AN: Tym razem nowy rozdział troszkę wcześniej niż zwykle. W żółwim tempie, ale jednak zbliżam się do końca tej historii. Jest on gotowy od kilku tygodni, ale bohaterowie wciąż mają kawał drogi przed sobą.


Dom starszego Beilschmidt'a nie był taki zły i w innych okolicznościach doceniłby jego wygody. Niestety natura gospodarza pozostawiała wiele do życzenia.

Silesia podrzuciła mu skądś trochę ciuchów. Galicja przebąkiwała coś o pomocy przy znalezieniu nowego lokum. Natomiast Ludwig przy okazji ostatniej rozmowy telefonicznej zapewniał, że Polak może mieszkać u jego brata tak długo, jak tylko zapragnie. W końcu dom był własnością Niemca, więc teoretycznie Gilbert nie miał nic do gadania.

Feliks podejrzewał, że jego dawny zachodni sąsiad i obecny zwierzchnik posikał się z radości na samą wieść, że ktoś będzie patrzył jego bratu na ręce siedem dni w tygodniu, 24 godziny na dobę. Nie żeby chciało mu się sprawdzać, co starszy Beilschmidt robi nocą.

W praktyce świat nie wyglądał różowo.

- Polaczku, zrób mi kawę.

Od trzech dni Prusak zaczynał dzień od nosa w gazecie i obrzydliwie zdrowego śniadania. Jak na pijaka, niegdysiejszego ćpuna i oszołoma odżywiał się wyjątkowo racjonalnie. Jedyna toksyna, na którą sobie pozwalał, to okazjonalna dawka kofeiny o poranku.

Była to i tak miła odmiana, bo wcześniej Gilbert zrywał go przed świtem, wciskał w rękę plastikową łopatę i gonił do odśnieżania lewej strony ulicy. Sam w ramach czynu społecznego odśnieżał prawą.

Feliks zakręcił się wokół małego ekspresu wyobrażając, że zamiast wody gotuje napalm.

- Sam sobie zrób – odburknął.

Prusak odłożył gazetę o ostentacyjnie zaczął przygotowywać kanapkę z górą zielska na wierzchu.

- Jesteś tu z mojej łaski. Nie przygarniałem darmozjada.

- Ani sługi.

Uśmiechnął się krzywo. Wyraźnie bawiło go dokuczanie słabszym.

- Służącym musiałbym płacić. Ciebie mam za darmo. Nie guzdraj się. Pić mi się chce.

Feliks odczekał, aż kawa będzie miała odpowiednią temperaturę, wciąż gorąca ale nie na tyle, by oparzyć język. I nie tylko język. Podszedł z kubkiem do Prusaka i przywołał na usta słodki uśmiech.

- Proszę bardzo.

Następnie wylał mu całą zawartość na kolana.

Spokojny dom w sennym miasteczku wypełniły wrzaski i niemieckie przekleństwa. Tych jednak szybko zabrakło i Gilbert musiał użyć polskich wymieszanych z co bardziej popularnymi ich rosyjskimi odpowiednikami.

Polak był przygotowany na nagłą wyprowadzkę. Mina zadufanego Prusaka była jednak warta poniesienia każdych konsekwencji.

Gdy albinos ratował w sypialni ciało i ubranie, Feliks zdążył sprzątnąć w kuchni i usmażyć sobie jajecznicę. Zignorował kroki powracającego gospodarza.

- Wbij to sobie do głowy, dupku. Nie jestem darmozjadem, służącym ani niewolnikiem. Jestem gościem i masz mnie traktować jak gościa.

- Od dzisiaj nie dotykasz ekspresu do kawy.

Obejrzał się na Prusaka. W nowym ubraniu, mniej bolesnym kolorystycznie niż poprzednia kompilacja czerwonych sztruksów i prążkowanego podkoszulka z długimi rękawami, wyglądał na całkiem spokojnego, a nawet zadowolonego.

Feliks zmarszczył brwi. Ciągłe popychanie, wyzywanie i zmuszanie do wypełniania domowych obowiązków miało doprowadzić do jego wybuchu? Tylko Gilbert Beilschmidt mógł kierować się w życiu tak pokręconą logiką.

- Wolę herbatę.

- Mi pasuje. Chodź.

Zanim zdążył zaprotestować, albinos już ciągnął go przez cały parter do swojej sypialni. W głowie Feliksa zapaliły się ostrzegawcze lampki. Chyba jednak jego gospodarz zmienił zdanie co do kary za utratę wściekle czerwonych spodni.

Gilbert tymczasem zanurkował pod zasłane po wojskowemu łóżko. Wygrzebał się stamtąd z ciężką, metalową kasetką. Otrzepał się, usiadł na łóżku i z wyrazem absolutnego skupienia na twarzy otworzył zamek. Polak podszedł bliżej z ciekawości, ale zaraz odsunął się.

W dłoni albinosa znajdował się pistolet. Lufa wycelowana prosto w głowę Feliksa.

Przełknął głośno ślinę. Serce zapomniało o jednym uderzeniu.

- Gilbert, ja…

- Glock 17, standard. Z pełnym magazynkiem. Umiesz się tym posługiwać?

Prusak wcisnął mu broń do ręki, ale Feliks prawie tego nie zauważył. Był zajęty zbieraniem szczęki, która opadła mu na podłogę.

- Umiesz czy nie? – zapytał niecierpliwie albinos.

- T… Tak.

- To dobrze. Od dzisiaj noś go zawsze przy sobie.

Feliks odruchowo pokiwał głową. Potem ocknął się.

- Żartujesz! Gdzie ja z tym wejdę? Teraz nawet w głupich księgarniach są bramki.

- Tak jakbyś ostatnio książki czytał – prychnął Gilbert – Bramki w sklepach są nastawione na wyłapywanie złodziei a nie uzbrojonych po zęby patriotów.

Polak nie dawał się jednak przekonać. Oczywiście że znał się na broni. Po latach wojen, powstań i ukrywania się taka wiedza była automatyczna. Co nie znaczyło, że chciałby wszędzie chodzić z pistoletem jak jakiś Rambo albo członek gangu.

Splótł ręce w obronnym geście pilnując, by pistolet nie wyśliznął się przypadkiem na podłogę. Zdążył zauważyć, że w kasetce jest jeszcze jeden egzemplarz – Glock 19. Zapewne jedyny w swoim rodzaju prezent od zapobiegliwego Austriaka. Niewielu kolegów z Europy i świata zdawało sobie sprawę, że Roderich Edelstein jest kimś więcej, niż utalentowanym kucharzem i znawcą muzyki Mozarta. W dawnych czasach był wojownikiem, jak oni wszyscy. A to wypala trwałe piętno nawet na najłagodniejszej duszy.

- Po co mi to? – zapytał.

- Bo masz wrogów.

Uniósł w górę brwi. Jeszcze niedawno stojącego przed nim albinosa mógł także zaliczyć do tego licznego grona.

- A ty nie?

- Mnie nie odważą się tknąć przez wzgląd na Westa – Prusak wzruszył ramionami – Poza tym mam zamiar zrobić coś głupiego.

Jednak nie rozwinął swojej wypowiedzi pozostawiając Feliksa w nieświadomości.

Wrócili do kuchni by dokończyć śniadanie. Pistolet ciążył za paskiem. Trzeba będzie teraz postarać się o jakąś kaburę.

- Amerykańska broń? – zagadnął neutralnym tonem.

Gospodarz zrobił sobie drugą kawę.

- Austriacka produkcja.

- I uważasz, że mi się przyda.

- W dzisiejszych czasach, tak.

Akurat to stwierdzenie było zastanawiające. W przeraźliwie jasnej, supernowoczesnej kuchni wyglądającej jak mostek kapitański na statku kosmicznym czuł się całkiem bezpiecznie. Nikt nie zawracał sobie głowy poczynaniami dwóch zgryźliwych dziwaków siedzących przy śniadaniu gdzieś na Mazurach. Zima cofała się. Dnia przybywało. Feliks z nieśmiałym optymizmem wyczekiwał wiosny. Upierdliwość jego gospodarza zepchnęła na dalszy plan poczucie straty po spalonym domu.

Gilbert Beilschmidt miał tę cechę, że zawsze wysuwał się przed szereg. Był pierwszym, którego zauważano w tłumie. Nigdy nie dał się ignorować, a bycie w centrum uwagi przychodziło mu z wrodzoną łatwością. Jednak bohaterem mógł być tylko we własnym kraju.

- Hmm, popatrzmy – zaczął ustawiać przedmioty na stole – To jest Europa Zachodnia.

Wskazał na cukiernicę.

- Słodka, ale bez szczególnego znaczenia? – zapytał Polak.

- Otóż to. Dziś Europa to kryzys. Jones jest wciąż pierwszym graczem – Prusak z hukiem odstawił kubek z niedopitą kawą na lewo od cukiernicy.

Pomiędzy nią i talerz z tostami wcisnął łyżeczkę do herbaty.

- To jest Bragiński.

- Nie mów mi, że jestem łyżeczką do herbaty – jęknął Feliks.

- Częścią łyżeczki. To bufor ciągnący się od Odessy po Tallin. Od 20 lat pozostawiony sam sobie zarówno przez Rosję jak i Amerykę. Rosja zaczęła mieszać z tej strony, a dogadywać się z drugiej – za talerzem z chlebem została ustawiona miseczka z sałatką z kapusty pekińskiej.

- Twoja analogia jest po prostu zabójcza – westchnął.

Mimo to słuchał dalej. Gilbert potrafił jak nikt inny ze światowych niuansów wywróżyć przyszłość świata. Zapewne trzymał gdzieś spisane pamiętniki z użytecznymi informacjami o każdym kraju i każdej nacji.

- Jones planuje znowu posłać żołnierzy na Bliski Wschód.

- Tam, gdzie jest gaz i ropa.

- Tam, gdzie ropę i gaz bierze Yao Wang. Teraz zabezpiecza się na wszystkich frontach. Pomoc humanitarna dla Korei Północnej, by siedzieli cicho. Poparcie dla arabskiej wiosny było tylko preludium. Chciał załatwić sprawę w pokojowy sposób, ale, jak to zwykle z Jones'em bywa, mu nie wyszło. Nie wyszło głównie dlatego, że woli wszystko robić po swojemu, zamiast tym razem słuchać swojej dziewczyny.

- Alfred nie ma dziewczyny.

- Ma Ariel.

Niezwykle inteligentna przedstawicielka Izraela zawsze miała słabość do Amerykanina, choć było to uczucie nieodwzajemnione.

- Ariel lepiej orientuje się w sytuacji w regionie i ma skuteczniejszą siatkę agentów. Nie zbaczajmy z tematu – powiedział Gilbert z błyskiem w oczach – Stara się osłabić potencjalnych i realnych przeciwników. Celem obecnym Jones'a jest likwidacja wszystkich bliskowschodnich reżimów, które nie współpracują lub mogą stwarzać problemy dla amerykańskich koncernów. Celem ostatecznym jednak… - znacząco zawiesił głos.

- … Jest zwycięstwo kubka z kawą nad kapustą pekińską.

Nagle Feliks oberwał po głowie.

- Ała!

- Czytaj czasem coś więcej niż ruskie gazety i blogi.

- Czytam!

- Ze zrozumieniem – rozwinął myśl Prusak – Robisz dziś pranie.

Feliks skrzywił się.

- Coś ci chyba mówiłem.

- To za to, że pobrudziłeś moje spodnie.

Ostatecznie tymczasowy pobyt pod dachem Gilberta Beilschmidt'a nie jest taki zły.

Feliks pogwizdując cicho wrzucał do pralki jasne podkoszulki i białe skarpetki Prusaka. Na koniec wepchnął pochlapane kawą czerwone spodnie i nastawił pranie.

: : : : : : : :

Łukasiewicz przeprosił ich i mamrocząc coś pod nosem o wczesnym wstawaniu poszedł do swojej sypialni. Ludwigowi to nawet pasowało. Chciał spędzić trochę czasu z bratem.

Gilbert nie był jednak zadowolony. Światło padające z dużej lampy stojącej w pokoju dziennym wyostrzało jego rysy i nadawało włosom prawie złoty odcień. Zapewne tak musiał wyglądać po powrocie z Ziemi Świętej i ostatecznym upadku Krzyżowców. Ludwig miał swoją teorię na temat tamtych czasów. Choć był zbyt młody by pamiętać średniowieczne wojny, wyobrażał, że ich okrucieństwo odarło niejednego rycerza z resztek moralności. Gilbert musiał z nich powrócić odmieniony. I to na gorsze.

- I co? – zapytał cierpko odwróciwszy się do niego – Jak wypadła inspekcja?

- Jaka inspekcja? – zdumiał się Ludwig.

- West, dobrze wiem, że przyjechałeś tutaj by sprawdzić, czy nie wszcząłem wojny domowej.

To nie był jedyny powód. Niemiec mógł przyznać, że martwił się trochę umieszczeniem pod jednym dachem Łukasiewicza i Gilberta, jednak z obserwacji przy posiłku wnioskował, że obaj radzili sobie całkiem dobrze. Nie zaprzyjaźnili się, nawet się nie lubili, ale przynajmniej zaczęli znosić swoją obecność bez rzucania się sobie do gardeł. A o to przede wszystkim chodziło Ludwigowi.

- Myślę, że o tym dowiedziałbym się wcześniej i zdecydowanie bardziej gwałtownie.

Uśmiech Gilberta nie sięgnął oczu.

- Staram się, jak mogę.

- Jeszcze tylko kilka tygodni. Feliks obiecał, że zacznie szukać sobie mieszkania pod Warszawą.

- No tak. Łukasiewicz będzie z pewnością wyzwaniem dla tamtejszych służb socjalnych.

Niemiec roześmiał się i podszedł do niego. Zajrzał nad ramieniem brata przez okno zastanawiając się, co też może tak przyciągać jego uwagę.

Odarta ze śniegu i zieleni ziemia wyglądała przygnębiająco w coraz słabszym wieczornym świetle. W Berlinie o tej porze już paliłyby się latarnie.

- Wpadłeś tylko na jedną noc…

- Mam dużo pracy.

Gilbert skrzywił się. Jego mina absolutnie nie pasowała do bladoróżowego podkoszulka z nazwą popularnego australijskiego zespołu rockowego. Zapytany przy obiedzie, dlaczego nagle upodobał sobie różowe ubrania, wymigał się od odpowiedzi. Feliks w tym czasie zaczął kichać, potem dostał czkawki i o mały włos nie spadł z krzesła.

- I w dodatku zabierasz ze sobą jedyną rozrywkę, jaką mam na tym zadupiu.

- No tak. Kogo będziesz gnębił przez najbliższe cztery dni?

Jego oczy nagle nabrały intensywnego odcienia. Nie wróżyło to dobrze.

- Znalazłoby się kilka osób.

- Öst… - Ludwig ostrzegawczo położył mu dłoń na ramieniu i ścisnął lekko.

- Obiecuję, że nikt mnie nie złapie.

- Nie rób nic głupiego.

- A co, jeśli nie uważam tego za głupie? – Gilbert odsunął się – Ty zawsze zakładasz najgorsze. Jeśli nic nie ryzykujesz, możesz nic nie zyskać, a i tak wszystko stracić, bo ktoś inny zaryzykował. W razie czego, nic nie wiedziałeś.

- Znowu chcesz brać winę na siebie?

- Czym ty się tak martwisz? – podniósł głos – Ja sobie poradzę, a ty wracaj do papierkowej roboty. Gdzie tym razem zabierasz tego lelaka? W Brukseli nic się nie dzieje w tym tygodniu. G20? Misja dyplomatyczna w Azji?

- Nowy Jork – poinformował go spokojnie Ludwig – Spotkanie Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Albinos nagle odwrócił się i uderzył go pięścią w szczękę.

- Taki z ciebie brat!

- Öst…

Cios w splot słoneczny i kolejne dwa uderzenia po twarzy posłały go na podłogę. Z nosa poleciało kilka kropli krwi.

- To ja cię wychowuję! Całe życie staram się, by nic ciebie nie ominęło! I tak mi się odwdzięczasz? Łukasiewicza wszędzie ze sobą ciągniesz, a on nawet nie zechce tam z wami siedzieć.

Ludwig pozbierał się do pozycji pionowej. Starał się stłumić ból. Nos chyba nie złamany. Dobre i to. Przez lata przyzwyczajony do osłabionego i przykutego do łóżka przez chorobę brata zdążył zapomnieć, jak mocno i precyzyjnie potrafił on obezwładnić niemal każdego przeciwnika.

- Taką mam umowę z Feliksem – wydusił Niemiec.

Znalazł w kieszeni chustkę i przyłożył ją do nosa. Czuł, że robi się mokra i lepka.

- To może i ja powinienem podpisać z tobą umowę, byś wreszcie przestał mnie ignorować?

Ach, a więc Gilbert czuł się niepotrzebny. Zawsze głowę wypełniały mu setki pomysłów, ale teraz miał znacznie mniejszy wpływ na ludzi będących u władzy. To nie jego zapraszano na salony. Nie stał za plecami kanclerza podpisującego ważną umowę, ani prezydenta wygłaszającego orędzie do obywateli. Układ sił jest zawsze dynamiczny – jedni wypływają na wierzch, drudzy idą w dół. Na scenie pojawiają się nowi aktorzy, a o starych się zapomina.

- Öst, dobrze wiesz, że cię nie ignoruję – Ludwig wyciągnął do niego drugą rękę – Po prostu uważam, że jest jeszcze za wcześnie, byś spotkał się z Iwanem.

- Za wcześnie dla kogo? – zapytał gorzko Prusak.

Westchnął i przeczesał włosy w nerwowym geście.

- Spieprzaj, West.

- Co?...

Jest koniec zimy. Do najbliższego hotelu pewnie około 50 kilometrów po dziurach i bezdrożach, a przecież rano muszą z Łukasiewiczem złapać samolot do USA.

- Zjeżdżaj stąd, zanim powiem coś, czego będę żałował – rzucił sucho – Znajdź sobie jakąś agroturystykę. Tutaj co drugi gospodarz wynajmuje pokoje.

Ludwig westchnął ciężko. Nie miał ochoty dalej się kłócić. Jedyne wyjście to zejść z oczu starszemu bratu.

- Muszę zabrać Feliksa.

- A bierz go sobie! Jeśli nie wykopię go do nocy, to możesz wrócić po niego jutro. Udław się Nowym Jorkiem, tym ich jankeskim żarciem i lurowatą kawą.

Gilbert odszedł wgłąb domu i trzasnął drzwiami.

Młodszemu z braci pozostało tylko pozbierać swoje rzeczy. Rozumiał zachowanie Prusaka, ale mimo to wciąż nie umiał przyjąć jego słów z obojętnością. I nie wierzył, by to kiedykolwiek mogło się zmienić.