Zapraszam do komentowania najnowszego rozdziału jak i całej historii. Kolejny rozdział za dwa tygodnie.
Teleportował się na skraj Zakazanego Lasu. Magiczne granice zamku kończyły się kilkadziesiąt metrów dalej, co Harry chciał wykorzystać do granic możliwości. Ruszył przed siebie roztrzaskując co rusz jakąś zawadzającą gałąź wyładowaniami magii. Gdy doszedł do granicy zaczął się wdrapywać na najbliższe drzewo. Mógł do tego użyć magii jednak wolał poćwiczyć mięśnie. I tak szło mu nadzwyczaj dobrze, więc już po chwili siedział na jednej z najwyższych gałęzi podziwiając roztaczający się wokół widok. Na szczęście teraz miał okienko aż do obiadu, więc nie musiał się martwić robieniem afery w szkole za zwiewanie z lekcji. Oparł się wygodniej pozwalając magii swobodnie ulatywać ze swojego ciała. Po kilku minutach dokładnie nad nim zaczęła się pojawiać ciemna chmura burzowa. Brunet nie przejął się tym czując, że nie do końca świadomie używał zaklęć wpływających na pogodę. Jednak jego chmurka zbyt długo nie była osamotniona i już po chwili dołączyła do niej gromada kolejnych nadciągających z zachodu. Łączyły się powoli nad nim tworząc rozmaite kształty. Po kilku minutach chmury przysłoniły całkowicie słońce i wszędzie zapadły ciemności zwiastujące nadejście burzy. I w sumie nie trzeba było na nią zbyt długo czekać, bo wkrótce Harry poczuł na swojej odsłoniętej skórze pierwsze krople wody. Samotny piorun uderzył w jezioro rzucając wyzwanie wszystkim miłośnikom słońca. Brunet uśmiechnął się lekko a z nieba poleciała ciemna zasłona wody uderzając z całym impetem w ziemię.
Dwie godziny później dzwon wybił przerwę obiadową, po której miał tylko dodatkową Transmutację, ale nie był zbyt chętny do uczestniczenia w niej. Odetchnął głębiej wdychając wilgotne powietrze pozwalając odrobinie swojej buzującej magii ulecieć powodując silne wyładowanie tuż obok siebie. Piorun trafił w pobliską polanę jednak nic się nie zapaliło. Brunet odwrócił wzrok i spojrzał w stronę zamku. Jakiś dwóch uczniaków postanowiło wziąć szybki prysznic i biegali teraz jak najęci po Błoniach. Harry od niechcenia doprowadził trochę magii do swoich oczu wyostrzając wzrok i spojrzał na uczniów. Gdy w końcu jeden z nich łaskawie odwrócił się w jego stronę ujrzał twarz Rona. Brunet zaklął siarczyście pod nosem przeczesując mokre włosy dłonią. Skoncentrował się i spróbował wyczarować Patronusa bez użycia różdżki, lecz za każdym razem wychodziła tylko bezkształtna mgiełka. W końcu wyszarpnął różdżkę z kieszeni i wyczarował swojego jelenia. Dał mu dokładne instrukcje i wysłał do przyjaciół. Patrzył jak jeleń lekko stąpając po ziemi przedziera się między drzewami i w końcu wybiega z lasu zmierzając w stronę dwójki przemoczonych uczniów. Gdy jeleń dotarł do nich przekazał im słowa Harry'ego i rozpłynął się w powietrzu. Niższa z postaci, najpewniej Hermiona spojrzała w stronę Lasu i jakby dostrzegła Harry'ego gdy kolejny piorun złączył się z ziemią. Jednak zawróciła posłusznie i wraz z Ronem wróciła do środka.
Po godzinie wybił dzwon oznajmiający rozpoczęcie się kolejnych zajęć. Harry niechętnie osłonił się przed deszczem i wysuszył siebie oraz swoją torbę. Kiedy upewnił się, że jest już całkowicie suchy i czysty wypowiedział w myślach zaklęcie i zniknął w rozbłysku fioletowego światła.
Teleportował się na swoim miejscu w klasie nie zwracając uwagi na swoje otoczenie. Wyjął podręcznik z torby i czekał na instrukcje. Nawet nie musiał się rozglądać by wiedzieć, że wszystkie oczy w klasie są wlepione w niego. W końcu McGonagall sprawdziła obecność i stanęła przed swoim biurkiem.
- Witam ponownie na pierwszych w tym roku zajęciach nadprogramowych z Transmutacji dla klasy szóstej. Na tych zajęciach nie będziemy starali się zamieniać igły w guzik, lecz będziemy się uczyć transmutacji bojowej. Dlatego proszę o poważne podejście do tych zajęć i dokładne wysłuchiwanie moich instrukcji przez rzuceniem jakiegokolwiek zaklęcia. – Powiedziała McGonagall swoim standardowym surowym głosem chcąc dać uczniom do zrozumienia, że nie będzie przelewek. I na to Harry właśnie liczył. Nauczycielka zapisała zaklęcie na tablicy i powtórzyła je kilkakrotnie z uczniami. Brunet znał już to zaklęcie, więc od razu pożałował, że nie został w Zakazanym Lesie. Gdy McGonagall upewniła się, że każdy potrafi już wypowiedzieć zaklęcie i zna prawidłowy ruch ręką kazała wszystkim wstać.
- A teraz proszę się dobrać w pary. Wiem, że jest nieparzysta liczba osób, więc jeden z uczniów będzie ćwiczył ze mną. Może pan Potter? – No tak. Jakżeby inaczej. Bo gdyby wybrała taką Hermionę albo chociaż Draco to nie byłoby aż takiej zabawy. No, ale skoro sama tego chciała. Przynajmniej nie musiał się martwić, że coś jej zrobi. A nawet jeśli, to będzie to tylko świadczyło o jej poziomie i nic więcej. Uczniowie zaczęli powoli przenosić ławki pod ścianę jednak jak dla Harry'ego po prostu nie chciało im się, więc ich wyręczył. Ławki przeleciały szybko przez całą klasę ustawiając się pod ścianami robiąc na środku wolne miejsce. Uśmiechnął się nieznacznie widząc ich miny i ustawił się naprzeciw McGonagall. Na znak nauczycielki połowa uczniów zaczęła rzucać zaklęcia a pozostali czekali na swoją kolej. – Proszę zaczynać, panie Potter.
- Oczywiście. – Wypowiedział w myślach formułkę zaklęcia i żółty promień pomknął z jego różdżki wprost w nauczycielkę. Kobieta szybko osłoniła się tarczą psując humor brunetowi.
- Bardzo dobrze. Proszę spróbować jeszcze raz. – Powiedziała kobieta kiwając głową. Harry zirytował się tylko i zwiększył moc zaklęcia tak, że teraz wypuścił dwa promienie. Jednak nauczycielka i tak była szybsza i zdążyła się osłonić przed atakiem. I tak minęła im cała lekcja. Harry podkręcał swoje zaklęcie a nauczycielka starała się przeżyć. Pod koniec zajęć doszło do tego, że Harry był w stanie wypuścić na raz kilka promieni z różdżki jednocześnie wypuszczając dodatkowe drugą dłonią. Gdy zabrzmiał dzwon oznajmiający koniec zajęć na dzisiaj uczniowie z ulgą skończyli zajęcia. Tylko co czwarty uczeń poprawnie rzucił zaklęcie, lecz już nikt nie potrafił go odwrócić. Tak więc kilka osób, których palce zamieniły się w robaki czekało aż nauczycielka ich odczaruje. Tak naprawdę finalna wersja tego zaklęcia zamieniała człowieka w stado mały, oślizgłych, białych larw, co kończyło się śmiercią delikwenta jednak na to potrzeba lat treningu. Lub kilku miesięcy pod okiem Sadystycznej Trójki i napadu wściekłości przez rozpadającego się piernika. Po zajęciach poczekał aż wszyscy opuszczą klasę i dopiero wtedy podszedł do kobiety. Wciąż był wściekły jednak panował już nad sobą.
- Dziękuję bardzo. Nie powinienem tracić nad sobą kontroli w tak szczeniacki sposób. – Powiedział patrząc hardo w oczy nauczycielki.
- Cieszę się, że już panu lepiej. Choć trzeba przyznać, że ma pan niesamowite pokłady magii. W szczególności, że utworzyły tak potężną burzę. – Odpowiedziała nauczycielka uśmiechając się lekko. Brunet podrapał się tył głowy i spojrzał przez okno na ulewę.
- Zaraz się jej pozbędę. – Powiedział wyciągając różdżkę. Rzucił niewerbalne zaklęcie i deszcz powoli zaczął ustępować a niebo uspakajać. Brunet schował różdżkę zastanawiając się, czy wyjaśnić całą tą sytuację.
- Coś jeszcze pana trapi? – Zapytała po chwili McGonagall. Harry wziął głęboki oddech i kiwną głową.
- Profesor Dumbledore wezwał mnie dzisiaj do siebie podczas zajęć na rozmowę. Spotkaliśmy się na Wieży Astronomicznej, na której odbyliśmy krótką pogawędkę. Dyrektor powiedział mi, że obawia się ataku Voldemorta na Hogwart, więc ma do mnie prośbę, bym nie opuszczał granic zaklęć ochronnych bez nauczyciela lub Zakonu. Zgodziłem się. Zanim wyszedłem dyrektor podał mi rękę i rzucił na mnie zaklęcie. Przypieczętował umowę bez mojej zgody. Uwiązał mnie jak psa na smyczy. – Wyrzucił z siebie brunet. Kobieta zmarszczyła brwi zaskoczona tą informacją. Nigdy nie podejrzewała dyrektora o aż taki brak zaufania jednak postanowiła mu zaufać.
- Myślę, że dyrektor musiał mieć swoje powody by postąpić w ten sposób. Proszę mu zaufać. On chce pana chronić. – Wyjaśniła McGonagall. Harry łypnął na nią zirytowany jej odpowiedzią.
- Mogłem się spodziewać takiej odpowiedzi. Przepraszam, ale mam dużo pracy domowej. – Powiedział Harry i wyminął szybko nauczycielkę opuszczając klasę.
Szedł szybkim krokiem przed siebie starając się omijać uczniów. Wspiął się na siódme piętro i wszedł do Pokoju Wspólnego. Nie spojrzał w stronę Rona machającego do niego z fotela ani w stronę Hermiony schodzącej po schodach z damskiego Dormitorium. Wbiegł po schodach do swojego Dormitorium rzucając po drodze torbę na łóżko. Wyciągnął spod łóżka kufer majstrując na oślep przy zamku. Gdy wreszcie go otworzył wyrzucił ze środka bezceremonialnie wszystkie rzeczy aż w końcu znalazł to, czego szukał. Horkruks. Zawiesił sobie na szyi złoty łańcuszek czując, jak medalion stara się przejąć nad nim kontrolę. Wyrzucił ze swojego umysłu nachalne macki przelewając całą swoją złość do medalionu. Gdy w końcu poczuł się w miarę spokojny usiadł na ziemi opierając się plecami o łóżko. Wyjął różdżkę i za pomocą zaklęcia pochował wszystkie rzeczy do kufra. Bawiąc się medalionem wyjął mapę Huncwotów i przejrzał ją od niechcenia. W Wielkiej Sali właśnie kończyły się zajęcia dla pierwszej grupy a gabinet dyrektora stał pusty. Brunet przejrzał szybko mapę szukając dyrektora jednak nigdzie go nie było. Poszukał McGonagall lecz ona tkwiła wciąż w swojej klasie. A w głowie Harry'ego zrodził się plan idealny.
- Harry, masz chwilkę? – Spytała nieśmiało Hermiona zaglądając do Dormitorium. Harry uniósł głowę znad mapy i spojrzał na przyjaciółkę.
- Czy to coś ważnego?
- Chciałabym z tobą porozmawiać. – Odpowiedziała wciąż onieśmielona dziewczyna. Brunet jednak nie słuchał jej szukając peleryny-niewidki.
- Może to zaczekać? Muszę gdzieś wyjść. – Powiedział zniecierpliwiony Harry zwijając pośpiesznie pelerynę i wpychając ją do kieszeni, po czym wyminął dziewczynę i wyszedł z pomieszczenia nie czekając na odpowiedź.
- Jasne. – Mruknęła dziewczyna w pustkę.
Brunet wyszedł szybko z Dormitorium i zszedł na piąte piętro. Tam zatrzymał się w jednym z pustych korytarzy i zarzucił na siebie pelerynę-niewidkę wyjmując przy okazji z kieszeni mapę. Ruszył dalej przed siebie, co jakiś czas sprawdzając na mapie czy nie ma żadnego nauczyciela w pobliżu. Po kilkunastu minutach stanął przed gargulcem strzegącym wejścia do gabinetu dyrektora. Zadowolony Harry już chciał zdjąć pelerynę i wypowiedzieć hasło, gdy przypomniał sobie, że go do cholery nie znał. Spojrzał na mapę jakby chciał uzyskać od niej odpowiedź. I ku jego ogromnemu zdziwieniu otrzymał ją w postaci małej kropeczki opatrzonej podpisem. Flitwick zbliżał się szybko zmierzając wyraźnie do gabinetu dyrektora. Po chwili wyszedł zza zakrętu i podszedł do gargulca.
- Dzień dobry, panie profesorze. Niestety dyrektora teraz nie ma. – Powiedział uprzejmie gargulec.
- Tak, tak. Widziałem, jak wychodził. Chciałem tylko zostawić mu dokumenty, o które prosił. – Odpowiedział nauczyciel pokazując kopertę. – Miętusowa guma.
- Proszę bardzo. – Gargulec odskoczył na bok ujawniając przejście.
Nauczyciel wszedł na schody a Harry wskoczył tuż za niego. Dojechali do samej góry i nauczyciel wszedł zostawiając za sobą otwarte drzwi. Brunet wszedł po cichu za nim rzucając przy okazji zaklęcie wyciszające. Schował się z boku i patrzył, jak nauczyciel zostawia na biurku kopertę i wychodzi. Gdy tylko drzwi zamknęły się za nim Harry wyjął różdżkę i rzucił kilka zaklęć wykrywających sprawdzając zabezpieczenia. Tak jak się domyślał, dyrektor rzucił zaklęcia wizyjne i demaskujące, ale nie pomyślał o pelerynie- niewidce. Brunet podszedł do szafki, w której znajdowała się Myślodsiewnia i rzucił zaklęcie zwodzące. Powinno ono utrzymać obraz taki, jaki był w chwili rzucenia zaklęcia, czyli spokojnie stojącej szafki. Harry otworzył szafkę i wygrzebał z niej wspomnienia o Tomie Riddle'u. Było ich dosłownie kilka, ale wiedział, że to były najważniejsze, jakie powinien znać. Schował je szybko do kieszeni wiedząc, że dyrektor nigdy nie będzie go podejrzewać o coś takiego. A jak już z nimi skończy to podrzuci je gdzieś i będzie po sprawie. Taką miał przynajmniej nadzieję. Schował flakoniki do kieszeni i wyszedł z gabinetu dezaktywując zaklęcie zwodzące.
Po kilkunastu minutach biegu, (jakbym nie mógł użyć zaklęcia skarcił się w myślach), znalazł się w Pokoju Życzeń, które tym razem było wyposażone w Myślodsiewnią. Harry wlał zawartość pierwszego flakonika do środka i zanurzył się w odmętach przeszłości.
Pierwsze ze wspomnień należało do skrzatki Bujdki. Jej pani, Chefsiba Smith zaprosiła w nim Toma Riddle'a do swojego domu, gdzie pokazała mu swoje dwa najcenniejsze artefakty: Czarkę należącą do Helgi Hufflepuff, a także Medalion Salazara Slytherina, który był obecnie w posiadaniu Harry'ego. Po opuszczeniu wspomnienia Harry wyjął z kieszeni kartkę, na której zapisywał możliwe miejsca i horkruksy i dopisał do nich czarkę. Więc znał już na pewno cztery: dziennik, medalion, czarkę i siebie. Powinno ich być jeszcze ze dwa czy trzy więc miał nadzieję w pozostałych wspomnieniach znaleźć odpowiedź.
W drugim wspomnieniu Riddle ubiegał się o posadę nauczyciela Obrony jednak Dumbledore mu odmówił. To wspomnienie było szczególnie dla Harry'ego ważne, ponieważ dzięki niemu wiedział, kto rzucił klątwę na to stanowisko.
Trzecie i czwarte dotyczyło młodości Toma. Pierwsze momentu, w którym dowiedział się, że jest czarodziejem, co Harry już widział ale od innej strony, i drugie przedstawiające jego rozmowę z jakimś grubym nauczycielem Eliksirów. W pewnym momencie coś zniekształciło wspomnienie i brunet domyślił się, że była to ingerencja właściciela wspomnienia. Nauczyciel najwidoczniej starał się zatuszować swoją prawdziwą odpowiedź na temat horkruksów jednak sama próba wskazywała na to, że facet miał strasznie długi język i to on wprowadził Toma w to wszystko. Stary głupiec.
Ostatnie wspomnienie pokazywało powrót Toma w rodzinne strony jego matki. To wspomnienie należało do wuja Toma, którego ten nie darzył zbyt wielką miłością. Siedemnastoletni Tom Riddle przybywa do chaty, w której zastaje tylko Morfina. Gaunt opowiada mu historię jego matki-czarownicy i ojca-mugola. Rozwścieczony Tom kradnie różdżkę Morfina, po czym udaje się do domu ojca gdzie zabija jego i swoich dziadków. Po dokonaniu morderstwa wraca do chaty gdzie wszczepia fałszywe wspomnienia wujowi i kradnie mu pierścień.
Harry wyjął głowę z naczynia wciąż mając przed oczami pierścień. Wiedział już, że był on, horkruksem ale symbol na nim nie dawał mu spokoju. Widział już go kiedyś, gdy czytał o potężnych artefaktach magicznych, ale nie pamiętał, o co dokładnie chodziło. Dopisał do listy pierścień i chatę i schował zabezpieczoną listę. Wpakował wspomnienia z powrotem do fiolek zastanawiając się, co z nimi zrobić. Wyjął mapę, rozłożył ją na ziemi i uważnie przeczesał zamek szukając dyrektora. Gdy już się cieszył, że dyrektora wciąż nie ma ujrzał go nagle w Sali Wejściowej z… Ministrem Magii. Burnet zacisnął mocniej pięści widząc tego trzęsityłka w zamku. Jednak po chwili kolejny plan ułożył się w jego głowie wywołując na jego twarzy mściwy uśmieszek. Tak, teraz się dopiero zacznie zabawa.
Dumbledore zabrał najpierw Knota na przechadzkę wzdłuż Zakazanego Lasu, co dało czas Harry'emu na oddanie wspomnień. Przelewitował je przez okno rzucając najpierw na gabinet czar zwodzący. Gdy flakoniki znalazły się już na swoim miejscu całe i niezauważone brunet wrócił spokojnie do Pokoju Wspólnego. Nie zwrócił nawet uwagi na przyjaciół czekających niecierpliwie na jego powrót i wszedł do swojej sypialni. Ku jego zadowoleniu na łóżku i wokół niego czekały już zamówione ubrania, książki i ingrediencje. Jak widać, księgarnia też miała mały poślizg skoro zajęło im to aż tyle czasu. Jednak teraz powstał problem natury dość powszechnej. A mianowicie brak miejsca. Jak zamawiał te wszystkie rzeczy to nie do końca pomyślał, gdzie to wszystko pomieści. Mógł albo to wszystko dać do Pokoju Życzeń, ale tak to to raczej nie działało, lub zanieść do Komnaty Tajemnic. Jeden pomysł gorszy od drugiego. Chociaż w sumie… to nie był on taki do końca zły. Nadal pamiętał, jak w drugiej klasie, gdy szedł po Ginny mijał liczne korytarze i zamknięte komnaty. A gdyby tak je zbadać? Wybiegł szybko z sypialni w jednej ręce trzymając mapę a w drugiej pelerynę. Na schodach potrącił Hermionę i złapał ją w ostatniej chwili ratując przed upadkiem.
- Wybacz Hermiono, spieszę się. – Przeprosił szybko Harry chcąc się teleportować. Bo w końcu po coś się uczył tego zaklęcia, prawda?
- Harry, naprawdę musimy porozmawiać. To bardzo ważne… - Zaczęła Hermiona jednak Harry znów jej przerwał.
- Później Hermiono, dobrze? Obiecuję. – Powiedział pośpiesznie Harry i teleportował się. Wylądował w łazience Jęczącej Marty. Na szczęście dzikiej lokatorki nie było teraz, więc miał święty spokój. Podszedł do odpowiedniej umywalki i spojrzał na węża wyobrażając sobie, że jest prawdziwy.
- Otwórz się. – Syknął. Umywalki zaczęły się rozstępować ukazując wejście do podziemnej sieci tuneli. Brunet uśmiechnął się i wskoczył do środka. Tym razem jednak nie zjechał jak na zjeżdżalni, lecz zjechał stojąc na ugiętych nogach. W ten sposób przy końcu nie wywalił się na szczątki ofiar bazyliszka. Transmutował kilka ze szkielecików w pergaminy i stworzył z nich duży płat składany na kilka części. Rzucił na niego kilka zaklęć, które wyciągnął kiedyś od Syriusza i zaczął tworzyć własną Mapę Huncwotów.
Kilka godzin później, nie wiedział nawet dokładnie ile, ale był pewny, że była już sobota, skończył zwiedzać całą Komnatę. Nigdy nie przypuszczał, że Komnata była aż tak rozległa, ale był naprawdę wdzięczny Salazarowi za jej stworzenie. Wszystkie tunele i komory ciągnęły się nie tylko pod zamkiem, ale również kawałek pod lasem i Błoniami a nawet stadionem. Wyobraził sobie bazyliszka wychodzącego w trakcie meczu i… och, no tak. Przecież to już było. Całkiem o tym zapomniał. Ale wracając do samej Komnaty to znalazł kilka naprawdę intrygujących miejsc jak stara biblioteka czy sala pełna starych ingrediencji i dziwnych spreparowanych części zwierząt oraz ludzi. Przypuszczał, że musiał kiedyś tutaj mieszkać sam Salazar Slytherin lub ukrywał się tutaj, gdy nie mógł się dogadać z pozostałą trójką. Miał tutaj nawet sypialnię i wielką garderobę. Niestety większość rzeczy była już zgniła i nie nadawała się do niczego. Ale to nie było żadną przeszkodą. Wystarczyło tylko kilka dni ciężkiej pracy by przywrócić to miejsce do stanu użytku. No i oczywiście mnóstwa zaklęć. Postanowił nie tracić więcej czasu i od razu zabrać się do roboty. Przywołał nawet Stworka, który z radością oznajmił, że pomoże paniczowi w sprzątaniu.
Tak więc kolejnych ciężkich kilka godzin później Harry i Stworek zrobili sobie w końcu przerwę. Stworek przyniósł trochę jedzenia i wina, na co Harry miał ochotę przytulić małą istotkę. Usiedli w prowizorycznej jadalni, którą oczyścili ze wszystkich śmieci, starych nieużytecznych przedmiotów i ustawili tam nowe, które Harry transmutował ze szkieletów szczurów. W dodatku uszczelnili porządnie wszystko tak, że wilgoć i pleśń już nie miały prawa bytu w tej komorze. Więc usiedli razem przy stole zajadając się kanapkami i popijając je winem w przypadku Harry'ego lub wodą w przypadku Stworka. Tak naprawdę zbliżała się już pora obiadowa a oni nie jedli ani nie spali od wczoraj. Na dodatek Salazar chyba nie był zbyt gościnny i założył mnóstwo pułapek, w które Harry namiętnie wpadał. Dzięki temu miał pęknięte dwa żebra i kilka krwotoków. Zajął się już wszystkim, ale gdy wszedł po raz pierwszy do gabinetu Slytherina trafił na Cruciatusa. Wił się przez kilka długich minut na ziemi aż w końcu zaklęcie wyczerpało swoją moc. Dobrze, że zaklęcia z czasem traciły swoją moc inaczej Harry byłby już trupem. Jednak dzięki temu udało im się uporządkować sypialnię, garderobę, jadalnie i składzik na ingrediencje. Nie była to jeszcze nawet połowa komnat mieszkalnych a co dopiero wszystkich, ale i tak byli z siebie dumni.
- Wiesz co, Stworku? Myślę, że na dzisiaj wystarczy. Obaj padamy z nóg i tylko spowodujemy jakiś wypadek zanim coś zdziałamy. Wezwę cię jutro, dobrze?
- Dobrze, paniczu. Cieszę się, że mogłem pomóc. – Odpowiedział Stworek i zniknął kłaniając się. Harry poszedł za przykładem skrzata i idąc za mapą trafił do wyjścia. Udało mu się znaleźć wyjście prowadzące na siódme piętro, więc postanowił je wypróbować. Użył zaklęcia lewitacji i podniósł się wzdłuż rury. Na końcu trafił na zabite deskami drzwiczki. Wyjął mapę Huncwotów i spojrzał na nią. Na korytarzu nie było teraz ani jednej żywej ani martwej duszy, więc mógł spokojnie pozbyć się przeszkody bez przyprawiania innych o zawał. Wyjął różdżkę i zaczął po kolei pozbywać się kolejnych desek. Gdy w końcu pozbył się ostatnich otworzył powoli drzwiczki. Stare zawiasy zaskrzypiały przeraźliwie, na co Harry od razu znalazł rozwiązanie. Wyszedł na korytarz i zamknął już bez skrzypienia drzwi. Schował wszystkie swoje rzeczy do kieszeni i ruszył do Pokoju Wspólnego.
Gdy przeszedł przez obraz ruszył wprost do sypialni starając się nie zwracać na siebie uwagi. Jednak jego przyjaciele czuwali i już po chwili został przez nich otoczony.
- Harry! Gdzie ty byłeś?! – Krzyknęła zdenerwowana Hermiona.
- Na spacerze. – Odpowiedział lekko Harry starając się wywinąć przyjaciółkę i pójść do Dormitorium.
- Od wczoraj? – Zapytał Ron zagradzając mu drogę.
- O co wam chodzi? Jestem tutaj i żyję, więc przestańcie się bawić w nadopiekuńczych rodziców i dajcie mi spokój. – Zganił ich Harry wymijając ich wreszcie. Zaczął się wspinać po schodach, gdy ktoś chwycił go od tyłu za rękę. Harry instynktownie wybił się od schodów w powietrze i wylądował za plecami przeciwnika wykręcając mu uwięzioną ręką rękę a drugą przyciskając różdżkę do nerki. Dopiero po chwili spostrzegł, że zaatakował Rona. Opuścił różdżkę i rozluźnił uścisk na ręce przyjaciela.
- Nigdy więcej tak nie rób. – Warknął i teleportował się do sypialni. Tam zabrał tylko ręcznik i poszedł pod prysznic. Po kilkunastu boskich minutach wyszedł z zaparowanego pomieszczenia z ręcznikiem na biodrach i stanął jak wryty widząc opiekunkę czekającą na niego z surową miną.
- Dzień dobry, pani profesor. Co panią do mnie sprowadza? – Przywitał się uprzejmie Harry mijając nauczycielkę i podchodząc do paczek z rzeczami.
- Pańskie znikniecie wczorajszego popołudnia, panie Potter. – Odpowiedziała nauczycielka surowym tonem. Harry wygrzebał czystą bieliznę i spodnie i wziął różdżkę do ręki. Zaklął ręcznik tak, by unosił się sam w powietrzu zasłaniając strategiczne punkty ciała bruneta. Nauczycielka jednak nie odwróciła się od ucznia nie chcąc ryzykować jego ucieczką. Harry'ego nie zraziło to i zaczął ubierać swoją bieliznę. Gdy ubrał już spodnie odłożył ręcznik na bok i zabrał się za poszukiwania koszuli.
- Wybrałem się na mały spacerek. – Odpowiedział lekko Harry znajdując w końcu zieloną koszulę, która idealnie podkreślała kolor jego oczu. Zarzucił ją na siebie i odwrócił się z powrotem do nauczycielki zmagając się z małymi guziczkami.
- A gdzie to pan spacerował?
- Cóż, tak naprawdę wszędzie, ale mogę panią zapewnić… - Rozległo się pukanie do drzwi i do środka weszła Hermiona z Ronem. Nauczycielka kiwnięciem głowy pozwoliła im zostać i spojrzała z powrotem na bruneta. – Mogę panią jednak zapewnić, że nie opuściłem terenu szkoły. W sumie mam to teraz trochę utrudnione przez smycz „dla mojej ochrony" czy jakoś tak.
- Dobrze. A w takim razie gdzie zniszczył pan aż tak bardzo swoje ubranie? Bo chyba na Błoniach nie było to zbyt możliwe.
- Wpadłem w leszczyny. Sama pani wie, jakie są uporczywe.
- Proszę przestać kłamać i powiedzieć mi prawdę. – Podniosła głos nauczycielka. Z twarzy Harry'ego zszedł goszczący dotąd lekki uśmiech a na jego miejsce weszła twarz z kamienia.
- Z całym szacunkiem, pani profesor, ale to nie pani interes, co robię w czasie wolnym póki nie naruszam swoim działaniem regulaminu szkolnego. Tak więc nie widzę podstawi do dalszego prowadzenia tej rozmowy. – Odparł zimno Harry. Nauczycielka zacisnęła mocniej usta rozumiejąc, że przegrała tym razem. – Czy jeszcze po coś pani tutaj…
Harry złapał się za głowę, gdy obraz zatańczył mu twista przed oczami. Oparł się ramieniem o kolumnę łóżka czując, że zawroty wracają wraz z pulsującym bólem głowy. Musiał wyglądać fatalnie, bo Hermiona, jako pierwsza zerwała się ze swojego miejsca i podbiegła do niego mówiąc coś chicho i spokojnie jednak Harry jej nie słuchał. Zacisnął dłoń na kolumnie łóżka czując, jak nogi uginając się pod nim. I tak nie wytrzymały dłużej i już po chwili klęczał na ziemi starając się powstrzymać wymioty. Do Hermiony zaraz dołączyła McGonagall starająca się mu jakoś pomóc. Brunet starał się odgonić obie kobiety od siebie jednak jego próby spaliły na panewce. Użył więc resztek swoi sił i wyczarował magiczną barierę wokół swojej skulonej postaci odpychając wszystkich dookoła. Oddychał głęboko starając się uspokoić. Gdy był już w stanie otworzyć oczy bez karuzeli w żołądku oparł się plecami o łóżko spoglądając spod półprzymkniętych powiek na czekających w napięciu przyjaciół i nauczycielkę. Po kilku minutach ból głowy i zawroty zaczęły ustępować i nic nie wskazywało na to, że powrócą, więc usunął barierę. Od razu dopadła go nauczycielka rzucając na niego zaklęcia diagnostyczne.
- Słyszy mnie pan? – Zapytała kobieta.
- Tak, ale nie musi mi pani krzyczeć do ucha. – Odpowiedział chicho Harry.
- Jest pan w stanie wstać?
- A jest taka potrzeba?
- Musimy pana przenieść do Skrzydła Szpitalnego. Powiadomiłam już panią Pomfrey, więc już na nas czeka. – Odpowiedziała kobieta.
- Nie trzeba. Nic mi już nie jest. – Sprzeciwił się brunet.
- Stary, wyglądasz jak Malfoy gdy oberwał od Hermiony. – Powiedział Ron pomagając mu wstać.
- Dzięki stary. Trzeba mi było tylko teraz porównania do tego idioty. – Mruknął Harry wstając niechętnie. Rudzielec zarzucił sobie jedną rękę przyjaciela na ramię a Hermiona drugą obejmując go w pasie. Nauczycielka położyła dłoń na ramieniu bruneta.
- Tylko tym razem proszę nie bagatelizować sprawy, dobrze?
- Dobrze. – Odpowiedział Harry. Jednak zanim nauczycielka zabrała swoją rękę Harry wypowiedział szybko zaklęcie i cała czwórka zniknęła w rozbłysku fioletowego światła.
