A/N: Dziękuję za komentarze :*

Kai Shouri - cieszę się, że ten ff skłonił Cię do pisania ;] Jest mi bardzo miło z tego powodu ^^

Prezentuję ostatni rozdział Dalekiej Drogi Do Domu, z czym dziwnie się czuję, bo 5 lat pisałam tego ff'a i teraz nie wiem, co ze sobą zrobię ~


Tomoyo klęczała na podłodze ze złożonymi dłońmi. Oczy miała zamknięte, brwi ściągnięte w wyrazie skupienia. Szeptała ciąg słów, bez przerw i zająknięcia, recytowała formuły z pamięci, a powietrze wokół niej wypełniało się magią, podłoga, na której klęczała promieniowała czerwonym światłem.

Kapłanka zupełnie odcięła się od otoczenia. Kurogane nieraz czuł się nieswojo wiedząc, jakim darzyła go zaufaniem. Robił wszystko, by ją wspierać i pomóc w rytuale, ale nie podobało mu się, że Tomoyo całkowicie powierza się jego opiece, bo jeżeli on zawiedzie, ona nawet nie będzie świadoma nadchodzącego niebezpieczeństwa!

Poza tym, trudno było mu koncentrować się tylko na chronieniu przyjaciółki, kiedy gdzieś tam, w tym przerażającym świetle stał mag i mierzył się z ojcem.

Ojcem, który był szalony, nieobliczalny, niebezpieczny i właśnie posiadł moc Ruin.

- Nie daj się zabić, magu – mruknął pod nosem. Rzucił Tomoyo zniecierpliwione spojrzenie. Ile to jeszcze potrwa?!

Kapłanka przed przystąpieniem do rytuału powiedziała mu, że sytuacja na zewnątrz przechyla się na ich korzyść. Jeżeli ich trójka wewnątrz Ruin nie zawiedzie - wygrają.

- Już prawie – usłyszał szept Tomoyo i ponownie spojrzał na kapłankę. Wciąż miała zamknięte oczy, ale tym razem nie wymawiała już żadnych inkantacji. Zaczęła za to wykonywać różne, wyuczone ruchy rękami, przechodząc do kolejnego etapu procesu pieczętowania. Wydawać by się mogło, że kiedy zna się już tajniki rytuału, sam zabieg jest prosty do wykonania. Nic bardziej błędnego. Kurogane pamiętał matkę, która podupadała na zdrowiu, kiedy zbyt często musiała świadczyć swoje kapłańskie usługi. Często potem mijało wiele dni, podczas których mama dochodziła do siebie i regenerowała siły.

Teraz twarz Tomoyo świeciła od potu, włosy lepiły jej się do czoła. Kilka razy zachwiała się, ale dotychczas udawało się jej się odzyskać równowagę. Ruchem ręki powstrzymała Kurogane przed zbliżeniem się. Tę scenę odgrywali za każdym razem podczas rytuału: ona traciła siły, a on chciał podejść i ją wesprzeć. Tomoyo twierdziła, że jego bliższa obecność zaburzy proces. Kurogane nienawidził stać z boku i obserwować.

- To będzie trudne – dziewczyna otworzyła oczy i spojrzała na niego. – Ta moc jest ogromna, będzie mnie to kosztowało sporo wysiłku, ale nie podchodź, chyba, że cię o to poproszę. Im mniej zakłóceń, tym szybciej się z tym uporamy.

Kurogane skinął w odpowiedzi głową, chociaż Tomoyo już tego nie widziała, ponieważ ponownie zamknęła oczy i wróciła do odprawiania rytuału.


Fay zbliżał się do świecącej postaci powoli, próbując naprędce obmyślić strategię, która pozwoliłaby nawet niekoniecznie pokonać ojca, co odwrócić jego uwagę i osłabić go na tyle, aby Tomoyo mogła bez przeszkód przeprowadzić proces pieczętowania.

Ojca…

Przede wszystkim Fay musi odciąć się emocjonalnie i przestać myśleć o Fauście jako ojcu. Poczucie jakiegokolwiek przywiązania było teraz niedopuszczalne i nieodrzeczne. Nie odniesie sukcesu, jeżeli ten cichy, uparty głos w jego głowie będzie mu dalej powtarzał, że przecież nie może atakować własnego rodziciela.

Dość tego nakazał sobie w duchu. Więzy krwi o niczym nie świadczą. To czyny się liczą, a czyny Fausta wyraźnie pokazały, co czuje do swoich synów.

Czarodziej wreszcie stanął naprzeciw czarnoksiężnika, który oderwał wzrok od swoich dłoni, by spojrzeć na niego.

- Co tu jeszcze robisz? – zapytał z wyraźną niechęcią w głosie. – Zabierz swoją zabawkę i zmykaj, póki jestem cierpliwy.

- Masz na myśli, póki jeszcze nie opanowałeś nowego ciała – odpowiedział Fay, patrząc na Fausta wyzywająco.

Czarnoksiężnik zmrużył oczy, a wściekły grymas wykrzywił jego rysy.

- Nie wiem o czym mówisz.

- Doskonale wiesz – Fay postąpił kilka kroków do przodu. Ciepłe powietrze uderzyło go w policzki. Dzięki własnej magii, blask i gorąc bijące od Fausta nie mogły go skrzywdzić, ale wciąż odczuwał ich obecność. – Zapominasz, że byłem w takim samym położeniu jak ty? Może przez to, że byłem wtedy tylko dzieckiem trudniej było mi oswoić się z nagłym powrotem do ciała, ale też miałem łatwiej, ponieważ wróciłem do swojego. Ty za to znalazłeś sobie nowe, znacznie potężniejsze.

Faust słuchał go w milczeniu. Starał się przybrać obojętną minę, dać do zrozumienia, że Fay wygaduje kompletne farmazony, ale mag zauważył, że kolana czarnoksiężnika od czasu do czasu drżą, jakby próbował nimi poruszyć, ale nie był w stanie. Widząc zbliżające się zagrożenie, chciał jak najszybciej zyskać jak największą kontrolę nad Nataku.

- Nawet jeżeli to co mówisz byłoby prawdą – Faust uniósł obie ręce i pomachał nimi do Fay'a, chcąc w ten sposób wyśmiać jego wcześniejsze słowa. Ale ten gest nie zwiódł maga; czarnoksiężnik nie wykonał dotąd żadnego kroku. – To ciało ma w sobie tyle magii, że nawet ja jestem zaskoczony. Spodziewałem się ogromnej mocy, ale nie aż takiej. Każda komórka, każdy atom tego ciała przepełniony jest magią. Nataku jest tarczą samą w sobie. Nie dasz rady mnie skrzywdzić.

Z tym Fay, niestety, musiał się zgodzić. Nie miał wątpliwości, że to opromienione ciało było nie do zniszczenia. Biła od niego potężna magia. Głos Fausta był donośny, czuć w nim było nadludzką siłę. Samą mową mógł wyrządzić krzywdę innym ludziom. Nie, Faust nie blefował tym razem.

- Cóż, nawet jeżeli to prawda, nie będę stał i przyglądał się bezczynnie jak niszczysz wszystko, co stoi na twojej drodze – już w trakcie wypowiadania tych słów mag zaczął wykonywać ruchy dłońmi, wypisywał niewidzialne zaklęcie przygotowując atak. Faust obserwował jego poczynania uważnie. Nie był w stanie zrobić uniku. Jeszcze nie. Wciąż nie potrafił się poruszyć, aczkolwiek Fay wychwycił nieznaczne drgnięcie, kiedy czarnoksiężnikowi udało się przesunąć stopę. Fay nie tracił czasu, wyszeptał inkantację i zaatakował. Atak był silny, na tyle, by ściąć z nóg nawet silnego czarodzieja. Oczywiście Fay wiedział, że teraz na Fauście nie wywrze aż takiego wpływu.

Nie przypuszczał tylko, że atak nie poskutkuje w ogóle.

Faust dostał prosto w serce. Ale zaklęcie rozeszło się po nim niczym piorun po piorunochronie. Fay przełknął głośno ślinę. To będzie znacznie trudniejsze niż przypuszczał.

- Tracisz czas – Faust poinformował go sucho. – Skorzystaj z mojej rady i uciekaj stąd. - Jego głos, jak i twarz nie zdradzały żadnych emocji, ale Fay nie dał się oszukać. Po raz kolejny czarnoksiężnik pozwolił mu odejść i z całą pewnością nie robił tego przez nagły przypływ ojcowskich uczuć. Nie chciał konfrontacji, a to znaczyło, że był słabszy, niż Fay początkowo zakładał. Faust prawdopodobnie nie był świadomy, że w komnacie przebywała również Tomoyo. Co prawda mógł poruszać głową, ale Fay zauważył, że nie jest w stanie całkowicie przekręcić ją w żadną stronę, co świadczyło, że Tomoyo i Kurogane znajdowali się poza zasięgiem jego wzroku. Jeżeli Fay'owi dłużej uda się skupić uwagę przeciwnika na sobie, mogą tę walkę szybko skończyć. Jego ataki nie muszą być skuteczne, ważne, by ojciec koncentrował się tylko na nim.

Fay zaatakował. Nie mógł pozwolić na to, by Faust miał czas na badanie własnego ciała. Im dłużej był unieruchomiony, tym większe mieli szanse, że uda im się go zapieczętować.

Mag rzucał zaklęciami bez przerwy. Krótkie formuły przeplatały się z długimi, skomplikowanymi inkantacjami, podbiegał do Fausta, to zwiększał dystans. Czarnoksiężnik nie pozostawał bierny, i o ile pozwolił, aby pierwsze ataki w niego uderzyły, tak wkrótce stracił cierpliwość i zaczął odpowiadać. Od samego początku miał kontrolę nad rękami, a wraz z upływem czasu, jego ruchy stawały się szybsze i płynniejsze. Rzucał zaklęciami z równą gorliwością co Fay, ale w przeciwieństwie do młodszego mężczyzny jego natarcia były znacznie groźniejsze.

- Nie widzisz, że to co robisz jest pozbawione sensu? – stoicyzm dawno opuścił Fausta i w jego głosie wyraźnie brzmiała teraz irytacja. – Twoje ataki jedynie mnie łaskoczą. Jesteś na przegranej pozycji.

Mag otworzył usta, by udzielić odpowiedzi, ale zapomniał co miał powiedzieć w chwili, gdy zobaczył wiązkę energii lecącą w swoim kierunku. W ostatniej chwili zrobił unik, ale i tak cios go dosięgnął. Magia uderzyła w jego lewę ramię i Fay miał wrażenie, że słyszy odgłos gruchotanych kości. Stęknął i upadł na ziemię. Ramię zapłonęło od bólu, a w skutek upadku, rana od noża, którą wcześniej zadał mu Faust, ponownie zaczęła krwawić.

Fay miał ochotę zwinąć się z bólu, ale widok Fausta ponownie szykującego się do ataku zmusił go do działania. Przeturlał się w bok, usłyszał jak zaklęcie mija go i rozsadza kolumnę za jego plecami.

Fay zdawał też sobie sprawę z tego, że jeżeli Faust zyska całkowitą kontrolę nad nowym ciałem to wystarczy jedno zaklęcie, a mag zostanie tylko kupą popiołu na posadzce. Albo, znając kreatywność Fausta, reszta życie spędzi jako ropucha. Bądź ośmiornica. A może nawet zostanie krzyżówką kilku zwierząt. Kto wie, co tam chodzi po szalonej głowie jego ojca.

Skup się nakazał sobie. Kątem oka zauważył, że po prawej stronie Fausta, wzdłuż podłogi pojawiają się jasne, fioletowe linie. Czarnoksiężnik wciąż nie był w stanie się ruszyć, więc jeżeli Fay wytrzyma jeszcze chwilę, Tomoyo uda się go uwięzić.

- Naprawdę garniesz się, by zginąć. – Zauważył Faust. – Skoro tak ci na tym zależy, spełnię twoje życzenie.

Fay wziął głęboki oddech przygotowując się na kolejną serię ataków. Jeszcze trochę, a Tomoyo zapieczętuje Fausta i będzie po wszystkim.

Widząc jasne światło zmierzające w kierunku czarnoksiężnika Fay poczuł napływ sił i motywację. Wykonał unik. Jeszcze jeden, następny. Powietrze wokół niego świszczało od przechodzących obok uderzeń. Wiązki światła mijały go o centymetry. Faust warknął gniewnie, próbował rozproszyć maga słowami, ale Fay nie zwolnił. Wykonywał dziki taniec, próbując uniknąć wszystkich ciosów i ignorując ból w ramieniu oraz pęknięte żebra. Popadł w całkowitą defensywę, skupiał się na ciągłym omijaniu. Mięśnie drżały mu z wysiłku i wiedział, że jeżeli pozwoli sobie choć na moment przerwy nie będzie w stanie ponownie zmusić ciała do takiego wysiłku. Nie żeby musiał… chwila odpoczynku i Faust z pewnością by go dosięgnął.

- Co za uparte stworzenie – Faust tracił cierpliwość. Nie wiadomo, czy to adrenalina, czy może jednak ciągłe próby, ale ku przerażeniu maga, noga czarnoksiężnika zgięła się w kolanie i uniosła nad ziemię. Faust zyskiwał kontrolę nad nowym ciałem stanowczo zbyt szybko.

Fay był tak skupiony na nogach przeciwnika, że nie zauważył, jak z lewej dłoni mężczyzny zaczęła uwalniać się magia. Powietrze zdawało się zafalować i po chwili niewidzialna siła zwaliła czarodzieja z nóg.

Fay przeklął. Atak go zaskoczył, dlatego nie zdołał nawet ustawić ciała w odpowiedniej pozycji do upadku. Wylądował ciężko na plecach, a jego głowa z gruchotem uderzyła o podłogę. Ból eksplodował w nim z taką siłą, że na moment gwiazdy zatańczyły mu przed oczami zajmując całe jego pole widzenia. Z jego ust wydobył się mimowolny jęk, a sam ruch warg wywołał kolejne fale bólu w jego głowie.

Miał wrażenie, że leży na zimnej podłodze całe godziny, ale w rzeczywistości nie mogło upłynąć więcej niż kilka sekund. Kiedy wreszcie mroczki przed jego oczami zmniejszyły się na tyle, że był w stanie cokolwiek zobaczyć, ujrzał jak Faust szykuje się do ostatniego ciosu. Miał uniesione obie ręce, jedna noga powoli poruszała się w powietrzu, kiedy mężczyzna, choć z trudem, próbował się poruszyć.

- Czemu nie uciekniesz tylko walczysz? Dla kogo to robisz? Dla siebie? Chcesz zemścić się na mnie? Bo wiesz synu, zemsta to taki żałosny powód… - Fay nawet nie wiedział skąd nadszedł atak. Brzuch zapiekł go od uderzenia. Zbolały jęk opuścił jego gardło.

- Więzi – Faust kontynuował monolog. – One są największą słabością człowieka. Ludzie nie powinni przywiązywać się do siebie. Przez to robią naprawdę głupie rzeczy. Na przykład ty… zginiesz dzisiaj, chociaż już dawno mogłeś uciec i zaszyć się gdzieś, gdzie nie mógłbym cię znaleźć.

Fay wiedział, że to koniec. Wiedział, że nie uda mu się poruszyć na czas. Mógł tylko bezradnie obserwować jak Faust przygotowuje się do zadania ciosu i w ciszy pogodzić się ze swoim losem. Zmęczony i zrezygnowany pozwolił swoim powiekom opaść, z dziwnym spokojem oczekując na nową porcję bólu i mającą zaraz po tym nastać nicość.

Miał wrażenie, że świat wiruje wokół niego, a fale nudności atakowały go wraz z pulsującym bólem. Szum w jego głowie był tak ogromny, że ledwo przedarł się przez niego oburzony okrzyk Fausta.

- Co to ma znaczyć?!

Fay automatycznie otworzył oczy, by zbadać sytuację. Zaskoczony, zobaczył Fausta, który zastygł w trakcie wykonywania ataku. Czarnoksiężnik stracił zainteresowanie swą niedoszłą ofiarą i patrzył teraz na swoją uniesioną w powietrzu nogę. Fay podążył za jego spojrzeniem.

Jarzący się magicznym światłem, fioletowy węzeł opleciony był wokół kostki czarnoksiężnika ciągnąc jego uniesioną stopę z powrotem na ziemię, podobny wił się wokół jego drugiej nogi. Zdążył opleść już kolano i powoli zmierzał w kierunku uda.

- KAPŁANKA!

Faust wreszcie dostrzegł Tomoyo i odgadł zamiary ich trójki. Na jego twarzy pojawił się grymas wściekłości i ledwie dostrzegalny strach.

- Było blisko, ale to wciąż za mało by mnie powstrzymać! – krzyknął. Machnął ręką, a z jego dłoni wyrosły długie, ostre pazury, które bez problemu rozcięły fioletowe węzły. Gdy tylko magiczne sznur opadł, z podłogi wystrzeliły następne. Atakowały nogi czarnoksiężnika, jego biodra, kilka skierowało się w stronę jego nadgarstków. Faust przecinał je nieustannie, ale w miejsce każdego pojawiały się nowe. Mężczyzna zrozumiał, że w ten sposób niczego nie osiągnie. Fay zobaczył, jak wzrok Faust wędruje na kapłankę. Próbował krzyknąć, ostrzec Kurogane i Tomoyo, ale z jego gardła wydobył się jedynie cichy warkot.

Faust wziął głęboki zamach, jego monstrualna ręka z ostrym świstem przecięła powietrze. Wiązka czystej energii poleciała w stronę kapłanki.

- Nie pozwolę ci jej tknąć!

Fay usłyszał zdenerwowany krzyk, a zaraz po tym odgłos odparowanego ataku.

Kuro-tan!

Nie był w stanie ze swojej pozycji na ziemi dostrzec wojownika, ale z furii wymalowanej na twarzy Fausta mógł domyślić się, że Kurogane powstrzymał jego atak. Fay poczuł natychmiastową ulgę, ale uczucie to umarło, raptownie zastąpione paniką, kiedy Faust wykonał serie gestów, a komnatę wypełnił głośny jęk.

- Kuro…!
Zbolały głos wojownika był niczym zastrzyk adrenaliny dla maga. Nim zdążył zebrać myśli, był już na nogach i ignorując ból w całym ciele, ruszył biegiem w przeciwny koniec komnaty, gdzie Kurogane osłaniał Tomoyo.

Faust próbował go powtrzymać, nie przerywając jednocześnie ataku na pozostałą dwójkę. To jednak okazało się być zbyt trudne dla jego nowego ciała i żaden z ciosów nie dosięgnął celu. Ten nieudany ruch został momentalnie wykorzystany przez Tomoyo; nowe węzły pojawiły się wokół Fausta i oplotły jego stopy i pas. Czarnoksiężnik ponownie został unieruchomiony. Z dzikim rykiem usiłował przeciąć węzły, które oplotły go niczym kokon, ale bezskutecznie. Węzły zdawały się ze sobą scalić, tworzyły teraz jednolitą powłokę, skutecznie krępującą dolną część ciała Fausta.

Mężczyzna wierzgał i szarpał się, atakował pancerz, ale moc Tomoyo była zbyt silna i jego ciosy nie przynosiły skutku.

- Zabiję cię. Słyszysz? Zabiję cię, suko!

Faust teraz kompletnie nie przypominał siebie. Gdzieś w toku walki zniknął mężczyzna, którego opanowanie i chłodna logika były największą bronią, a pojawił się wściekły szaleniec, który atakował bez ustanku i bez żadnego przemyślenia.

Mogło to być spowodowane jego obecną sytuacją, ale Fay podejrzewał, że moc Ruin miała w tym większy udział. To zbyt duża siła, aby mógł się z nią mierzyć pojedynczy człowiek. Faust zatracał sam siebie, nie będąc w stanie udźwignąć starożytnej magii.

Niczym rozszalałe zwierzę zaczął wymachiwać rękami, tworząc coraz to nowsze zaklęcia, wiedząc, że tylko zabijając Tomoyo jest w stanie uwolnić się z formującej się wokół niego pieczęci. Jego ataki były chaotyczne, pozbawione jakiejkolwiek kalkulacji.

Kurogane pozbierał się po wcześniejszym natarciu i próbował zablokować nowe, ale był zbyt słaby, by móc przeciwstawiać się całej mocy Fausta. Upadł na kolana, jego koszula przestała istnieć, resztki czarnego materiału trzymały się na jego piersi na pojedynczych nitkach. Wojownik sapał ciężko, ale jego gniewny wzrok nie opuścił twarzy Fausta ani na moment.

- Nie pozwolę ci jej tknąć! – zagrzmiał. Jego głos był zachrypnięty, ale wciąż przebrzmiewały w nim siła i stanowczość, które mógł wydobyć z siebie tylko człowiek gotowy oddać życie w obronie bliskich.

Fay był zbyt daleko, by pomóc Kurogane. Miał wrażenie, że się wlecze, że jego nogi są z ołowiu, nie chcą się posuwać, że powietrze jest gęste i dodatkowo utrudnia mu ruchy. Wydawało mu się, że mijają godziny, podczas których pokonuje bezkresny dystans dzielący go od dwójki Nihończyków, ale naprawdę nie minęło nawet kilka minut. Martwił się o Kurogane. Ataki Fausta były zbyt gwałtowne i silne, by wojownik mógł długo wytrzymać. Kolejny cios wyrwał miecz z jego rąk i powalił go na ziemię.

- Kurorin!

Między Tomoyo a Faustem nie było teraz żadnej przeszkody. Kapłanka wciąż pogrążona była w medytacji, miała zamknięte oczy, ale Fay wiedział, że była świadoma zagrożenia. Jej ramiona napięły się, usta zacisnęły w wąską linię, ale nie przerwała procesu, ani na moment się nie zawahała.

Włosy miała rozczochrane, kilka kosmyków przylepiło się do jej mokrego czoła i policzków. Z nosa leciała jej krew. Wysiłek jaki podjęła był zbyt wielki, a mimo to nie poddawała się, gotowa zapieczętować Fausta bez względu na własne zdrowie. Fay poczuł szacunek do kapłanki. Nie dziwił się już czemu Kurogane tak wysoko ją cenił.

- Nie pozwolę ci! – Kurogane krzyknął dokładnie w momencie, w którym Faust zaatakował. Wojownik tylko siłą woli dźwignął się na nogi i po prostu stanął przed kapłanką, robiąc za żywą tarczę.

Fay poczuł jak zalewa go fala przerażenia. Wyszukał w głowie odpowiednie zaklęcie, niemal krzyknął formułę i jego atak zmieszał się z atakiem Fausta. Miał zbyt mało czasu, by zneutralizować całkowicie czar Fausta, ale udało mu się znacznie goosłabić, i kiedy wiązka granatowego światła dosięgła Kurogane, nadal wstrząsnęła jego ciałem i z powrotem posłała go na ziemię, ale nie pozbawiła życia.

Nim Fay podbiegł do leżącego Kurogane, wysłał jeszcze całą serię zaklęć w stronę Fausta, ale, tak jak wszystkie wcześniejsze, nie wywołały one na czarnoksiężniku żadnego wrażenia. Jedynie irytację.

- Przestań się wreszcie wtrącać! – zagrzmiał. Resztki opanowania dawno go opuściły. Węzły oplatały go coraz wyżej i ciaśniej. Starał się je rozcinać jedną ręką, drugą atakować kapłankę, ale interwencje maga, choć mało groźne, wytrącały go z rytmu.

- Przestań – Fay próbował zawołać, ale jego głos wciąż był słaby i zachrypnięty. Odkaszlnął i spróbował ponownie. Tym razem udało mu się przebić przez hałas panujący w komnacie. – Przestań! Nie widzisz co się z tobą dzieje? Nie panujesz nad tą mocą! Zachowujesz się jak rozszalała, bezmyślna bestia! Nie dasz rady ujarzmić takiej siły! Nawet jeśli wydaje ci się, że możesz zapanować nad tym ciałem, to nie zapanujesz nad tą mocą. Ona cię zniszczy! Może ciało Nataku wystarczająco zaadaptowało się, by móc przechować tę magię, ale umysł jednego człowieka nie jest w stanie znieść takiej potęgi!

Faust wciąż szarpał się i groził. W jego oczach nie było śladu świadomości. Czarnoksiężnik, który jeszcze niedawno walczył z synem używając swojej inteligencji, został zredukowany do dzikiej bestii, atakującej z furią i bezmyślnie.

- Tomoyo cię zapieczętuje. Nie uda ci się tego powstrzymać – powiedział Fay, teraz już ciszej. Patrząc na Fausta czuł dziwny smutek. Nie szanował człowieka, jakim był wcześniej czarnoksiężnik, ale widok tak znakomitego umysłu zniszczonego przez własną chciwość i żądzę mimowolnie napełniał go smutkiem. – Opuść to ciało - miał nadzieję, że jego słowa dotrą jeszcze do resztki dawnego Fausta. – Jeżeli zostaniesz zapieczętowany, twoja dusza również zostanie uwięziona. Nie skazuj siebie na taki los i opuść to ciało.

Lewa ręka Fausta zniknęła, zasłonięta fioletowym pancerzem. Prawa dłoń też została dosięgnięta przez czar Tomoyo. Jasne nitki owijały się wokół wciąż gigantycznego nadgarstka. Czarnoksiężnik stał bez ruchu, pasywnie poddając się zabiegom, wiedząc, że dalsza walka nie ma sensu. Spuścił głowę i Fay nie mógł dostrzec wyrazu jego twarzy. Jednak z drżenia jego jednego widzialnego ramienia mógł wywnioskować, że czarnoksiężnik płacze. Przegrał. Wszystkie jego starania, lata przygotowań, największe marzenie właśnie legły w gruzach. Fay prawie czuł współczucie do tego człowieka.

Faust nagle, gwałtownie poderwał głowę. Mag zauważył, że na policzkach czarnoksiężnika nie ma śladu łez. Za to obłąkańczy wyraz jego oczu posłał dreszcze po plecach Fay'a.

Komnatę wypełnił śmiech. Głośny, raniący uszy śmiech szaleńca. Fioletowe więzy dalej oplatały Fausta, ale to zdawało się mu nie przeszkadzać. Śmiał się dalej, donośnie, jakby kompletnie już odjęło mu rozum.

Śmiech, jak nagle się zaczął, równie nagle urwał. Faust odchrząknął, po czym odwrócił głowę, by spojrzeć Fay'owi w oczy.

- Jeżeli ja mam tu zginąć, to nie zamierzam być jedyny.

Nim Tomoyo zdążyła całkowicie zablokować jego rękę i nim węzły zakryły twarz Fausta, czarnoksiężnik wypowiedział zaklęcie.

Komnata stanęła w ogniu.


Zachowanie Fausta było tak niespodziewane, że Kurogane nie zdążył nawet sformułować myśli, a co dopiero zareagować. Mag również był zaskoczony, co miał wypisane na całej twarzy. Ulga jaką odczuwali chwilę temu na myśl, że wygrali, była teraz zupełnie zapomniana.

Ogień stworzony przez Fausta nie miał w sobie nic naturalnego. Kurogane wiedział, że barwa płomienia zależy od paliwa, ale nie spotkał się jeszcze nigdy z tak krwistoczerwonym kolorem ognia, który na dodatek dryfował w powietrzu i spalał kamień. Wojownik miał ochotę przetrzeć oczy, aby upewnić się, że to co widzi dzieje się naprawdę. Część ognia znajdowała się na podłodze i zdawała się pożerać kamienną podłogę, lewitujące płomienie niszczyły ściany ruin. Cała komnata trzęsła w posadach. Jedyne zachowane pomieszczenie Ruin niedługo zostanie całkowicie zniszczone. O kolejnej, nienaturalnej cesze ognia, Kurogane przekonał się kilka sekund później, kiedy do jego płuc dostała się dawka dymu, która zdawała się zmrozić jego płuca. Odkaszlnął próbując złapać oddech, łzy nabiegły mu do oczu i spłynęły po policzkach. Kątem oka dostrzegł maga, który gorączkowo rzucał zaklęciami, ale nawet wyczarowana przez niego woda nie dała rady szatańskim płomieniom.

Kurogane usłyszał, jak za jego plecami Tomoyo krztusi się dymem. Kiedy odwrócił się, ujrzał kapłankę trzymającą się za gardło, rozpaczliwie próbującą złapać oddech, ale każdy haust powietrza przynosił ze sobą kolejną dawkę dławiącego dymu.

Magiczny krąg wokół kapłanki zaczął słabnąć. Pancerz otaczający Fausta tracił konsystencję, jednolita masa na głowie czarnoksiężnika ponownie zamieniła się w fioletowe węzły i zaczęła opadać.

Jakby tego było mało, do nozdrzy Kurogane przedarł się zapach, który wywołał u niego natychmiastowe nudności. Rozejrzał się w poszukiwaniu źródła smrodu i zobaczył jak stare ciało Fausta znika pod językami ognia. Swąd palonego ciała był tak silny, że wojownik nie wytrzymał: opadł na kolana i opróżnił zawartość żołądka. Z odgłosów obok dowiedział się, że Tomoyo uczyniła dokładnie to samo.

Fay dalej, bezskutecznie próbował zwalczyć płomienie, które nieprzerwanie parły do przodu zamykając ich trójkę w ciasnym, gorącym kręgu. Tymczasem pieczęć słabła coraz bardziej; twarz Fausta została całkowicie uwolniona oraz część jego ciała razem z potężną dłonią.

- Przepraszam, nie dam rady – Tomoyo wychrypiała, po czym ogarnęła ją kolejna salwa kaszlu.

Kurogane poczuł, że ogarnia go bezsilna furia. Już prawie skończyli pieczęć, a teraz…!

Mężczyzna poderwał się raptownie na nogi, kiedy zobaczył że wokół niego i Tomoyo zaczyna wytwarzać się… bańka. Dotknął przezroczystej, galaretowatej powierzchni przed sobą, ale jego dłoni nie udało przebić jej dość grubej ścianki.

- Co do…? – mężczyzna urwał, kiedy uświadomił sobie, że gorąc zniknął, razem z paskudnym zapachem i dymem. Zaczerpnął głęboko tchu, a jego płuca oczyściła dawka świeżego, wspaniałego powietrza.

Na powierzchni bańki zaczęły pojawiać się niebieskie symbole, które zdawały się umocnić jej konstrukcję. Kurogane spojrzał na maga, który kilka metrów dalej otoczył siebie taką samą barierą. O ile Kurogane i Tomoyo znajdowali się w dość dużej odległości od ognia, tak Fay miał już krwiste płomienie niemal u stóp. Nastąpiła napięta chwila, podczas której całą trójką obserwowali, czy ogień przedrze się przez magiczną barierę i zabije maga. Płomienie uderzyły o galaretowatą ścianę, po czym rozproszyły się i ominęły ją.

Kurogane wypuścił ze świstem powietrze. Fay'owi udało się ich ocalić.

- Pancerz też otocz barierą – Tomoyo zawołała do maga. – Jeśli spłonie, magia uwolni się z ciała i rozproszy!

Fay skinął głową. Utrzymanie trzech barier musiało być dla niego zbyt wyczerpujące, ponieważ mag zdecydował się zbliżyć do Fausta i zamknąć go w swojej barierze. Czarnoksiężnik, który śmiał się do tej pory obłąkańczo, zamilkł, kiedy zdał sobie sprawę, że jego ofiary wciąż żyją i dalej usiłują go uwięzić.

- Dasz radę skończyć pieczęć? – spytał Kurogane odwracając się do kapłanki. Niepotrzebnie. Dziewczyna z powrotem pogrążona była w procesie, krąg wokół niej na nowo zabłysnął i magiczne węzły znów zaczęły oplątywać czarnoksiężnika.

W międzyczasie ogień zamknął ich w kole, które zawężało się z każdą chwilą. Z sufitu oderwały się kawałki konstrukcji i upadły wprost na nich, ale na szczęście bariera podziałała również na nie, odbiły się od niej jak od trampoliny, a po chwili zniknęły w językach ognia.

- Niech cię szlag!

Faust próbował wyszarpnąć dłoń od oplatających ją węzłów, ale nie udawało mu się to. Kurogane po raz kolejny poczuł podziw do swojej przyjaciółki. Patrzył z niemałą satysfakcją, jak fioletowe nitki oplatają się wokół nadgarstka czarnoksiężnika, chwytają jego mały palec, środkowy i już sięgał po wskazujący, kiedy stało się coś nieoczekiwanego.

Kurogane jako jedyny widział co się dzieje. Tomoyo wciąż miała zamknięte oczy, a Fay odwrócony był tyłem do pieczęci, bo koncentrował się na bezpieczeństwu dwójki Nihończyków. Nie mógł więc zauważyć, jak paznokieć Fausta wydłuża się, przybiera kształt szabli, której ostra końcówka wymierzona była w jego plecy.

Paniczny krzyk zaczął formować się w gardle Kurogane, ale nim ostrzeżenie opuściło jego usta olbrzymi paznokieć wbił się w ciało Fay'a.

Kurogane miał wrażenie, że świat zatrzymał się na kilka sekund. Odgłos pożaru, ciche szeptanie Tomoyo, czy nerwowe powarkiwanie Fausta wyciszyły się, cała komnata straciła na ostrości, bo Kurogane widział teraz tylko Fay'a.

Siła uderzenie zmusiła maga do postawienia kilku chwiejnych kroków do przodu. Kurogane widział niezrozumienie i szok na twarzy maga. Fay z wyraźnym trudem odwrócił głowę, by zobaczyć pazur zanurzony w swoim ciele. W tym momencie Tomoyo udało się zakryć dłoń Fausta,. Pazur oderwał się od palca i upadł przeważając przy tym Fay'a. Mag wygiął się w łuk próbując złapać równowagę. Jego spanikowany spojrzenie spotkało się z równie przerażonym spojrzeniem wojownika. Oderwana końcówka paznokcia uderzyła o ziemię powodując, że jego drugi koniec zanurzył się bardziej w Fay'u i przebił jego pierś. Fay wydał z siebie bolesne stęknięcie, które było doskonale słyszalne dla Kurogane, mimo dzielącej ich odległości.

Gdzieś za plecami Fay'a Faust został całkowicie zapieczętowany. Klęcząca obok wojownika Tomoyo wykonała ostatni etap pieczęci i pancerz zaczął wnikać w ziemię, ale ani Fay, ani Kurogane tego nie widzieli.

Po chwili, która mogła trwać sekundy albo i całą wieczność, Kurogane nie potrafił tego stwierdzić, Fay wyprostował się. Zamknął dłoń na pazurze za plecami i pociągnął, wynurzając go z ciała. Gdy tylko stracił podparcie, opadł na kolana. Jedną ręką uchronił się przed dalszym upadkiem, drugą przyłożył do ust. Kurogane widział krew wypływającą spomiędzy jego palców..

Otaczające ich bariery zaczęły tracić na ostrości. Fay nie miał sił ich dłużej utrzymywać.

- Skończyłam – Tomoyo odezwała się gdzieś obok Kurogane. – Możemy… och… - kapłanka zawiesiła głos, ale to też zdawało się być przez wojownika niezauważone. Dopiero kiedy jej mała dłoń dotknęła jego ramienia w geście pocieszenia, Kurogane wyrwał się z transu.

- FAY! – ryknął. W jego głosie było gołe przerażenie, które zdradzało Tomoyo wszystkie jego uczucia.

Krzyk Kurogane zdawał się dodać magowi sił. Fay poderwał głowę i ponownie ich spojrzenia skrzyżowały się. Kurogane czuł gorąco na twarzy i łzy na policzkach. Nie był pewien, czy tym razem były spowodowane dymem, który przedostawał się przez osłabioną barierę. Tomoyo zakaszlała i ten dźwięk skupił uwagę Fay'a na otoczeniu i zanikającej barierze. Kurogane widział, jak z ogromnym wysiłkiem mag zmusza się do utrzymania zaklęcia. Chciał podejść do Fay'a, podtrzymać go, pomóc mu, ale prócz barier dzieliły ich pasma dziko szalejącego ognia.

- Przepraszam, Kuro-pon – Fay odezwał się cicho. Słaby uśmiech pojawił się na jego ustach, kiedy spojrzał na wojownika. – Jednak nie dam rady udać się z tobą do Nihon.

Fay uderzył pięścią o podłogę. Zerwał się ostry wiatr, który porwał bańkę skrywającą Kurogane i Tomoyo.

- Fay, nie! Czekaj, Fay! – Kurogane zaczął krzyczeć gorączkowo. Uderzał pięściami o powłokę bariery, ale ona tylko wyginała się pod jego ciosami. – FAY!

Mag posłał mu jeszcze jedno, smutne spojrzenie. Jego usta poruszyły się w bezgłośnym zaklęciu i dwójka Nihończyków zaczęła z zawrotną szybkością przemierzać zapadającą się komnatę. Przedarli się bez przeszkód przez ogień i unieśli w górę. Kurogane widział jeszcze jak wzrok Fay'a staje się nieobecny i mag całkowicie osuwa się na ziemię.

Bariera przedarła się przez kamienną ścianę i wyrzuciła Nihończyków na zewnątrz. Znajdowali się kilkanaście metrów nad ziemią, kiedy bańka pękła. Kurogane chwycił Tomoyo, by osłonić ją przed upadkiem. Uderzyli o ziemię z głuchym odgłosem. Kurogane nie poczuł żadnego bólu. Upadek częściowo zamortyzowany był przez piasek, a poza tym… mężczyzna nie czuł w tej chwili niczego. Powtarzał panicznie Fay, Fay, Fay, a jego rozgorączkowany mózg podsuwał mu prawdę, której nie chciał zaakceptować.

Bariera zniknęła zbyt nagle, zbyt szybko. Zupełnie jak zaklęcie dezaktywujące się po śmierci czarodzieja.

Fay.


Kurogane obudził się w swoim łóżku w komnacie gościnnej zamku. Leżał przez chwilę nieruchomo, otoczony przez ciemność. Zasłony były zasunięte, więc wojownik nie był w stanie stwierdzić czy jest dzień, czy noc.

Jego rany były opatrzone, w szybkiej inspekcji upewnił się, że nie brakuje mu żadnej części ciała, a obrażenia nie wydają się zbyt poważne. Co nie zmieniało faktu, że Kurogane był wyczerpany. Każdy mięsień informował go o swoim istnieniu przy najmniejszym ruchu, uniesienie ręki zdawało się być wyczynem ponad jego możliwości.

Wojownik wydał z siebie sfrustrowane westchnięcie, czym obudził drzemiącą cicho na krześle przy ścianie Soumę. Kurogane nie zauważył jej wcześniej, dopiero, gdy zerwała się na nogi i prawie wykrzyknęła jego imię, uświadomił sobie, że nie jest sam.

- Nareszcie się obudziłeś!

- Jak…długo…? – wojownik urwał czując suchość w gardle. Odchrząknął, ale nieprzyjemnie uczucie nie minęło.

- Prawie dwa dni – odpowiedziała Souma. Podeszła do stolika, gdzie stał dzbanek z wodą. Nalała wody do szklani i stanęła przy łóżku. Pomogła Kurogane usiąść, po czym przystawiła mu szklankę do ust. Kurogane, o dziwo, nie sprzeciwiał się takiemu matczynemu traktowaniu. W kilku łykach opróżnił zawartość szklanki przynosząc gardłu natychmiastową ulgę.

- Kiedy wraz z Tomoyo wylecieliście z Ruin, oboje straciliście przytomność – poinformowała go wojowniczka.

- Co z Tomoyo? – spytał natychmiast Kurogane, czując nagłe kłucie w piersi. Jeżeli jednak nie udało mu się uchronić jej przed złym upadkiem i…

- W porządku – Souma zapewniła go szybko, przerywając tym samym paniczne myśli wojownika. – Potrzebuje czasu, by zregenerować siły. Dużo śpi. Kilka godzin temu wstała na chwilę, przywitała się z królem, ale potem ponownie się położyła. Minie jeszcze kilka dni, nim w pełni odzyska energię. Ale nie martw się, poza wyczerpaniem, nic jej nie dolega.

Kurogane milczał przez chwilę. Oparł głowę o poduszkę i zamknął oczy. Wciąż czuł zmęczenie, ale nie mógł pozwolić sobie na sen. Jeszcze nie teraz, póki tak mało wie. Zapiekły go oczy, kiedy Souma zapaliła lampkę przy jego łóżku. Zamrugał, poczekał aż obraz mu się wyostrzy, i spojrzał na przyjaciółkę. Dopiero teraz dostrzegł, że na jej prawym policzku widnieje spora bruzda, a lewe ramię ma zabandażowane.

- To nic takiego – zapewniła go wojownicza czując na sobie jego badawczy wzrok. – Lekarze w Clow są bardzo ostrożni, poza tym, wszyscy mieszkańcy uważają, że mają wobec nas dług wdzięczności i traktują nas niczym chodzące bóstwa – dodała nieco rozbawiona, ale równocześnie poirytowana zaistniałą sytuacją.

- Czyli zwyciężyliśmy – powiedział Kurogane. – Co z królem i tym jego przyjacielem?

- Obaj cali i zdrowi, troszeczkę poobijani, ale nic im nie będzie.

- Dzieciak i księżniczka?

- Nietknięci. Kurogane, możesz być dumny z Syaorana – Souma uśmiechnęła się. – Wraz z księżniczką przyprowadzili pod Ruiny naszych wojowników. Uparli się, że też chcą pomóc, bo to w końcu ich drogie Clow jest atakowane. Widok księżniczki wpłynął pozytywnie na żołnierzy, to było niesamowite. W jednej chwili zrezygnowanie ich opuściło i z nową werwą przystąpili do walki. Bardzo kochają Sakurę – nie było wątpliwości, że mieszkańcy Clow mieli taki sam stosunek do swojej księżniczki, jak Nihończycy do Tomoyo. - Księżniczka pomagała rannym, a Syaoran czuwał nad jej bezpieczeństwem i odganiał wrogów. Kurogane – wojowniczka poklepała delikatnie ramię przyjaciela, nie chcąc sprawiać mu bólu. – świetnie go wytrenowałeś. Chłopak walczył, jakby urodził się z mieczem w dłoni! A ten zdeterminowany wyraz twarzy! Gdyby w mojej obronie ktoś tak walczył! – Dziewczyna westchnęła dramatycznie. – Naprawdę świetna robota – pochwaliła. – Od razu poznałam twoje ruchy, miałam wrażenie, że patrzę na ciebie sprzed lat.

- Dzieciak jest zdolny – odparł Kurogane. Uśmiechnął się kątem wargi. Był dumny z Syaorana. – W krótkim czasie zrobił ogromne postępy.

- Niestety, później dostał czterdziestominutowe kazanie od króla. W końcu mieli z księżniczką zostać w zamku – Souma zaśmiała się. – Nie wiem dokładnie, o czym rozmawiali, ale co jakiś czas słychać było jak król podnosi głos, a kiedy Syaoran wychodził z komnaty był cały czerwony na twarzy. Biedny dzieciak. – Wbrew swoim słowom, Souma z trudem tłumiła śmiech.

Król niech się wydziera dowoli. Za to kiedy tylko Kurogane zobaczy dzieciaka, pozwoli sobie na pochwałę. Smarkacz zasłużył.

- A co z onmyoji'm? – zapytał nagle przypominając sobie o kolejnym przyjacielu.

- Również trochę poobijany, ale to nic poważnego.

- Sorata i Arashi?

Tu Souma się zawahała.

- Udało im się odnaleźć Chii – powiedziała. Kurogane ucieszyła ta informacja, jednak brak uśmiechu na twarzy Soumy zaalarmował go.

- Ale?

- Arashi i Chii wyszły bez szwanku. Sorata zaś…

Tu wojowniczka zawiesiła głos, więc Kurogane przygotował się na złe nowiny. Słuchał z niedowierzaniem, o tym jak potoczyły się wydarzenia w oazie. Souma powtórzyła mu relacje króla, Yukito i Subaru. Opowiedziała też pokrótce, w jaki sposób Chii znalazła się w Clow. Sama nie znała szczegółów, gdyż zarówno Chii, jak i Arashi były zbyt wstrząśnięte obrotem spraw, by spokojnie usiąść i wyjaśnić sytuację.

- Nastroje nie są zbyt wesołe, mimo wygranej – Souma powiedziała na koniec. – To dziwne zaklęcie przemieniło wielu naszych ludzi w kamień, i większość z przeciwników. Król posłał po różnych magicznych uzdrowicieli, magów, kogokolwiek, kto mógłby wiedzieć jak zdjąć zaklęcie z przemienionych osób, więc wciąż jest nadzieja, że Sorata wróci.

Kurogane w milczeniu słuchał przyjaciółki, ale kiedy skończyła odezwał się cicho:

- Oby znalazł się jakimś kompetentny mag, który odwróci działanie zaklęcia.

Wreszcie. Zeszli na temat magów i wydawać się mogło, że ten słoń w pokoju, który był tutaj od samego początku w końcu zostanie przez Kurogane dostrzeżony. Ale nie, Kurogane postanowił specjalizować się w negacji rzeczywistości. Zaczynał rozumieć, czemu on tak często wybierał ucieczkę od problemów…

Souma czekała cierpliwie, ale kiedy Kurogane uparcie milczał, westchnęła cicho.

- Kurogane… - zaczęła. W jej głosie było wszystko to, czego wojownik nie cierpiał: wymuszony spokój, współczucie, niepewność, smutek.

- A przed Ruinami? – przerwał jej, nim zdążyła powiedzieć coś więcej. – Jak potoczyła się walka na zewnątrz?

Wojowniczka milczała przez chwilę, jakby zastanawiała się, jak teraz postąpić. W końcu jednak zdecydowała odpuścić, przynajmniej na razie.

- Nie było łatwo – powiedziała. – Żołnierze Clow nie radzili sobie za bardzo, poza tym ja też miałam problem, bo przeciwnik władał dziwnymi mocami. Ale potem przybyli nasi przyjaciele i księżniczka Tomoyo razem z nimi. Gdyby nie wsparcie, wątpię, byśmy dali radę. Kiedy Tomoyo dowiedziała się, gdzie jesteś, udała się do Ruin chcąc rozeznać się w sytuacji. Martwiłam się o was, długo nie wychodziliście, ale nie mogłam za wami iść, musiałam opanować sytuację na zewnątrz. Po jakimś czasie Ruiny zaczęły się zapadać i dziwny ogień przedostawał się przez nie. Byłam przerażona. – Wojowniczka zadrżała na samo wspomnienie. – Chcieliśmy wam jakoś pomóc, ale nie mogliśmy przedrzeć się przez płomienie. Staliśmy bezczynnie i obserwowaliśmy jak Ruiny się zapadają. Nasi przeciwnicy zaczęli wiwatować, pewni wygranej. Ale niedługo później ty i Tomoyo przebiliście się przez ścianę Ruin, przelecieliście przez płomienie i wylądowaliście na piachu. Ty straciłeś przytomność, ale Tomoyo, nim również zemdlała, zdążyła nam jeszcze powiedzieć, że Faust przegrał. Wtedy wśród przeciwników zapanował popłoch. Niewielu z nich zostało nam już wówczas do pokonania, a na wieść, że ich przywódca nie żyje, zaniechali walki i zaczęli uciekać. Wasze pojawienie się na zewnątrz przypieczętowało zwycięstwo. Ten dziwny ogień palił się jeszcze przez jakiś czas, ale wygasł samoistnie. Niestety spalił wszystko, co było w Ruinach – tu dziewczyna spojrzała znacząco na Kurogane, który obserwował intensywnie swoje dłonie. – Miejsce Ruin zajął gruz.

Souma mówiła dalej, jak to zanieśli nieprzytomnych Nihończyków do zamku, gdzie opatrzono ich rany. Wspomniała, że pochówek martwych żołnierzy odbył się kilka godzin temu, i mimo wygranej mieszkańcy chodzą przygnębieni.

Kurogane kiwał tylko głową, wciąż wpatrując się w bandaże na rękach. Nie zauważył nawet, że w pewnym momencie Souma przestała relacjonować i wpatrywała się w niego zmartwionym wzrokiem. Ze strony Kurogane cisza mogłaby się przeciągać w nieskończoność, ale Souma nie miała tyle cierpliwości. Położyła dłoń na ramieniu przyjaciela w geście mającym przynieść pocieszenie.

- On nie żyje, Kurogane.

Kurogane zacisnął dłonie na kołdrze tak mocno, że zbielały mu kostki.

- Wiem – odpowiedział cicho.


Kiedy Subaru wreszcie udało się zasnąć, nie zapadł w błogą nicość, na którą tak liczył. Jego strudzony umysł podsyłał mu krwawe obrazy; widział Hokuto zabijaną przez Seishirou, po chwili scena została zastąpiona inną, w której i Hokuto, i Sei byli martwi. Krew, krzyk, śmierć, przeraźliwe obrazy przesuwały się pod powiekami onmyounie'go, i chociaż wiedział, że śpi nie potrafił się wybudzić.

Nagle, Subaru poczuł, jak wzdłuż jego pleców przebiegają nieprzyjemnie dreszcze, które nie miały nic wspólnego ze sceną, która odgrywała się przed jego oczami.

Ktoś był tu razem z nim.

Wyczuwał obecność innego umysłu, silną, dominującą, której nie mógł odpędzić nawet jeżeli to w jego głowie właśnie się znajdowali.

- Takie sny są normalne po tym, co ostatnio przeżyłeś.

Subaru odwrócił się gwałtownie i sapnął zaskoczony, kiedy znalazł się z intruzem twarzą w twarz. Odsunął się, by między nimi był chociaż metr odległości.

- Jestem onmyoji'm, w jaki sposób zdołałeś wedrzeć się do mojej podświadomości?

- Może stanowiłoby to większe wyzwanie, gdyby w twoim umyśle znajdowały się jakiekolwiek bariery. Przestałeś dbać o własne bezpieczeństwo – odparł nieznajomy. Mówił bardzo spokojnym i cichym głosem. Spojrzał ponad ramieniem Sumeragiego na wyimaginowanych Hokuto i Seishirou, po czym z niezadowoleniem pokiwał głową. – Pozwól, że zmienię trochę scenerię. – Machnął dłonią jakby odganiał się od natrętnej muchy i Subaru nagle znalazł się pośrodku dużego lasu.

Nieduża ilość promieni słonecznych przedzierała się przez gęste korony drzew i Subaru czuł ich ciepło na policzku. W powietrzu unosił się zapach grzybów i trawy, a lekki wiatr mierzwił krótkie włosy onmyouji'ego i długie złote kosmyki stojącego obok niego mężczyzny. Gdyby nie zbyt jaskrawe kolory, a wiewiórki i zające wyglądające bardziej jak bajkowe rysunki niż realne zwierzęta, Subaru mógłby uwierzyć, że opuścili krainę snów i znajdują się teraz gdzieś w prawdziwym świecie.

- Usuńmy się trochę, zaraz będzie przejeżdżał tędy książę.

- Huh? – młody mężczyzna chwycił Subaru za łokieć i pociągnął, ściągając go z wąskiej ścieżki. W tym momencie liście zaszeleściły i spośród zarośli wyłonił się młodzieniec na białym koniu. Minął Subaru i blondyna w ogóle ich nie dostrzegając. Wzrok miał utkwiony w dali, gdzie blondwłosa dziewczyna tańczyła z sową ubraną w czerwony płaszcz.

- Zdecydowanie sen – mruknął Subaru pod nosem, po czym spojrzał na drugiego mężczyznę. – Kim jesteś? Zaraz… - onmyouji zawiesił głos. Przyjrzał się uważniej nieznajomemu. – Ja ciebie znam! Byłeś wtedy w tym magazynie. Kiedy Seishirou… - tu zawiesił na moment głos. – Kiedy dowiedziałem się, że mnie oszukiwał, kiedy z nim walczyłem.

Subaru wyraźnie pamiętał teraz młodzieńca, który siedział wówczas przy stole. Nie walczył z onmyouji'm, kiedy ten został przyłapany na podsłuchiwaniu. Siedział cały czas w milczeniu i tylko obserwował wydarzenia ze smutkiem w oczach.

- Owszem, byłem tam. – Przyznał nieznajomy. – Nazywam się Kakyou. Kuzuki Kakyou. Mam zdolność odwiedzania ludzi w snach.

- Dlaczego do mnie przyszedłeś? – spytał onmyouji mierząc mężczyznę nieufnym spojrzeniem. Nie wyczuwał od niego zagrożenia, ale pozostawał czujny na wypadek ewentualnego ataku.

- Seishirou – zaczął Kakyou, ale zawahał się widząc nagły grymas na twarzy Sumeragiego. – Wiem, że wasze stosunki są napięte, ale nie wiem kogo innego zapytać. Seishirou nie wrócił po walce. Próbowałem skontaktować się z nim we śnie, ale nie jestem w stanie. Czy on…? – pytanie zawisło niewypowiedziane do końca, ale Subaru doskonale zdawał sobie sprawę, co Kakyou chciał wiedzieć. Odpowiedź musiała być wymalowana na jego twarzy, ponieważ nagle Kuzuki sposępniał, spuścił głowę i westchnął ze smutkiem. – Rozumiem.

- Był twoim przyjacielem? – spytał Subaru pragnąc dowiedzieć się więcej o Seishirou i jednocześnie, nie wiedząc czemu, czując potrzebę pocieszenia tego smutnego mężczyzny.

- Coś w tym rodzaju – odpowiedział Kakyou zdawkowo. – On… - odgarnął włosy z twarzy, by móc spojrzeć Subaru w oczy. – On chciał ci coś powiedzieć. Pozwól, że zrobię to w jego imieniu. Ale nie tutaj.

- Dlaczego nie tutaj? – Subaru ponownie rozejrzał się po otoczeniu. W dali blondwłosa piękność tańczyła teraz z księciem. Śpiewali coś, ale byli zbyt daleko, by Subaru mógł usłyszeć melodię, a co dopiero słowa.

- Jesteśmy teraz w śnie pewnej osoby – szepnął Kakyou podążając za wzrokiem Subaru. – Nie chcę go dłużej zakłócać naszą rozmową.

- Wróćmy zatem do mojej świadomości…

- Nie – Kakyou przerwał Subaru w połowie wypowiedzi. - Ta rozmowa musi odbyć się w rzeczywistości. Przyjdź do mnie.

- Skąd mam wiedzieć, że to nie pułapka? – spytał onmyouji podejrzliwie.

W tym momencie obok nich przebiegły bajkowe zwierzęta, a zaraz za nimi przeszli książę i blondwłosa dziewczyna. Nie wiadomo skąd dobywał się śpiewający głos.

Jeśli znowu śnię niech wreszcie ten sen nie będzie snem,

Już od tego dnia, tak śmiało jak ja, na jawie mi mów, jak w każdym ze snów,

- Przyjdź, nie pożałujesz – odpowiedział Kakyou, nie patrząc na Subaru tylko smutnym wzrokiem podążając za oddalającą się parą.

że kochasz mnie.

Nim Subaru miał szansę odpowiedzieć sen zaczął się rozmywać, postać Kakyou straciła na ostrości i po chwili onmyouji był sam, z powrotem w swoim umyśle. Ale tym razem Kakyou zadbał o to, by nie śniły mu się koszmary.


- Więc co? Nie jesteście w stanie zrobić absolutnie nic? Naradzacie się między sobą, mądrzycie się, ale kiedy przychodzi co do czego, żaden z was nie jest wystarczająco kompetentny…

Kurogane bez słowa minął salę, w której Arashi wyładowywała swoją złość na grupie magicznych medyków. Souma wspomniała mu, że kolejni ochotnicy przybyli chcąc spróbować zdjąć zaklęcie z kamiennych figur. Wnioskując po tyradzie lekarki, wojownik nie musiał pytać, czy udało im się cokolwiek osiągnąć.

Dotarł do bram zamku, gdzie czekali na niego księżniczka i dzieciak. Bez słowa ustawili się po obu jego stronach, po czym zaczęli iść wolno, uważnie obserwując jego kroki, jakby Kurogane był kaleką, który mógłby w każdej chwili stracić równowagę.

Minęło już kilka dni odkąd odzyskał przytomność, większość ran nie dokuczała mu już na tyle, by nie mógł się poruszać. Właściwie już pierwszego dnia po wybudzeniu był w stanie ustać o własnych siłach i opuścić komnatę. Mógł, ale nie chciał.

Kazał Soumie zasunąć zasłony, po czym zaszył się w swojej komnacie, nie czując potrzeby opuszczania łóżka. Po raz pierwszy w życiu nie przeszkadzał mu bezruch. Leżenie i obserwowanie sufitu zdawało się być przyjemniejszym zajęciem, niż zmierzenie się z czymkolwiek, co czekało go za drzwiami.

Oczywiście nie obyło się bez wizyt. Souma, Tomoyo, księżniczka i dzieciak odwiedzali go regularnie, nawet kilka razy dziennie. Król i jego przyjaciel dwukrotnie złożyli mu wizytę. Touya wygłosił monolog, mówił jak bardzo jest wdzięczny, jaki Clow ma dług i że Nihończycy w każdej chwili mogą oczekiwać od Clow wsparcia, jeżeli kiedykolwiek będą go potrzebować, a on, Kurogane, jest i będzie przyjacielem królestwa. Zawsze mile widzianym.

Kurogane słuchał beznamiętnie, na koniec skinął głową i podziękował. Wychodząc, król pozwolił sobie na mniej oficjalny gest i uścisnął mocno ramię wojownika w wyrazie uznania i pocieszenia.

Oprócz przyjaciół, do jego komnaty przychodzili jeszcze służący z jedzeniem i raz na kilka dni – lekarz. Kurogane znosił cierpliwie te wizyty, ale w głębi ducha ich nienawidził. Bo naiwnie i całkowicie nielogicznie, za każdym razem, kiedy klamka od drzwi uchylała się, jego głupie serce biło mocniej, klatka piersiowa paliła, oddech przyspieszał po to tylko, by za chwilę uczucie zawodu zajmowało miejsca wszystkich wcześniejszych reakcji. Ani razu blond czupryna nie pojawiła się w przejściu. Żadne „Hyuu, Kuro-pon, ale dałeś się urządzić" nie rozniosło się wesoło po pomieszczeniu. Ilekroć rozpoznawał sylwetkę stojącą w progu, rozczarowanie było tak silne, że Kurogane na moment odbierało dech. Próbował racjonalizować sam ze sobą, ale mimo to głupie, uparte uczucie nadziei nie chciało go opuścić.

Dopóki nie zobaczę ciała…

Dlatego w końcu, bo kilku dniach izolacji, opuścił czeluść własnego pokoju i wyszedł na zewnątrz. Do Ruin. Musiał zobaczyć na własne oczy.

Przez całą drogę szli w milczeniu. Księżniczka i dzieciak albo bali się odezwać, wiedząc jak łatwo wybuchał w ciągu ostatnich dni, albo, jak mało kto, rozumieli, że żadne słowa pocieszenia nie spełnią teraz swojego zadania.

A kilka osób próbowało. Jednego południa do jego komnaty weszła kobieta w średnim wieku (i znów to rozczarowanie), usiadła na krześle obok łóżka, po czym spojrzała na Kurogane starając się wyglądać współczująco i oznajmiła, że pomoże mu uporać się z bólem i gniewem.

Po tej rewelacji nastąpiła długa cisza, po niej gwałtowny wybuch „czy to jakiś pieprzony żart?!". Kobieta próbowała jeszcze przemówić Kurogane do rozsądku, ale kiedy mężczyzna sięgnął po swój miecz uciekła z pokoju i już nikt inny z głupimi pomysłami nie zawracał mu głowy.

- Jesteśmy – oznajmiła cicho księżniczka. Całkiem niepotrzebnie. Kurogane doskonale zdawał sobie sprawę, że dotarli do celu. Nie wiedział czy to tylko jego wyobraźnia, czy naprawdę wokół roztaczała się złowieszcza aura, ale miał wrażenie, że gdyby przechodził tędy jakikolwiek podróżnik nie mający pojęcia o niedawnych wydarzeniach, czułby ciarki na całym ciele.

Ruiny wciąż stały. Wyglądały znacznie gorzej niż poprzednio. Kamień był zniszczony, skrzydła, które wcześniej uchowały się nietknięte, teraz leżały potłuczone. Kurogane próbował odszukać wzrokiem wejście do podziemnej komnaty, ale niczego nie widział.

- Wejście – powiedział do dzieciaków. – Tam było wejście, nie widzę go teraz. – Jak ma wejść do zawalonej komnaty i odszukać Fay'a, kiedy tu niczego nie ma?

- Komnata przestała istnieć – odpowiedział Syaoran. - Ogień Fausta wszystko zniszczył. Nie było mnie przy tym, ale kapłanka Tomoyo tłumaczyła, że był to rodzaj zaklęcia, które mogło pochłonąć wszystko. Spaliło komnatę, zapieczętowanego Fausta i… - chłopiec umilkł, kiedy jego głos zaczął drżeć. Przełknął głośno ślinę. – I Faya. - Ledwie udało mu się dokończyć. Zaczął się trząść, i kiedy nie mógł już ustać osunął się na kolana. Miał spuszczoną głowę, ale Kurogane dostrzegł mokre ślady na piasku. – Kurogane, przepraszam, to wszystko moja wina. Gdybym po niego nie poszedł… Fay zostałby u siebie w domu, nie wyruszyłby z nami i wciąż by żył! – dzieciak rozkleił się na dobre. Nie wydawał z siebie żadnego głosu, tylko jego ramiona drżały od szlochu.

- Syaoran… - księżniczka przykucnęła obok chłopca i bezceremonialnie objęła go i przytuliła. Syaoran przylgnął do niej chowając twarz w jej ramieniu. Kurogane zauważył, że na policzkach księżniczki też były łzy.

Chciał powiedzieć, żeby przestali, ale przez jego własne, ściśnięte gardło nie chciał wydobyć się żaden dźwięk. Zostawił dzieciaki same i podszedł do Ruin. Wspiął się po głazach, dotarł do zwalonych skrzydeł i rozpaczliwie próbował dostrzec cokolwiek, co mogłoby przywrócić mu nadzieję.

Nie ma nawet ciała, które mógłby pochować! To niesprawiedliwe! Fay zasłużył sobie na pochówek! On…

Kurogane poczuł wilgoć pod powiekami.

To jest niesprawiedliwe. To jest tak cholernie niesprawiedliwe. Teraz, kiedy, wszystko zaczęło się układać. Czy odrobina szczęścia to za dużo, o co można prosić?!

- Miałeś udać się ze mną do domu – szepnął.

W tym momencie zerwał się słaby, ciepły wiatr. Kurogane poczuł lekkie muśnięcie na policzku. Gdyby zamknął oczy, mógłby udawać, że to dłoń Fay'a…

Kurogane potrząsnął głową próbując odgonić niedorzeczne myśli. Wziął kilka głębokich wdechów. O ile chciałby teraz pocierpieć w samotności, miał przy sobie dwójkę płaczących dzieciaków potrzebujących pocieszenia.

Wrócił do Sakury i Syaorana. Stanął obok nich czując się dziwnie niezręcznie i nie na miejscu. Odchrząknął, nie chcąc, by zawiódł go teraz głos.

- To nie była twoja wina, dzieciaku – powiedział. Zobaczył jak Syaoran zastyga w ramionach księżniczki. – Dzięki tobie mag wydostał się z własnego więzienia. Siedziałby teraz i wegetował w tym swoim domu na odludziu, a tak zaznał prawdziwego życia i szczęścia. – Syaoran podniósł głowę i utkwił spojrzenie swoich czekoladowych ślepiów w Kurogane. Sakura delikatnie starła dłonią łzy z jego policzka.

Wojownik kontynuował:

- Byłeś dla niego jak rodzina. Kochał cię i ani przez chwilę nie żałował, że zdecydował się ci pomóc. Uwierz mi, wiem co mówię. A ta walka – Kurogane skinął głową w kierunku Ruin. – Dobrze wiesz z opowieści, z kim tam walczył. To była jego konfrontacja. Nikt inny nie mógłby walczyć z tym szalonym idiotą. To było przeznaczenie – zakończył przypominając sobie słynne słowa pewnej wiedźmy.

- Kurogane. – Syaoran podniósł się z kolan i nim wojownik zdążył się zorientować co się dzieje miał ramiona pełne młodego chłopaka i księżniczki.

- Wiesz, że on cię kochał, prawda? – Sakura szepnęła gdzieś w okolicy jego piersi.

Kurogane w ramach odpowiedzi skinął głową. Było to głupie, bo przecież żadne z dzieci nie mogło tego zobaczyć.

- Nie wiem, czy zdążył ci to powiedzieć, ale on naprawdę cię kochał – potwierdził Syaoran.

- Wiem – Kurogane udało się przezwyciężyć gulę w gardle. W każdych innych okolicznościach prędzej pozwoliłby się rozczłonkować niż prowadzić tę konwersację, ale teraz po prostu z wdzięcznością przyjął słowa dzieciaków, które na swój sposób usiłowały go pocieszyć. – Wiem.


Księżyc świecił jasno na niebie, kiedy Subaru przyszedł do Ruin. Usiadł obok Kurogane i podał mu płaszcz.

- Syaoran powiedział, że cię tu znajdę.

Wojownik skinął głową. Nie odzywając się narzucił płaszcz, czując jak przyjemne ciepło obmywa jego zmarznięte ramiona.

Kazał dzieciakom wrócić do zamku, powiedział im, że chce chwilę pobyć sam. To było kilka godzin temu.

- Jak sobie radzisz?

Kurogane przekręcił głowę, by posłać onmyouji'emu spojrzenie. Sumeragi zaśmiał się cicho.

- Niedorzeczne pytanie, wiem.

Zapadło między nimi milczenie. Długo siedzieli pogrążenie w myślach, kiedy w pewnym momencie Kurogane zdawał coś sobie uświadomić.

- A ty?

- Ja? – Subaru spojrzał na niego zaskoczony.

- Krótko się znaleźliście, ale zdążyliście się zaprzyjaźnić. To kolejna osoba, którą straciłeś.

Subaru westchnął. Zaczął wodzić palcem po piasku rysując bohomazy.

- Miałem przez chwilę przyjaciela, który doskonale mnie rozumiał. Straciłem go zbyt nagle i zbyt szybko. Chyba ciąży nade mną klątwa i sprowadzam nieszczęście na tych, na których mi zależy.

Kurogane uniósł rękę i bezceremonialnie zdzielił nią onmyouji'ego po głowie.

- Już wiem, czemu tak się dogadywaliście. Głupi i głupszy. Ciągnie swój do swego.

Subaru zaśmiał się cicho.

- Zapewne masz rację.

- Przykro mi z powodu tego człowieka – powiedział Kurogane całkowicie zaskakując tym Sumeragiego. – Tego, co został przemieniony w kamień. Słyszałem o nim – wytłumaczył wojownik.

- Seishirou… on, on zabił moją siostrę. Nie ma powody, bym cierpiał przez jego stan… On… ja i on… - Subaru popadł z nerwowy słowotok.

- Ale wciąż ci na nim zależało – zauważył Kurogane. Widząc ogromny rumieniec, który oblał twarz i szyję onmyouji'ego, dodał: - Ja cię nie oceniam. Po prostu przykro mi, że straciłeś jego, siostrę i maga.

- Nie ukrywam, że ostatnio mocno wyszczupliło się grono ludzi, których znam – Subaru posłał wojownikowi smutny uśmiech. – Ale nie ja jedyny cierpię. Wiele osób straciło bliskich…

Znów zamilkli.

- Przyszedłem się pożegnać – Subaru ponownie przerwał ciszę.

- Hm? – Kurogane uniósł pytająco brwi.

Onmyouji opisał mu pokrótce sen, jaki miał ostatniej nocy.

- Dziś zamknąłem wszystkie sprawy w Clow i o świcie wyruszam w drogę. Nie powinna mi ona zająć wiele czasu.

- Nie boisz się zasadzki? Chcesz iść sam? – spytał wojownik. – Jeżeli potrzebujesz pomocy…

- Dziękuję, Kurogane, ale masz wystarczająco swoich problemów. Poza tym, intuicja mi podpowiada, że Kakyou nie stanowi zagrożenia. Naprawdę mnie ciekawi, co ma mi do powiedzenia.

- A później? Co zamierzasz robić? - Kurogane nie znał zbyt dobrze onmyuoji'ego, ale nie wyobrażał sobie sytuacji, w której mógł pozwolić, by mężczyzna został całkowicie sam, bez żadnych przyjaciół i rodziny. Fay nie wybaczyłby mu wiedząc, że Kurogae nie pomaga jego przyjaciołom.

- Nie wiem – odparł Sumeragi, nieświadom myśli wojownika. – Zależy to od tego, co powie mi Kakyou. Ale najprawdopodobniej wrócę do Clow. Król mnie zaprosił, powiedział, że moje umiejętności mogą się tu przydać. Zwłaszcza teraz. A ja przynajmniej będę wiedział czy cokolwiek ruszyło w kwestii… figur – zakończył z lekkim grymasem.

Kurogane skinął głową.

- Uważaj na siebie. A gdybyś przechodził kiedyś niedaleko Nihon, mógłbyś wpaść zwiedzić wioskę.

Subaru znów popatrzył na niego zaskoczony, ale po chwili na jego ustach pojawił się wdzięczny uśmiech.

- Tak zrobię – obiecał.


Kakyou mieszkał w niewielkim miasteczku, w którym nad wysokimi blokami dominowały niewielkie jednorodzinne domki. Otoczenie było przyjemne; dużo zieleni, ozdobne fontanny, czerwona kostka brukowa i zadbane, odnowione budynki. Atmosfera była tu zupełnie inna niż w Tokyo, gdzie codzienna krzątanina i bieganina znacznie odbiegała od błogiego spokoju, jaki tu panował.

Subaru zatrzymał się w niewielkim parku, kiedy na ławce dostrzegł znajomą mu już sylwetkę. Kakyou również go spostrzegł. Wstał i podszedł do onmyouji'ego, który mierzył go badawczym wzrokiem.

- Witam – powiedział tym samym melancholijnym głosem, który Subaru słyszał we śnie. – Cieszę się, że przybyłeś sam.

Sumeragi przez całą drogę rozważał, czy samotna wyprawa była dobrym posunięciem, ale teraz, widząc, że znajduje się w miasteczku pełnym ludzi, czuł, że miał dobre przeczucie i Kakyou nie wezwał go tutaj, aby walczyć.

- Miałeś problem z dotarciem? Spodziewałem się ciebie wcześniej? – spytał Kuzuki.

- Nie - Subaru pokręcił głową. – Po prostu chciałem zamknąć za sobą wszystkie sprawy w Clow. Zostawiłeś mi dokładne instrukcje, dlatego w ogóle nie błądziłem.

Kakyou skinął głową. Zaczął iść wzdłuż alejki, więc Subaru posłusznie dotrzymywał mu kroku.

- Możesz mi dokładnie opowiedzieć, co wydarzyło się w Clow? – poprosił Kuzuki. – Wiem tylko tyle, że Faust przegrał. Z mojej strony mogę powiedzieć, że siedziba Fausta została zrównana z ziemią, jego ludzie uciekli i wątpię, by stanowili teraz jakiekolwiek zagrożenie. Rozdzielili się, a większość z nich samodzielnie nie jest w stanie wiele dokonać. Potrzebują przywódcy, kogoś, kto mógłby nimi kierować. Sami nie stanowią żadnego wyzwania.

Subaru przyjął te informacje z ulgą. Co prawda wolałby, aby wszystkich towarzyszy czarnoksiężnika spotkała kara, ale świadomość, że nie stanowią już większego zagrożenia też nie była zła. Uważnie, ze szczegółami zrelacjonował Kakyou wydarzenia w Clow. Przez chwilę się zawahał zastanawiając się ponownie, czy to nie jest pułapka i że nie powinien wrogowi niczego zdradzać. Ale czuł, że mógł zaufać temu cichemu mężczyźnie, poza tym, informacje, które przekazywał tak naprawdę nie były żadną tajemnicą i gdyby Kakyou się uparł zdołałby poznać prawdę z innych źródeł.

Skończył opowiadać, kiedy doszli do wielkiego drzewa o grubym konarze. Miało jasne kwiaty, które momentalnie skojarzyły się Subaru z innym, bardziej złowieszczym drzewem i jego panem.

- Uratował mi życie – powiedział cicho. – Najpierw chciał mnie zabić, a potem zamiast ocalić siebie, pomógł mi. – Onmyouji spojrzał bezradnie na Kakyou. – Nie rozumiem Seishirou. W ogóle go nie rozumiem.

Kakyou uśmiechnął się do niego ze smutkiem.

- Sakurazuka jest… był – poprawił się szybko - nietypową postacią. Sam nie znam go dobrze, mimo że przez lata należeliśmy do tej samej organizacji. Ale o jednym mogę cię zapewnić: on nigdy nie chciał cię zabić.

Subaru przystanął i wbił w Kakyou powątpiewające spojrzenie.

- Nigdy? – zapytał. – Jak możesz tak mówić, skoro sam widziałeś jak walczył ze mną w magazynie.

- Postawiłeś go w naprawdę ciężkiej sytuacji – zaczął wyjaśniać Kakyou. – Tak jak wcześniej Hokuto.

Na dźwięk tego imienia, Subaru poczuł znajomy smutek.

- Byłeś przy tym, kiedy ją zabijał? – zapytał. Włożył rękę do kieszeni płaszcza, gdzie znajdowały się ofudy. Jeżeli ten człowiek stał bezczynnie, kiedy Hokuto była mordowana…

- Hokuto zaskoczyła go w podobny sposób, co ty – odparł Kakyou. Patrzył spokojnie na kieszeń Subaru doskonale odgadując zamiary onmyouji'ego. – Nie ufała Seishirou i postanowiła go śledzić. Kryła się z tym dobrze, ale Seishirou był w stanie wyczuć jej obecność.

Dotarli do rzędu jednorodzinnych domków. Kakyou otworzył furtkę do tego usytuowanego najbliżej. Wprowadził onmyouji'ego do niewielkiego, ale zadbanego ogródka.

Kakyou mieszkał w jednopiętrowym, przytulnym domku z tarasem. Wyjął z kieszeni klucze i zaczął majstrować w zamku, nie przestając mówić.

- Gdyby nie zorientował się, że Hokuto go śledzi i pozwolił, by dotarła tak daleko jak ty, sprawy mogłyby przybrać znacznie gorszy obrót.

- Znacznie gorszego?! – Subaru podniósł głos. – On zabił…!

- Subaru!
Nie zdążył chwycić za klamkę, kiedy drzwi się otworzyły i ze środka wybiegła dziewczyna rzucając się na Subaru i miażdżąc go w ciasnym uścisku. Uścisk był tak silny, że na pewno pozostawi po sobie ślady na delikatnej skórze Sumeragiego. Ale onmyouji w ogóle się tym nie przejmował. Poczuł ucisk w gardle i łzy, które momentalnie napłynęły mu do oczu.

- Ty żyjesz – wyszeptał.


Siedzieli przy stole, na kanapie. Kakyou zaparzył herbatę i wyjął ciastka, zupełnie jakby była to cotygodniowa wizyta u przyjaciół. Subaru napił się herbaty, ale nie byłby w stanie niczego przegryźć. W prawe dłoni trzymał kurczowo rękę Hokuto, jakby bojąc się, że jeśli tylko ją puści Hokuto zniknie.

- To nie jest kolejny z twoich snów? – po raz kolejny zapytał Kakyou. – Nie śnię. To nie dzieje się w mojej głowie, tylko naprawdę.

Kuzuki uśmiechnął się szeroko pokazując rząd równych zębów. Po raz pierwszy wydał się być szczęśliwy.

- To wszystko dzieje się naprawdę – zapewnił cierpliwie. – Jak już ci wspominałem, Seishirou zorientował się, że Hokuto go śledzi, nim dotarł na spotkanie. Skonfrontował się z nią. Nie chciał jej krzywdzić, ale też nie mógł pozwolić by do ciebie wróciła i wszystko ci opowiedziała.

- Sei mnie uśpił i przyprowadził do Kakyou – podjęła wątek Hokuto. – Okazało się, że on i Kakyou należą do tej samej organizacji przestępczej – posłała Kuzuce groźne spojrzenie, pod którym młodzieniec wyraźnie się speszył.

- To jest nieprawdopodobne, że w podobnym czasie ja i Seishirou poznaliśmy jednego z bliźniaków Sumeragi - powiedział. – Wyszło to zupełnie przypadkiem podczas jednej z naszych rzadkich dyskusji. Znałem go od lat, ale nigdy nie byliśmy ze sobą blisko. Wy nas do siebie zbliżyliście w ogóle o tym nie wiedząc. Hokuto zmieniła mnie, a ty, Subaru – Seishirou.

- Poznałam Kakyou zupełnie przypadkowo – powiedziała dziewczyna. – Zawędrowałam niechcący do jego snu. Mam mniejsze zdolności niż ty, Subaru, ale moje same czasem mnie zaskakują. Sen Kakyou był taki smutny… - Hokuto wyciągnęła wolną rękę przez stół i przykryła nią dłoń Kakyou. – Od tamtej pory spotykaliśmy się co wieczór, we śnie. Kakyou to książę moich snów – zaśmiała się.

- Hokuto, wiedziałaś, że Kakyou zadaje się z Seishirou, i że oni… - zaczął Subaru, ale siostra uciszyła go ruchem głowy.

- Nie miałam o tym pojęcia – zapewniła. – Wyczuwałam pewną… złowrogą aurę w Sei'u, ale jednocześnie byłam przekonana, że ty i Sei jesteście sobie pisani – uśmiechnęła się delikatnie widząc rumieniec na twarzy bliźniaka. – Postanowiłam więc uważnie wybadać Sei'a i w razie potrzeby wbić mu nieco rozumu do głowy. Niestety przechytrzył mnie. Rzucił na mnie czar, straciłam przytomność, a kiedy się obudziłam znajdowałam się tu, w domu Kakyou.

- Seishirou chciał, żebym zaopiekował się Hokuto, dopóki on nie zajmie się wszystkimi sprawami związanymi z organizacją i tobą – Kakyou przechwycił wątek. – Na nieszczęście, Hokuto nam nie ufała, nie pozwoliła nic sobie wytłumaczyć i próbowała się z tobą porozumieć.

Subaru przypomniał sobie dzień, w którym usłyszał w głowie głos siostry. Więc to wcale nie była jego wyobraźnia…

- Zmuszony byłem uśpić Hokuto – przyznał Kakyou z żalem. – oczywiście wybudzałem ją za każdym razem, kiedy byłem w domu, ale kiedy musiałem się oddalić, nie mogliśmy ryzykować i byłem zmuszony upewnić się, że Hokuto nie spróbuje się z tobą porozumieć.

- I to jest ten moment naszego związku, w którym zaczął się kryzys – powiedziała Hokuto, nagle zimnym tonem i puściła dłoń Kakyou. – Jeszcze ci tego nie wybaczyłam.

- Hokuto, już ci mówiłem, że zrobiłem to dla waszego dobra – Kakyou brzmiał zmęczony, jakby odbywali tę rozmowę któryś już raz. – Starałem się, abyś miała przyjemne sny! – dodał jakby to miało go całkowicie rozgrzeszyć.

- Obronić nas? – Hokuto prychnęła. Subaru skrzywił się. Jego siostra zazwyczaj była niepoprawną optymistką, zawsze wesołą, ale w tych rzadkich momentach złości potrafiła być naprawdę nieprzyjemna. – Ja i Subaru jesteśmy dorosłymi, poważnymi ludźmi. To ty i Sei zachowywaliście się jak para niezdecydowanych nastolatków. Wy chronić nas? Świetny żart. Patrz, jak wam to wyszło? Sei robi teraz za ozdobną rzeźbę w Clow!

Kakyou skrzywił się.

- Przyznaję, że nie wszystko poszło według planu.

- A jaki był plan? – spytał Subaru cicho.

Kakyou odstawił pustą filiżankę na spodek.

- Pozwól, że wrócę do samego początku – powiedział, jednocześnie zajmując się ponownym zaparzaniem herbaty. – Seishirou trafił do organizacji, kiedy miał czternaście lat. Wcześniej był członkiem przestępczego klanu. Nie miał najlepszych wzorców, biorąc pod uwagę z jakiej rodziny pochodził. Cały jego klan zginął podczas nieudanego skoku. Seishirou nie brał w nim udziału, bo był wtedy chory. Przypadek? Przeznaczenie? Nie mnie oceniać – Kakyou zamieszał herbatę i napił się. – Chyba nie bardzo wiedział, co ze sobą zrobić, dlatego kiedy wpadł na Fausta od razu postanowił się do niego przyłączyć. Chociaż zawsze podchodził do niego z rezerwą. Seishirou nie był zbyt ufny. Traktował Fausta bardziej jak partnera w biznesie niż przywódcę. Ot, układ wzajemnych korzyści. Ze mną była nieco inna historia.

Kiedy miałem siedem lat zapadłem w śpiączkę. Nie panowałem nad swoimi zdolnościami, zostałem uwięziony w świecie snów. Syn Fausta pomógł mi się wybudzić.

- Yuui – domyślił się Subaru.

- Znasz go? – Kakyou spojrzał na niego zaskoczony.

- Jedynie ze słyszenia – odpowiedział onmyouji. – Kontynuuj.

Czułem, że mam dług wobec Fausta, dlatego z nim zostałem. Co więcej, kiedy zapadłem w śpiączkę byłem jeszcze dzieckiem. Nie miałem żadnego pojęcia o życiu. Przez piętnaście lat egzystowałem w ludzkich snach, ale rzadko kiedy posiadają jakąkolwiek logikę. Tak więc kiedy dołączyłem do Fausta byłem łatwym do manipulowania pionkiem z zerową wiedzą o świecie. A Faust to wykorzystywał – Kakyou sposępniał. Hokuto zapomniała, że jest na niego zła i znów chwyciła jego dłoń, chcąc go pocieszyć.

- I nagle do akcji wkroczyłam ja – odezwała się lekkim tonem.

- To prawda – Kakyou spojrzał na nią z wdzięcznością. – Hokuto przywędrowała do mojego snu, rozmawialiśmy… - Kuzuki zamyślił się, zapewne wracając wspomnieniami do swojego pierwszego spotkania z Hokuto. – Potem spotykaliśmy każdej nocy, kiedy zasypiała. Pokazała mi inne życie.

Kakyou i Hokuto zapatrzyli się na siebie i powędrowali do własnego świata. Dopiero głośne chrząknięcie Subaru sprowadziło ich z powrotem na Ziemię.

- Na czym skończyłem? – spytał zmieszany mężczyzna. – Ach tak. W międzyczasie kiedy ja spotykałem się z Hokuto, Seishirou dostał zadanie z onmyouji'm. Przed tobą Seishirou znalazł wielu innych. i bardzo szybko oceniał ich umiejętności. Jednego mężczyznę przekreślił po pierwszym dniu, innego po tygodniu. Najdłużej badał jedną kobietę, testował ją przez miesiąc, ale i ona się nie nadawała. – Subaru zastanawiał się, co Kakyou miał na myśli mówiąc „skreślił", ale uznał, że woli nie wnikać w szczegóły. – A tu nagle, kiedy Seishirou zaczął badać ciebie mijały tygodnie, miesiące, a on wciąż twierdził, że nie potrafi określić czy się nadajesz.

Tabula rasa, Subaru, nie każdy miał moralną rodzinę za wzorzec.

- Chyba powinienem się cieszyć, że moje zdolności są na takim poziomie, że Seishirou nie skreślił mnie od razu – Subaru wysilił się na sarkazm. – Biedny Seishirou miał przeze mnie kłopoty.

- To prawda – zgodził się z nim Kakyou. – Ale z innego powodu niż sądzisz. Mogę się tylko domyślać, ale moim zdaniem Seishirou wiedział, że znalazł odpowiednią osobę już na samym początku waszej znajomości. Po prostu wasza znajomość i życie, jakie prowadził w Tokyo… myślę że mu się to podobało. Zaznał normalności, z której nie chciał rezygnować. I tak zwodził wszystkich: ciebie i Hokuto, nas, nawet siebie.

- Co masz na myśli – spytał Subaru. Z niecierpliwością czekał na odpowiedź, to było głupie, bo przecież cokolwiek Kakyou powie, w niczym nie zmieni to sytuacji… Ale Subaru tak bardzo chciał wierzyć, że mimo wszystko, był dla Seishirou kimś więcej niż tylko kolejnym pionkiem.

- Seishirou sam nie wiedział, czego chce – ciągnął opowieść Kakyou. – Nawet po tym jak Hokuto go zdemaskowała to było dla niego za mało, by podjąć decyzję i dalej ciągnął swoją grę. Dopiero kiedy ty, Subaru, wkroczyłeś, Seishirou był zmuszony wybrać.

- Biorąc pod uwagę jak mnie potraktował w magazynie, myślę, że wiem jakiego wyboru dokonał – odparł posępnie onmyouji, kiedy resztki nadziei go opuściły.

- Subaru, czasem jesteś naprawdę głupi – Hokuta dźgnęła go łokciem w bok. Posłał jej urażone spojrzenie. – Nie patrz tak na mnie, tylko zastanów się przez chwilę. Sytuacja w magazynie była niespodziewana i cóż, możemy się tylko domyślać, co Sei wtedy myślał. Ale jedno jest pewne: Sei nie oszczędził mnie, ponieważ się o mnie troszczył, wątpię też, że zrobił to ze względu na Kakyou.

- Co więcej, Seishirou chciał cię zabrać z Clow i przyprowadzić tu, do Hokuto – Kakyou poparł dziewczynę. – Myślę, że podjął decyzję, tylko wypadki rozegrały się inaczej, niż to planował – zakończył z żalem.

Subaru nie odpowiedział. Trzymał dłonie na filiżance tak mocno, że zbielały mu kostki. Chciał wierzyć, że Kakyou i Hokuto mieli rację, a najbardziej chciał, by Seishirou siedział tu z nimi i sam wytłumaczył swoje pokrętne zachowanie.

- Może uda się odczarować zaklęcie – Hokuto szepnęła mu do ucha bezbłędnie odgadując jego myśli.

Subaru przytulił ją. Chciałby, aby sprawy z Seishirou potoczyły się inaczej, wiedział, że jeszcze długo, jeśli nie na zawsze, będzie nosił w sercu ranę. Nie wiedział czy kocha Seishirou, czy go nienawidzi, ale oddałby wiele, aby mężczyzna żył.

Westchnął przeciągle.

- Hokuto, jestem szczęśliwy, że cię odzyskałem – szepnął do ramienia siostry.

Dziewczyna pocałowała go w głowę.

- Już cię nigdy nie zostawię, Subaru – przyrzekła.


Większość wojowników, którzy przybyli Clow z pomocą udała się do domów kilka dni temu. Arashi i Chii zostały odprowadzone w eskorcie kilku żołnierzy. Król obiecał lekarce, że będzie ją na bieżąco informował o postępach w sprawie zastygłych figur, wyraził zgodę na jej pytanie, czy będzie mogła tu przyjeżdżać, do Soraty. Arashi zapewne w ogóle nie opuszczałaby Clow, gdyby nie Chii i Hideki, który wciąż nie wiedział, co dzieje się z jego ukochaną.

Nihończycy również byli już w drodze do swojego miasta. Tylko Tomoyo, Souma i Kurogane zostali w tyle. Król Touya uparł się, by wzięli od niego latający pojazd, dzięki czemu droga powrotna zamiast kilkunastu dni potrwa parę godzin.

- Umyty, zatankowany, powinien się dobrze spisać – powiedział Yukito, kiedy wraz z królem, księżniczką i Syaoranem odprowadzał trójkę Nihończyków.

- Naprawdę nie uważam, że powinniśmy wziąć od was ten pojazd – zaczęła Tomoyo, chociaż z góry wiedziała, że jest to jałowa dyskusja. W końcu prowadzili ją już cztery razy.

- Nonsens – odparł król. – Tyle dla nas zrobiliście, że kawał blachy to dużo za mało, by się wam odwdzięczyć.

- Dość kosztowny kawał blachy – mruknął Kurogane, przypominając sobie liczbę zer na cenie.

- Szczegóły – Touya machnął ręką. – Przyznaję, że takie pojazdy są wygodne, ale ten w ogóle nie pasuje do kultury Clow. Za bardzo się wyróżnia, psuje krajobraz.

Cóż, to był dość trafny argument, bo Clow było raczej skromnym, pustynnym królestwem i rzeczywiście latający cud techniki niezbyt tutaj pasował.

- W Nihonie też dbamy o tradycje – zauważyła niewinnie Tomoyo.

Król wydał z siebie poirytowane westchnięcie.

- Ale ty, droga pani, wciąż jesteś wyczerpana i nie powinnaś podróżować. Kurogane wystarczająco się nachodził ostatnimi czasy, a Souma cała jest poobijana. Jesteście moimi przyjaciółmi i chcę, by wasza droga powrotna przebiegła bezpiecznie. Poza tym – tu Touya ruchem głowy wskazał na Sakurę i Syaorana trzymających się trochę na uboczu z markotnymi minami – tamta dwójka jest bardzo nieszczęśliwa, że ich opuszczacie, więc mając ten pojazd jesteście w stanie wpaść na popołudniową herbatkę i jeszcze wrócić do siebie tego samego dnia. Księżniczka ma na dworze zbyt dużo obowiązków, poza tym to księżniczka, więc nie powinna podróżować na własną rękę. Bezpieczniej będzie, jeżeli to wy będziecie ją odwiedzać, a nie odwrotnie. Uważam, że dyskusja jest zakończona – założył dłonie na piersi zapewne chcąc wyglądać dostojniej, ale Kurogane bardziej przypomniał rozkapryszone dziecko.

- Skoro tak przedstawiasz sprawę to nie śmiem się sprzeczać – odpowiedziała Tomoyo, jak zawsze miła i ułożona. – Dziękujemy za prezent, w takim razie. I za gościnę.

- Bardzo nam pomogliście – odparł król. – To my dziękujemy.

- Nie ma za co dziękować, sami mieliśmy zatarg z tymi ludźmi, więc sprawa była osobista.

Mówiąc to Tomoyo ścisnęła mocno ramię Kurogane, dając do zrozumienia, jak bardzo osobista była dla niej ta sprawa. Mężczyzna poczuł przyjemne ciepło w sercu. Żałował, że kosztował kapłankę tyle trosk, ale z drugiej strony cieszył się, że atak bestii skończył się dla niego, jak się skończył. W ciągu tej dalekiej drogi do domu, Kurogane poznał więcej przyjaciół, niż przez całe swoje życie.

Wojownik otworzył drzwi i pomógł kapłance usadowić się na tylnym siedzeniu. Przytrzymał drzwi również dla Soumy, która prychnęła poirytowana. Bardzo nie lubiła być traktowana jak dama, w końcu była nihońską wojowniczką.

Nihończycy i ten wasz pieprzony etos rycerski!

Kurogane usłyszał w głowie rozzłoszczony głos Fay'a i uśmiechnął się smutno do swoich wspomnień. Wilgoć nabiega mu do oczu, więc odetchnął głęboko. Poczuł na sobie wzrok Tomoyo. Skinął głową chcąc przekazać jej, że nic mu nie jest.

Odwrócił się tyłem do pojazdu, nie chcąc dłużej znajdować się pod tym zatroskanym spojrzeniem.

Księżniczka podeszła do niego i objęła w pasie.

- Obiecujesz, że będziesz nas odwiedzał? – zapytała cichym głosem.

Wojownik pozwolił sobie na szybki przejaw czułości i na krótką chwilę odwzajemnił uścisk.

- Obiecuję.

Sakura wspięła się na place, by cmoknąć go w policzek, nim zdąży zorientować się w jej zamiarach i uciec. Uśmiechnęła się widząc jego zakłopotaną minę, ale nie skomentowała. Odsunęła się, by zrobić miejsce Syaoranowi.

Chłopak stanął przed Kurogane, nerwowo postępując z nogi na nogę.

- Gdybyśmy wiedzieli wcześniej, że w Piffle istnieją takie pojazdy nasza droga przebiegła by znacznie krócej – powiedział, starając się o pogodny ton.

- Ale gdzie zabawa w takim rozwiązaniu – odparł Kurogane, na co dzieciak przytaknął.

Zamilkli obaj, nie wiedząc co dalej powiedzieć. Kurogane nienawidził pożegnań.

- Teraz nie masz pretekstu, by nie wpadać w odwiedziny – powiedział w końcu chłopiec, nie patrząc na Kurogane tylko gdzieś w okolice swoich stóp.

- Jeszcze będziesz miał dość moich odwiedzin – wojownik chciał zażartować, ale Syaoran zaskoczył go swoją reakcją.

- Nigdy! – wykrzyknął i wreszcie uniósł głowę, by spojrzeć na Kurogane. – Zawsze będę się cieszył z twojego towarzystwa! Gdyby nie ty i Fay nie wiadomo, czy udałoby mi się wrócić do Clow! I ta podróż była zabawna, była przygodą. Ja… ja naprawdę dobrze się bawiłem – dodał ciszej, jakby wstydził się przyznać, że wyprawa po pomoc dla księżniczki okazała się być przyjemniejsza niż oczekiwał. – Ty i Fay… gdyby nie wy…

Głos zaczął mu się łamać. Kurogane położył dłoń na jego drżącym ramieniu.

- Mam coś dla ciebie – powiedział, co momentalnie przykuło uwagę Syaorana. – Souma powiedziała mi, że dzielnie walczyłeś. Jestem z ciebie dumny. – Twarz i szyję chłopca oblał krwisty rumieniec. – Chcę, żebyś go wziął – Kurogane wyciągnął swój miecz. Uśmiechnął się na widok otwartych ze zdumienia oczu dzieciaka. – Ten miecz jest dla mnie niezwykle cenny. Chcę, by był w twoim posiadaniu, i żebyś nim strzegł swojej księżniczki.

Chłopiec w milczeniu przyjął prezent, zbyt zszokowany i wzruszony, żeby odpowiedzieć inaczej niż skinieniem głowy.

- Do zobaczenia – Kurogane jeszcze raz ścisnął ramię Syaorana, po czym otworzył drzwi po swojej stronie pojazdu. Skinął głową w kierunku Touyi i Yukito. Odpowiedzieli wdzięcznymi uśmiechami. Stali ze sobą ramię w ramię, od walki byli wręcz nierozłączni.

Kurogane wsiadł do środka. Odpalił pojazd i jeszcze długo wyglądał przez okno na Syaorana, Sakurę, Touyę i Yukito, dopóki nie stali się małymi punktami na piasku, i dopóki Clow nie zniknęło mu z oczu.


Nie rozmawiali wiele w czasie powrotu. Kurogane prowadził w skupieniu korzystając z narysowanej przez Yukito mapy, aż wreszcie dotarł do znanych terytoriów. Podróż takim pojazdem była zbyt prosta i szybka. Już dawno widzieli w dole wracających wojowników, którzy pieszo dojdą do Nihonu za kilka-kilkanaście dni.

Kiedy oczom Kurogane ukazały się znajome lasy i wzgórza pozwolił sobie wydać błogie westchnięcie. Na początku swojej podróży często myślał o domu, ale później brakowało mu na to czasu oraz, co przyznawał przed sobą z lekkim wstydem, stworzył nową rodzinę, dzięki której nie czuł się samotny i rzadziej wpadał w nostalgiczny nastrój.

- Kurogane?

Z tylnego siedzenia dobiegł go głos Soumy. Spojrzał na nią w lusterku i zobaczył, że wojowniczka ze zmarszczonym czołem przygląda się jego dłoniom. Powędrował wzorkiem w dół i zrozumiał, czemu miała taki wyraz twarzy. Ściskał kierownicę tak mocno, że jeszcze trochę, a pozbawiłby ich pojazd sterów. Zmusił się do rozluźnienia chwytu.

- Wreszcie w domu, co? – wojowniczka puściła do niego oczko. – Nie wiem jak ty, ale ja się stęskniłam.

Skinął głową. Cieszył się, naprawdę. Tylko ciężko będzie mu wrócić do dawnej rutyny po tak długim okresie. Poza tym…

- Mogę coś dla ciebie zrobić? – Tomoyo, jak zwykle, zaskoczyła go swoją percepcją.

- Potrafisz wymazać moje wspomnienia? – zaśmiał się bez wesołości w głosie. – Tak, abym zapomniał, że w ogóle opuszczałem Nihon?

- Chciałbyś tego? – spytała cicho.

Czy by tego chciał? Kurogane zastanowił się. Nie, oczywiście, że nie. O ile łatwiejsze byłoby życie bez tych wspomnień, to za nic w świecie z nich nie zrezygnuje. To wszystko, co mu zostało po magu i choć myślenie o nim tak bardzo boli, Kurogane chce go pamiętać. Te szerokie uśmiechy, i ten mniejszy – bardziej szczery, głupie przezwiska, śmieszne imitowanie gwizdania…

Cholera, boli dużo bardziej niż chciałby przyznać.


...

W opuszczony domu czarodzieja od wielu miesięcy nie było śladu ducha. Umyte kubki po trójce lokatorów wciąż leżały na suszarce, w jednym pokoju gościnnym zajmowanym przez młodego chłopca panował nieskazitelny porządek, w drugim, okupowanym przez nihońskiego wojownika stało niezaścielone łóżko.

W kuchni, na półce znajdowała się bladoróżowa maskotka przypominająca królika. Jej jasne futerko zabrudzone było od kurzu.

Nagle okno otworzyło się z dużą siłą. Okiennice głośno uderzyły o ścianę, a mroźne powietrze wtargnęło do środka i powywracało kubki. Jeden spadł na podłogę i roztłukł się na drobne kawałki. Wiatr poprzewracał przedmioty, zdmuchnął stos papierów na podłogę.

Okno wreszcie gwałtownie zatrzasnęło się, ponownie pogrążając mieszkanie w ciszy i spokoju.

Tylko biała maskotka zdawała się poruszać. Wibrowała i jarzyła się jasnym światłem.

Mekyo!


...

A teraz pewne wyjaśnienia.

Wiem, że końcówka zostawia wiele do życzenia. Jestem zwolenniczką szczęśliwych zakończeń, a to powyżej niewiele ma z tym wspólnego. Więc się tłumaczę. To nie jest koniec historii. Kiedyś na NL pisałam, że ff może mieć krótszą lub dłuższą wersję. To jest ta krótsza ^^. Mam pomysł na ciąg dalszy, na odkręcenie tego wszystkiego, co popełniłam w tej i poprzedniej części, ale tytuł ff'a brzmi "Daleka Droga Do Domu" i Kurogane już do tego domu dotarł, więc postanowiłam zakończyć w tym momencie. Nie wiem, czy powstanie sequel, bo ta historia ciągnęła się wystarczająco długo i nie chcę do reszty nią zanudzić ^^

Chciałam podziękować za wszystkie miłe słowa (tu i na NL'u), które zachęcały mnie do dalszego pisania i pogratulować tym, którzy wytrwali do końca xD

I osobne podziękowania dla mojej wspaniałej bety, dzięki której ten fic dało się czytać xD Mr Pocky, jestem Ci bardzo wdzięczna ;]