Jakże miło mi z powodu kolejnych komentarzy. Filigranka widzę, że powróciłaś do czytania, LadyyJ, cieszy mnie to, że nadal śledzisz challenge, choć ja na twoim miejscu już dawno zrezygnowałabym - cierpliwości, by doczekać kolejnego rozdziału trochę jednak trzeba mieć.
Pozostały nam jeszcze dwa dni. Zapraszam do czytania.
Day Twenty Eight - Child
Dziecko pojawiło się znikąd. Tak przynajmniej stwierdziłby Sherlock, gdyby ktoś zapytał się go o zdanie. Ale nikt nie pytał. Wszyscy zainteresowani byli tylko Molly, która jakby nie było, miała cięższe zadanie. Trzymanie przez 9 miesięcy w swoim ciele obcą istotę, którego rola graniczyła wręcz z pasożytnictwem, nie było łatwą robotą. Holmesa nie raz zastanawiało, dlaczego kobiety się na to godzą, próbował nawet przeprowadzać na Molly eksperymenty, ale ona przy czwartym pobraniu przez niego krwi, zorientowała się, że coś nie gra i zabroniła detektywowi zbliżania się do niej ze strzykawką bez jej wyraźnej prośby.
Dziecko płakało. Krzyczało. Przeszkadzało i wtrącało się do każdego zdania czy to gaworząc czy to machając rękami. Jadło o najdziwniejszych porach i domagało się stałego zainteresowania. Nie przejmowało się tym, czy osoba, której przerwało jest Rządem We Własnej Osobie czy też Johnem. Zachowywało się jak on sam. I to Sherlocka denerwowało. Jak bowiem można się domyślić, trudno było wytrzymać już z jednym oryginalnym przypadkiem, a co dopiero z dwoma. Molly mogło nie starczyć cierpliwości. A jak wiadomo, matki zawsze troszczą się o młode.
Dziecko cieszyło Molly. I to było dobre. W imię niepisanej przez nich umowy, to ona wróciła do pracy, gdy już wykarmiła dziecko. Choć patrzyła sceptycznie na pomysł Sherlocka, to jednak postanowiła mu zaufać. Póki co wracając do domu, zastawała względny spokój co ją trochę uspokajało. Ale i tak starała się być na Baker Street 221B w ciągu dnia jak najdłużej i na stole w kuchni piętrzyły się dokumenty.
Dziecko było chłopcem, miało jego oczy i włosy Molly. Nazwali je William Hamish. Ona nadal była pewna, że drugie imię dziecko dostało po jej ojcu. Sherlock dotychczas nie wyprowadzał jej z błędu i nie sądził, że miałby to zrobić wkrótce. Zresztą patrząc na Johna domyślał się, że i on nie kwapi się, by kogoś informować, od jakiego skrótu pochodzi litera "H".
Dziecko było bystre i wbrew pozorom mądrzejsze od Andersona, choć po ilości dziwnych gaga, gugu i tym podobnych, nikt by się nie domyślił, że ono potrafi rozwiązywać sprawy. Już pierwszego dnia rozwiązało sprawę, biorąc do ust rękawiczkę ofiary, dzięki czemu odkryto, że byłą ona nasączona trucizną przechodzącą przez materiał - co prawda dziecko prawie powtórzyło los nieboszczyka, ale przysłużyło się sprawie. I choć Sherlock nigdy by się do tego nie przyznał, czuł dumę. Irracjonalną, człowieczą dumę, bo przekazał dobre geny i miał dobry wpływ na kształtujący się umysł dwulatka. No i warto było prawie zabić syna, by zobaczyć minę Andersona, gdy dowiedział się, że został pokonany przez dziecko.
Ciągłe powtarzające się słowo "dziecko" to zabieg celowy. To nie dlatego, że brakuje mi synonimów :)
