O OBIADACH I GRANICACH CZĘŚĆ 1
Piątek, 24 października, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt
Spostrzegawcza Lily: Dzień 39
Suma Obserwacji: 268
Kiedy jedna ze współlokatorek budzi się wcześniej od reszty, obowiązuje ją pewna etykieta.
W ubiegłym semestrze takie zasady były mi nieznane. Oczywiście istniały w moim życiu, lecz pośrednio, biorąc pod uwagę, iż zawsze wierzyłam, że „wczesne wstawanie" oznaczało pozwalanie Emmie na budzenie mnie kilkanaście minut przed końcem śniadania. Najczęściej to ja drzemałam sobie radośnie pod przykryciem, a gdyby ktoś mi przeszkodził, zaatakowałabym jak szalona. Nie zawsze była to najlepsza egzystencja, ale ze smutkiem przyznaję, że tylko taka była mi znana.
Jednakże podczas ostatnich przygód, które przeżyłam, jako Poranny Ptaszek, poznałam i przyswoiłam ciche zasady – na przykład częste chodzenie na palcach, nie wydawanie dźwięków głośniejszych od syku i nigdy nie rozsuwanie zasłon w słoneczny dzień – i w sumie podobają mi się. Są częścią świata Wczesnych Poranków i tym samym powinny być spełniane oraz szanowane przez ludzi oddających cześć Wschodzącemu Słońcu.
- Cholerne, przeklęte… gdzie te diabelskie rękawice?
Najwyraźniej Emily Post od Wczesnych Poranków powinna przeprowadzić poważną rozmowę z Gracie.
Następuje głośne skrzypnięcie i mnóstwo łomotu, kiedy Grace przekopuje się hałaśliwie przez swój kufer, wyraźnie ożywiona, co słychać po brzękach i trzaskach, które niosą się po dormitorium 7-rocznych dziewcząt. Fuka i przeklina gniewnie, najwyraźniej nie znajdując swojej zguby. Z drugiego łóżka dochodzi zirytowany pomruk, ale jeżeli Gracie go usłyszała, to jedynie jeszcze bardziej ją zachęcił. Kufer zostaje zamknięty mocnym łomotem.
Właśnie zaczęła otwierać i zatrzaskiwać szuflady komody, kiedy w końcu wzięłam na siebie uprzejme skarcenie jej czynów.
- Grace. Zamknij. Się.
Zawsze mówiłam, że „uprzejmość" to kwestia subiektywności.
Jednak Grace musiała wziąć moją przyjazną reprymendę za impertynencję, ponieważ wzięła ze swojego łóżka poduszkę, rzuciła nią w moją głowę i odparła:
- Ej! Pomóż mi znaleźć rękawice, Zdzirowata!
O tak. W taki sposób nakłaniasz kogoś do zrobienia za ciebie jakiejś rzeczy. Spowoduj uszkodzenie jej ciała i wyzwij od zdzir. Świetnie, Gracie.
Wszak przypuszczam, że wiedźma nazywała zebrę pasiastą, więc niewiele mogłam zaprotestować. Przecież to nie ona wpadła wczoraj do pokoju z rozpiętymi guzikami koszuli. To byłabym ja. A poza tym teraz i tak byłam już przebudzona i wiedziałam, że w dormitorium nie nastanie spokój, dopóki ktoś nie poprowadzi Grace twardą ręką. Biorąc pod uwagę, że Saunders i Carrie raczej nie odpuszczą sobie potrzebnego snu piękności dla żadnego hojnego powodu, a Emma wróciła do dormitorium około północy (!) i pewnie (oby) była zbyt wyczerpana spotkaniem (całowaniem) z Maciem, by dać jakiś pożytek.
Wyglądało na to, iż to ja miałam oswoić bestię. Dziewczyny miały szczęście, że byłam w dobrym humorze.
A, o dziwo, byłam. Nawet po brutalnej pobudce i oszczerstwach pod moim adresem wciąż byłam dość radosna. Chciałabym sądzić, iż dlatego, że jestem wielce optymistyczną osobą ze słonecznym usposobieniem oraz dobrotliwą naturą, ale myślę, że to miało więcej wspólnego z faktem, iż sny są piękne, kiedy zingi nie muszą być stopowane, gdy robią się wyjątkowo fajne.
Hm.
Żeby nie było, że was nie ostrzegałam. Pasiasta zebra, pamiętacie? Nie próbuję tego ukrywać.
Odrzucając kołdrę na bok, wydałam przesadzone westchnienie, które miałam nadzieję, że ukrywało mój dobry nastrój na tyle, żeby Gracie miała świadomość, iż nie podobało mi się jej naśladowanie budzika. Podeszłam ciężkim krokiem do jej łóżka, robiąc widowisko ziewania i rozciągania się. – Dobra, dziewucho – mruknęłam. – Gdzie ostatnio je widziałaś?
Grace podrapała się po głowie, zamykając kolejną szufladę. – Nie wiem. Może na podłodze? Tak jakby je zrzuciłam.
Przyswajając sobie ten pożyteczny ułamek informacji, oddaliłam się od łóżka Grace, żeby wziąć różdżkę z mojego stolika nocnego. Machnęłam nią szybko. – Accio rękawice!
W ciągu paru sekund jedna mała rękawica wyskoczyła spod łóżka Gracie. Druga wyleciała z wnętrza szafy. Złapałam obie w rękę i podałam Grace. Zamrugała.
- Gdyby nie było tak wcześnie – powiedziała – pomyślałabym o tym.
Uśmiechnęłam się lekko. – Na pewno.
Grace burknęła coś wrednego, biorąc ode mnie rękawice i wcisnęła je do kieszeni swojej szaty do Quidditcha.
Gdy przyglądałam się w ciszy, jak kucnęła przy łóżku i wyciągnęła spod niego buty, dotarło do mnie, co robiła. Zmarszczyłam brwi.
- Masz trening? – zapytałam durnie. Kiedy posłała mi spojrzenie potwierdzające moje myśli, dodałam: - To znaczy dlaczego masz trening? Myślałam, że następny mecz odbędzie się pomiędzy Slytherinem i Ravenclaw?
- No tak. – Grace usiadła na łóżku i uniosła kolano, żeby dosięgnąć sznurowadeł buta. Poruszając szybko palcami, spojrzała na mnie sardonicznie. – Ale twój kochanek jest kopnięty i uważa, że każdego dnia, kiedy my jesteśmy na boisku, innych tam nie ma. – Prychnęła gorzko, opuszczając stopę na podłogę i podnosząc drugą. – Jak gdyby ktoś inny miał trening tak wcześnie.
Słuchałam beznamiętnie, lecz radośnie tańcząca osóbka, która pomieszkiwała w moim brzuchu niespodziewanie przystopowała i tupnęła wściekle nóżką. Trening Quidditcha. Mieli trening Quidditcha. Nie powinnam przejmować się tym faktem bardziej niż zwykle, ale chyba nie o to tutaj chodziło. Starałam się nie pokazać rozczarowania faktem, iż nie zobaczę Jamesa na śniadaniu, ale sądzę, że niedbała mina „Ach, tak" była na to zbyt przygnębiona. Wiedziałam, że schrzaniłam, kiedy Grace postawiła obie stopy na podłodze i otwarcie się ze mnie zaśmiała.
- Psia krew, Lil, nie bądź taka przygnębiona! Zobaczysz go na lekcji!
- Wiem – mruknęłam, czując rumieniec na szyi, nie cierpiąc tego, jak dobrze mnie znała. Byłam zażenowana, że zostałam przyłapana na tak żałosnym zachowaniu. W kiepskiej próbie odzyskania godności chwyciłam się dobrej wymówki. – To nie tak. Ja tylko… ja… chciałam mu coś powiedzieć! Właśnie. Pewną rzecz. To wszystko!
Grace uniosła brew. – Czyżby? Chciałaś mu coś powiedzieć? No to spoko. Co takiego? Przekażę mu.
Eee.
Kurde.
Kurde, kurde, kurde. Powiedz coś!
W tej chwili byłam zdecydowanie szkarłatna. Mrugając parę razy, wydukałam:
- Um. Eee. Powiedz mu… możesz mu powiedzieć… no wiesz. Hejka.
Och, na brodę Merlina. Hejka? Tylko na tyle mnie stać?
Uśmiech Grace osiągnął przeogromną wielkość. Przeklęłam własną głupotę i poczułam jak żar na twarzy sięgnął niemożliwej temperatury. Nie powinnam się przejmować – mówiłam sobie, że to tylko Grace. Ona wie – ale i tak nie podobało mi się jak idiotycznie to brzmiało. Jakbym była… no wiecie, jakąś żałosną, zalotną trzecioroczną ze szczenięcym spojrzeniem. Którą zdecydowanie nie jestem, dziękuję bardzo.
Nie sądzę.
Hm.
Grace, nadal uśmiechając się wariacko, miała czelność mi dokuczać. – Cóż. Teraz rozumiem ten pośpiech. Trzymałaś to w sobie, co?
- Cicho – powiedziałam, pochylając głowę ze wstydem. Myślałam, że uda mi się ukryć zażenowanie za kurtyną włosów, która wydawała się dość odpowiednią tarczą. Miałam nadzieję, że Grace weźmie to za znak, że koniec rozmowy i pozwoli mi dalej pogrążać się w upokorzeniu, ale to była Grace, więc oczywiście, że tego nie zrobiła.
- Wiesz – zaczęła, podchodząc do mnie i kładąc rękę na moim barku – jeżeli chciałabyś przekazać tą prywatną wiadomość osobiście, mogłabyś przyjść obejrzeć trening.
Poderwałam głowę do góry jak oparzona. – Co?
Przyjść obejrzeć trening.
Przyjść obejrzeć trening?
Słucham?
- Chodź na trening – powtórzyła nonszalancko Grace. – Niektórzy tak robią, wiesz.
Och, wiedziałam. Oczywiście, że cholernie wiedziałam. Wszyscy cholernie wiedzieli. W gruncie rzeczy ten temat wciąż podlegał dyskusji, ponieważ większość drużyn było bardzo podejrzliwych wobec szpiegów, dlatego miało surowe zasady dotyczące tego, kto mógł siedzieć na trybunach, kiedy wykonywali swoje ćwiczenia. Zawsze uważałam to za całkowicie głupią procedurę, lecz Grace brała ją zupełnie na poważnie, więc kim byłam, żeby ją kwestionować?
Ale wiedziałam również jakie osoby miały honorowy zaszczyt wstępu na treningi Quidditcha.
Dziewczyny.
Żałosne, zalotne trzecioroczne ze szczenięcym spojrzeniem.
Oraz… drugie połówki.
Partnerzy graczy.
Dziewczyny kapitanów.
Wyraźnie pobladłam.
- James praktycznie zeszczałby się ze szczęścia – ciągnęła Grace, ignorując moją panikę. – Nic byśmy nie zrobili, bo ciągle oglądałby się przez ramię, żeby zobaczyć czy patrzysz. To byłoby doskonale urocze – mogłabym mu dokuczać miesiącami.
Nie podobało mi się, co ten obrazek robił z moimi wnętrznościami. Zwijały się i drżały, nieszczególnie w zły sposób. Ta mała osóbka w moim brzuchu znowu zrobiła piruet. Czułam oszołomienie… a może łomot.
W tym właśnie tkwił problem.
W ciągu paru sekund wzniosły się mury obronne. Automatycznie. Nakazałam osóbce, żeby cholernie usiadła.
Potrząsnęłam gwałtownie głową. – Nie pójdę na trening.
Zrobiła minę. – Och, daj spokój, Lil. Wiesz, że chcesz…
- Nie.
Nie wiem, co w moim tonie głosu albo wyrazie twarzy okazało desperację oraz upór w tej sprawie, lecz cokolwiek to było, Grace nie naciskała. Rzuciła mi spojrzenie mówiące „Ale z ciebie durna kwoka, Evans" ale udało jej się powiedzieć:
- Niech ci będzie. Może następnym razem.
Wypuściłam długi oddech. Mój żołądek przestał podskakiwać. Osóbka naburmuszyła się, ale stała nieruchomo. – Ta, może.
Grace wyszła kilka minut później, co mi pasowało. Nie byłam skuszona, żeby pójść razem z nią, ale czułam… coś. Sama nie wiem. Myślałam o pójściu, nawet jeśli niechętnie, co jest po prostu przeklęcie zwariowane. No bo nadzieja i zingi to jedno, ale trening Quidditcha?
O rany.
O rany, rany, rany.
Później, Nadal w Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt
Spostrzegawcza Lily: Dzień 39
Suma Obserwacji: 268
Droga mamo,
Teoretycznie nadal jesteśmy skłócone (dla Twojej wiadomości), ale to ważne pytanie, więc pomyślałam, że na chwilę zapomnę o Twojej drażliwej impertynencji dla małej przepytki.
Wiesz, jak tata lubi chodzić na ryby i uważasz, że to najgłupsza cholerna rzecz na świecie, bo kto chce siedzieć sobie z patykiem i linką, zabijać przez długie godziny biedne, niewinne morskie stworzenia, mając do roboty jedynie oglądanie wschodu i zachodu słońca oraz gawędzenie z innymi narzucającymi się żonami, które są lekkomyślnymi gąskami z niewielką ilością rozumu oraz godności? W ogóle byłaś tam kiedykolwiek? Wiesz, tylko dlatego, że tata zapewne śpiewałby ze szczęścia, przez cały czas oglądając się przez ramię, żeby na Ciebie zerknąć, chociaż zasadniczo przez cały ten czas przewracałabyś oczami i bazgroliła w pamiętniku albo robiła na drutach czy coś w tym stylu?
Po prostu chciałabym wiedzieć. Hipotetycznie oczywiście. Nie krępuj się ze spostrzeżeniami o tym, na jakie dolegliwości musiałaby cierpieć dziewczyna, żeby poczynić coś tak niedorzecznego.
Mam nadzieję, że wszystko dobrze. Pozdrów ode mnie tatę i Tunię.
(Niechętnie) ściskam i całuję.
Lily
Później Później, Śniadanie w Wielkiej Sali
Spostrzegawcza Lily: Dzień 39
Suma Obserwacji: 268
Cóż.
Spójrzcie tylko. No po prostu spójrzcie!
Nie jestem stuprocentowo pewna, ale chyba właśnie osiągnęłam coś wybitnego i wspaniałego – a przynajmniej byłam w tym znaczącym czynnikiem, co jest tak samo super. Nie wiem, co to oznacza dla mojej karmy, ale nie będę narzekać, bo lepiej być nie może.
Cudownie, cudownie, cudownie.
Po odesłaniu Winnie z listem do mamy, szybko się ubrałam i zebrałam wszystkie potrzebne rzeczy, chociaż pędziłam na samotne śniadanie a potem – Merlinie, dopomóż – Antyczne Runy, Transmutację i Wróżbiarstwo. Cóż za bajeczny skład. I rozpoczynająca lekcja była wypełniona po brzegi kłopotami. Przez fakt, że pierwszeństwo miały wszystkie sprawy związane z Jamesem, zapomniałam stresować się możliwościami ponownego spotkania z Amosem.
Mogłabym panikować. Wiem, że mogłabym hiperwentylować nad nieskończonymi scenariuszami… ale rzecz w tym, że miałam dosyć przejmowania się cholernie głupim Amosem Diggorym. Miałam go gdzieś. Nie warto. Pomijając bombę Grace o treningu Quidditcha, nadal miałam zbyt dobry humor, by pozwolić temu kretynowi go zepsuć. Nie zamierzałam siedzieć i użalać się nad tym, co może powiedzieć. Przecież i tak nie miałam nad tym kontroli. Więc jeśli nie mogłam tego zmienić, po co się denerwować?
No więc tak. Jeżeli idiota mnie zirytuje, rzucę w niego urokiem, dostanę szlaban i być może spędzę większość czasu na całowaniu się z Jamesem. Co za udręka.
Eee. Nie, żebym… cóż, chodzi mi o to, że pewnie tak, ale…
Och, psh. Jakby rozterka nad nie byciem taką wielką zdzirą czyniła z tego faktu większą prawdę. Mam chorobę. Zaprzeczanie temu jest nieproduktywne. Dlatego nie zaprzeczam.
W każdym bądź razie rzecz w tym, że moje usposobienie nadal skłaniało się ku radosnemu i pozytywnemu, kiedy weszłam dumnym krokiem do Wielkiej Sali, choć nie było nikogo, kto mógłby podzielać moje zadowolenie. Miałam plan, żeby wsunąć trochę smacznych truskawek oraz gofrów i może powtórzyć Transmutację niczym porządna Prefekt Naczelna. Nie uczyłam się tyle, ile powinnam i kiedy nastanie lepsza okazja na kochaną-znienawidzoną Transmutację niż samotny posiłek? Taki był plan. Jestem tak sumienna, że nawet ściskałam pod pachą podręcznik z Transmutacji i byłam gotowa się w niego zagłębić. Wiedziałam, jak najkorzystniej spożytkować poranek.
Jednakże, kiedy kierowałam się do swojego miejsca przy stole Gryffindoru, plan ten nabył maleńki szkopuł. Kątem oka zauważyłam znajomą burzę ciemnych włosów. Zatrzymałam się i spojrzałam spod przymrużonych powiek na koniec długiego stołu.
A niech mnie. To był on.
Po potwierdzeniu podejrzeń zastanawiałam się chwilkę, po czym obróciłam się na pięcie i podeszłam. Nie zauważył mojej obecności, dopóki nie przywitałam się radośnie.
- Dzień dobry, MJ! Co tu robisz tak wcześnie?
MJ uniósł głowę znad tego, co czytał, wyraźnie skonsternowany dlaczego ktoś się do niego odezwał. To troszeczkę szarpnęło moim sercem, ale stwierdziłam, że jedyne, co mogę z tym zrobić to to, co teraz robiłam – uśmiechając się do niego zwycięsko i zajmując miejsce obok. Nie poczułam urazy, kiedy chłopiec mrugnął do mnie, jakbym straciła rozum.
- Rano jesteśmy centymetr wyżsi niż w nocy – rzekł w odpowiedzi. – Warstwy chrząstek w stawach sprężają się w ciągu dnia. Wiedziałaś o tym?
- Dlatego wcześnie wstałeś? – droczyłam się, nie przejmując się odpowiedzią na standardowe pytanie. – Masz jakieś głęboko zakorzenione pragnienie bycia wyższym?
MJ wzruszył ramionami, patrząc na mnie wzrokiem mówiącym „nie o to mi chodziło i dlaczego tutaj siedzisz?" ale nie zniechęciłam się jego cudacznością i brakiem pewności siebie. Miałam świadomość, że czuł się wyjątkowo niezręcznie – nie potrafił spojrzeć mi w oczy i jego policzki zdobiły rumieńce – ale chyba tego mogłam się spodziewać po naszych ostatnich korepetycjach. Nie chciałam by te brednie utrudniły naszą obiecującą przyjaźń, więc postarałam się o wystarczająco pogody ducha i entuzjazmu za nas oboje. Mój uśmiech był zdecydowanie wariacki.
- Przyjaciele porzucili mnie dla Quidditcha – oznajmiłam, przewracając oczami ze zirytowaniem, kiedy usiadłam na ławce i położyłam torbę za sobą. – Miałbyś coś przeciwko, gdybym zjadła z tobą śniadanie?
MJ zmarszczył czoło, podążając wzrokiem za moimi ruchami – zerkając na torbę na podłodze, zastawę stołową, którą ułożyłam przed sobą. – Nie musisz – powiedział. – Mogę sam zjeść. Ciągle tak robię.
- A ja nie – odparłam i jeśli próbował mnie przekonać, żebym zostawiła go w spokoju, kiepsko mu to wychodziło. „Ciągle tak robię" Merlinie, ale to brzmiało chorobliwie przygnębiająco. – Prawdę mówiąc, jeżeli będę sama jeść, skończy się na tym, że będę powtarzać do egzaminu z Transmutacji, co przysporzy mi najgorszy możliwy nastrój. Wolałabym pogadać z tobą. Nie masz nic przeciwko, prawda?
MJ wahał się chwilę, nareszcie patrząc mi w oczy. Przyjrzał mi się tym swoim intensywnym sposobem, ale ostatecznie potrząsnął głową. – Nie.
Niemal zaklaskałam radośnie. – Znakomicie! Gdzie są gofry?
MJ wskazał bezgłośnie na swoją lewą stronę, a ja paplałam bezmyślnie, chwytając za talerz z goframi i wzięłam sobie kilka. Jestem stosunkowo pewna, że przytłaczałam tego biedaka, ale lepsze to od zostawienia go samego sobie. Byłam zdeterminowana wyleczyć go z nieśmiałości oraz stworzonej przez samego siebie izolatki więziennej. A chociaż wiem, że nie da się tego ot tak naprawić, to mam parę asów w rękawie. Jednakże najpierw muszę sprawić, żeby przestał gapić się na mnie tak, jakbym w każdej chwili miała podnieść wyniośle głowę i go zostawić.
Od tego jest bezmyślny trajkot. Nic tak dobrze nie mówi „jestem twoim głupiutkim, zmiennym, nieśmiałym sprzymierzeńcem!" jak bezsensowna gadka.
Dobrze, że jestem w tym taka genialna.
- …nie znoszę Transmutacji, ale chyba nikt nie pytał mnie o zdanie. I wciąż czeka mnie czytanie tego wszystkiego. Zbliża się okropny egzamin i wolałabym go nie zawalić. Jakaś masakra. Co tam czytasz? Mam nadzieję, że coś bardziej interesującego od Transmutacji.
MJ – wciąż sprawiając wrażenie lekko otumanionego moim nagłym atakiem na jego izolację – zamrugał, po czym posłusznie uniósł jaskrawą broszurkę. Zerknęłam na nieznajomą okładkę. Jakiś komiks.
- Damien: Pogromca Smoków – wytłumaczył MJ, być może widząc moją konsternację. – Dwudzieste pierwsze wydanie.
- Ach – mruknęłam z zainteresowaniem, jakbym miała jakiekolwiek pojęcie, kim jest Damien Pogromca Smoków czy co mogłoby zawierać jego dwudzieste pierwsze wydanie (wyobrażam sobie, że wiele). Okładka pokazywała dość stylowego faceta w jakimś śliskim, czerwono-czarnym stroju otoczonego kręgiem ognia.
Stwierdziłam, że dwudzieste pierwsze wydanie Damiena musiało być ciut gorące, ha ha ha.
MJ położył komiks na blacie.
- Jak się miewa Damien? – zapytałam.
To wywołało najmniejsze wykrzywienie ust. Jego głos zyskał nową prędkość i siłę, kiedy odpowiedział:
- Utknął w Jaskini Chlose. Wieczność zajęło mu dostanie się tam, ale w końcu się udało. Ale ponuro to wygląda. Zbliża się Chińska Kula Ognia. Damien musi odzyskać dokumenty Ministerstwa nim Kula spali ich na popiół.
- Myślisz, że da radę?
MJ wzruszył ramionami, ale nie przestawał się uśmiechać. Z każdą sekundą stawał się coraz bardziej ożywiony. Miałam ochotę wiwatować.
- Nie wiem – wyznał, ale nie zdawał się tym zniechęcony. Pokręcił głową, dobrze znając temat. – Damien nie lubi Ministerstwa, więc może zostawić je smokowi, ale Roxie Trager poprosiła go o odnalezienie dokumentów. Teraz myślę, że musi je dostać.
- O, Roxie Trager. Czy to jego ukochana?
To pytanie wyciągnęło z niego śmiech – śmiech! MJ śmiał się! I nie musiałam uciekać się do bycia okrzyczaną przez Madame Pince, żeby tego dokonać!
Huh.
Komiksy.
Kto by pomyślał?
- W pewnym sensie – powiedział MJ. – Roxie jest Aurorem. Ona i Damien ciągle się kłócą, ale jest dość atrakcyjna. Ma rude włosy, tak jak ty.
- Serio? – Podniosłam rękę do własnych wstrętnych loków. Pochyliłam się, spoglądając na otwarty komiks. My rudzielce jesteśmy wymierającym gatunkiem. I do tego Auror! Chyba lubię tę dziewczynę. – Gdzie ona jest?
MJ zaczął przerzucać strony do tyłu, uśmiechając się szczerze i tłumacząc:
- W ostatnim wydaniu Roxie została porwana. Damien poszedł ją uratować, ale sama uciekła Kłowi Żmii. To było naprawdę wspaniałe. Ona ma ten świetny ruch…
- Hej, Lily.
MJ i ja poderwaliśmy gwałtownie głowy na niespodziewane wtrącenie. Gdy tylko odezwał się nowy głos, poczułam jak MJ zamyka się w sobie. Wściekłabym się o to, ale kiedy podniosłam wzrok, by ujrzeć intruza, zamieniłam się w kałużę tęsknych, dziecinnych westchnień.
- Thomas Dunn! – Usiadłam prosto i pomachałam wesoło do atrakcyjnego trzeciorocznego. – Jak się masz?
Thomas nastroszył się dumnie, jakby sam fakt, iż pamiętałam jego imię czynił z niego jakąś zdobycz. Zaśmiałabym się, ale nie chciałam przysparzać temu oszałamiającemu biedakowi powodów do kompleksów. Przypuszczam, że trzynastolatki mają prawo mieć w sobie trochę Napuszonego Chłopaka. Szczególnie tacy z wyglądem Thomasa Dunna.
- Wyśmienicie – odpowiedział, uśmiechając się do mnie. Zaprezentował charakterystyczne zarzucenie włosami i malutka dziewczynka we mnie rozpłynęła się. – A ty?
Skinęłam na komiks. – Edukuję się. – Po czym z ogromnym entuzjazmem wskazałam głową na wciąż zamarłego i leciutko zgarbionego MJ'a. – Znasz mojego przyjaciela MJ'a?
Nie wiem kto był bardziej zdziwiony, słysząc, że nazywam MJ'a przyjacielem – Thomas Dunn, który widocznie spuścił z tonu i uniósł brwi aż do linii włosów czy sam MJ, który spojrzał na mnie tak szybko, że pewnie nabawił się bólu szyi. Posłałam im obu uśmiech.
Nie ma nic – nic – fajniejszego dla nastoletniego chłopca od posiadania starszej dziewczyny za przyjaciółkę.
Musiałam władać tą bronią najlepiej jak umiałam. Merlin jeden wiedział, że MJ tego potrzebował.
Wiedziałam, iż sztuczka zadziałała, kiedy Thomas Dunn powoli przeniósł wzrok na MJ'a. – Eee, jasne – rzekł, jakby nie wiedział, co odpowiedzieć. – Cześć, Rosier.
MJ gapił się na Thomasa szeroko otwartymi oczami, jak gdyby Thomas powiedział coś kompletnie oburzającego, a nie po prostu się z nim przywitał. Wymamrotał coś niezrozumiałego i zamachał w ten swój niezdarny sposób.
Och, no weź, MJ, nie mogę robić tego sama.
- Czytamy Damiena: Pogromcę Smoków – powiedziałam Thomasowi, po raz kolejny pokazując na komiks. Potem dodałam z wielką skromnością: - Cóż, MJ czyta. Ja zadaję pytania.
- Lubisz Damiena? – Thomas zapytał MJ'a.
MJ – raz jeszcze wyglądając na zapędzonego w róg łosia – początkowo nie odpowiedział. Przez chwilę martwiłam się, że w ogóle nic nie powie, lecz po ogromnej pauzie udało mu się odpowiedzieć krótkim:
- Tak.
I tyle. Tak. Mając ochotę nim potrząsnąć albo go przytulić, zamiast tego próbowałam poprowadzić rozmowę.
- Właśnie opowiadał mi o Roxie Trager. – Posłałam Thomasowi najprzyjaźniejszy uśmiech, starając się nadrobić brak uśmiechu MJ'a. – Chyba ją lubię – chociaż nie mam pojęcia dlaczego posłała Damiena po dokumenty Ministerstwa. Wydaje mi się, że sama mogłaby je odzyskać.
Thomas rzucił mi dziwne spojrzenie, przekrzywiając głowę na bok i leciutko marszcząc brwi. – Przekonamy się w tej sprawie – powiedział. – Następne wydanie wyjdzie za miesiąc. Czytasz zapowiedź?
Zapowiedź? Trochę zaskoczył mnie komentarz Thomasa. Zerknęłam na komiks – w ramce znajdowała się Roxie (całkiem atrakcyjna, szczęśliwa ruda) prosząca Damiena o odnalezienie dokumentów. Spojrzałam na MJ'a. Jeszcze bardziej zapadł się w miejscu z jasnoczerwoną twarzą.
- To chyba zależy od tego, kim jesteś – powiedziałam, patrząc z powrotem na Thomasa. – MJ już ma to wydanie.
I tak o to Thomas lekko zwariował.
- Co? – Jego oszołomiony wzrok padł na komiks na stole, a potem podniósł go na MJ'a, oczy miał wielkie jak spodki. Był cały podekscytowany. – Masz dwudzieste pierwsze wydanie? Serio? Jak to zrobiłeś?
Chwilę to zajęło, ale MJ w końcu zerknął na Thomasa spod ogromnej grzywki. Nadal był czerwony, ale widziałam, że próbował nad tym zapanować. Odchrząknął niezręcznie, po czym mruknął:
- Eee. Mój wujek. Pracuje z Rickiem Nordanem. Tym artystą.
- Wspaniale – rzekł Thomas i od razu przeszedł na ławkę naprzeciwko nas, zajmując miejsce. Wyciągnął rękę, ale po chwili zawiesił ją nad komiksem z wahaniem. Rzucił MJ'owi pełen nadziei uśmiech. – Masz coś przeciwko…?
Potrząsając głową MJ zamknął komiks i natychmiast mu go podsunął. Mimo, iż wiem, że nie mnie osądzać, biorąc pod uwagę, że kiedy poda mi się miskę ryżu, zamieniam się w pełną uwielbienia wariatkę, to przysięgam, że to wyglądało tak, jakby MJ podał temu chłopcu książkę pełną odpowiedzi na najtrudniejsze pytania świata. Thomas pogłaskał komiks pełnym szacunku gestem, trzymając go niczym jakiś cenny okaz.
Chłopcy. Psh.
- Na Świętego Rogogona Węgierskiego – sapnął Thomas, delikatnie otwierając pierwszą stronę komiksu. Pożerał go wzrokiem nim spojrzał na MJ'a. Szczerzył się wariacko. – Cudo.
Wydaje mi się, że MJ nie wiedział, co począć z taką reakcją. Prawie się wzdrygnął, wyraźnie wytrącony z równowagi oczywistym entuzjazmem Thomasa – Thomas chyba spodziewał się, że MJ go odwzajemni, chociaż nie wyglądał na poruszonego, kiedy MJ nie zrobił tego od razu. Zastanawiałam się czy MJ kiedykolwiek wcześniej nawiązywał kontakt z Thomasem. No bo są na tym samym roku, jeżeli nie w tym samym domu, więc nie wyobrażałam sobie, żeby nie mieli co najmniej kilku wspólnych zajęć, ale znając MJ'a wątpiłam czy próbował porozmawiać z większością dzieciaków w jego klasie, tym bardziej z Thomasem Dunnem, trzecioroczną gwiazdą i nieletnim łamaczem serc.
Ale nadarzyła się okazja. Być może wrzucałam MJ'a w płomienie, ale komu lepiej powiedzie się wyciągnięcie go z tej samotniczej muszli niż największemu atutowi trzeciego roku?
Gdyby jeszcze MJ coś zrobił, to może nie będę jego jedyną przyjaciółką.
Ale przypuszczam, że oczekiwałam zbyt wiele, mając nadzieję na normalną, płynną interakcję. Tak subtelnie, jak tylko mogłam, szturchnęłam łokciem MJ'a i skinęłam głową na Thomasa, nakłaniając go, by coś powiedział. MJ przeniósł wzrok ze mnie na Thomasa, który podzielał czas pomiędzy ślinieniem się nad komiksem, a spoglądaniem na MJ'a z oczywistą aprobatą. Myślałam, że uznanie Thomasa będzie wystarczająco uspokajające, by skłonić MJ'a do rozpoczęcia miłej, normalnej rozmowy… ale to jest MJ.
Zatem choć mógł zwalczyć brak wiary w siebie i powiedzieć coś w stylu „Co nie? Moją ulubioną częścią jest bla bla bla, normalna rozmowa" on wybrał:
- Damien początkowo miał się nazywać Orion, ale Holt Harvey postanowił, że astrologia nie podoba mu się tak bardzo, jak aliteracja. Wiedziałeś o tym?
Och, MJ.
Naprawdę musimy popracować nad jego umiejętnościami w rozmowie.
W desperackiej próbie uratowania rozmowy przed odwróceniem jej trochę od MJ'a, zamierzałam wtrącić zbytnio zafascynowane „Och, naprawdę?", jakby to była najbardziej interesująca rzecz, którą kiedykolwiek usłyszałam… ale wtedy coś się wydarzyło. Coś, czego zdecydowanie się nie spodziewałam. Coś, co chyba tylko pokazuje, jak dużo wiem o nastoletnich chłopcach. Coś, na temat czego – mówiąc szczerze – cieszyłam się, że się myliłam.
Z uśmiechem jednocześnie ekscytującym i protekcjonalnym, Thomas pokręcił głową i odparł:
- Duh. – Nachylił się bliżej. – Czy wiedziałeś, że jego strój początkowo miał być cały czarny, ale Rick Nordon przypadkiem rozlał czerwony atrament na szkic okładki i postanowił, że tak podoba mu się lepiej?
Otworzyłam szeroko usta.
I wtedy to się wydarzyło.
Jak gdyby chmury się rozeszły, pozwalając przedrzeć się promieniom słońca, spanikowany grymas MJ'a przemienił się w oszołomienie. Następnie powoli – tak cudownie powoli – wykrzywił usta w zdumionym uśmiechu.
- Nie – odpowiedział głosem nie wiele głośniejszym od szeptu. – Nie wiedziałem.
No i się zaczęło.
- Atrament? Serio?
- No. Wyobrażasz sobie? Czerwień to najlepsza część stroju. Co by było w wydaniu czternastym…
- …z Kolczastym! Merlinie, to byłby…
- …bałagan. Choć przypuszczam, że było trochę do bani, kiedy byli w Mount Graphio z tym całym…
- …ale nie zrobiłbyś tego bez siarki. Siarka jest najlepsza.
- Szczera prawda.
Obracałam głowę to do jednego, to do drugiego, nie potrafiąc ukryć radości. Spójrzcie na niego! Spójrzcie na mojego małego, kochanego samotnika! Spójrzcie na ten bezsensowny bełkot! JA GO TEGO NAUCZYŁAM!
…no dobra, pewnie nie ja. Ale to ja narażałam go na tak wielką ilość paplaniny, więc mogę sobie przypisać przynajmniej ostatni wpływ, prawda?
Nawet jeżeli nie, miałam to gdzieś. Nie przejmowałam się czy miałam cokolwiek z tym wspólnego. Cieszyłam się, że to się działo. MJ naprawdę z kimś rozmawiał. Nie patrzył pusto na Thomasa, nie odpowiadał monotonnymi półsłówkami – nawet zmniejszył do minimum pytania „Wiedziałeś o tym?", co było dość wielkim osiągnięciem i byłam bardzo dumna. I tak, wyglądał na leciutko zdumionego sytuacją i miał mały wytrzeszcz oczu, kiedy rozmowa ucichła, wyraźnie nie wierząc w obecne wydarzenia, ale taki był urok Thomasa Dunna i dlatego, gdyby był kilka lat starszy, już dawno bym go porwała.
Ponieważ kochany Thomas nie pozwolił, żeby długo pozostało zaskoczone zachowanie MJ'a. Uśmiechnął się do niego szeroko. Mimo, iż wiem, że MJ jest chłopcem i dołeczki oraz uśmiech Thomasa Dunna nie mają na niego takiego samego efektu, co na nas, niewinnych kobietkach, nadal posiadają poważną siłę. Poczułam jak MJ trochę się rozluźnił.
- Wiesz o Damienie niemal tyle samo, co ja – oświadczył Thomas, wyraźnie pod wrażeniem. – Wiesz, niemal.
- MJ dużo wie o wszystkim – powiedziałam, kiedy wydawało się, iż MJ potrzebuje paru chwil, by przetrawić… cóż, to chyba był komplement.
- Ta? – zapytał Thomas z zainteresowaniem. Uniósł brew na MJ'a. – Wiesz coś o Przygodach Adama i Arniego Abraxanów?
Przypuszczam, że w świecie nastoletnich chłopców „wszystko" równa się z „komiksami".
Zamiast odpowiedzieć, MJ obrócił się w miejscu. Przyglądałam się temu niezgrabnemu ruchowi z leciutkim zdziwieniem, ale wtedy odkryłam, że grzebał w swojej szkolnej torbie. Gdy usiadł prosto, trzymał w ręce jaskrawożółty komiks. Podał go Thomasowi i – o panie, miałam ochotę się rozryczeć – z bardzo Thomasowym uśmiechem powiedział:
- Rick Nordan pracuje także nad Adamem. Wiedziałeś o tym?
Spójrzcie na moje dzieciątko, takie dojrzałe i rzucające żartami!
Thomas wybuchł zachwyconym śmiechem, a MJ się zarumienił od czegoś, co miałam nadzieję, że było dumą, bo tak być powinno. Merlin wie, że ja cała od niej pęczniałam.
Wiedziałam, że da radę! Wiedziałam, iż musiał tylko dostrzec, że ci ludzie nie są tacy źli, że nie będą go osądzać, jeśli spróbuje się do nich odezwać! A chociaż nie oczekuję od niego, że natychmiast zostanie duszą towarzystwa, taki czarujący, zabawny i pewny siebie, to jest na pewno krok w cudowną stronę! Jeżeli Thomas go doceniał i MJ nie ucieknie do swojej izolatki, może mu się udać wyrwać ze statusu pariasa – a ja mu pomogę! Jeśli będzie trzeba będę opowiadać wszystkim o tym, że MJ i ja jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi oraz o Damienie i jakimś tam Adamie każdemu, kto zechce wysłuchać. Znałam jeszcze jakichś trzeciorocznych, prawda? Nietrudno będzie zinfiltrować ich obozy i szerzyć propagandę.
Byłam gotowa stworzyć plan bitwy i wedrzeć się w szeregi trzeciorocznych, gdy Thomas zapytał ze śmiechem:
- Na pierwszej lekcji masz Historię, co nie, Rosier?
MJ potaknął.
- Doskonale. – Thomas podniósł dwa komiksy. – Nie skończyłeś ich, prawda? Nie? Wspaniale! Możemy je poczytać podczas Historii zamiast słuchać gadaniny Binnsa. Dobrze sobie wymyśliłeś, że siedzisz z tyłu klasy. Mogę usiąść obok ciebie, co nie?
Drogi Thomasie Dunnie,
Ucieknij ze mną. Będziemy razem w miejscu, gdzie nikt nie będzie nas osądzać.
Kocham, Lily.
- T-ty chcesz siedzieć obok mnie? – wydukał MJ naprawdę oszołomiony.
- Jasne – odpowiedział Thomas, wzruszając ramionami, jakby codziennie proponował swoje towarzystwo społecznym pariasom. – Wykopałbym Hotchkissa z miejsca i powiedział, żebyś usiadł ze mną na przodzie, ale wtedy Binns mógłby nas przyłapać, a nie cierpię szlabanów.
MJ kiwnął głową i Thomas zaczął mówić coś innego, kiedy ktoś zaczął za nim wołać:
- Dunn! Dunn, chodź tu rozstrzygnąć zakład!
Thomas obejrzał się przez ramię i pokazał temu komuś gest mówiący, że zaraz przyjdzie. Odwrócił się do MJ'a, przewracając oczami. – Nie potrafią wytrzymać beze mnie jednej sekundy.
Przyglądałam się, jak MJ odwzajemnił uśmiech Thomasa, ale był napięty oraz zniechęcony i czułam, jak zaczyna się obok mnie zamykać. Nic nie powiedział, ale nie musiał. Praktycznie widziałam dymkę myśli nad jego głową. „Wracamy do rzeczywistości. Bez wątpienia będę siedział sam na Historii. Było fajnie".
Niech to szlag, nie mógł się teraz poddawać! Tak dobrze mu szło!
Chciałam coś rzec, żeby powstrzymać MJ'a przed schowaniem się w sobie, żeby powstrzymać Thomasa przed powrotem do swoich kolegów i zapomnieniem, że wydarzyło się to nawiązywanie więzi z MJ'em, ale nie wiedziałam co. Jak mam powiedzieć coś takiego w subtelny sposób? Czy w ogóle można? Nie byłam pewna, ale miałam to gdzieś. Otworzyłam usta, żeby coś wydukać, bo najwyraźniej MJ nie zamierzał… ale okazało się, iż nie musiałam.
- Faceci oszaleliby, gdyby to zobaczyli – powiedział nagle Thomas, po raz kolejny podnosząc komiksy. Wskazał kciukiem za siebie. – Chcesz przyjść do naszego stołu i podokuczać im? Ty też możesz przyjść, Lily, jeśli chcesz.
To koniec. Zatrudniam porywacza.
- Och, mnie tutaj pasuje, dzięki – odparłam szybko, szturchając MJ'a pod stołem, kiedy nie podał od razu odpowiedzi. Chyba był zbyt zdumiony. Wszak wycierpiał dzisiaj parę potężnych ciosów w swoje z góry wyrobione osądy. Nie powiem, że byłam tym zdenerwowana, ale potrafię zaakceptować, że było to trochę krępujące. – Niestety muszę uczyć się do egzaminu z Transmutacji. Ale jestem pewna, że MJ z przyjemnością pochwaliłby się komiksami przy stole Puchonów. Nieprawdaż, MJ?
Potrzebował mocniejszego szturchnięcia, żeby otrząsnąć się z szoku, ale nawet wtedy pierwsze co wydukał brzmiało:
- Nie sądzę, że twoi koledzy będą mnie tam chcieli.
Durny, głupiutki, smutny, nieśmiały chłopiec. Serio i ludzie gadają, że ja mam kompleks niższości?
Dosłownie mogłabym wycałować Thomasa Dunna, kiedy roześmiał się i odparł:
- Bo jesteś Gryffonem? Nie martw się. Większość z nas zapomniała o naszej żenującej porażce – no może oprócz Robbiego. Ale on i tak jest idiotą. Możesz powiedzieć „Zamknij się, Robbie, ty dupku". Zwykle działa.
Choć raz byłam dozgonnie wdzięczna za to jak Quidditch robił papkę z mózgu pewnych osób. Czasami życie było o wiele łatwiejsze, kiedy wszystko kręciło się wokół Quidditcha.
- A więc proszę, MJ – powiedziałam ze znaczącym spojrzeniem, gdy zdawało się, że będzie dalej się sprzeczał. Zerknął na mnie z bezsilnym grymasem, ale posłałam mu najbardziej zachęcający uśmiech. – Nie będą mieli ci za złe lojalności wobec domu. Są dość otwarci, nie sądzisz?
MJ skrzywił się. – Tak, ale…
- I jestem pewna, że nie posunąłbyś się do osądzania facetów za ich lojalność wobec Quidditcha nim dałbyś im szansę na wytłumaczenie się, prawda? – Uniosłam brew. – To okropnie wstrętne, kiedy ludzie osądzają innych za głupiutkie rzeczy, które były poza ich kontrolą, prawda?
To zamknęło MJ'owi usta. Chyba dotarła do niego moja nie-tak-ukryta wiadomość. Spojrzał na mnie, po czym odwrócił się do Thomasa i znów rzucił mi spojrzenie. Denerwował się. Nie miałam mu tego za złe. Ale ostatecznie wymamrotał:
- Tak, przypuszczam, że to nie byłoby sprawiedliwe.
Uśmiechnęłam się promiennie i położyłam rękę na jego barku w geście pocieszenia. – Znakomicie! A więc leć. Nie przejmuj się mną. Mam do towarzystwa gofry i Transmutację.
- Tom! – krzyknął ktoś i Thomas znowu przewrócił oczami. – Lepiej tam chodźmy – powiedział niezadowolony do MJ'a. – Hotch zaraz padnie na zawał.
- W porządku – odparł MJ i przeszedł nad ławką, podnosząc z podłogi swoją torbę. Siedzieliśmy na końcu stołu, dlatego łatwo było obejść róg i spotkać się z Thomasem po drugiej stronie. Jeśli Thomas zauważył jak bardzo wiercił się MJ, nic nie powiedział – dlatego właśnie moja miłość do tego chłopca jest wieczna. Zamiast tego znowu uśmiechał się szeroko.
- Na razie, Lily – powiedział Thomas, machając do mnie. Gdy odmachałam, rzucił nagle: - Och, czekaj! – I wziął coś ze stołu. Podrzucił ketchupem w ręce. – Prawie zapomniałem. Dlatego właśnie tutaj przyszedłem!
- Oczywiście – rzekłam, chociaż nie było w tym nic oczywistego. Nadal obrzydliwe. Dlaczego wszyscy cudowni faceci muszą tak bardzo lubić ketchup? Ale nie chowałam urazy do Thomasa. W tej chwili byłam nim za bardzo zachwycona.
Trzymając w ręce ketchup i komiksy, Thomas spojrzał na MJ'a, pytając:
- Gotowy?
Po krótkim zawahaniu MJ potaknął. – Pewnie – powiedział i byłam dumna z tego, jak niedbale brzmiał, nawet przy całym tym podenerwowaniu. Posłał mi ostatnie pół-rozpaczliwe spojrzenie. – Do zobaczenia.
- Pa, MJ. – Pokazałam mu bardzo subtelnie uniesione kciuki, kiedy Thomas był odwrócony plecami. Skinął mi głową, co nie całkiem było odpowiednią reakcją, ale i tak dobrą, biorąc pod uwagę, że to był MJ. Gdy on i Thomas zaczęli odchodzić, usłyszałam jego słowa. – Założyciele początkowo myśleli o zakazaniu Quidditcha w Hogwarcie, bo uważali, że gra oderwie uczniów od nauki. Wiedziałeś o tym?
Co tylko pokazuje, jak można wyciągnąć pariasa z samotności, ale nigdy nie pozbędziesz się pariasa. Będziemy musieli trochę podszlifować jego umiejętności w rozmowie zanim zawojuje Hogwart.
Więc siedzę sobie tu sama i nieucząca się. Zamiast tego piszę tutaj i potajemnie spoglądam na MJ'a i Thomasa siedzących przy stole Hufflepuffu. Przyjaciele Thomasa wyglądali na lekko zszokowanych i obojętnych, kiedy MJ się pojawił, ale przypuszczam, że Thomas jest siłą, z którą należy się liczyć, nie wspominając już o tym, że gdy tylko zostały wyciągnięte komiksy, cała grupa oszalała. Wybrzmiało wiele okrzyków i myślę, że przytłoczyli MJ'a całym tym entuzjazmem, ale wygląda na to, że wyszedł z tego bez szwanku. Nie widzę jego twarzy, bo zajął miejsce obok Thomasa plecami do mnie, ale wygląda na to, że wszystko idzie dobrze. Dużo rozmawia z chłopcem po jego lewej stronie, jakimś blondynem. Kolejny potencjalnie nowy przyjaciel? Mam nadzieję.
Wiem, że wcześniej napisałam, iż mam gdzieś czy to ja to wszystko zaczęłam… ale dajcie spokój. Zasługuję na małe klepnięcie w plecy, nieprawdaż? Nie wiem czemu wszyscy zawsze mamroczą „Nie wtrącaj się, Lily" bo, halo, wiedzieliście, co ostatnio narobiło moje wtrącanie? Najpierw Emma i Mac, a teraz to? Powinnam założyć wścibską firmę, bo tak ogromne osiągam sukcesy. A tak w ogóle jak nazywają się profesjonalne wścibskie osoby? Dziennikarze? Politycy? Matki?
Trzeba nad tym pomyśleć.
Potem, Antyczne Runy
Spostrzegawcza Lily: Dzień 39
Suma Obserwacji: 268
Listy Lily Evans Do Amosa Diggory'ego, Których Nigdy W Życiu Nie Wyśle I W Rzeczywistości Wolałaby Już Nigdy Nie Komunikować Się Ze Wspomnianym Odbiorcą, Ale Nie Mogła Się Powstrzymać, Ten Ostatni Raz
Drogi Przeklęty Tępaku,
Cóż, z pewnością nie sądziłam, że znowu będę to robić. Pamiętasz stare czasy, Amosie? Och, te moje głupiutkie, naiwne dzieciństwo. To tylko pokazuje jak zabawne jest moje życie. Szczerze byłabym szczęśliwa, gdybym nie musiała oglądać Twojej twarzy przez następnych sześćdziesiąt lat, ale to był zbyt cenny moment, żeby go nie wykorzystać.
Boisz się mnie. Naprawdę się mnie boisz, kretynie.
Och, to zbyt śmieszne.
Poważnie, dupku, myślałam, że się zesikasz, kiedy prawie na siebie wpadliśmy w drzwiach! Nie miałam czasu, żeby wpaść w zakłopotanie, bo wyglądałeś tak idiotycznie. Chyba nigdy w życiu nie widziałam takiego wytrzeszczu oczu i niemal zaśmiałam Ci się w twarz, kiedy zacząłeś wariacko dukać, po czym obróciłeś się na pięcie i wróciłeś do Swojej ławki, nie oglądając się za siebie. Merlinie, Twoja mina. Bezcenna!
Poprawiłeś mój bajeczny poranek, łajdaku. Dzięki.
Twoja Pogardliwie Rozśmieszona,
Lily
Do Zatrwożonego Gnojka,
O, już rozumiem. Widzę Twój mistrzowski plan. Podczas gdy Ty dygoczesz i trzęsiesz się na Swoim krześle, wysłałeś Swoją zdzirę-na-boku, by wykonała za Ciebie brudną robotę.
Szczerze, Amosie, ona nie jest taka groźna. Grom mnie wzrokiem ile chcesz, Julie Little-Bez-Rozumu. Myślisz, że się przejmuję? Myślisz, że zacznę szlochać jak dziecko, co praktycznie robi Twój chłopak skurczybyk? Nie rozśmieszaj mnie, ladacznico. Zasadniczo to ja wymyśliłam piorunujące spojrzenia. Chcesz zobaczyć prawdziwe dzieło?
Kapow. Przyjmij ten cios.
Ha.
Na Zawsze Lepsza Od Ciebie,
L.
Do Biednego Palanta,
W porządku, może nie powinnam była tego robić. Naprawdę nie chciałam, ale Twoja dziewczyna-podróbka-w-piorunujących-spojrzeniach nie kuliła się odpowiednio pod moimi Spojrzeniami Wielkiego i Krwawego Zniszczenia i nim się zorientowałam, rzuciłam pytaniem „Masz mi coś do powiedzenia, Julie?".
Skąd niby miałam wiedzieć, że laska obróci się tak szybko, że spadnie z krzesła? Albo że przez następne dwie minuty wszyscy będą się z niej śmiać? Albo że moje dłonie postanowią, że to odpowiednia pora na małe brawa, a Chłopiec Hiena polubi ten pomysł i wkrótce wszyscy będą oklaskiwać jej żałosność? Albo że Lundi zapyta „Panno Little, jesteś chora?" i że ktoś na tyłach mruknie „Ta, chora przez porażkę, którą odniosła razem ze swoim chłoptasiem przez Evans", a wszyscy zachichotaliby w aprobacie? Nie miałam nad tym wszystkim kontroli.
No wiecie, a przynajmniej nie tak dużo kontroli.
Przykro Mi (Nie) Z Tego Powodu,
Dziewczyna, Która Pokonała Ciebie i Twoją Dziewczynę
Do: Pana Amosa Diggory'ego
Jeden Rząd i Dwa Siedzenia Do Przodu
Klasa Antycznych Run
Hogwart, Szkocja, Wielka Brytania, Świat
Drogi Panie Diggory,
To oficjalny dokument informujący Pana o naszym obecnym i przyszłym całkowitym odłączeniu się od siebie. Dostarczał Pan, co tylko mógł (atrakcyjną fasadę) przez potrzebny okres czasu (moje niedojrzałe dorastanie) i dziękuję Panu uprzejmie za te chwile oraz o-wiele-lepsze-od-rzeczywistości niegrzeczne sny. Jednakże obawiam się, iż te rzadkie, dobre momenty należą do przeszłości. Od tej chwili oczekuję od Pana utrzymania ode mnie dystansu.
(Na wypadek, gdyby ten sentyment nie był dość wyraźny na piśmie, proszę spojrzeć na te dowody: kiedy wszyscy przestali śmiać się z Julie, a Pan próbował uratować wizerunek i ukrył swoje przerażenie na tyle, żeby spojrzeć na mnie przez ramię, wywrócić oczami i powiedzieć „Oni myślą, że jesteśmy skłóceni, Lily. Jakieś szaleństwo, co nie?" głosem na tyle głośnym, żeby wszyscy usłyszeli i pomyśleli, iż jesteśmy w dobrym kontakcie pomimo Pańskiego kretyństwa. A moja odpowiedź? Drwiące chrząknięcie.")
Żegnam, Panie Diggory. Chciałabym móc powiedzieć, że to była przyjemność.
Z poważaniem,
LILY C. EVANS
Potem Potem, Historia
Spostrzegawcza Lily: Dzień 39
Suma Obserwacji: 269
Cóż.
Ja…
Ja… Eee, nie. Nie, to nie tak. To znaczy tak naprawdę nie jestem… cóż, jestem, ale…
Do diabła.
Przynajmniej dobry dzień trwał do obiadu. Zdecydowanie dłużej niżbym się spodziewała.
Kiedy Potrafiłam Normalnie Myśleć, Nadal na Historii
Spostrzegawcza Lily: Dzień 39
Suma Obserwacji: 269
Poranne lekcje były zadziwiająco pogodne i ani trochę nie ostudziły mojego dobrego humoru, jeżeli potraficie wyobrazić sobie takie szczęście. Po dość katartycznej lekcji Antycznych Run (podczas której, jeżeli się zastanawialiście, Amos i Julie ani razu na mnie nie spojrzeli) poszłam na Transmutację, co normalnie byłoby przygnębiające, ale byłam w zbyt wspaniałym nastroju, żeby przeszkadzały mi naukowe niepokoje. Nie zamierzałam pozwolić, żeby odebrały mi to tak głupie sprawy, jak McGonagall i jej gówniane lekcje – szczególnie biorąc pod uwagę, że dziś odbywał się jedynie wykład. No bo naprawdę, ile mogłam wyrządzić szkody, siedząc sobie na miejscu i nie podnosząc ręki? Nie, żebym rzucała wyzwaniami czy coś, ale szczerze to nie sprawiało zagrożenia. Nawet w związku ze mną.
Więc nie martwiłam się. Serio. Weszłam do klasy, lekko podskakując, od razu zauważając Gracie siedzącą przy naszej ławce. Skierowałam się w tamtą stronę, ale ona nie skupiała na mnie uwagi, nawet kiedy położyłam książki na blacie i zajęłam miejsce obok niej. Zamiast tego dość zapalczywie wpatrywała się w coś za nami. Uśmiechała się z niewyczerpalnym zapasem samozadowolenia.
- Na co się gapimy? – zapytałam, wykręcając szyję. Grace nie odwróciła wzroku.
- Gapimy się na tamto – powiedziała, pokazując subtelnie głową na miejsce po drugiej stronie klasy. Podążyłam za jej gestem. – Najwyższa cholerna pora, nie sądzisz?
Dopiero po chwili zorientowałam się, o czym mówiła. Patrzyłam zamyślona na Clare Carslie i Katie Frost, zastanawiając się, co miałam dostrzec w tej parze, kiedy moją uwagę przykuła znajoma jasnowłosa głowa ponad ramieniem Katie.
Ach.
Emma.
Emma siedząca przy ławce na tyłach klasy, pochylając głowę przy Macu.
Niespodziewanie nie tylko Grace uśmiechała się triumfalnie.
- Wydaje mi się, że powinniśmy zafundować sobie deser czy coś – rzekła Grace bez krztyny skromności. Kiedy Emma i Mac kontynuowali swoją prywatną konferencję, zerknęła na mnie i wyszczerzyła się. – Widzisz, co osiągają nasze dobre uczynki?
- Ten dzień robi się coraz lepszy – westchnęłam radośnie, czując jeszcze większe szczęście, chociaż już wcześniej wiedziałam, że sprawy w departamencie Emmy-i-Maca wyglądały coraz lepiej. Ale widzenie tego w wersji kropek i w rzeczywistości to dwie bardzo różne rzeczy i miałam prawo upajać się wścibskimi zwycięstwami. Przecież nie często Losy Świata obdarzają mnie takimi cudeńkami. Dziewczyna świętuje, kiedy tylko może.
Przyglądając się mojemu wyraźnemu zadowoleniu ze wzbudzonym zainteresowaniem, Grace uniosła pytająco brew. – Och?
Rzuciłam jej spojrzenie, kiedy zaczęła poruszać brwiami, doskonale wiedząc, jakie musiała mieć wtedy zdzirowate myśli. Mogłam wywrócić oczami i kazać jej się wypchać, ale zadecydowałam, że mam miejski oraz moralny obowiązek poinformować ją o rzeczywistych porannych wydarzeniach zanim jej zboczone fantazje zaczną bezcześcić atmosferę.
Poza tym naprawdę chciałam się pochwalić. A jeżeli nie możemy chwalić się przyjaciołom, to komu?
Dlatego opisałam krótko osiągnięcie w sprawie MJ'a (Grace i tak była bardziej zainteresowana Thomasem Dunnem i jego oszałamiającymi uśmiechami niż wystąpieniem MJ'a z izolacji), ale podałam gruntowną opowieść o moich wyczynach na Runach oraz masakrze Dupka Amosa i Wiedźmy Julie. Trochę się pośmiałyśmy i świętowałyśmy na cześć mojego wszechpotężnego poczucia humoru oraz ogromnego upadku Amosa i Julie. Prawdziwe zamieszanie. Właściwie Grace śmiała się tak mocno, że poleciały jej łzy.
- Na Merlina i Agrippę, zabiłabym, żeby ujrzeć ich miny! – krzyknęła przez śmiech, brzmiąc na dość zawiedzioną, że przegapiła to wspaniałe wydarzenie. Wyrównała oddech i otarła mokre oczy. – O, cholera. Boli mnie brzuch. Powinnaś powiedzieć Jamesowi. Chyba zemdleje z dumy.
Uśmiechnęłam się szeroko, kładąc rękę na własnym napiętym brzuchu, przekonana, iż rzeczywiście istniała szansa, że James eksploduje z satysfakcji na wieść o moim ostatecznym rozrachunku z Amosem i Julie. Niestety nie mogłam sprawdzić słuszności tego podejrzenia. Na niedbałą wzmiankę Grace o Jamesie, niemal automatycznie zaczęłam rozglądać się po sali, licząc na małe zerknięcie na niego. Jednakże ławka, przy której zwykle siedział z Remusem była pusta i krótkie ogarnięcie wzrokiem klasy potwierdziło jego nieobecność. Z jakiegoś powodu Jamesa jeszcze nie było. Spojrzałam na zegar wiszący nad biurkiem McGonagall – zostały dwie minuty do rozpoczęcia lekcji – i starałam się nie zgarbić ramion.
Istniało mnóstwo powodów, dla których jeszcze nie zaszczycił nas swoją obecnością. Wiedziałam o tym – na brodę Merlina, wciąż miał parę minut! Jeszcze się nie spóźnił! – ale żaden z tych możliwych powodów nie powstrzymał dziwnego uczucia… nie wiem czego. Niepokoju? Rozczarowania? Czegoś.
Gdzie on był?
Szybko przejrzałam wszystkie opcje. Przedtem miał Numerologię. Czy tam był? Mimowolnie przeniosłam wzrok na Emmę, która na szczęście zrobiła sobie przerwę od szeptania słodkich słówek do ucha Maca na tyle długą, żeby podchwycić mój wzrok. Przybrała dość znaczący odcień czerwieni, wyraźnie spodziewając się wyniosłego uniesienia kciuków i sugestywnych spojrzeń w stronę Maca, ale potem ją podrażnię. Zamiast tego posłałam jej pytające spojrzenie, wskazując głową na pustą ławkę Jamesa. Chyba to oznaczało coś żałosnego i znaczącego – i dodać tutaj inne moje poniżające cechy – iż natychmiast zrozumiała moją troskę. Posyłając mi mały uśmiech (może widniało w nim trochę ulgi skoro nie zamierzałam nabijać się z niej z drugiego końca klasy) powiedziała bezgłośnie:
- Rozmawia z profesor Vector.
Racja. Widzicie? Profesor Vector. Idealnie logiczne i uzasadnione wyjaśnienie.
Szkoda, że to idealnie logiczne i uzasadnione wyjaśnienie nie ukoiło moich nerwów.
Bo fakt, że nie mogłam z nim porozmawiać – nawet go zobaczyć – po… cóż, wczorajszym wieczorze… był do bani. Czułam się dziwnie. Niespokojnie. Ponieważ myślenie o wczoraj sprawiało, że czułam lekkie zażenowanie, podekscytowanie i podenerwowanie, i byłabym wdzięczna za malutką gwarancję, iż nie zeskoczyłam właśnie z klifu bez zabezpieczającej liny, wiecie?
Ale to wszystko było głupie. Wiedziałam o tym, naprawdę. No bo chłopak rozmawiał z profesorem. Nie chodziło o to, że celowo mnie unikał. Nie zamierzał mi oznajmić „Hmm. Wczorajszy dzień był spoko. Dostałem, czego chciałem. Nie było to tak satysfakcjonujące, jak oczekiwałem. Teraz już koniec."
No bo oczywiście.
Oczywiście.
- Co jest? – zapytała Grace, dźwięk jej głosu skutecznie przedarł się przez moją nagłą panikę. Spojrzałam na nią. Próbowałam przybrać nonszalancki wyraz twarzy, ale chyba mi nie wyszło.
- Nic – odpowiedziałam automatycznie, ale dostałam zirytowane prychnięcie od Grace. Poprawiłam się niezręcznie na krześle i dodałam niechętnie: - Jamesa jeszcze nie ma.
- Nie? – Grace zmarszczyła czoło i obróciła się, żeby tak samo, jak ja wcześniej, rozejrzeć się po klasie, choć nie mam pojęcia dlaczego sądziła, że skłamałabym w tej sprawie. Gdy zdawała się przekonana, iż nie dostrzegłam go w żadnym kącie, zwróciła się do mnie z niedbałym wzruszeniem ramion. – Ja bym się nie przejmowała – rzekła, ale potem pogorszyła wszystko słowami, które nie były wcale żartobliwe: - Może zemdlał w korytarzu czy coś. Powinnaś była go widzieć na dzisiejszym treningu… facet był wyczerpany. Jego Formacja Atakującego Orła była chaotyczna. Nie byłabym zdziwiona, gdyby padł gdzieś po drodze i postanowił, że łatwiej będzie leżeć. Ha.
Ha.
Ha?
James mdlał gdzieś w zamku, a ona cholernie się śmiała?
Do jasnej ciasnej, do której on czyścił te trofea po moim wyjściu?
- To nie jest śmieszne! – zawołałam, siadając prosto. W mojej głowie odgrywały się obrazy Jamesa wywracającego się na schodach. O Boże. – Naprawdę był taki zmęczony? Przecież nie… nic mu nie było, kiedy… Emma powiedziała, że po prostu rozmawia z profesor Vector! Chyba nie sądzisz…
Grace parsknęła śmiechem, przerywając mi. – Jesteś szalona, wiesz o tym? – Potrząsnęła głową, nie odczuwając żadnego współczucia. – Co się z tobą dzieje? Masz jakieś lęki kochanki czy co? Jeżeli Emma powiedziała, że rozmawia z Vector, to rozmawia z Vector. Zaraz przyjdzie. Odpręż się, kobieto.
- Jestem odprężona – burknęłam, ale wierciłam się nerwowo, gdy Grace wywróciła oczami. Zarumieniłam się, ale nie mogłam się powstrzymać. – Po prostu nie sądzę, że powinien spóźniać się na lekcje. Jest Prefektem Naczelnym.
- Lily.
- Taka prawda!
- Mmhm.
Przybrałam głębszy odcień czerwieni na rozbawione zbycie Grace, zamykając durną jadaczkę na kłódkę i krzyżując ramiona na piersi. Opadłam na krzesło.
Nieważne. Grace i tak jest strasznie krytyczna. Czułam się dobrze. Wyraźnie.
I czym, do jasnej cholery, są lęki kochanki, co? Od kiedy ona jest lekarzem? Dawaj swoje fałszywe diagnozy komuś, kogo to obchodzi, oszustko, bo mnie na pewno nie.
Ale czy brednie Grace były absolutnie durne, czy nie (oczywiście, że tak) szczerze przyznaję, że nacisk na mojej piersi nareszcie trochę zelżał dopiero, kiedy James wszedł do klasy dziesięć nerwowych minut po tym jak McGonagall rozpoczęła lekcję, trzymając w ręce chyba notatkę od profesor Vector.
Rzeczywiście wyglądał na zmęczonego – jego rysy wydawały się bardziej pomarszczone i znużone, i nie szedł swoim zwykle dumnym krokiem – ale nie na tyle, żeby padać nieprzytomnym w korytarzu. Nie krwawił ani nie miał siniaków, więc nie sądzę, że spadł z jakichkolwiek schodów. O jedną troskę mniej. Co do drugiej…
Cóż, nie patrzył na mnie. Ale nie byłam w jego bezpośredniej linii wzroku, a McGonagall mówiła „Ach, panie Potter. Bardzo się cieszę, że do nas dołączyłeś" więc gdyby wtedy odwrócił od niej wzrok, pomyślałaby, że nie okazuje jej szacunku. A tego James nie zrobiłby McGonagall, chociaż ma swoje idiotyczne chwile. Lubi ją. I jest tak jakby jej pupilkiem – a przynajmniej tak bardzo, jak ktoś może być pupilkiem McGonagall. Zatem najwyraźniej nie mógł na mnie popatrzeć ani nawet pomachać. Ale zrobiłby to. Wiedziałam o tym. Kiedy tylko by mógł. I miałby na to okazję w drodze do swojej ławki, ponieważ żeby to zrobić musiałby przejść obok mojej. I nieważne jak bardzo był zmęczony, wiedział jak to działało.
Gdy mijał moją ławkę w drodze do swojej, czekałam ze wstrzymanym oddechem na uśmiech albo oczko.
Zamiast tego strącił mi z ławki książki.
Ta.
Wiem.
Ja chyba też wolałabym oczko.
- Ja pierniczę, Evans… durne, wymachujące ramiona… sorki – powiedział głośno, kucając, żeby podnieść zrzucone kartki i podręczniki. Posyłając mu pytające spojrzenie, pochyliłam się na krześle, żeby także zacząć zbierać swoje rzeczy, zastanawiając się, co on wyrabiał, do cholery. Jednak James na mnie nie patrzył, dlatego nie miałam żadnych wskazówek. Zamiast tego skupiał się na składanych książkach i przyglądaniu się kątem oka McGonagall. Ja również zerknęłam na profesor, która patrzyła na nas zwężonymi oczami. Ostatecznie musiała chyba stwierdzić, że James jest po prostu kulfonem, bo rzuciła nam ostatnie surowe spojrzenie i wróciła do wykładu.
Gdy tylko odwróciła ostry wzrok, James złapał mnie za podbródek, zwrócił moją twarz do swojej i pocałował mnie.
Ach.
Podstępny drań.
- Cześć – szepnął, uśmiechając się idiotycznie. Czułam żar na policzkach i jestem przekonana, że rumieniłam się po same koniuszki włosów. Posłałam mu rozdrażnione spojrzenie, jednocześnie pragnąć uśmiechnąć się do niego niczym pusta, zadurzona kretynka. Żeby uniknąć tego upokarzającego impulsu, obróciłam głowę, próbując zorientować się czy ktoś na nas patrzył, czy widzieli, co zrobił James. Merlinie, co za wstyd.
- Idiota – mruknęłam, odwracając się z powrotem do Jamesa. Nie byłam wielce zaskoczona, kiedy nie zdawał się ani trochę poruszony moją naganą czy perspektywą bycia przyłapanym – nadal szczerzył się w tym samozadowolonym uśmiechu. Zdzieliłam go lekko po twarzy podręcznikami zebranymi z podłogi, lecz nie mogłam powstrzymać małego uśmiechu, kiedy ciężar na mojej piersi znacznie zelżał. Wciąż się uśmiechał, kiedy stanął prosto, położył na mojej ławce kartki i odszedł dumnym krokiem.
W porządku.
Więc może nie wolałabym oczka.
Wiecie. Może.
Obróciłam się, patrząc za nim, dopóki Grace nie dała mi mocnego kuksańca w żebra. Odwróciłam gwałtownie głowę.
- Co? – syknęłam, rzucając jej zirytowane spojrzenie. Skinęła głową na kawałek pergaminu leżący na naszej ławce.
Czwartek – napisała podkreślając, ale to wszystko.
Co czwartek? – odpisałam.
Nasz kolejny trening Quidditcha. W czwartek.
Zarechotała jak nadrzędny dupek. Spiorunowałam ją wzrokiem i pokazałam dość nieprzyjemny gest pod ławką. Gdy wyciągnęła z tej sytuacji jeszcze więcej rozbawienia, próbowałam ją lekceważyć… oraz fakt, że byłam zdecydowanie mniej wściekła i zażenowana Jamesem całującym mnie pośrodku klasy Transmutacji niż powinnam.
Jeszcze nie wiem, jak mam się z tym czuć.
Nie wiem czy chodziło o determinację, żeby skoncentrować się na wszystkim innym niż tumanie siedzącym parę ławek za mną i tym, co on, u licha, narobił z moim rozsądkiem, czy może całe to powtarzanie materiału podczas porannego samotnego śniadania po odejściu MJ'a i Thomasa, ale potem jakimś cudem udało mi się załapać Transmutację. Nawet gdy McGonagall odbiegła od ustnego planu lekcji i poprosiła tylko mnie o transmutację jaszczurki w konika polnego, wszyscy się temu przyglądali, moja ręka wydawała się szczególnie spocona, a serce waliło jak szalone – dzięki jakiejś boskiej interwencji dałam radę. Gdy kazała mi zostać po lekcji i oznajmiła jak bardzo się poprawiam i że jest bardzo z tego zadowolona, moja twarz zyskała chyba kilka trwałych zmarszczek po tym ciągłym uśmiechaniu się.
Ale z radością przyjmę te zmarszczki. Były dobrego rodzaju.
Rzecz jasna, kiedy dotarłam już na Wróżbiarstwo i zajęłam miejsce obok Roba („Ależ z ciebie wiosna, radosna".) nawet profesor Freeman i jej szaleństwo nie mogły zniszczyć mojej radości. Nawet kiedy rozwodziła się nad powagą naszych wspólnych projektów oraz o tym jak księżyce Saturna robiły coś tam w sferze Księżyca, ignorowaliśmy ją z Robem i stworzyliśmy listę wszystkich wyrazów rymujących się z „pupa" (lupa, arcybiskupa, grupa, chałupa, zupa, przekupa i – ulubione Roba – trzęsidupa). Wymyśliliśmy wiele innych i przenieśliśmy się na okropne przekleństwa, gdy Freeman nareszcie zakończyła lekcję. Nadal się sprzeczaliśmy, schodząc po drabinie na korytarz.
- Nie możesz rymować „cera" z „cholera" – oświadczyłam, schodząc za Robem. Zeskoczyłam na podłogę i poprawiłam na ramieniu pasek torby, odwracając się do niego. – Pomyśl o wszystkich staruszkach. Będą zgorszone!
- „Móc" a „zrobić" to dwie różne rzeczy, szkrabie – odparł Rob, potrząsając głową. – Poza tym myślę, że starsze damy poczułyby dreszczyk emocji, Lil.
Machnęłam na niego ręką. – Cicho bądź, Rob. Z jakimi ty się zadajesz staruszkami?
Rob uśmiechnął się. – Freeman. Niezła z niej kocica, nie?
- Wyobrażam sobie, że tylko wtedy, gdy Wenus zadziera z Jowiszem – wymamrotałam i wybuchliśmy dość hałaśliwym śmiechem, sprzeczając się na temat orbit Jowisza w strefie Wenus, potem stwierdziliśmy, że fajnie szuka się rymów do „kocica". Rob naprawdę się wkręcił („Jakaż piękna łosica, ta Fica, lecz trochę kulawica. Lepsza już jest kocica.") gdy szliśmy korytarzem. Zamierzałam wtrącić własną śpiewkę, kiedy zauważyłam znajomą sylwetkę opierającą się o ścianę parę kroków przed nami.
Mogę udawać, że nie rozweseliłam się jeszcze bardziej, ale to byłoby raczej bezsensowne. Wiecie, zważając na uśmiech, który praktycznie rozdzierał mi twarz.
Dopiero po kilku minutach zorientowałam się, że James nie odwzajemniał uśmiechu.
- Co tutaj robisz? – zapytałam, podchodząc do niego szybko, ledwo zauważając, że Robbie poszedł za mną. Moje pytanie nie było oskarżycielskie, tylko zachwycająco odurzone, ponieważ James miał teraz Mugoloznastwo na pierwszym piętrze i jeden Merlin wiedział, że było to bardzo daleko od Północnej Wieży. Ostatecznie spotkalibyśmy się w Wielkiej Sali, co byłoby dla niego o wiele bardziej dogodną wędrówką.
James wykrzywił sardonicznie usta. – Przeklęte schody. Zgubiłem się. – Spojrzał ponad moimi ramieniem. – Cześć, Harms.
Odwróciłam się, kiedy Rob unosił rękę w powitaniu. Po chwili ta sama ręka wycelowała we mnie surowo palcem. – Przekładamy zabawę na wtorek – powiedział bardzo poważnie Rob. Udał zastanowienie, stukając palcem o brodę. – Myślę, że powinniśmy zacząć od „bzykanka". Pomyśl nad tym. Do zobaczyska, ludziska.
- Bzykanko – zgodziłam się i pomachałam mu. – Na razie, płazie.
Rob wybuchł śmiechem, przykładając rękę do piersi i oddalając się. – Mój mały geniusz!
Zasalutowałam mu. Wyszczerzył się i jeszcze raz pomachał, idąc dalej korytarzem, nucąc przy tym żwawą melodię, ten wariat. Potrząsnęłam głową, kiedy skręcił za rogiem i obróciłam się do Jamesa, który w końcu odsunął się od ściany. Chował dłonie w kieszeniach szaty, a na zgięciu łokcia trzymał płaszcz.
- Szaleniec – prychnęłam, pokazując kciukiem w kierunku Robbiego. Ale nie chciałam gadać o Robie i chyba nie udało mi się ukryć radości na widok Jamesa, mimo, że było to bardzo żałosne i znaczące. Gdybym nie była w tak dobrym nastroju, może trochę bym z tym uważała – albo, no wiecie, nie oznajmiłabym tego tak otwarcie. – Tak się cieszę, że tu jesteś! Chciałam z tobą pomówić. Mam tyle do powiedzenia! Dziś rano - Merlinie, musisz usłyszeć o tym, co się dziś wydarzyło na Runach. Będziesz taki dumny! – no i Emma! Widziałeś Emmę i Maca na Transmutacji? Możesz wywracać sobie oczami ile chcesz, ale powiedziałam ci wczoraj, kiedy zobaczyłam ich w Wieży Astronomicznej… o! Prawie zapomniałam.
Zamknęłam się na tyle długo, żeby opuścić torbę na podłogę i kucnęłam, żeby odpowiednio w niej pogrzebać. Szybko znalazłam to, czego szukałam. Zacisnęłam rękę na grubym, złożonym pergaminie i podniosłam się, chowając dłoń w torbie. Ostrożnie rozejrzałam się po korytarzu, próbując stwierdzić czy przygląda nam się jakiś przechodzień. Gdy teren wydawał się czysty, prędko wyciągnęłam mapę z torby i wsadziłam ją do kieszeni szaty Jamesa.
Byłam taka dumna ze swojego podstępu, iż nie zdawałam sobie sprawy jak kretyńsko wyglądałam.
Co pewnie nie jest takie szokujące, lecz i tak zniechęcające, kiedy myślisz sobie, że jesteś taka sprytna i w ogóle.
James parsknął zduszonym śmiechem.
- Bo to nie rzucało się w oczy – rzekł.
Zaczerwieniłam się. Mając nadzieję, że nie wyglądałam tak absurdalnie, jak się czułam (oczywiście, że tak) mruknęłam speszona:
- Eee, wybacz. Nadal jestem nowa w tym całym sprawianiu kłopotów.
- Ta, wiem – odparł James, ale jego uśmiech nie całkiem sięgał oczu… i wtedy zorientowałam się jak dziwnie brzmiał jego śmiech. I że się wiercił – James się wiercił – oraz nie wyglądał na zadowolonego staniem tutaj ze mną, chociaż zachowywałam się niczym łopocząca gąska. Poczułam ostre szarpnięcie w klatce piersiowej. Niespodziewanie czułam się jak największa idiotka na świecie, szczerząc się do niego jak zauroczony bachor, podczas gdy on patrzył na mnie obojętnie. Czekałam na coś, ale każda moja komórka wrzeszczała, iż to nie był ten sam chłopak, który dziś rano strącił mi z ławki podręczniki, by móc pocałować mnie pośrodku klasy.
Coś było nie tak.
Coś było bardzo nie tak.
- James? – Uśmiech powoli schodził z mojej twarzy. James podniósł rękę do włosów, ze wzburzeniem przeczesując ciemne kosmyki. Już dłużej nie mógł patrzeć mi w oczy. Przestąpił z nogi na nogę, patrząc gdzieś ponad moją głową. Nie ruszałam się. – O co chodzi?
- Ufamy sobie teraz, prawda? – wypalił. Uniosłam brwi, rozpoznając pytanie z wczorajszego wieczora, ale wiedząc, że teraz nie miało takiego samego kontekstu. Skinęłam niepewnie głową. Odetchnął cicho, kontynuując. – Jasne. Dobrze. To… to dobrze, bo masz tą swoją obustronność, w której jestem dobry – przysięgam, że jestem. Wiesz o tym, tak? – i chyba to wiele mówi, iż zamierzam ci o tym powiedzieć, bo mogłem tego nie zrobić albo skłamać, albo zrobić coś innego zatajonego – nie, żebym tak zrobił! – eee, cóż, nie zawsze. Ale nie wobec ciebie! Bo dostałem nauczkę, widzisz? Racja. Dlatego ci mówię. A to dobrze, prawda?
Jego paplanina przyprawiała mnie o zawrót głowy. O co mu chodziło, do jasnej ciasnej?
I dlaczego nagle miałam poczucie, że zrobi mi się niedobrze?
- James…
- Spotykam się z Liz.
Spotykam się z Liz.
Zabrakło mi tchu.
Równie dobrze mógł mnie kopnąć w brzuch. Równie dobrze mógł mnie kopnąć i było mi niedobrze, nie mogłam myśleć, wszystko się zamazało i nie mogłam oddychać, Merlinie, nie mogłam oddychać.
Spotykam się z Liz. Spotykam się z Liz. SpotykamsięzLiz.
Nie.
Nie.
- Ja… ja…
James otworzył szerzej oczy.
- Nie tak… Lily. Nie! Nie miałem na myśli… to wyszło… na obiad! Liz i ja spotykamy się na obiedzie! To wszystko. Obiad. Obiad z przyjaciółką. Chryste. Nie chodziło mi… no weź, Lil.
O Boże.
Ulga obezwładniła mnie tak szybko, że zakręciło mi się w głowie. Wokół mnie wszystko troszkę zadrżało, ale przytrzymałam się ściany, by odzyskać równowagę, a drugą rękę przyłożyłam do piersi nad dudniącym sercem. Dopiero po kilku sekundach świat przestał się kręcić.
Drogi pieprzony Merlinie, ten chłopak mnie zabije.
- O Boże – mruknęłam, zamykając oczy. – Boże. Niemal przyprawiłeś mnie o zawał serca, dupku!
James położył rękę na moim ramieniu. – Przepraszam. Nie sądziłem, że… źle to wyszło. Chociaż, hej, chyba dobrze wiedzieć.
Otworzyłam gwałtownie oczy i wyrwałam mu ramię. – O to chodziło? To był jakiś test?
James odsunął się zaalarmowany. – Co? Nie! Oczywiście, że nie. Powiedziałem ci, że jestem szczery!
Jakby to miało polepszyć mi nastrój. Szczerość. Psh. Czy nie zawsze mówię, że szczerość jest niebezpieczna? Dlaczego ludzie nie słuchają?
Gdy moje ciało znowu dostawało tlen i nie miałam wrażenia, że zaraz zwrócę zawartość żołądka na podłogę, mój mózg po raz kolejny zaczął normalnie pracować i mogłam zastanowić się nad słowami Jamesa.
Spotykał się na obiedzie – spotykał się na obiedzie z Elisabeth Saunders. Saunders. Jego byłą… coś tam. Dziewczyną, która gardziła mną bardziej niż powinna. Spotykają się – ale oczywiście nie w sensie takiego spotykania się. W platonicznym sensie. Ale nadal się spotykali. To przynajmniej tłumaczyło ten płaszcz (dlaczego wcześniej nie zauważyłam płaszczu?). Prawdopodobnie wybierali się do Hogsmeade. Razem. Żeby zjeść obiad. Platonicznie.
Och, cholera jasna.
Sądzę, że wtedy mogłam stać się trochę drażliwa i defensywna.
Ale serio, kto może mnie winić? Wszystko przez szczerość. Zachodzi mi za skórę.
- Nie musiałeś mi nic mówić – powiedziałam, splatając ramiona na piersi, próbując sprawiać wrażenie, że nic mnie to nie obchodziło (chociaż w rzeczywistości obchodziło mnie to bardzo). – Nie jestem twoją strażniczką. Możesz robić, co zechcesz. Masz prawo na… na spotykanie się z kimkolwiek zapragniesz.
- Spotykanie na obiedzie – poprawił mnie James, rzucając mi spojrzenie. – Na obiedzie z przyjaciółką, Lily. I masz wszelkie prawo udawać strażniczkę. W tym tkwi sedno.
- Więc gdybym powiedziała ci, żebyś nie szedł, to byś nie poszedł?
Nie wiem czemu zapytałam. Głupie pytanie. Od razu o tym wiedziałam. Wiedziałam tak dobrze, że chciałam kopnąć samą siebie. Nie miałam dostać odpowiedzi, której pragnęłam i byłam głupią, zaborczą hipokrytką, iż miałam nadzieję na coś innego. Ale i tak to powiedziałam i teraz musiałam poradzić sobie z konsekwencjami. Jakiekolwiek by nie były.
James nie od razu odpowiedział. Zaskoczyłam go – oczywiście. Kto zadaje takie pytania? Jaka szanująca się przyjaciółka-z-potencjałem posuwa się do czegoś takiego? Przez moment myślałam, że odmówi mi wprost i na tym się zakończy, lecz zamiast tego przybrał dość poważny wyraz twarzy. Odpowiedział powoli.
- Niekoniecznie – rzekł, dobierając ostrożnie słowa. – Gdybyś poprosiła mnie, żebym nie szedł, wyjaśniłbym ci, że Liz i ja jesteśmy przyjaciółmi, że od czasu do czasu wybieramy się na takie obiady do Hogsmeade i mam nadzieję, iż ufasz mi na tyle, żeby to zrozumieć.
Nie powiedział tego znacząco, bardziej rzeczowo, ale sentyment wciąż był taki sam. Teraz sobie ufaliśmy. Czy nie pytał mnie o to wcześniej? Czyż się nie zgodziłam? Czy nie o to chodziło zeszłego wieczora – oczywiście pomijając oddawanie się nikczemnym instynktom? Zaufanie. Obustronność. Czy na poważnie zamierzałam tam stać i urządzać awanturę, kiedy to ja byłam taka stanowcza, co do całej wczorajszej sprawy?
Ale, do jasnej ciasnej, to była Saunders. To było całkiem coś innego.
Nieprawdaż?
Spojrzałam na Jamesa, który mi się przyglądał. Niepokoił się tym. Wyraźnie to widziałam w jego oczach, zmarszczkach widniejących na czole oraz okalających usta. To chyba dobrze mi wróżyło, iż zależało mu wystarczająco, żeby martwić się moją reakcją, iż powiedział „Niekoniecznie" zamiast „Nie ma mowy". Prawdopodobnie zasługiwałam na to drugie. Chodzi mi o to, że byłam przerażona, co do oddawania się całemu temu związkowi, ale i tak spodziewałam się wszystkich płynących z niego korzyści. A chociaż chciałam wrzeszczeć, że to nie moja wina – nie miałam kontroli nad faktem, iż takie słowa jak „związek", „chłopak" i „trening Quidditcha" sprawiały, że chciałam uciekać gdzie pieprz rośnie – jakoś nie sądzę, żeby większość ludzi tak na to patrzyło.
Do diabła, ja sama chyba już w to nie wierzyłam. Czy lubię balansowanie na głupiej krawędzi czegoś tam? Czy rozkoszuję się tą dramą? Czy może naprawdę jestem tak żałosna, tak niedojrzała?
To był moment na zastanowienie oraz głęboką autorefleksję, ale nieszczególnie mogłam sobie usiąść na podłodze i dumać, gdy James wciąż czekał na odpowiedź. Dlatego szybko zbadałam dwie dominujące odpowiedzi – całkowicie nieszczęśliwe, rozdrażnione, naburmuszone dziecko mówiące „Trzymaj się od niej z daleka!" i dojrzałą, dostojną, młodą dorosłą „Baw się dobrze. Ufam ci". Udało mi się odnaleźć kompromis.
Zacisnęłam wargi, powstrzymując się od marudnego narzekania i odezwałam się dopiero, kiedy opanowałam te szczeniackie odruchy.
- W porządku – powiedziałam w końcu, starając się o minę, która pokazywała, że mówię poważnie, choć nie mogłam pohamować cichego westchnienia z powodu zrezygnowanego przyzwolenia. – Oczywiście, że nie prosiłabym cię o nie pójście. Powinieneś. Ona jest twoją… ta. Przyjaciółką.
James odetchnął i nagły uśmieszek na jego ustach był znaczący. Podniósł rękę, żeby musnąć mój policzek. – Zdajesz sobie sprawę, że zapewne przez większość czasu będziemy rozmawiać o tobie, prawda?
Zamiast czuć pocieszenie, jeszcze bardziej zachciało mi się marudzić.
- Wspaniale – mruknęłam, lekko się grymasząc. – Więc będziesz siedzieć tam niewiadomo ile, słuchając jej litanii strasznych rzeczy na mój temat – i niektóre pewnie będą prawdziwe!
James zaśmiał się, ale nie potrafiłam czuć się lepiej przez fakt, że ten śmiech nie brzmiał już na napięty. Merlinie, co za piekło. Nienawidziłam dojrzałości.
- Być może – odparł, lecz nie wyglądał na zmartwionego taką możliwością. Bawił się moimi włosami. – Ale jako twój przyjaciel-z-potencjałem, i tak muszę cię bronić, czy to prawda, czy nie.
Hm. Jakiś gratis.
Uniosłam brew. – Ona mówi „Lily Evans to zbzikowana zdzira, która nie posiada ani krztyny zdrowego rozsądku w tej pustej, bezwartościowej głowie" a ty…?
James uśmiechnął się szeroko. – Odpowiadam „Tak się składa, że podobają mi się zbzikowane zdziry bez krztyny zdrowego rozsądku w pustych, bezwartościowych głowach, dzięki".
Ech. Niech będzie.
Skinęłam głową z satysfakcją, a James znowu się roześmiał, uważał, że to dość zabawne. Chyba wciąż miał, co do mnie jakieś urojenia. Jak uroczo.
- Kiedy wychodzisz? – zapytałam, po części mając nadzieję, że powie „Nigdy. Ha! To wszystko było wielkim żartem. Mam cię!" tyle, że oczywiście tak nie było. Spojrzał zmrużonymi oczami na zegarek na ręce i odparł:
- Eee, pięć minut temu.
Nie na to liczyłam, ale, hej, wezmę, co tylko się da.
A jeżeli potem próbowałam go zatrzymać jeszcze dłużej… no cóż, nieważne. Jestem tylko człowiekiem. Saunders wiedziała, jak się czeka.
- A więc zobaczymy się na Historii – powiedziałam dość bezceremonialnie – albo było bezceremonialnie, dopóki James nie wydał niezręcznego chrząknięcia i znowu zaczął z tym swoim nie patrzeniem mi w oczy i wierceniem się w miejscu. Zamarłam. – Chwileczkę. Zobaczymy się na Historii, tak?
James wzruszył speszony ramionami. – Droga do Hogsmeade trochę zajmuje.
- Więc idźcie szybko! – krzyknęłam przeszywająco, nie przejmując się, iż brzmiałam jak wariatka, czego tak sumiennie unikałam do tej pory. Za późno. Spadłam z krawędzi. – Nie możesz… opuszczasz lekcję? Nie. Nie. To zbyt… przecież już masz szlaban, na brodę Merlina! Jesteś Prefektem Naczelnym! Musisz… co jeśli… co się stanie… cholera jasna, siadasz i jesz! Ile może trwać ten przeklęty obiad?
James – idiota – miał czelność wybuchnąć śmiechem. Nigdy się nie dowiem dlaczego tak go śmieszą moje załamania nerwowe.
- Ach, tutaj onajest – zachichotał, obejmując moje policzki i dając mi szybkiego całusa w usta. – Jak długo to w sobie trzymałaś, kochanie?
Um. Pewnie od „Spotykam się z Liz".
Nie, żeby musiał o tym wiedzieć, oczywiście.
Nie, żeby mógł to odgadnąć, oczywiście. Psh.
- Nie w tym rzecz! – Strąciłam jego dłonie i skrzyżowałam ramiona na piersi. – Nie do wiary, że brałbyś pod uwagę… a Zaklęcia? Wrócisz na Zaklęcia, nieprawdaż?
James tylko na mnie patrzył.
Podwójne cholerne pieprzone kurde.
- O czym wy, psia krew, będziecie gadać przez trzy pieprzone godziny?
James pokręcił głową. – Lily…
- Och, ty mi tutaj nie „Liluj"! – rzuciłam gniewnie, zbywając jego gówniane usprawiedliwienie. Tama została przerwana. Dojrzałość. Pah. Kto jej potrzebuje? – Jedzenie obiadu z Saunders, wagarowanie… pah. Powiem ci, o czym będziecie gadać przez trzy pieprzone godziny, Jamesie Potterze! O tym, jak bardzo Saunders jest w tobie nadal zakochana, ot co! Ale z niej… głupia, głupia… to nie…'
- Liz nie jest we mnie zakochana – powiedział James i palant nawet brzmiał tak, jakby mówił na serio.
Przeszyłam go wzrokiem. – To nie pora na bycie skromnym, James.
- Nie jestem skromny – zaprzeczył i przynajmniej miał na tyle przyzwoitości, żeby wyglądać na trochę niezręcznego i zażenowanego, co do całej tej sytuacji. Przeczesał sobie włosy i westchnął. – To nie tak. Liz po prostu… w tym roku wiele się zmieniło, a ona chwyta się kotwicy.
- No – powiedziałam. – Ciebie.
James rzucił mi spojrzenie. – Jako przyjaciela może tak, ale to wszystko. A nawet jeżeli by tak nie było, miałoby to znaczenie? Myślisz, że coś bym z tym zrobił?
Pytanie zatrzymało gorzkie riposty na moim języku, chociaż byłabym więcej niż ucieszona, żeby dalej się posprzeczać na ten temat.
Na wszystko, co magiczne, czyim pomysłem były te bzdury ze szczerością, co? Zabierały mi wszystkie dobre argumenty.
- To nie tobie nie ufam – powiedziałam dość banalnie. – Tylko jej.
- W porządku – rzekł James, robiąc krok w moją stronę. – Jeśli tylko naprostujesz to sobie w głowie.
Chciałam mruknąć, że ktoś inny potrzebował naprostować sobie głowę, a jeśli tego nie zrobi, z radością rozpłaszczę ją za nią, ale postanowiłam zatrzymać tą myśl dla siebie, bo stwierdziłam, że ufne, dojrzałe czarownice nie mówią takich rzeczy. Lecz wciąż byłam wzburzona i rozgniewana, dlatego nie byłam w stanie pohamować wszystkich impulsów, które być może powinny zostać zdeptane… dlatego wymamrotałam zgorzkniale:
- My nigdy nie jadamy obiadu.
O Boże, usta, zamknijcie się.
Nie mogły wam się wymsknąć słowa o spłaszczeniu głowy, nieprawdaż?
Moja twarz natychmiast poczerwieniała, a serce zanurkowało do brzucha, nie mogłam uwierzyć, że to powiedziałam. James podniósł brwi.
- Cały czas jemy razem obiad – powiedział, bo oczywiście musiał wszystko pogorszyć, rozmyślnie nie rozumiejąc.
- Wiesz o co mi chodzi – warknęłam i Merlinie, moja twarz płonęła.
Teraz była moja kolej na unikanie jego spojrzenia. Odwróciłam głowę do ściany po mojej prawej stronie, ale czułam na sobie jego świdrujący wzrok. Nie wiedziałam czy się uśmiechał, czy marszczył brwi i nie potrafiłam zmusić się do zastanawiania nad tym. Myślałam tylko o tym, jak wielką jestem idiotką i powinnam zyskać kontrolę nad własnymi przeklętymi ustami, bo wypowiadały słowa, których nie powinny wypowiadać i wpakowywały mnie w kłopoty, kiedy sama radziłam sobie z tym doskonale, dzięki bardzo.
Taką cenę musiała zapłacić za dobry poranek. Powinnam była wiedzieć, że karma nie pozwoli na takie szczęście, niezależnie od okoliczności. James wybierał się z Saunders do Hogsmeade, a mnie pozostało zachowywanie się jak największy mazgaj na świecie, marudząc na temat spraw, które powinnam była zatrzymać dla siebie, psia krew.
Nadal użalałam się nad sobą, przeklinając siebie i całkowity brak kontroli nad impulsami, kiedy poczułam pod brodą palce Jamesa. Zwrócił moją głowę w swoją stronę.
- Coś sobie uzgodnimy – powiedział miękko z lekkim uśmiechem na ustach. – Kiedy tylko zechcesz wybrać się na obiad do Hogsmeade, pójdziemy. Ale pod jednym warunkiem.
- Co? – Prychnęłam zgorzkniale. – Liz też pójdzie?
- Nie. – James nie kłopotał się wywróceniem oczami na moje nadąsane kpiny. Właściwie brzmiał dziwnie poważnie. Powinnam była wtedy wiedzieć, że trzeba się martwić. – Możemy iść na obiad do Hogsmeade, kiedy tylko zechcesz… ale wtedy to nie będzie prosty obiad.
Patrzyłam na niego podejrzliwie. – Co to ma znaczyć?
- Mam na myśli, że to nie będzie platoniczny obiad. To będzie randka, Lily.
To będzie randka, Lily.
Randka.
Podwójne cholerne pieprzone kurde, randka.
Chyba zakrztusiłam się własną śliną.
- S-słucham? – wydukałam. – Chwileczkę. Ja tylko… czy ty właśnie zaprosiłeś mnie na randkę?
James jedynie się uśmiechnął. – Och, myślę, że wiem lepiej, żeby tego nie robić. Poinformowałem cię tylko o możliwości, iż możesz wykorzystać to kiedy tylko zapragniesz. Dobrze?
Dobrze?
Dobrze?
- Nie, nie dobrze! – burknęłam, nie cierpiąc faktu, że brał z tego tyle radości, nie cierpiąc tego, że moje serce wykonywało szalone akrobacje. Nie cierpiąc jego, nie cierpiąc mnie, nie cierpiąc wszystkiego. – Nie możesz tak robić!
- Właśnie zrobiłem.
- Ale to nie… to takie…
Kurde.
Kurde, kurde, kurde.
Randka.
James znowu uśmiechnął się niewzruszony i pozornie uradowany obrotem tej rozmowy. Chciałabym móc powiedzieć to samo. – Zastanów się nad tym – rzekł, łaskocząc mnie pod brodą. – Tylko tyle mówię.
Nie, nie tylko tyle, cholera, mówił i w tym tkwił przeklęty problem.
Powinnam była wtedy coś powiedzieć – chciałam wtedy coś powiedzieć – ale ten atak z zaskoczenia skutecznie uczynił coś, czego ja nigdy nie zdołałam – zamknął mi usta. Pomiędzy mózgiem, a ustami zerwało się połączenie, dzięki czemu nie mogłam pomyśleć o przemowie, nie mówiąc o jej wykonaniu. Dlatego stałam tam jak durna kwoka, mrugając do niego oczami, jak gdybym nie miała w głowie ani jednej myśli. A James, ten dupek, uważał to za prześmieszne.
- Muszę iść – powiedział w końcu i nie potrafiłam rozkoszować się świadomością, że brzmiał tym na lekko rozczarowanego. Stałam tam… i stałam… i stałam. Roześmiał się. – Wszystko dobrze?
Wydaje mi się, że potaknęłam. Miałam potaknąć. Mam nadzieję, że tak zrobiłam.
Musiałam coś zrobić, bo James kiwnął mi głową.
- Do zobaczenia później – powiedział i wykorzystał mój wstrząs, pochylając się i całując mnie w usta nim zdołałabym otrząsnąć się z odrętwiałości na tyle, żeby go odepchnąć. Wiedziałam, że miał doskonałą świadomość, co uszło mu na sucho, kiedy odsunął się z uśmieszkiem. Gdy pomachał mi na pożegnanie, ja – gotowi? – stałam tam, kiedy mnie minął i zniknął za rogiem.
Ostatecznie się ruszyłam – choć gdy zeszłam do Wielkiej Sali, obiad prawie się kończył.
To znaczy mój obiad. Najwyraźniej nie obiad Jamesa. Obiad Jamesa i Liz. Ten jest długi. Zbyt długi. Nie, żebym była, co do tego zgorzkniała czy coś. Tyle, że absolutnie jestem. I do wszystkiego innego. Lecz szczególnie, co do faktu, że oni mogą jeść obiad – prosty, przyjacielski obiad – i nie muszą dołączać do tego tak szalonych i kłopotliwych słów, jak „randka". Randka to takie gówniane słowo. Gówniane, gówniane, gówniane. Zgorzkniała, zgorzkniała, zgorzkniała.
Randka, randka, randka.
Ja…
Sama nie wiem.
Ja już nic nie wiem.
Później, Zaklęcia
Spostrzegawcza Lily: Dzień 39
Suma Obserwacji: 269
Tak naprawdę nie spodziewałam się jeszcze ich powrotu. To znaczy być może gdzieś w jakimś kąciku umysłu myślałam „Cóż, ile może trwać obrażanie mnie? Na ile sposobów Saunders może rzec 'Rzuć ją. Kocham cię', a James 'Nie. Odejdź'?" Trzy godziny? Cóż za wytrwałość. I kreatywność. Przypuszczam, że powinna dostać za to kilka punktów.
Ciekawe ile James i ja…
Um.
Nieważne.
Troszkę Później, Wciąż Zaklęcia
Spostrzegawcza Lily: Dzień 39
Suma Obserwacji: 269
Ale zdecydowanie trwałoby dłużej, prawda? Musiałoby. To byłaby randka. A randki są dłuższe od obiadów. I lepsze. Oczywiście.
Nie, żeby to miało teraz znaczenie. Nie jestem gotowa, żeby z kimkolwiek randkować. Nie. Ani trochę.
Jeszcze Troszkę Później, Wciąż Wciąż Zaklęcia
Spostrzegawcza Lily: Dzień 39
Suma Obserwacji: 269
No bo pamiętacie moją ostatnią randkę? Pamiętacie, jaką okazała się być totalną katastrofą? Pamiętacie, jaka byłam wtedy nieszczęśliwa?
Dokładnie.
O to mi chodzi.
Randki są głupie.
Jeszcze Jeszcze Troszkę Później, Wciąż Wciąż Wciąż Zaklęcia
Spostrzegawcza Lily: Dzień 39
Suma Obserwacji: 269
Oczywiście sądzę, że powodem dla którego moja ostatnia randka była totalną katastrofą w dużej mierze był James. No wiecie i fakt, iż mogłabym bardziej cieszyć się jego towarzystwem niż Amosa.
Ale mogłabym bardziej cieszyć się towarzystwem Wielkiej Kałamarnicy niż Amosa, więc to nie ma większego znaczenia.
Itd. Później, Itd. Zaklęcia
Spostrzegawcza Lily: Dzień 39
Suma Obserwacji: 269
Z drugiej strony to nie Wielka-Kałamarnica-Wewnątrz-Głowy utrzymywała mnie przy zdrowym rozsądku, co nie?
Nie. To nie była ona.
Itd. Później, Itd. Zaklęcia
Spostrzegawcza Lily: Dzień 39
Suma Obserwacji: 269
Ale wszyscy wiedzą, że wyobrażenia są o wiele lepsze od rzeczywistości. To nie to samo. Wcale to samo.
Potem, Biblioteka
Spostrzegawcza Lily: Dzień 39
Suma Obserwacji: 274
Obserwacja #270) Można by sobie wyobrazić, iż ktoś, kto właśnie prawie-podstępnie zaprosił was na randkę zechciałby przyspieszyć swój obiad-z-przyjaciółką i być może poszukałby was po jego zakończeniu, żeby przedyskutować różne tematy, na przykład pogodę, zadanie domowe oraz uraz psychiczny, który codziennie was zadaje. Ale bylibyście w błędzie.
Obserwacja #271) Powodem, dla którego bylibyście w błędzie jest fakt, iż albo nie przyspieszył swojego obiadu-z-przyjaciółką i jeszcze nie wrócił (chociaż minęło kilka godzin), albo nie zaczął was szukać, kiedy tylko mógł (co jest w stanie zrobić bardzo szybko, biorąc pod uwagę, że tego popołudnia wepchnęliście mu do kieszeni szaty narzędzie, które by mu w tym pomogło).
Obserwacja #272) Bardzo trudno zadecydować, która z tych dwóch opcji jest gorsza.
Obserwacja #273) Transmutacja i prezentowane przez nią trudności zwykle wystarczają, że odwrócić waszą uwagę od takich spraw, ale najwyraźniej nie tym razem.
Obserwacja #274) Świat to chore, głupie, paskudne miejsce.
Potem, Biblioteka
Spostrzegawcza Lily: Dzień 39
Suma Obserwacji: 274
Dłużej już tu nie usiedzę. Nie potrafię. Zaczynam czuć klaustrofobię.
Potrzebuję… się… przejść. Tak, właśnie. Po prostu potrzebuję się przejść. Przejść i zgubić. Jakie jest lepsze miejsce na zgubienie drogi niż Hogwart? Wybierzcie jedne złe schody i bum, proszę bardzo. Zdarza się to tak często i przypadkowo, iż nie potrafię sobie wyobrazić, żeby nie dało się tego zrobić celowo.
Jasne.
Znakomicie.
Chodźmy się zgubić.
