsunął się do gabinetu – Jak Harry sobie radzi w Madrycie?
W spojrzeniu wielkich, zielonych ślepi było coś smutnego. Dzieciak wydał mu się nagle strasznie młody i delikatny.
Severus przestał skupiać się na ekranie laptopa.
- Jak nie wiesz, to obejrzyj sobie wiadomości sportowe.
- Oglądam. U nas ciągle o nim mówią.
- Więc czego chcesz?
- Bo… - młodszy Potter zawahał się – Ja chciałem… Jak sobie radzi w drużynie?...
Przygryzł dolną wargę i nerwowo zaszurał butami.
Severus nie miał cierpliwości, by cackać się z cudzym potomstwem. Czasu mu nie wystarczało nawet na swoich synów.
- Dzwoniłeś do rodziców?
Potter numer dwa potrząsnął głową. Uciekł wzrokiem w bok. Zdjęcie Chelsea sprzed kilku lat przykuło jego uwagę.
- Problemy w domu?
- Ja… tylko chcę, żeby tata zaczął traktować go normalnie. Harry jest fantastyczny. Zawsze mi pomagał, zawsze starał się znaleźć wolny czas. Nigdy nie stawia siebie przed innymi… - dzieciak rozkleił się – I… to naprawdę nie fair, że przez tatę nawet nie chce już przyjeżdżać do domu.
Wielkie, otoczone niemal dziewczęcymi rzęsami, ślepia zeszkliły się. Czyżby naprawdę aż tak źle się działo u Potterów? Jaki grzech musiał popełnić ich pierworodny, by się go wyrzekli?
Snape odsunął krzesło od biurka, odchylił się na oparciu i splótł dłonie za głową.
- Powiem ci jedną rzecz, ale pod żadnym pozorem nikomu tego nie powtarzaj – ostrzegł chłopaka – Jeżeli kiedyś, kiedy będę pracował w innym klubie i dowiem się, że Madryt chce sprzedać twojego brata, kupię go, bez względu na cenę.
Młodszy Potter zamrugał gwałtownie.
- Ani słowa – Severus uniósł w górę palec.
- Myślałem, że tylko Notta pan by kupił.
- Na co mi facet, który za kilka lat będzie moim największym rywalem?
Potter roześmiał się po raz pierwszy tego wieczora.
- Wow! To Ashley Cole? Jest moim idolem! Jaki jest na co dzień w klubie?
Jeszcze trochę, a chłopak zacznie lizać pamiątkowe zdjęcie.
- Mógłbyś sobie znaleźć lepszy wzór do naśladowania - burknął Severus.
Wiele kobiet w Londynie było tego samego zdania, łącznie z przepiękną byłą żoną znanego piłkarza.
- Też gram na lewej obronie!
Przez ułamek sekundy kusiło go, by kupić młodszemu Potterowi odpowiednie buty i wypuścić na trening z pozostałymi zawodnikami przed meczem z Malagą.
- Ale Harry jest znacznie lepszy ode mnie w kopaniu piłki – przyznał się już ciszej chłopak.
Severus pokiwał głową. Musiał czymś zająć dzieciaka, skoro temu po emocjonującym dniu wciąż nie chciało się spać.
- Idź, poszukaj w zachodnim skrzydle kina domowego. Nie przychodź więcej do mojego studia.
- Uhm…
Zielone ślepia chłonęły każdy szczegół zdjęcia, na którym Diego Milito pozował z Severusem na tle szafek w szatni.
- I zadzwoń do rodziców.
Lekko wykrzywił usta na tę sugestię, ale w końcu niechętnie odkleił się od wiszących na ścianie pamiątek i poszedł szukać rozrywek bardziej odpowiednich dla ludzi w jego wieku.
Snape wyczuwał pierwszy młodzieńczy bunt najmłodszego z Potterów.
X X X
Plan zdjęciowy wyglądał… egzotycznie. Z jednej strony choinka przystrojona wielkimi, czerwonymi bombkami, a z drugiej strony dwumetrowa palma w ceramicznej doniczce. W tle złote lampki i świąteczne piosenki. Neville przyglądał się pracy filmowców z pełnym niedowierzania uśmiechem.
Kapitanowie, sztab trenerski i Tom Marvolo zostali zaproszeni do innego studia i w efekcie dwudziestu sportowców zostało bez przyzwoitki.
- Życzę wszystkim szczęśliwych świąt! – Blaise Zabini wygłosił wyklepaną formułkę uśmiechając się olśniewająco do obiektywów.
- I pokoju na świecie – dodał stojący obok niego Terence Higgs.
- Tego nie było w planie! – Blaise szturchnął stojącego kolegę w bok.
- Nie mogłem się powstrzymać – Terence zachichotał – Pasowało do ciebie.
- Pasuje to do miss świata.
- Okey, jeszcze raz – machnął ręką w stronę kamer.
Blaise poprawił się na stołku.
- Życzę wszystkim szczęśliwych świąt!
- I szczęśliwego Nowego Roku ludziom na całym świecie – wyrecytował z grobową miną Terence.
- Powinieneś się uśmiechnąć – rzucił ktoś zza kamer.
- I zabrać te okulary – Blaise wskazał parę przeciwsłonecznych okularów wsadzonych za kołnierz jeansowej koszuli obrońcy – Mamy grudzień. Śnieg spadł w Madrycie, na litość boską!
- To na wszelki wypadek.
- Żeby cię nie oślepiło – Blaise pokazał mu język, a Terence zaczął śmiać się jeszcze głośniej.
Pozostali zawodnicy czekali na swoje dwadzieścia sekund w świetle reflektorów. Niektórzy częstowali się wodą i drobnymi przekąskami pozostawionymi na stoliku z boku. Inni siedzieli z nosami w swoich smartfonach. Obok Neville'a Harry ostrożnie powtarzał hiszpańską formułkę.
- Znasz język lepiej ode mnie.
- Wiem, co do mnie syczy Snape i rozumiem o co biega w audycjach Slughorna, ale zawsze, kiedy zamawiam pizzę, słyszę w słuchawce chichot.
- Nie bierz tego do siebie. Ludzie będą to oglądać właśnie po to, by sobie się z nas pośmiać.
- Więc mam nadzieję, że przynajmniej będzie zabawnie.
- Widział ktoś Grahama? – zagadnął kolegów Dean Thomas.
Wszyscy zaczęli kręcić głowami.
- Jego tata źle się czuł. Chciał poprosić o wcześniejszy wyjazd z Madrytu, skoro i tak nie zagra z Malagą – powiedział Draco.
Położył dłoń na ramieniu przyjaciela i posadził go na plastikowym, składanym krzesełku.
- Dzięki Bogu, tym razem nie jestem na jednym filmiku z Seamusem – westchnął Theo Nott.
Podniósł się i z gracją angielskiego dżentelmena pokierował się na opuszczony przez Blaise'a i Terence'a plan zdjęciowy.
- Nie pamiętam, by rok temu się szczególnie wydurniał – powiedział idący za nim Michael Corner.
Kilku piłkarzy zaśmiało się.
- Być może zasugerowałem mu wcześniej, by założył marynarkę – Theo unikał kontaktu wzrokowego – Być może znalazł najbrzydszą marynarkę w całym butiku Versace.
Zach Smith w tym momencie podsunął obu Niemcom pod nos telefon i wyświetlił filmik z ubiegłorocznymi życzeniami. Nott wyglądał na nim jak żywa kopia Jamesa Bonda, a Finnigan jak syn mafiosa. Neville parsknął śmiechem i przytulił się na chwilę do Harry'ego.
- Witajcie, madridiści! Chcielibyśmy życzyć wam wszystkim wesołych świąt – Michael rozluźniony na stołku patrzył prosto do kamery i w naturalny sposób wygłaszał życzenia – Mamy nadzieję, że spędzicie ten wspaniały czas ze swoimi rodzinami. Chcesz coś dodać?
Podniósł wzrok na Theo i gestem wskazał kamerę. Nott ani na moment nie zabrał ręki z ramienia przyjaciela.
- Mamy też nadzieję, że mijający rok był dla was szczęśliwy. Oby rok 2013 okazał się równie fantastyczny. Wszystkiego najlepszego!
- Wesołych Świąt!
- Super! – zawołał zza kamer reżyser.
- Ekhem… Twoja ręka…
Theo dalej podpierał się o przyjaciela i nawet nie drgnął, kiedy filmowcy obdarzali ich obu komplementami.
- Czy ty masz pod marynarką podkoszulek z wizerunkiem posągów z Wyspy Wielkanocnej?
- Spieszyłem się rano. Moja pani przekazała mi przy śniadaniu, że rodzina nam się powiększy.
Jeden z kręcących się na planie filmowców pogonił Neville'a i Harry'ego pod choinkę.
- Gratulacje! – Harry zaczął intensywnie ściskać rękę Michaela.
Zaskoczył obrońcę tym gestem.
- Dzięki…
- Oby miało urodę po mamie i charakter po tacie – dorzucił Neville.
- I gust po wujku Theo – powiedział z przekąsem Nott.
Zająwszy miejsce na stołku Neville musiał zmrużyć oczy. Umieszczone nad kamerami reflektory raziły bardziej niż nocne oświetlenie niektórych stadionów. Modlił się, by nie było powtórek.
Na sygnał zza kamer Harry zesztywniał i z wyuczonym kilka minut wcześniej akcentem wygłosił prostą formułkę:
- ¡Feliz Navidad a todos!
Następnie Neville życzył szczęśliwego Nowego Roku. Obaj unieśli kciuki w górę i starali się uśmiechnąć.
- To już? – Jack Sloper minął ich zdziwiony, kiedy wracali na swoje miejsca – Strasznie antyklimatyczne.
- Nie umiem paplać jak ty – Neville wzruszył ramionami.
- Cóż, nastolatkom przynajmniej wrażenia wizualne zostaną.
- Jakie wrażenia wizualne?
Jack puścił do nich oko i pobiegł pod choinkę.
Tymczasem drzwi do studia otworzyły się i zjawił się w nich dawno nie widziany gość.
- Ho ho ho!
- Lee!
Jordan założył prawdziwą czapkę Świętego Mikołaja i parę okularów z grubymi, czarnymi oprawkami.
- Przyniósłbym wam dzisiaj prezenty, ale tutaj dają je dzieciom dopiero na Trzech Króli…
Draco Malfoy podbiegł do niego i podniósł na moment.
- Ty nic nie dostaniesz. Mikołaj daje prezenty tylko grzecznym chłopcom.
- Jak na razie to ty jesteś naszym najlepszym prezentem – stwierdził Draco.
- Jak mnie zaraz nie postawisz delikatnie, to mogę znów coś sobie złamać.
Wykonał polecenie Lee Jordana i zaczął go głaskać po głowie. Obrońca odsunął jego rękę.
- Dość tych czułości. Przyszedłem robić show!
Terry Boot i Miles Bletchley właśnie kończyli trzecią próbę nagrania.
Neville wodził wzrokiem za przemieszczającym się żwawo czarnoskórym kolegą, który przywitał się z kamerzystami, dał buziaka wizażystce i pozwolił jej użyć magicznych pędzelków przy pudrowaniu nosa.
- Już myślałem, że sam będę musiał suszyć zęby w internetach! – zawołał Zach Smith wstając ze swojego miejsca.
Harry specjalnie wyciągnął nogi, ale napastnik zgrabnie przeskoczył ponad nimi.
- Moja ciotka robi lepsze wślizgi, Bambi – powiedział cicho napastnik, na co Potter uśmiechnął się, wcale nie przepraszająco.
- Połamania nóg! – krzyknął za nim Dean.
Lee pogroził mu palcem i zwrócił się do kamerzystów.
- Wiecie, zawsze chciałem wiedzieć, jak się to robi z tej strony.
- Jordan, wyskakuj z tych średniowiecznych okularów i siadaj pod choinką –ponaglił go Zach.
- A jeśli ja chcę kiedyś kręcić filmy?
- Nas możesz nakręcić – zaproponował nagle Draco.
Czarnoskóremu piłkarzowi oczy rozbłysły. Złożył dłonie w błagalnym geście.
- Proszę, bardzo proszę? – zwrócił się do filmowców.
Na planie zdjęciowym zrobiło się małe zamieszanie. Draco próbował zachować stosowną do wygłaszanych życzeń minę, ale żarty stojącego obok niego Deana i uwagi rzucane zza kamery przez Lee Jordana prowokowały u blondwłosego gwiazdora ataki śmiechu.
- Właśnie dlatego wciąż nie znalazłeś sobie dziewczyny na dłużej – znęcał się nad nim Lee – Żadna ciebie nie weźmie na poważnie.
Neville dokładnie wyczuł moment, kiedy bezwiedny uśmiech błąkający się na ustach Harry'ego stał się wymuszonym grymasem.
- Idziemy stąd? – Michael Corner nie kierował pytania do nikogo konkretnego, ale wstał i przeciągnął się.
Wzrok Harry'ego natychmiast powędrował w jego kierunku.
- A możemy?
- Swoje zrobiliśmy.
Nieco dalej ekipie filmowej udało się wreszcie nakręcić życzenia świąteczne Malfoya i Thomasa, ale okazało się, że Zach Smith zostawił swoją kurtkę na krześle i znalazła się w kadrze. Całe ujęcie trzeba było kręcić od nowa.
Neville wymienił spojrzenia z przyjacielem i bez słów podał mu plecak.
Na korytarzu wreszcie mógł odetchnąć swobodniej. Świąteczna atmosfera nie wylewała się tu tak intensywnie z każdego okna. Naturalne światło działało kojąco na zmysły. Z drugiej strony, również w kierunku tego samego wyjścia, zmierzał osobliwy orszak złożony z elegancko ubranych Snape'a, Olivieiry i Seamusa Finnigana. Towarzyszył im jednak chłopak, którego Neville nie spodziewał się zobaczyć w Madrycie.
Wyczuł, że Harry znieruchomiał jak lodowa rzeźba. Bracia wpatrywali się w siebie przez kilka intensywnych sekund. Paradoksalnie to Harry w białej koszuli wystającej spod szarego pulowera i z nową, krótką fryzurą wyglądał młodziej od Daniela.
Oczy młodszego z Potterów zrobiły się wielkie jak spodki i Neville mentalnie przygotował się na atak fanowskiej miłości pod swoim adresem, jednak napięcie skutecznie rozładował Seamus jedną prośbą:
- On jest taki fajny. Mogę go zatrzymać?
- Nie – wyksztusił szybko Harry – To mój brat. Ty masz swojego.
Daniel wybrał akurat ten moment, by rzucić się na niego z uściskiem godnym komiksowych superbohaterów i zapewnić Harry'ego jak bardzo, bardzo za nim tęsknił.
