Rozdział XXVIII Reprezentanci
Gdy nadpalony kawałek pergaminu wystrzelił z czary, cała Wielka Sala wstrzymała oddech. Dumbledore pochwycił go i wyciągnął na długość ramienia, zerkając na niego znad swojego zakrzywionego nosa.
— Reprezentantem Beauxbatons zostanie… — przeczytał mocnym, czysty głosem — Alain Fitzroy.
Smukły chłopak z kręconymi, czekoladowymi włosami, siedzący pośród Gryfonów, powstał pośpiesznie i przeszedł pomiędzy ich stołem a stołem Ślizgonów. Harry rozpoznał w nim ucznia, który śmiał się szyderczo wczorajszej nocy.
Fitzroy, tak? Mózg Harry'ego wirował, gdy ten przypominał sobie wszystko, co wiedział o pierwszym reprezentancie. Ojciec dostarczył mu listę potencjalnych kandydatów wraz z krótkimi notatkami o każdym, tak, by bez problemu mógł pleść swoje intrygi. Fitzroy był kimś w rodzaju czarnego konia. Z ojcem pochodzącym ze starożytnego, francuskiego rodu czarodziejów i matką szlamą był półkrwi czarodziejem z ponadprzeciętnymi ocenami. I najwidoczniej Gryfonem. Czyżby był więc tak lekkomyślny i idiotycznie dzielny, jak to oni mieli w zwyczaju? Harry wiedział już, że Tiara Przydziału nie była wszechmocna. W końcu jemu udało się użyć okulumencji, by utrzymać kapelusz w nieświadomości, pokazując tylko kilka starannie wybranych wspomnień. Fitzroy mógł zrobić to samo. A nawet jeśli naprawdę był Gryfonem, to Harry i tak nie miał zamiaru niedoceniać nikogo, kto został reprezentantem.
Kiedy oklaski i rozmowy powoli zamierały, uwaga wszystkich ponownie skupiła się na czarze, która sekundę później po raz kolejny rozkwitła czerwienią. Drugi kawałek pergaminu wystrzelił w powietrze…
— Reprezentantem Hogwartu — zaczął Dumbledore — jest Cedrik Diggory!
Harry rozejrzał się dookoła, rozbawiony niezadowoleniem malującym się na obliczach Draco i Teo – widocznym na tyle, na ile Ślizgoni, świadomi publiki, pozwoli sobie na to. Jednak w przeciwieństwie do nich cała Wielka Sala, wypełniona po brzegi uczniami Hogwartu, rozbrzmiała szaleńczymi aplauzem. Wszyscy Puchoni zerwali się na nogi, rycząc ile sił w płucach. Nawet niektórzy zasiadający przy stole Ślizgonów uczniowie zaklaskali, choć oczywiście ich brawa były bardziej wstrzemięźliwe.
Harry również zaklaskał uprzejmie, kiedy przystojny, brązowowłosy chłopak z szarymi oczami szedł w kierunku stołu nauczycielskiego. Cedrik Diggory. Czystokrwisty, syn Amosa Diggory'ego, czarodzieja o przeciętnej mocy pracującego w Ministerstwie w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami. Prefekt Puchonów, kapitan i szukający ich quidditchowej drużyny. Dobre stopnie. Ponadprzeciętne osiągnięcia. A sądząc po aplauzie, który otrzymał, Diggory musiał cieszyć się popularnością wśród szkolnych kolegów.
Czara Ognia znowu rozjarzyła się czerwienią, znowu buchnął snop iskier, język ognia ponownie wystrzelił w powietrze, a z jego czubka Dumbledore po raz kolejny porwał kawałek pergaminu. Przenikliwe niebieskie oczy jakby zmatowiały, gdy zerknęły na imię zapisane na pergaminie, ale po krótkiej przerwie Dumbledore odchrząknął i przeczytał:
— Reprezentantem Durmstrangu… — Oczy dyrektora powędrowały ku stołowi Ślizgonów. — …jest Harrison Riddle.
Harry płynnie i z gracją powstał ze swojego miejsca. W Sali zapadła ogłuszająca cisza, wkrótce zastąpiona szeptami na temat jego wieku. Wtedy, wzorując się na Emlenie, Draco i Teo, wszyscy Ślizgoni powstali i zaczęli bić głośne brawa. Harry w tym czasie zmierzał już w stronę przejścia pomiędzy stołami. A gdy zaczął nim iść, usłyszał jak ktoś zawołał:
— Czarny Książę!
Ów okrzyk został wkrótce pochwycony przez resztę Durmstrangowych uczniów, bez względu na to, do którego domu zostali przydzieleni.
— Czarny Ksiażę! Czarny Książę! Czarny Książę!
Głupcy. To sprawi, że Dumbledore nabierze jeszcze większych podejrzeń, jeśli już ich nie nabrał, poznawszy moje nazwisko… Kiedy tylko dowiem się, kto to zaczął… Harry pozwolił sobie na zerknięcie na Korbina, uśmiechniętego od ucha do ucha przy stole Gryfonów, i na Aleksieja, ponurego jak zawsze, ale równie szczerze go oklaskującego pośród Krukonów. Rozsiani tu i tam, wszyscy durmstrangowi uczniowie przyłączyli się do owacji na stojąco, które zapoczątkowali Ślizgoni. Owacji dla Harrisona Riddle'a, reprezentanta Durmstrangu.
Harry upewniwszy się, że jego twarzy gościł pełen dostojeństwa i opanowania uśmiech, uniósł dłoń w geście podziękowania za oklaski. Dobrze było zobaczyć uwielbienie ze strony kolegów ze szkoły, będące rezultatem jego kilkuletnich zabiegów. Kiedy przemierzał salę, zauważył bezbrzeżne zaskoczenie malujące się na twarzach nauczycieli. Niektórzy z nich nawet rozdziawili usta w wyrazie zdziwienia. James Potter wyglądał na szczególnie zszokowanego – najwidoczniej był zdumiony tym, że Harry był w stanie przekroczyć Linię Wieku, a jego drogi syn nie. Jedynie Dumbledore posępnie wpatrywał się w niego swoimi jasnymi, intensywnie niebieskimi oczami.
Ignorując ich wszystkich, Harry przeszedł przez drzwi za stołem nauczycielskim.
~o.O.o~
Martin Potter patrzał, jak prefekt Durmstrangu znika za drzwiami. W środku kipiał ze złości. Jakim cudem Harrison Riddle zdołał przekroczyć Linię Wieku, kiedy jemu, Martinowi Potterowi, to się nie udało? I pomyśleć, że zaciągnął przy tym do pomocy dwóch Huncwotów, wujka Syriusza i swojego tatę, którzy, nawiasem mówiąc, byli wniebowzięci okazją do wspomożenia kolejnego pokolenia przy obchodzeniu obostrzeń. Myślał, że z pomocą dwóch największych żartownisiów wszech czasów razem z Ronem będą w stanie wrzucić swoje imiona do czary.
Ale nie, wszystko skończyło się wielkim upokorzeniem w Holu Wejściowym dzisiejszego poranka – kiedy jemu i Ronowi wyrosły długie brody. Ron wściekał się z powodu ich porażki, szczególnie, że Martin zapewniał go, że Eliksir Postarzający zadziała. Dobra opinia Rona wiele dla Martina znaczyła… Rudzielec był dla niego niczym starszy brat, którego nigdy nie miał.
A teraz, patrząc jak ten arogancki skurczybyk, Harrison Riddle napawa się tym, że był w stanie przekroczyć Linię wieku i przemierza Wielką Salę tak, jakby była jego własnością, wspomnienie tego, w jaki sposób potraktował Rona i Hermionę w księgarni cztery lata temu i w trakcie zeszłorocznych Mistrzostw Świata w Quidditchu, zatruwało umysł Martina… Jego chęć rzucenia kilku przekleństw na tego bufona była więc całkowicie zrozumiała.
Sądząc po morderczym spojrzeniu Rona, uczucia jego przyjaciela były jeszcze gwałtowniejsze. Tak naprawdę to żaden Gryfon nie wyglądał na szczególnie szczęśliwego, oczywiście za wyjątkiem tych z Durmstrangu, którzy powtarzali jakiś rodzaj tytułu.
— Czarny Książę! Czarny Książę! Czarny Książę!
Arogancja tego dupka chyba nie zna granic! Czy on naprawdę myśli, że jest jakimś księciem?
~o.O.o~
Harry znalazł się w małym pomieszczeniu obwieszonym portretami czarownic i czarodziejów. Naprzeciw niego huczał wesoło ogień w kominku. Tuż obok stali Cedrik Diggory i Alain Fitzroy. Diggory opierał się swobodnie o gzyms kominka i uśmiechał uprzejmie do Fitzroya, kiedy obaj zauważyli wejście Harry'ego. Fitzroy wykazał się spostrzegawczością i szybko dodał dwa do dwóch. Przez chwilę gapił się na Harry'ego z niedowierzaniem.
— Oni nie można wystawić chłopiec do zawodi! — wykrzyknął. Jak dla Harry'ego zbyt przesadnie akcentował pewne wyrazy.
Harry uniósł brew, kiedy do dyskusji włączył się Diggory.
— Jesteś reprezentantem Durmstrnagu? — spytał zszokowany.
Nim zdążył ułożyć odpowiedź, rozległ się dźwięk zbliżających się kroków, a chwilę później do pokoju wszedł Ludo Bagman. Z werwą ścisnął Harry'ego za ramię.
— Niesłychane! Absolutnie niesamowite! Panowie… Pragnę wam przedstawić reprezentanta Durmstrangu!
Diggory odwrócił swoją zaskoczoną twarz ku Bagmanowi, a Fitzroy tak mocno zmarszczył brwi, że te niemal się ze sobą zetknęły.
— Ale to musi jakaś pomyłka — Fitzroy zwrócił się Bagmana. W jego oczach można było dostrzec wyrachowanie. — On nie mozi. Jest za za muodi.
Czyżby nadzieja na pozbycie się konkurenta już przed rozpoczęciem turnieju? Zdecydowanie warto przyjrzeć mu się uważniej.
I znowu, nim Harry zdążył się odezwać, znajdujące się za nimi drzwi otworzyły się. Tym razem do pomieszczenia wkroczyła większa grupka ludzi; Dumbledore, Karkarow, Maxime, McGonagall, Snape i Crouch Junior podszywający się pod Croucha Seniora. Harry był ciekaw o czym Barty musiał w tej chwili myśleć. Bez wątpienia musiał się czuć rozdarty, ponieważ Czarny Pan z pewnością kazał mu strzec Harry'ego, a w obecnej sytuacji był to trudny do wypełnienia rozkaz. Łapiąc wzrok Barty'ego, Harry natychmiast potrząsnął głową, ostrzegając starszego mężczyznę, by się nie wtrącał. Zrelaksował się nieco, gdy Barty lekko przytaknął na znak zgody.
— Madame Maxime! — zawołał Fitzroy odpowiednio oburzonym głosem, kiedy tylko ujrzał swoją dyrektor. — On mówi, że ten mali chuopiec ma też być reprezentant!
Harry musiał przyznać, że zachowanie Fitzroy'a było mistrzowskie. Gdyby nie błysk w oczach i zmarszczka zamyślenia na czole, nawet on dałby się nabrać. Najwyraźniej reprezentant Beauxbatons doszedł do wniosku, że najlepszym sposobem na pozbycie się konkurenta będzie narzekanie na niesprawiedliwość całej tej sytuacji. Ponieważ Czara Ognia nie zapłonie ponownie aż do następnego turnieju, gdyby Harry został teraz zdyskwalifikowany, Fitzroy miałby jednego rywala mniej.
— Co to znaczi, Dumbli-dorr? — Najwyraźniej Maxime zdecydowała się wesprzeć swojego reprezentanta. — Taki mali chuopiec nie mozi brać udziau w zawodach. Linia Wieku miała go powstrzimać.
Harry pozwolił, by jego szmaragdowe oczy wypełnił ogień w odpowiedzi na słowa dyrektorki Beauxbatons. W przeciwieństwie do swojego ucznia, Maxime naprawdę wierzyła w to, że ma przed sobą małego ucznia. Dlatego, nim Dumbledore zdążył odpowiedzieć, Harry w końcu włączył się do dyskusji.
— Szanowna pani Maxime, wierzę, że w oryginalnych zasadach nie ma nic na temat wieku reprezentantów, to szczególne obostrzenie zostało wprowadzone na prośbę naszego szanownego dyrektora, który chciał w ten sposób ustrzec niewyszkolonych, młodszych uczniów przed turniejowymi zadaniami.
— Madame Maxime, to wyłącznie wina Riddle'a — wtrącił łagodnie Snape, a jego czarne oczy rozbłysły złośliwie. — Proszę nie obwiniać profesora Dumbledore'a o to, że Riddle rozmyślnie złamał…
W tym momencie Karkarow, który do tej pory milczał, odezwał się ze stalowym uśmiechem.
— Severusie, prosiłbym, żebyś nie obrażał reprezentanta Durmstrangu.
Całkiem inteligentny ruch, jak na ciebie, Karkarow. Wiesz, że ojciec nie będzie zadowolony, gdy to wszystko się wyda, więc starasz się sprawiać wrażenie, że robisz wszystko, by mnie chronić, czyż nie?
Wiedząc, że Karkarow prawidłowo odczytał drugie dno jego wypowiedzi skierowanej do Maxime, nie martwił się, że w jakiś sposób zainterweniuje. Prościej rzecz ujmując: dyrektor nie był na tyle głupi, by sprzeciwić się Harry'emu, nawet jeśli kolidowało to z życzeniami Voldemorta. Czarny Pan miał krótką pamięć jeśli chodzi o wdzięczność, za to Harry był znany z tego, że opiekował się tymi, którzy pozostawali wobec niego lojalni. A z jego nowym statusem jako Czarnego Księcia w szeregach Czarnego Pana, dyrektor wiedział, że wchodzenie w drogę Harry'emu byłoby samobójstwem.
— Dziękuję ci Severusie. Przyjmij moje przeprosiny Igorze — powiedział stanowczo Dumbledore, zerkając znad długiego nosa i półkolistych okularów na Harry'ego. — Czy wrzucił pan swoje imię do Czary Ognia, panie Riddle? — spytał, równocześnie używając legilimencji, by wychwycić ewentualne kłamstwo.
Harry bez zmrużenia okiem zmierzył się ze wzrokiem dyrektora, przywołując równocześnie fałszywe wspomnienie o tym, jak poprzedniego wieczora położył się wcześniej spać.
— Oczywiście nie, profesorze. Szanuję życzenie swoich gospodarzy odnośnie tego, że niepełnoletnim uczniom zabroniono brać udział w turnieju — odparł spokojnie.
Ukryty w cieniu Snape prychnął pogardliwie.
— Czy prosiłeś jakiegoś starszego ucznia, żeby wrzucił twoje nazwisko do Czary Ognia? — dociekał Dumbledore.
Harry uniósł brew na to niestosowne pytanie.
— Nie, profesorze.
— Ach, on kłami! — krzyknęła madame Maxime.
Harry postanowił zignorować ten wybuch, bo reagowanie na niego byłoby poniżej jego godności.
— Nie mógł przekroczyć Linii Wieku — powiedziała ostro McGonagall.
Zdusił rozbawienie. Gdybyś tylko wiedziała…
— Jestem pewna, że wszyscy co do tego się zgadzamy.
— Dumbli-dorr pomylisie z tę linię — oświadczyła madame Maxime, wzruszając ramionami.
Z serdecznym rozbawieniem obserwował broniącą Dumbledore'a McGonagall, która wciąż utrzymywała, że to było niemożliwe.
Być może stary truteń właśnie zdał sobie sprawę, że powinien włożyć nieco więcej wysiłku w tworzenie swojej linii. Z pewnością nie spodziewał się, że któryś z młodszych uczniów znajdzie sposób na jej przekroczenia… Na nieszczęście dla niego, ja nie jestem przeciętnym uczniem.
Po pewnym czasie Harry postanowił powrócić do sedna sprawy.
— Panie Crouch, panie Bagman — Kiedy uprzejmie się odezwał, pokój momentalnie wypełnił się ciszą. — Chyba wszyscy wypowiedzieliśmy już swoje zdanie w tej kwestii. Myślę jednak, że panowie, jako obiektywni sędziowie, będziecie w stanie podjąć ostateczną decyzję?
Wszyscy wlepili w niego wzrok.
— Wyśmienita sugestia, panie Riddle — wtrącił gładko Karkarow. — Oddajmy podjęcie decyzji w ręce niezależnych sędziów Turnieju.
Bagman otarł swoją okrągła twarz chusteczką i zerknął na fałszywego Croucha, który stał poza kręgiem światła rzucanego przez kominek. Kiedy przemówił, zrobił to niezwykle lakonicznie (Harry'ego zawsze zadziwiały zdolności aktorskie Barty'ego).
— Musimy trzymać się zasad, a te wyraźnie mówią, że ten, którego imię wyrzuci Czara Ognia, musi wziąć udział w turnieju.
Najwidoczniej Barty, tak jak Harry się tego spodziewał, postanowił mu pomóc. Nie pierwszy raz poczuł wdzięczność za obecność w swoim życiu tego starszego mężczyzny, który był dla niego niczym brat.
— Barty zna regulamin na wylot — stwierdził rozpromieniony Bagman, zachowując się tak, jakby sprawa została przesądzona.
Madame Maxime i Fitzroy wydali pełen oburzenia krzyk, który prędko został uciszony przez wkroczenie do pomieszczenia Szalonookiego Moddy'ego, byłego aurora i obecnego nauczyciela obrony przed czarną magią.
— Nie widzę, w czym problem — zagrzmiał. — Każda szkoła ma swojego reprezentanta. Koniec historii. To, że chłopak jest młodszy niż pozostali działa tylko i wyłącznie na niekorzyść Durmstrangu. A nie widzę, by oni narzekali.
Cóż. To było niespodziewane. Rozsądne słowa Moody'ego wszystkich uciszyły, bo nikt nie potrafił znaleźć powodów do dalszego protestu.
— Mam pełne zaufanie co do umiejętności pana Riddle'a. Pomimo swojego wieku, zdał już SUMy z ośmiu przedmiotów — oznajmił Karkarow swoim oleistym głosem. To ostatecznie zakończyło sprawę. Diggory i Fitzroy spojrzeli zdumieni na Harry'ego.
Następnie Bagman i fałszywy Crouch rozpoczęli zapownawanie reprezentantów ze szczegółami pierwszego zdania, które miało się odbyć w Halloween. Jego celem było sprawdzenie ich odwagi w obliczu nieznanego, z którym mieli się zmierzyć uzbrojeni jedynie w różdżki. Nie wolno im było prosić ani przyjmować pomocy żadnego z nauczycieli ani teraz, ani później, ale z powodu czekających ich zadań mieli zostać zwolnieni ze wszystkich tegorocznych testów.
~o.O.o~
Kiedy spotkanie się zakończyło, reprezentanci opuścili pomieszczenie, pozostawiając w środku wciąż dyskutujących dorosłych. Diggory zrównał się z Harrym i razem wyszli z pokoju, podczas gdy Fitzroy gdzieś zniknął.
— Cedrik Diggory. — Puchon wyciągnął dłoń na powitanie. — Miło cię poznać.
— Harrison Riddle — oparł uprzejmie Harry, potrząsając ręką Diggory'ego.
Przez chwilę kroczyli obok siebie w przyjacielskiej ciszy, którą w końcu przerwało gwałtowne pytanie Diggory'ego:
— Więc… Mam nadzieję, że cię nie urażę moim pytaniem, ale… Jak to zrobiłeś?
Harry milczał — jego jedyną odpowiedzią było uniesienie brwi.
— W porządku… Podejrzewam, że i tak nie wyjawiłbyś tego rywalowi… — mruknął do siebie Puchon. Kiedy dotarli do podnóża marmurowych schodów, przyjaźnie pomachał mu na dowiedzenia, skręcając w prawo. Harry natomiast skierował się ku korytarzowi po prawej stronie.
Kiedy stanął przed wejściem do pokoju wspólnego Ślizgonów, strzegący go portret odsunął się, odsłaniając zatłoczoną komnatę; najwidoczniej zebrali się w niej wszyscy członkowie domu Salazara. Gdy tylko przekroczył próg, powitały go gromkie brawa. Uczniowie, wolni od uważnych spojrzeń nie-ślizgonów, w końcu mogli pozwolić sobie na okazanie prawdziwych uczuć.
— Harrison! — wykrzyknęła rozpromieniona Dafne. — Mów, jak to zrobiłeś?!
Harry uśmiechnął się, widząc jej entuzjazm. Musnął delikatnie dłoń przyjaciółki, a następnie odwrócił się do reszty uczniów i powiódł wzrokiem po zebranym tłumie.
— Oficjalna wersja, moi drodzy przyjaciele… — zawiesił głos i wyszczerzył się — brzmi tak, że nie jestem odpowiedzialny za wrzucenie do Czarny Ognia karteczki z moim nazwiskiem. A jednak będę uczestniczyć w turnieju jako reprezentant Durmstrangu.
Ślizgoni zaśmiali się z uznaniem — jak nikt inny rozumieli chęć Harry'ego do zachowania tajemnicy. Ale równocześnie doskonale wiedzieli, że był wystarczająco potężny, by przekroczyć wyczarowaną przez Dumbledore'a Linię Wieku, na tyle utalentowany, by zostać wybranym reprezentantem szkoły i odpowiednio przebiegły, by się z tego wywinąć. I o ile wcześniej Ślizgoni poważali go, bo robił tak ich lider, Draco Malfoy, tak teraz, tym pojedynczym aktem zaskarbił sobie ich szacunek i ugruntował własną pozycję. W ogóle nie liczyło się to, że tak naprawdę był reprezentantem Durmstrangu — szkolna rywalizacja schodziła na dalszy plan. Harry został przydzielony do Slytherinu, a Ślizgoni znani byli ze wspierania swoich.
Impreza w pokoju wspólnym przeciągnęła się do późnych godzin nocnych. Wśród obcych sztywni i wyniośli, w zaciszu prywatnych komnat Ślizgoni udowadniali, że potrafią się bawić. Gdzieś w połowie przyjęcia Harry dotknął noszonej na nadgarstku opaski i przesłał informację o miejscu i czasie spotkania do swoich popleczników przebywających obecnie w Hogwarcie.
Pięć minut później wszyscy zebrali się w doskonale zabezpieczonym pokoju, który dzielił z bliźniakami Winters (Harry, gdy tylko dowiedział się, gdzie będzie spać, otoczył swoje dormitorium wieloma ochronnymi i zapewniającymi prywatność czarami). Nawet Korbin i Aleksiej przybyli na jego wezwanie, pomimo tego, że trafili do innych domów. Draco rozkazał Ślizgonom zignorowanie obecności obcych uczniów, kiedy eskortował ich do dormitorium. Harry, opierając się wygodnie o poduszki, zlustrował wzrokiem swoich przyjaciół i popleczników. Wszyscy milczeli, siedząc, stojąc lub rozwalając się wygodnie na łóżkach, w zależności od zażyłości, jak ich z nim łączyła. Czekali aż się odezwie. A on z roztargnieniem głaskał zwiniętego w kłębek na jego kolanach Nuita.
— Przyjaciele — zaczął. Nuta satysfakcji wyraźnie zadźwięczała w jego głosie. — Jestem pewien, że wszyscy umieracie z ciekawości i chcecie się dowiedzieć, jak to się stało, że moje imię znalazło się w Czarze Ognia. Ponieważ zasłużyliście sobie na moje zaufanie, przedstawię wam nieoficjalną, ale prawdziwą wersję wydarzeń.
Był to z jego strony całkiem mądry ruch – ludzie zawsze czuli się mile połechtani, gdy ktoś inny powierzał im swoje sekrety. Dlatego opowiedział o tym, jak skorzystał z okazji i wymknął się zeszłej nocy z komnat Slytherinu, by wrzucić swoje imię do czary. Oczywiście nie wspominał nic o sposobie w jaki to zrobił, bo jego słuchacze i tak nie zrozumieliby wyjaśnień dotyczących użytych run czy zawiłości numerologicznych obliczeń, nie wspominając o jego specjalnym wzroku — a właśnie tego wszystkiego skorzystał, by tymczasowo unieszkodliwić bariery. Harry musiał osobiście umieścić swoje zgłoszenie w czarze, bo tylko dzięki temu magiczny kontrakt stawał się wiążący. Dumbledore z pewnością był świadomy tego ostatniego faktu, ale najwidoczniej zepchnął go na margines świadomości, nie chcąc przyjąć do wiadomości, że piątoroczny uczeń mógłby przejść jego Linię Wieku. A w momencie, w którym czara go wybrała, było już za późno i dyrektor nie mógł już nic z tym zrobić.
Kiedy Harry zakończył swoją opowieść, Korbin aż gwizdnął z zachwytu.
— Łał, Harrison… Po prostu ŁAŁ!
Dafne, siedząc po przeciwnej stronie łóżka, podzielała zachwyt Korbina. W jej oczach zaiskrzyło uwielbienie i podziw.
— Udało ci się przechytrzyć Dumbledore'a. To naprawdę bardzo imponujące. — Zdawała się naprawdę szczęśliwa, chociaż Harry zauważył, że dużo lepiej panowała nad własną wylewnością niż kiedyś. Wciąż wyprostowana, siedziała tak, jak przystało młodej damie i jedynie lekko uniesione kąciki ust zdradzały jej prawdziwe uczucia. Pozostałe dziewczyny; Pansy, Tracey i Millicenta również przybrały skromne postawy, więc Harry podejrzewał, że zachowywała się z powodu ich obecności.
Wszyscy jego zwolennicy wyrazili swój podziw, choć jego uwadze nie umknął fakt, że Draco i Teo wyglądali na lekko zmartwionych. Doskonale wiedział, co ich trapiło, dlatego, potrząsając lekko głową, nakazał im zachowanie uwag dla siebie. Przynajmniej na razie. Następnie zmienił temat. Ostrzegł swoich zwolenników, by zachowali czujność przy niektórych nauczycielach i uczniach, oraz polecił im zaprzyjaźnić się z wybranymi osobami, a także nakazał zbieranie informacji oraz pielęgnowanie ziarenek intryg, które już zasadził.
Znowu powierzył Dafne zorganizowanie siatki szpiegowskiej, takiej samej jak w Durmstrnagu, oddelegowując Tracey do pomocy (dziewczyna miała najmniej zadziorny charakterem ze wszystkich Ślizgonek). Ich pierwszym zadaniem miało być subtelne rozpuszczenie informacji o tym, że wszyscy Ślizgoni od piątego roku wzwyż mogą urządzać sobie nocne wędrówki, bez obawy, że zostaną przyłapani przez Snape'a, bo usunął jego zabezpieczenia (hogwarccy Ślizgoni byli pod wrażeniem osiągnięcia Harry'ego). Pansy wraz z Millicentą miały zająć się uczennicami z Beauxbatons, które trafiły do domu Salazara. Do obowiązków Emlena, jego numeru trzy, należało sprawowanie pieczy nad uczniami z Durmstrangu. Do pomocy w tym zadaniu przydzielił mu Francisa. Zadaniem Korbina i Aleksieja było wyłowienie spośród uczniów swoich domów tych, którzy mogliby podzielić poglądy Harry'ego i powolne zaprzyjaźnianie się z nimi. Teo i Blasie mieli wyszperać wszystkie informacje o zamku niezawarte w „Historii Hogwartu", podczas gdy Draco, jego numer dwa, miał ogólnie wszystko nadzorować. Harry nie kłopotał się wymyślaniem zajęcia dla Vincenta i Crabe'a, bo nie byli wystarczająco bystrzy, by przydać się na coś na tym etapie jego planów. Bliźniaków Winters postanowił zachować na wypadek czegoś niespodziewanego, poza tym i tak niechętnie podjęliby się zajęcia, które odciągnęło by ich od głównego zadania – tkwienia u jego boku i ochraniania go.
Po odprawieniu wszystkich, Harry odwrócił się w stronę Draco i Teo. Teraz, kiedy w dormitorium pozostali tylko we trójkę (bliźniacy Winters strzegli drzwi od zewnątrz), uniósł brew, spoglądając na przyjaciół.
— Mówcie. Wiem, że chcecie.
Draco zmrużył oczy, a następnie westchnął niepewnie. To, że pozwolił swojej osławionej masce Malfoyów opaść najlepiej świadczyło o tym, jak bardzo mu ufał.
— Harrison, coś ty sobie na Merlina myślał?! Wiem, że On rozkazał ci nie wychylać się, bo ojciec polecił mi mieć na ciebie oko!
Teo zamrugał. Jedynie Draco mógł w taki sposób odezwać się do Harrisona…
Harry przez chwilę mierzył przyjaciela wzrokiem.
— Draco — zaczął ostrzegawczym tonem — tym razem ci odpuszczę, ale proszę, byś więcej nie zwracał sie do mnie takim tonem.
Delikatnie się rumieniąc, Draco wziął głęboki wdech, by się uspokoić.
— Przepraszam za swoją nieuprzejmość — odparł, odzyskując opanowanie.
Harry machnął dłonią.
— Przeprosiny przyjęte. Wiem, że się martwisz. — Odchylił się do tyłu i przeniósł śpiącego Nuita z ramion na łóżko. Następnie westchnął. — Również podzielam twoje zmartwienie. Sprzeciwiłem się rozkazom ojca; z pewnością nie będzie tym zachwycony. Zrobiłem to, bo wierzę, że pomoże mi to w realizacji moich planów… Ale oczywiście nie użyję tego jako wymówki do uniknięcia kary. Możesz natychmiast iść i poinformować swojego ojca o tym, co zrobiłem, i tak zaraz się to wyda. A ponieważ aż do tej pory nie znaliście moich planów, nikt nic wam nie zrobi.
Teo parsknął usłyszawszy to, ale mądrze nic nie powiedział. Harry uniósł brwi. A wtedy Teo, wiercąc się i wykręcając, wyznał:
— Eee…. Harrison… W zasadzie to Draco podejrzewał, że coś takiego zrobisz. W zasadzie to martwił się o to odkąd otrzymał od ojca list, mówiący o tym, że nie wolno ci brać udziału w Turnieju… Nie uwierzyłem mu, ale podejrzewam, że zna cię lepiej niż ja.
Brwi Harry'ego podskoczyły jeszcze wyżej. Wychylając się do przodu, dotknął ramienia przyjaciela.
— Dzięki, Draco. Dzięki za zaufanie i wsparcie.
Szmaragdowe i szare spojrzenia na kilka sekund skrzyżowały się, w tym samym czasie coś dziwnego przeskoczyło między chłopcami. Następnie Draco zrelaksował się i powrócił do swojej zwyczajnej pozy.
— Jeśli komuś powiesz, przeklnę cię. Mam reputację do utrzymania.
Harry przytaknął z rozbawieniem, po czym z powrotem przybrał poważna minę.
— Nie ma powodu, by ktoś inny się o tym dowiedział. Sam, z własnej woli, wbrew rozkazom ojca wrzuciłem swoje imię do czary i ja, tylko ja, poniosę tego konsekwencje. Zrozumiano?
Teo i Draco niechętnie i z wyraźną rezygnacją skinęli głowami. Nie mogli nic zrobić, by zmniejszyć odpowiedzialność Harry'ego, a napomknięcie o podejrzeniach Draco mogło jedynie sprowadzić na tego ostatniego dodatkowe kłopoty.
— To dobrze. A teraz wybaczcie, ale robi się późno. Zobaczymy się rano. — Harry zakończył rozmowę, nie dając przyjaciołom czasu na wątpliwości. Obaj życzyli mu dobrej nocy, po czym opuścili dormitorium. Harry od razu zabrał się za pisanie listu do ojca.
To będzie najtrudniejszy list, jaki kiedykolwiek przyszło mi napisać…
Podjęcie decyzji o wrzuceniu swojego imienia do Czary Ognia było dla Harry'ego bardzo trudne. Od kiedy Czarny Pan go adoptował, bardzo rzadko okazywał ojcu nieposłuszeństwo, a jeszcze nigdy nie zrobił tego tak świadomie i celowo jak teraz. Czarny Pan zawsze tłumaczył synowi powody kryjące się za jego decyzjami, a Harry zawsze był zadowolony z wypełniania rozkazów ojca, doskonale wiedząc, że ten ma na uwadze wyłącznie jego dobro. Szanował, podziwiał i kochał swojego ojca i zawsze dążył tego, by jego czyny odzwierciedlały te uczucia. Tym razem jednak był naprawdę przekonany, że to on miał rację, a ojciec… trochę mniejszą (Czarny Pan nigdy się nie mylił). I dlatego podjął taką, a nie inną decyzję – jedną z najtrudniejszych w życiu.
W liście tłumaczył się ze swojego zachowania – ponownie wyjaśniając, dlaczego uważa, że zostanie reprezentantem szkoły miało pozytywnie wpłynąć na jego plany… Umocni moją reputację… sława przyda się przy zdobywaniu poparcia uczniów Hogwartu… otworzy wiele drzwi… Przytoczył zastrzeżeń ojca, które ten wyraził pod koniec wakacji, ale całość zakończył argumentami przemawiającymi na jego korzyść, uzasadniając, dlaczego uważa, że jego powody niewelują zmartwienia Czarnego Pana.
Mimo wszystko, Ojcze, uważam, że wady przewyższają zalety i dlatego wrzuciłem swoje imię do Czary Ognia. Przyznaję się do nieposłuszeństwa i zaakceptuję każdą karę, którą uznasz za stosowną…
W napisanym liście nie zamieścił jednak przeprosin, ponieważ nie uważał, by we wrzuceniu swojego imienia do czary było coś złego, oczywiście oprócz tego, że wiązało się to z koniecznością sprzeciwienia się rozkazom ojca (znalezienie sposobu na dumbledore'ową Linię Wieku, dzięki posiadanym książkom, było dziecinnie łatwe). Ale miał na tyle zdrowego rozsądku, by nie pisać tego w liście. W końcu nie był samobójcą.
Następnego ranka otoczył swoje łóżko silnymi wyciszającymi i zapewniającymi prywatność czarami, nim z powagą sięgnął po pudełeczko na listy. Zbyt dobrze znał ojca. Dlatego nie zdziwiło go, że zaraz po otwarciu pudełka został trafiony klątwą bardzo zbliżoną do Cruciatusa. Ból przeszył całe jego ciało; spazm za spazmem czystej, białej agonii, która przenikała przez żyły i mięśnie, aż do kości. Minuta… Dwie… Harry zagryzał zęby, powstrzymując się przed wydawaniem jakichkolwiek odgłosów tak długo, jak był w stanie, ale w końcu nie miał wyboru i jego krzyk wypełnił powietrze. Albo to, albo popadnięcie w szaleństwo. Na szczęście po kilku sekundach ból zniknął.
Gdy Harry leżał padnięty na łóżku, przyszło mu do głowy, że ojciec specjalnie tak rzucił klątwę, by ta ustała po tym, jak zacznie krzyczeć. Być może powinien zacząć robić to szybciej… Kiedy w końcu był w stanie ruszyć, niepewnie sięgnął ponownie po list (listy, które sobie wzajemnie z ojcem wysyłali były tak zaczarowane, że konieczny był ich dotyk, by pojawiły się na nich słowa). Wiadomość była oschła i krótka, i najlepiej świadczyła o humorze, w jakim był jego ojciec, gdy ją pisał.
Przedyskutujemy to w trakcie najbliższego weekendu w Hogsmead. Prześlij szczegóły.
Żadnych czułości, żadnych imion. Bez podpisu. Harry zamrugał, widząc jaskrawy znak gniewu ojca. Natychmiast zaczął planować swój kolejny ruch.
~o.O.o~
Ubrany w czarne hogwarckie szaty, spod których wystawała biała koszula i srebrno-zielony krawat, Harry wszedł do Wielkiej Sali, osłaniany z dwóch stron przez Septimusa i Octaviusa. Tuż po przekroczeniu progu uderzyła w niego kakofonia spojrzeń, szeptanych spekulacji i mruczanych pod nosem komentarzy. W pierwszej kolejności upewnił się, że ma przyklejony do twarzy uprzejmy i czarujący uśmiech, i dopiero wtedy delikatnym skinieniem głowy odpowiedział na pełne szacunku półukłony, którymi przywitali go szkolni koledzy.
Zajmując już teraz swoje standardowe miejsce, przed rozpoczęciem śniadania przywitał się z przyjaciółmi. Rozmowa przy stole podryfowała w kierunku lekcji, mody i rozważań na temat pierwszego zadania – żaden ze Ślizgonów nie był na tyle głupi, by publicznie poruszać jakiekolwiek wrażliwe tematy. Kiedy Harry zjadł swoje owoce, kanapki i parówki, podniósł wzrok i zobaczył Karkarowa zmierzającego w jego kierunku. Bez pośpiechu przeżuł i połknął jedzone owoce, nim odwrócił się, by przywitać dyrektora.
Dziesięć minut później skończył rozmowę. Karkarow poinformował go o dzisiejszym, wieczornym zebraniu uczniów na ich szkolnym statku (pozornie był to jedyny cel dyrektora, ale w rzeczywistości chciał w ten sposób zwrócić uwagę na zażyłe stosunki, jakie łączyły go ze szkolnym reprezentantem). Machnięciem dłoni Harry wyczarował malutkie karteczki zawierające informację o planowanym spotkaniu. Następnie, jakby od niechcenia uniósł różdżkę, a kawałki papieru same schludnie się złożyły i przeleciały przez Wielką Salę, bez problemu trafiając w ręce wszystkich durmstrangowych uczniów.
— Niezły pokaz, Harrison. Zwraca uwagę jak nic — skomentował pogodnie Emlen, leniwie wodząc wzrokiem po karteczce. Tak naprawdę było to świadectwo nadzwyczajnego zaawansowania Czarnego Księcia w dziedzinie zaklęć. Znaczący uśmieszek wykwitł na twarzy Emlena, gdy do jego uszu dotarły ochy i achy pozostałych uczniów. Niektórzy z nich wyciągali szyje, by uważniej przyjrzeć się Harrisonowi. A ten, świetnie, choć niezbyt subtelnie, wykorzystał nadarzającą się okazję do zaprezentowania się przed szkołą i podkreślenia faktu, że był naczelnym prefektem Durmstrangu.
— Dziękuję, Emlen — odparł gładko Harrison, jednak w jego głosie czaiła się delikatna, rozkazująca nuta. Emlen powstrzymał się od przełknięcia śliny, ale zamilkł – czasami jego lider potrafił być śmiertelnie przerażający.
Siedzący przy stole nauczycielskim Albus Dumbledore, dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart, dumał nad tym, co przed chwilą zobaczył. Harrison Riddle sprawiał wrażenie całkiem zdolnego czarodzieja. W sumie nic dziwnego, w przeciwnym wypadku Czara Ognia nie wybrałaby go jako reprezentanta Durmstrangu. A była to tylko jedna z wielu rzeczy, która zwróciła uwagę dyrektora i ożywiła jego ciekawość. Jakim cudem niepełnoletni czarodziej był w stanie przejść przez jego Linię Wieku? A jeżeli rzeczywiście nie była to sprawka młodego Harrisona, to kto to za niego zrobił? W samym chłopcu też było coś tajemniczego… Tak jak w jego reakcji na pieśń Fawkesa w trakcie spotkania w gabinecie… To ostatnie jedynie podsyciło spekulacje Dumbledore'a co do aspektu magii, którym mógł parać się młody Harrison. Biorąc pod uwagę jego naukę w Durmstrangu… Dumbledore nie miał złudzeń, że pochodzący stamtąd uczniowie, których zaprosił do Hogwartu, najprawdopodobniej przejdą na Ciemną Stronę. Jeśli już tego nie zrobili. Ale póki co była jeszcze dla nich nadzieja, jeszcze mogli zostać ocaleni. Tak jak ten młody, utalentowany Harrison Riddle. Gdyby tylko Dumbledore wpadł na pomysł, jak to zrobić… Jednak w tym celu musiał dowiedzieć się o chłopcu czegoś więcej. Czas na małe kopanie.
T/N cz. I
Na początku małe wyznanie winy – ponieważ autorka od czasu do czasu wspomagała się oryginałem, to i ja skorzystałam z pomocy pana Polkowskiego. Jeżeli jakieś zdania brzmią znajomo… to dobrze, bo zostały zaczerpnięte z oryginalnego tłumaczenia Pottera.
No i się wyjaśniło. Ręka do góry, kto z was myślał, że Harry posłucha ojca i powstrzyma się przed wzięciem udziału w turnieju ^^. Jak widać, nawet posłuszeństwo Czarnego Księcia ma swoje granice – mały Harry zaczyna być krnąbrny.
Co myślicie o Fitzroy'u (to ta zapowiadana przeze mnie zmiana w stosunku do kanonu)? Ja myślę, że będzie dla Harry'ego bardziej wymagającym przeciwnikiem nim Fleur.
Jak zawsze dziękuję wam za komentarze – naprawdę każdy jeden wywołuje na mojej twarzy niesamowity uśmiech. A jak widzę ich długość… Aż robi mi się wstyd, że wrzucam wam takie małe ochłapy. I dlatego dzisiaj, mimo niesamowitego zmęczenia (nawet moja uczennica pod koniec drugiej godziny korepetycji wymiękła i stwierdziła, że dziś jest za gorącą na naukę matmy, więc wspaniałomyślnie jej odpuściłam, zadając więcej zadania domowego ^^) spięłam się i przetłumaczyłam trzecią scenę. Początkowo chciałam zamieścić tylko dwie, ale jak pomyślałam, że komentarz Mary o mało co nie dorówna im objętością (btw. ja nie wierzę, że nie masz swojego osobistego dilera – na trzeźwo takich komentarzy nie można pisać :P ), to stwierdziłam, że tak być nie może. I jest dłużej. Ale jak zawsze nie całkowicie.
Tych, którzy niedawno do nas dołączyli informuję, że nowe rozdziały pojawiają się co czwartek, zazwyczaj w okolicach północy (ostatnio, ponieważ codziennie wstaję o szóstej, raczej przed północą niż po, jak to bywało, gdy pracowałam jedynie popołudniami). Jeżeli pod rozdziałem widnieje cdn… oznacza to, że podzieliłam rozdział na części (zazwyczaj dwie, ale ostatnio były trzy) i że w przyszły czwartek/piątek sami będziecie musieli pomyśleć o zerknięciu tutaj, bo rozdział uaktualnię, ale do was żadne powiadomienie nie dotrze.
Tak więc wiecie, stała czujność. ;)
Jeszcze! Odpowiadając Lilith – czwarty rozdział „1942" powoli się tłumaczy, została mi jeszcze jakaś 1/3 całości, więc za jakiś czas powinien się pojawić. Niestety w zeszłym tygodniu miałam napad wena i przysiadłam trochę nad własnym opowiadaniem, przez co oba moje tłumaczenia trochę ucierpiały (dla szczerego okrzyku mojego chłopka „podobało mi się" – zazwyczaj jego „podobało mi się" jest równie prawdziwe, co Wędrowycz odmawiający bimbru – stwierdziłam, że było warto). Ale wiecie jak to jest z wenem. Wen nie wybiera – a kiedy przychodzi, nie ma na niego rady i trzeba mu się poddać. ^^
Kończę, bo za chwilę notka autorska będzie dłuższa niż opowiadanie. ;) Do następnego czwartku w takim razie :).
T/N cz. II (30.07)
Znowu nie udało mi się przetłumaczyć całości – ale został dosłownie tyci kawałeczek, który dorzucę w niedzielę wieczorem – już nie miałam na niego siły.
Jak zawsze dziękuję wam za komentarze (i to jakie długie! Tak, Maro, mimo wszystko znowu mnie zmotywowałaś! Widzę, że twoje podejście do Martina jest takie samo, jak moje do Ginny – niech przepadnie, zginie, sczeźnie ;) ).
Colubrum – jak widzisz po dzisiejszym rozdziale, Czarny Pan dokładnie tego się spodziewał; że Harry posłucha go i nawet nie pomyśli o wzięciu udziału w turnieju. Dlatego trochę się Harry'emu oberwało. Niestety to, co spotkało Barty'ego czy Karkarowa musimy sobie wyobrazić (moja wyobraźnia pracuje bardzo, bardzo intensywnie) – jakieś pomysły? ^^
Jak zawsze witam na pokładzie nowych: Rittera (trumienka się pisze, naprawdę!;) ) i Daisy Dale. Mam nadzieję, że zostaniecie z nami na dłużej. I że ty, Marley Potter będziesz się pojawiać częściej.
Małe ogłoszenie parafialne – czwarty rozdział 1942 przeszedł już wstępną korektę, jeszcze trochę go z betą (Szmaragdowym Kotem 'serducho') wymiętosimy i na dniach powinien się pojawić.
Tak więc – do niedzieli. ;)
T/N cz. III (2.08)
No i haniebnie krótki trzeci fragmencik. Ale dzięki temu rozdział dwudziesty ósmy mamy za sobą. I w końcu trochę ruszymy z akcją do przodu ;).
Maro – dziękuję za wspaniały doping! Chyba następnym razem ci się nagram, żebyś zobaczyła, jak chichram, czytając twoje komentarze ^^ (ps. żyjesz w ogóle?;).
Anuii – tobie również dziękuję :) Wena i wytrwałość się przyda, bo na finiszu sił coraz mniej ;).
Colubrum – Tom jest Mrocznym Panem. Musi być surowy i nie może pobłażać nikomu. Nawet swojemu synowi. Szczególnie swojemu synowi – jeszcze Harry'emu by się w głosie poprzewracało i zapragnął kiedyś podważyć jego autorytet. ;)
PS. A w czwartek: Hogwart rok V: Zajęcia
Tak, tak, tak – cały rozdział o nauce magii 'serducho'.
