Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Zapraszam na mojego bloga „Z pierwszej półki", do którego link znajdziecie w moim profilu autora.
Rozdział 28
- Mam nadzieję, że potrafisz podać jakiś cholernie dobry powód twojego wtargnięcia na miejsce zbrodni. Ostatnio jak sprawdzałam, to nie byłeś aurorem – Madam Bones energicznie podeszła do wiekowego dyrektora i stanęła z nim nos w brodę. Jej surowy wzrok uświadomił mu, że kobieta jest śmiertelnie poważna. Z Amelią Bones należało się liczyć, nawet wtedy, kiedy była jeszcze uczennicą w Hogwarcie. Albus rozumiał, że upływające lata ukształtowały ją w niebezpiecznego przeciwnika. Nie zamierzała dać się zastraszyć jego wzrostowi, mocy i mirowi, jakim cieszył się w czarodziejskiej społeczności. Przekroczył dopuszczalne granice, jak zwykł to określać, a ona zamierzała wymierzyć mu za to naganę.
- Moja droga Madam Bones, przybyłem tu, żeby zobaczyć czy jest coś, w czym mógłbym pomóc. Miałem nadzieję, że chociaż ty nie podzielasz mylnych przekonań obecnego Ministra Magii. Wobec nadciągających mrocznych dni powinniśmy stanąć zjednoczeni. Podziały czynią nas słabszymi, nie sądzisz? – Dumbledore argumentował spokojnie i logicznie. Rzucił szybkie spojrzenie na Huncwota, który siedział na łóżku u boku Artura Weasleya i jednego z jego synów. Ciekawiło go co ci mężczyźni tu robią, ale najpierw musiał uspokoić Amelię. Technicznie nie byli po tej samej stronie, a kobieta była generałem, nie żołnierzem. Nigdy nie podąży za nim na ślepo i Albus wiedział jak bezcelowe byłoby zmuszanie jej do posłuszeństwa.
- Ładna mówka, ale nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
Amelia nie tylko się nie rozchmurzyła, ale jeszcze uniosła brew dla podkreślenia efektu. Stary czarodziej westchnął ciężko. Musiał zbadać umysł tego Huncwota. Gdyby był tu tylko Moody, nie miałby z tym problemu, ale obecność Bones wszystko znacząco komplikowała.
- Pomoc, którą w przeszłości bezpłatnie oferowałem, zawsze była doceniana, nawet proszono mnie o nią. I to na najwyższym szczeblu, pozwolę sobie dodać. Zastanawiające, że sytuacja tak bardzo się zmieniła – rzekł niemal oskarżycielsko w odpowiedzi na tupet w wyzwaniu tej kobiety. Amelia zignorowała to jak kurz na szacie.
- Za dużo zakładasz, Dumbledore. Dawni Ministrowie byli ludźmi bez kręgosłupa moralnego, których łatwo było skłonić do zmiany zdania, przekupić czy manipulować nimi. Rufus ma swoje wady, ale to niezależny człowiek. Mi nigdy nie podobało się twoje mieszanie się w sprawy mojego departamentu, jednak wówczas nie mogłam nic z tym zrobić. Teraz mogę. Nie zaślepia mnie uwielbienie dla niezachwianego autorytetu ani wiara, że są tylko Czarni i Biali Magowie. Nauczyłam się w mojej pracy, że pomiędzy istnieje całe spektrum szarości. Voldemort może być Czarny jak noc, ale ty sam nie jesteś tak nieskazitelny jak się wszystkim prezentujesz. Więc zachowaj odgrywanie urażonej niewinności dla ogłupionych mas.
- Amelio, byłoby niemądrze, gdybyś spaliła za sobą zbyt wiele mostów. Zapewniam cię, że nie chciałabyś się znaleźć po niewłaściwej stronie przepaści. Korneliusz popełnił ten błąd i spójrz co mu to przyniosło – na wpół doradził, na wpół zagroził Dumbledore. Alastor miał dość tej grzecznej zabawy. Jeśli ta baba nie potrafiła podjąć właściwego wyboru, to była przeszkodą. A on potrafił skutecznie radzić sobie z przeszkodami. Z różdżką w ręce odwrócił się ku Bones. Kiedy ją zneutralizuje, będą mogli wydobyć wszystko co potrzebne od Huncwotki.
- Zapomniałaś już o wszystkim co ten człowiek zrobił dla czarodziejskiego świata? Czy naprawdę jesteś skłonna zaryzykować wszystko stawiając na tych Huncwotów nie wiadomo skąd? Kryją swoje twarze jak Śmierciożercy. Na miłość Merlina, użyj mózgownicy kobieto! Przecież to mogą być przebrani Śmierciożercy! Jeśli nie potrafisz podjąć właściwej decyzji, zrobię to za…
Moody nie skończył kazania, bo Amelia trafiła go niewerbalnym zaklęciem krępującym, nie odwracając wzroku od Dumbledore'a.
- Zabieraj swojego mordercę i opuśćcie miejsce zbrodni. On nie ma już prawa tu być. On podjął swoją decyzję, a ja podjęłam moją – wydusiła Madam Bones przez zaciśnięte zęby. Mogła pozwolić mu na próbę ataku, ale to za duże ryzyko, kiedy Dumbledore stał tuż przed nią. Aresztowanie Moody'ego było bezcelowe. Wiedziała, że on po prostu ucieknie, a jego poszukiwania będą marnotrawstwem jej i tak skromnych zasobów. Niewykrywalna pluskwa, którą wszczepiła mu podczas ostatnich badań okresowych wystarczy do śledzenia mężczyzny. Mugole byli sprytnymi ludźmi, a ona nie wahała się korzystać z ich technologii, jeśli miałoby to jej przynieść korzyści.
- Amelio, to nie czas na nagłe decyzje. Apeluję, żebyś poszła po rozum do głowy. Musisz zaufać właściwym ludziom – negocjował Albus, usiłując naprawić błędne wyobrażenia kobiety. Wiedziała zbyt wiele, by dyrektor czuł się z tym dobrze, a czarodziejska społeczność szanowała ją na tyle, że ciężko będzie ją po prostu zdyskredytować. Nie potrzebował w niej wroga.
- Lista ludzi, którym ufam, jest bardzo krótka. Żadnego z was na niej nie ma.
W odpowiedzi na czyn Narcyzy wobec jej obecnie martwego męża, w stronę kobiety wystrzelonych zostało kilka kul. Zdawała sobie sprawę, że mugolska policja tak właśnie zareaguje. Miała nadzieję, że zdoła się wcześniej deportować, ale w głębi duszy wiedziała, że to się nie powiedzie. Lucjusz musiał zostać permanentnie powstrzymany, a jeśli taki miał być koszt, niech i tak będzie. Kiedy usłyszała odgłos strzałów zamknęła oczy w oczekiwaniu na swój los.
- IMMOBULUS MAXIMUS!
Narcyza otworzyła oczy i ujrzała, że kilka pocisków lewituje dosłownie centymetry od jej ciała. Mugolscy przedstawiciele prawa również zostali zamrożeni mocą zaklęcia unieruchamiającego. Wzięła głęboki oddech i odkryła, że powietrze jest słodsze od czekolady. Nie mogła się powstrzymać. Odchyliła głowę i zaśmiała się. Początkowo cicho i delikatnie, ale wkrótce rechotała na całe gardło. Być może sprawiedliwość jednak nie była ślepa.
W oczach przypadkowego obserwatora mogło się wydawać, że kobieta to niezrównoważona morderczyni. Charlie Weasley jednak wiedział o co chodzi. Pamiętał ten dzień, kiedy prawie został pożarty przez Mongolskiego Smoka Szablopazurzastego. Wówczas przeżył nader podobny napad śmiechu. Było to odrodzenie, chrzest do życia, które sobie wybrał. Pozwolił kobiecie na chwilę szaleństwa. Z tego co widział, zasłużyła.
Nieświadomie Narcyza zaczęła wykonywać dokładnie ten sam taniec zwycięstwa, który wykpiwała wcześniej tego dnia u Lily. Była to tak podnosząca na duchu czynność, że wywołała ciepło w jej sercu i napad chichotu. Nie znała wcześniej takiego uczucia, ale musiała przyznać, że mogłaby do niego przywyknąć.
- Dlaczego wszystkie seksowne czarownice są kompletnie stuknięte? – spytał ze śmiechem Charlie, podchodząc do niej beztrosko. Narcyza oblała się szkarłatem, gdy zorientowała się, że ktoś ją obserwuje. Spojrzała na niego z zażenowaniem. Charlie podszedł do niej niewrażliwy na moc zaklęcia i wyciągnął do niej rękę. Kobieta dygnęła i pozwoliła się wyprowadzić z zasięgu pocisków.
- Dlaczego zaklęcie nie objęło także mnie? – spytała, gdy oddalili się na bezpieczną odległość. Powiodła po nim spojrzeniem od stóp do głów nim zdołała się powstrzymać.
- To zaklęcie to podstawa w mojej pracy. Przez lata doszedłem w nim do perfekcji – odparł Charlie, zupełnie niespeszony. Wręcz przeciwnie, uśmiechnął się szeroko.
- A co to za praca? Asystowanie czarownicom w potrzebie? – spytała Narcyza, bezwiednie odgarniając włosy za ucho i odsłaniając swoją kremową szyję.
- Asystowanie? Wydaje mi się, że właśnie uratowałem twój uroczy tyłek. Tak w ogóle to nie ma za co – odparł Charlie, cofając się i zbierając lewitujące kule. Narcyza wywróciła oczami, podeszłą do pierwszego mugola i wymazała mu pamięć.
- Proszę, proszę, jakie wysokie mniemanie o sobie. Musisz wiedzieć, że miałam sytuację kompletnie pod kontrolą – powiedziała mu, przechodząc do następnego. Pyskaty dupek.
- Pobierasz opłaty za wstęp do tego świata fantazji, w którym żyjesz? Chyba że twoim celem było stanie się celem ćwiczebnym, w takim razie proszę o wybaczenie, bo to udałoby ci się idealnie – odgryzł się Charlie przez ramię, wymazując pamięć kolejnego mugola.
- Nie takim tonem. Nie znasz mnie i nie wiesz przez co przeszłam. Zasługiwał na śmierć, był potworem. Dokonał całego tego dzieła zniszczenia, żeby zabić jedno dziecko. I niech mnie szlag, jeśli miałabym pozwolić mu po czymś takim ujść z życiem. Powinnam była zabić to bezwartościowe gówno w naszą noc poślubną.
Narcyza zaklęła w myślach. Zdradziła zbyt wiele komuś zupełnie obcemu. Jasne, uratował jej życie, ale nie była gotowa się do tego przyznać nawet sama przed sobą. Podejrzewała, że należą mu się jakieś wyjaśnienia. I może zrobi jej się lżej na sercu, jak mawiała Lily. Przecież nie mogła wymazać mu pamięci, kiedy będzie po wszystkim.
- Jak rozumiem nie przynosił kwiatów i czekoladek? – zażartował Charlie, wymazując pamięć ostatniemu z policjantów.
- Można tak powiedzieć – parsknęła śmiechem Narcyza, podchodząc do niego. – Chociaż to straszny banał. Czarownice naprawdę na to lecą? – spytała, unosząc brew.
- Zdziwiłabyś się jak często – wyszczerzył się Charlie. – O, a teraz wywracasz oczami. Czyżbyś rozmawiała z moją siostrą?
- Pewnie dodajesz nieświadomym kobietom Eliksir Miłości do czekoladek – oskarżyła go z figlarnym uśmiechem.
Charlie uznał tę uwagę za wyzwanie i wcisnął na jej usta pocałunek, który poczuła aż w czubkach palców u stóp. Nie potrzebował Eliksirów Miłosnych, żeby dobrać się czarownicy do majtek. Dość śmiałe posunięcie, biorąc pod uwagę, że właśnie widział, jak rozwala łeb swojemu byłemu mężowi, ale tu chodziło o jego honor. Jedna dłoń spoczywała na jej krzyżu, drugą gładził jedwabistą skórę jej karku. Początkowo Narcyzę zaskoczył bezczelny ruch, ale po chwili odwzajemniła pocałunek. Był w tym dużo lepszy niż Lucjusz. Tak dobry, że wręcz pogłębiła pocałunek. Naprawdę dawno nikt jej porządnie nie całował. Może faktycznie czas wrócić do akcji, jak powiedziała jej Lily.
- OK, to był dobry argument – przyznała, kiedy zdołała złapać oddech. Kiedy ona zdążyła go opleść jedną nogą?
- Dzieciaki są bezpieczne, więc niech Ministerstwo zajmie się resztą. Mam bezpieczny adres, pod który mogę cię zabrać, więc może zróbmy fajrant, co?
- W porządku – odpowiedziała Narcyza, wciąż oszołomiona pocałunkiem. Charlie deportował ich oboje, nie wypuszczając jej z objęć.
Na świecie nie było wielu rzeczy, które mogłyby wstrząsnąć Harrym. A przynajmniej tak mu się wydawało, póki Ginny nie zaprowadziła go do Pokoju Życzeń, w którym znalazł magiczną salę operacyjną. Była w pełni wyposażona we wszystko co może być im potrzebne, żeby pomóc jego ciotce. Obok stołu operacyjnego stała rudowłosa kobieta, której wiek Harry ocenił na zbliżony do jego mamy. Jej podobieństwo do Ginny było uderzające. Po tym jak stała, Harry domyślił się, że to iluzja. W jej oczach widział mądrość, którą mogło dać jedynie długie życie.
- Szybko, dzieci. Czas jest dziś naszym przeciwnikiem, a ja nie pozwolę mu wygrać – przywołała ich Dilys. – Zostawię prezentację mojej uroczej zstępnej. Staruszka ma tu trochę roboty.
Dla odmiany Harry zupełnie zapomniał języka w gębie. Wylewitował swoją ciotkę na stół. Dilys nie marnowała czasu, od razu wzięła się do pracy.
- Harry, to Dilys Derwent i jest moją wiele razy pra-babką. To jej skrytkę przejęłam wtedy w Gringocie. Ona i kilka innych portretów zerwali z Dumbledorem. Oczywiście nie wszystkie, ale mamy swoich szpiegów w jego biurze. Ale teraz to nieważne, liczy się twoja ciocia.
- Jeśli ta kobieta jest z twojej krwi, to chcę, żebyś się odsunął i pozwolił mi i Ginny nad nią pracować – rzuciła Dilys, nie odrywając oczu od Petunii.
- Moja mama wysłała ją do mnie. Jestem za nią odpowiedzialny i nie zostałem stworzony, żeby stać z boku – burknął Harry, trochę poirytowany bezceremonialną odprawą.
- Nie wątpię, młody człowieku, ale trudno zachować zimną krew, gdy się cały gotujesz.
- He?
- Harry, jesteś w to zbyt zaangażowany. Pozwól nam jej pomóc – powiedziała mu Ginny, podchodząc do stołu z drugiej strony, żeby asystować Dilys. Harry'emu się to nie podobało, ale miała rację. Młody czarodziej nie potrafił zachować spokoju. Największe szanse jego ciotka miała pod opieką tych dwóch kobiet.
- Drogi Merlinie, czy te oparzenia wywołała Szatańska Pożoga? – spytała dawna dyrektorka.
- Ta banda bardzo lubi to zaklęcie, z tego co słyszałam – odpowiedziała Ginny i kobiety spojrzały po sobie. Harry nie przegapił tej wymiany i zrozumiał, że sytuacja wygląda bardzo źle.
- Zabrałaś ze skrytki moją Księgę Zaklęć? – spytała pospiesznie Dilys. Oczy Ginny rozbłysły i rzuciła się do swojej torby. Po kilku sekundach znalazła wolumin. Podbiegła z powrotem do Dilys. Starsza czarownica otworzyła księgę i szybko odnalazła właściwą stronę. Po kilku chwilach odsunęła się i zaklęła: - Niech to diabli!
- Co się stało? – spytał Harry, stojący w pewnym oddaleniu. Nienawidził stać z założonymi rękami, zawsze tak było. Musiał robić coś innego niż chodzić w tę i z powrotem.
- Ona nie ma magicznego rdzenia. To ogranicza moje możliwości. To pomieszczenie mogło dać mi postać, ale nie mam tu mocy. Ginny, będę cię instruowała co należy robić – odpowiedziała Dilys ze smutkiem.
Ginny skinęła głową i zabrały się do roboty. Harry widział, czemu kobieta była tak lubiana jako dyrektorka. Kierowała Ginny spokojnym, dodającym pewności siebie tonem. Furia nigdy wcześniej nie robiła czegoś takiego, ale nie było po niej widać wątpliwości czy frustracji. Pracowały ze sobą, jakby nic innego nie robiły przez całe życie. Minuta przeszła w godzinę, wreszcie drzwi się otworzyły i jego mama wbiegła do środka z Vondą.
Harry popędził do Lily i uściskał ją tak mocno, że z jej płuc uciekło całe powietrze. Lily usiłowała dojrzeć swoją siostrę, ale Harry był tak duży, że wszystko jej zasłaniał. Jednak po jego reakcji na jej obecność wiedziała, że jest źle. Lily wzięła głęboki wdech i załkała, ale przyjęła pociechę, którą oferował jej syn.
- Wszystko w porządku? Jesteś ranna? – spytał Harry z troską. Pogłaskała czubek jego głowy jak wtedy, kiedy był małym chłopcem. To był jeden z ich sposobów na wyrażenie rzeczy, które zbyt ciężko byłoby wypowiedzieć. Potem będą o tym rozmawiać, płakać, może nawet na siebie nawrzeszczą, ale na razie czerpali siłę z siebie nawzajem, tak jak to zawsze robili.
- To moja wina – wyrwało się Harry'emu. – Gdybym wtedy nie rozzłościł tak wuja Vernona, ty i ciocia Tuney nie pokłóciłybyście się. Mogłaby przyjść do nas w sprawie Emmy. I ona mogłaby dorastać z rodziną, która ją kocha. Nie w zimnym sierocińcu. Ciocia Tuney nie byłaby…
- Przestań! Ani słowa więcej, młody człowieku! Tamtego dnia dorośli ludzie zachowali się jak dzieci. Nic z tego nie jest twoją winą, słyszysz mnie? Tuney próbowała mi coś powiedzieć, a potem wszystko szlag trafił. Ty tylko próbowałeś wejść po schodach, a wielki, głupi grubas dostał szału.
- Pamiętam tylko niepohamowaną potrzebę, żeby wejść na górę.
- Wydaje mi się, że to Emma wzywała cię swoją magią. Nie patrz na mnie jakbym zwariowała. Pierwsze co zrobiłeś po przybyciu tutaj to usiadłeś i nawiązałeś więź z dziewczynką, której nigdy wcześniej nie spotkałeś. Ofiarowałeś jej naszyjnik Rodu Potterów dla ochrony i wszystko co do tej pory zrobiłeś sugeruje coś takiego – wyjaśniła Lily swojemu powątpiewającemu synowi. Chciał się z nią dalej spierać, ale nie mógł zanegować jej argumentów. Zbieg okoliczności czy magia. Czy to naprawdę miało znaczenie? W głębi serca wiedział, że jest gotów zabić, żeby chronić Emmę.
- Dlaczego my tam w ogóle poszliśmy? Przecież się wtedy ukrywaliśmy – spytał Harry, usiłując zmienić temat.
- Tuney i ja wypracowałyśmy sposób na pozostanie w kontakcie po śmierci mamy i taty – powiedziała mu Lily i nagle zrobiła wielkie oczy i chlasnęła się otwartą dłonią w czoło. – Co za idiotka ze mnie! Vondo, idź na grób mojej mamy i zajrzyj pod tajny kamień. Potem idź do mojego pokoju i weź album ze zdjęciami z czasów, kiedy ja i Tuney byłyśmy dziećmi. Spotkamy się w pokoju wspólnym Gryffindoru – poleciła Lily. Gdy skrzatka zniknęła, kobieta zwróciła się do swojego syna: - Twojej cioci wymazano pamięć. Chcę, żebyś odwrócił efekty zaklęcia, jeśli mamy dokopać się do sedna tej sprawy. Teraz nie mogę pomóc mojej siostrze, ale mogę pomóc siostrzenicy. Czas najwyższy, żebym się jej odpowiednio przedstawiła.
Harry skinął głową i podszedł do miejsca, gdzie leżała jego ciotka.
- Ile jej zostało? – spytał Dilys, gdy tylko jego mama wyszła z pomieszczenia. Wszystkie zmysły mówiły mu, że kobieta toczy walkę skazaną na niepowodzenie. Dilys stawiała czoła podobnym sytuacjom tyle razy, że wydawało jej się, że jest odporna na emocje rodziny jej pacjentów. Myliła się. Młody mężczyzna trzymał emocje pod kontrolą, domyślała się, że dla swojej matki. Ginny uniosła wzrok znad zadania przydzielonego jej przez Dilys. Jej oczy potwierdziły to, co już wiedział.
- Nie trać nadziei – Dilys próbowała go pocieszyć, ale nawet dla niej te słowa brzmiały pusto.
- Nie próbuj go okłamywać. Czujemy ten zapach. Nie rozumiem tylko czemu twoja mama go nie wyczuła? – spytała Ginny, nie przerywając pracy nad ciotką Harry'ego. Dilys pochyliła głowę.
- Wyczuła. Jak myślisz, czemu poszła po Emmę? – odparł głucho Harry.
- Nie więcej niż dziesięć minut. Nie mam pojęcia jakim cudem jeszcze żyje – wyznała Dilys.
- W takim razie powinienem zaczynać – uznał Harry i wszedł do umysłu ciotki.
Charlie aportował siebie i Narcyzę na ulicę naprzeciwko numeru dwunastego przy Grimmauld Place. Spojrzał w górę i w dół ulicy, żeby upewnić się, że jest pusta. Narcyza odchrząknęła, ale nie zwrócił na nią uwagi. Sięgnął do kieszeni w poszukiwaniu skrawka pergaminu, który dała mu kobieta w szpitalu. Ponownie Narcyza odchrząknęła, a on ponownie ją zignorował.
- Czekaj chwilę, dobra? Gdzieś to tu mam – powiedział jej, sięgając głębiej do szaty. Popatrzył na nią dopiero, kiedy poczuł ciepłą dłoń na policzku. Kobieta uniosła brew i uśmiechnęła się kpiąco.
- Chyba możesz już mnie puścić – powiedziała mu rozbawiona. Dopiero wtedy Charlie zorientował się, że wciąż przyciska ją do siebie jednym ramieniem i jakie miękkie jest jej ciało. Szybko ją wypuścił i zarumienił się, pocierając się niepewnie po karku.
- Przepraszam, nie zauważyłem.
- Nie skarżyłam się, po prostu stwierdzałam fakt. Nie martw się adresem, już tu wcześniej byłam – rzuciła mu przez ramię, mrugając do niego. Machnęła ręką i pojawił się przed nimi dom. Przeszła przez ulicę i wspięła się po schodach do drzwi. Charlie podążał za nią, zachowując wystarczający dystans, by podziwiać grację jej ruchów.
- Niezłe Zaklęcie Fideliusa. To czyj to w ogóle dom? – spytał Charlie, żałując, że kobieta przed nim odziana jest w szatę.
- Mój – odparła, otwierając drzwi i zapraszając go do środka gestem. Korytarz był tak wąski, że musiał się o nią otrzeć, gdy wchodził do środka. Nie żeby miała coś przeciwko kontaktowi z jego mięśniami.
- Zakładam, że chcesz to z powrotem? – spytał, podając jej kawałek pergaminu, który dostał wcześniej.
- A poprosiłam, żebyś mi go oddał?
- Nie.
- To przestań zakładać – rzuciła przez ramię, wiodąc go dalej korytarzem. Usłyszeli krzyki dobiegające z kuchni. Najwyraźniej ktoś wyładowywał swoją złość. Po chwili zorientowała się kim jest ta osoba. Popatrzyła na Charliego. – Cokolwiek się stanie, nie patrz jej w oczy. Przynajmniej póki tego z siebie nie wyrzuci.
Wzięła głęboki wdech, wezbrała się w sobie i otworzyła drzwi, by stawić czoła siostrzenicy.
- Co ona sobie do cholery myślała idąc sama na Malfoya?! Zabiję ją, chyba że mama zrobi to pierwsza. Przynajmniej Lily udało się złapać tą Śmierciożerczynię. Syriusz z nią jest. Przy odrobinie szczęścia wyrwą każdy kawałek informacji z głowy tej popieprzonej suki – Tonks wrzeszczała na swojego męża, chodząc w tę i z powrotem. Nie ośmielił się na nią patrzeć ani wyrazić swojej opinii. Jej ciążowe hormony szalały w najlepsze. Najlepiej po prostu poczekać nawałnicę.
- O, fantastycznie, wygląda na to, że dotarliśmy właśnie na sesję pytań i odpowiedzi – zażartowała Narcyza, ale natychmiast pożałowała, gdy Tonks odwróciła się gwałtownie w jej stronę.
- Proszę, któż to nas zaszczycił swoją obecnością!
- Mówiłam ci, Remusie, żebyś odstawił jej kofeinę. Teraz będziemy wysłuchiwać tego cały wieczór – odparła Narcyza z uniesioną brwią i domyślnym uśmiechem. Nie pomogło to w poprawie nastroju Tonks, tak samo jak kiepsko powstrzymywany śmiech mężczyzny, który stał w cieniu i opierał się o futrynę.
- Od lat to powtarzam – powiedział, wchodząc w pełni do kuchni. Tonks zrobiła wielkie oczy, gdy rozpoznała Charliego Weasleya. Mocno się zmienił od ostatniego razu, gdy go widziała. Zajmowanie się smokami zdziałało cuda dla jego postury. Nieco dzika kozia bródka w kolorze weasleyowskiej czerwieni zdecydowanie dodawała mu uroku. Szybko wypchnęła tę myśl z głowy.
- Co się do cholery stało tej nocy? Mama wzywa pomocy, w Świętym Mungu stoczyli bitwę, Artur wysyła informację, że wmieszał się w to wszystko Dumbledore, a Lily i ty nagle znikacie nam z oczu. Czy to nie wy dwie wymyśliłyście pieprzoną zasadę, żeby nigdzie nie iść bez wsparcia?
- Daj mi najpierw coś sprawdzić, a potem powiem ci o wszystkim, czego się dzisiaj dowiedziałam – poprosiła Narcyza, a Tonks wzięła głęboki oddech i skinęła głową. – Aha, to jest Charles Weasley. Pozwoliłam mu udzielić mi wcześniej pomocy i nieźle całuje.
Narcyza zdetonowała tę bombę i poszła sprawdzić co u Adama, powstrzymując śmiech. Wiedziała do jakiego pokoju Zgredek zabrał chłopca. Kiedy weszła do pomieszczenia, ujrzała Adama śpiącego spokojnie na łóżku, a Zgredek siedział obok niego na krześle. Kiedy tylko lojalny skrzat ujrzał swoją panią, rzucił się przez pokój i z całej siły przytulił się do jej nogi. Uspokojenie go zabrało jej kilka minut. Potem powiedział Narcyzie, że użył swojej magii na chłopcu, żeby uśpić go, aż jego pani wróci do domu i będzie mogła wszystko Adamowi wyjaśnić. Podziękowała mu i wróciła do kuchni.
Charlie stał oparty o ścianę i niezbyt zadowolony z sytuacji. Odkąd Narcyza wyszła z pomieszczenia, Tonks przepytywała go o jego zaangażowanie we wszystko. Nie zamierzał jej za wiele zdradzać, więc Remus zaczął z nim rozmawiać o bzdurach, co miało pozwolić jego żonie na uspokojenie się. Mężczyzna nie miał pojęcia, że Tonks i Charlie na szóstym roku w Hogwarcie przeżyli ze sobą swój pierwszy raz. A jakby to nie było wystarczająco niezręczną sytuacją, była dziewczyna Charliego obrzucała go spojrzeniem morderczyni.
Cissy wróciła do kuchni i zasiadła przy stole. Zebrała się w sobie i opowiedziała całą historię. Jednak najwyraźniej tylko Remus jej słuchał. Tonks podeszła do Charliego, wwiercając w niego oskarżycielskie spojrzenie. Młody czarodziej przygotował się na uderzenie.
- Zachcesz mi powiedzieć co ty sobie myślałeś, kiedy całowałeś moją ciotkę? – Tonks zaczęła od mieszaniny pytania z oskarżeniem.
- Nie wiem czemu to niby twoja sprawa, pani Lupin, ale jeśli koniecznie musisz wiedzieć, to zastanawiałem się, czy ma na sobie jakieś majtki. Zadowolona? – odciął się gorzko Charlie. Rozstali się w zgodzie, ale to nie znaczyło, że stare rany nie dawały o sobie znać raz na jakiś czas. Tonks miała odpowiedzieć ogniem, ale wtedy przez Fiuu przybyła jej mama, za którą podążał ojciec Charliego.
- O rany – stwierdzili oboje chórem, oceniając sytuację jednym spojrzeniem. Tonks odsunęła się od Charliego, ale posłała mu spojrzenie wyraźnie mówiące, że jeszcze nie skończyli z tą rozmową.
Kiedy Andy zobaczyła Cissy rozmawiającą z Remusem, odetchnęła z ulgą. Podbiegła do Charliego i uściskała go, a potem podziękowała, że udał się na pomoc jej siostrze.
- Cissy, dobrze że jesteście z Andy z powrotem – powiedział Syriusz, stając w drzwiach. – Carrow jest gotowa i wygląda na to, że ma strażnika w głowie. Ja się z nim uporam. Cissy, ty idziesz ze mną, bo wiesz czego szukamy. Andy, ty będziesz naszą kotwicą, a Tonks zbierze wspomnienia.
Córki Rodu Blacków skinęły potakująco i podążyły za głową swojego Rodu.
Narcyza zauważyła niezręczną ciszę, w jakiej siedzieli Remus i Charlie, kiedy pozostali wychodzili z pokoju. Czasami wilczy słuch był naprawdę do bani. Wywróciła oczami. Faceci, a zachowują się czasem jak chłopcy.
Wydobywanie informacji z głowy Carrow zajęło około godziny. Kiedy wrócili do kuchni, Remus i Charlie ze śmiechem porównywali swoje historie o Tonks. Oczywiście niezbyt się jej to spodobało.
Potem Syriusz ujawnił czego dowiedzieli się od ich niechcianego gościa. Okazała się być niezgłębionym źródłem informacji, nazwisk, miejsc i wszystkiego czego potrzebowali, żeby doprowadzić do ich upadku. Jednak, co najważniejsze, odkryli kto jest odpowiedzialny za odebranie Emmy jej matce.
- Pani profesor? – spytała Emma, przecierając zaspane oczy i usiłując dojrzeć kobietę stojącą obok jej łóżka. To była mama Harry'ego, ale nauczycielka Zaklęć wyglądająca zawsze rześko i wesoło tym razem wydawała się wyczerpana, zarówno fizycznie jak emocjonalnie.
- Mogę usiąść? – spytała Lily. Emma skinęła głową i podciągnęła się tak, że usiadła oparta plecami o zagłówek. Zauważyła, że kobieta trzyma list w jednej ręce, a album ze zdjęciami w drugiej. Lily uśmiechnęła się do niej słabo, weszła na łóżko i usiadła naprzeciwko Emmy po turecku.
- Wszystko w porządku, pani profesor? – spytała Emma z twarzą pełną troski. Coś się stało, czuła to. – Czy Harry'emu coś się stało?
- Na pewno bywało lepiej. Mogę zobaczyć na chwilę twoją różdżkę? – odpowiedziała Lily, wyciągając do dziewczynki rękę. Emma sięgnęła pod poduszkę i wyciągnęła swoją nową różdżkę. Niechętnie wręczyła ją nauczycielce. Lily uśmiechnęła się do niej, ale wzrok miała nieobecny, gdy jej palce przesuwały się po drewnie. – Wciąż pamiętam dzień, kiedy kupiłam ją u Olivandera – powiedziała Emmie, po czym machnęła nią i rozstawiła wokół łóżka zaklęcia zapewniające prywatność. Pierwszoroczniaczce opadła szczęka. Harry powiedział jej, że to była jego pierwsza różdżka, ale to nowe odkrycie ją zszokowało.
- Harry nigdy mi nie powiedział, że to była pani różdżka – powiedziała, na co Lily westchnęła ciężko i pokręciła głową. Wręczyła dziewczynce album ze zdjęciami. Emma pojęła wskazówkę i powoli przekartkowała kolejne strony. Zdjęcia przedstawiały Lily z lat dziecięcych. Na większości z nich znajdowała się ze starszą, blondwłosą dziewczyną. Wydawały się tak szczęśliwe i beztroskie.
- Widzisz, mój syn… ma kompulsywną potrzebę chronienia tych, którzy są mu drodzy. Nie zrozum mnie źle, to godne podziwu. Obawiam się, że ma to po ojcu. Czasami jednak bywa to strasznie ograniczające dla tych, których stara się chronić.
- Chodzi o moją różdżkę, prawda? – spytała Emma, nie przestając przeglądać albumu. Teraz widziała zdjęcia, na których Lily była nastolatką.
- Wiesz jak działa Runa Krwi na różdżce? – spytała Lily, zastanawiając się jak ktokolwiek mógłby chcieć skrzywdzić takie wspaniałe dziecko.
- Jasne, Harry powiedział mi, że robi tak, że… - Emma zamarła, gdy rozpoznała kobietę stojącą u boku Lily na zdjęciu z wesela. To była ta blondwłosa dziewczyna z poprzednich zdjęć, tylko już dorosła. Uniosła gwałtownie głowę i spojrzała na Lily rozszerzonymi z emocji oczami.
- Tylko ktoś, z kim dzielisz krew może jej użyć – dokończyła za nią Lily. Emma nic nie odpowiedziała. Przyglądała się jedynie swojej ciotce z nieodgadnionym wyrazem twarzy. – Gdybym tylko wiedziała, że mam siostrzenicę. Nawet cała armia dementorów nie utrzymałaby mnie z dala od twojego życia. Chcę…
Musiała przerwać w połowie zdania, bo Emma rzuciła jej się na szyję. Dziewczynka zaczęła łkać, ale Lily nie miała nic przeciwko. Przeczesywała jedynie palcami jej nagle ciemnorude włosy. Potem zaczęła śpiewać piosenkę, którą nuciła jej mama, żeby odegnać nocne strachy.
Na wyjaśnienia przyjdzie czas. Będą trudne, ale przejdą przez to razem. Emma już nigdy nie zostanie sama. Później Lily miała powiedzieć Syriuszowi, że to właśnie w tej chwili otworzyła tę część swojego serca, która była zamknięta, tę, która należała tylko do Jamesa. Czuła jego obecność wokół siebie i słyszała jego szept przy uchu: „Ona potrzebuje twojej miłości bardziej niż ja, a ty potrzebujesz jej. Bądź moją ognistą Gryfonką i zajmij się nią". Lily Potter zaśmiała się lekko. To było tak podobne do jej męża. Wypuściła przeszłość i chwyciła się z optymizmem przyszłości.
Emma cieszyła się tym, jak palce Lily przesuwają się po jej włosach. To było dziwne uczucie. Nie pamiętała, żeby ktokolwiek kiedykolwiek pocieszał ją w taki sposób. Podejrzewała, że może jej mama kiedyś coś takiego zrobiła. Jednak nawet jeśli, to Emma tego nie pamiętała. W ogóle niewiele pamiętała o tej kobiecie. Tylko jak wyglądała i kilka innych rzeczy, które przychodziły jej do głowy na kilka sekund, po czym z niej uciekały. Jednak nic z tego nie miało teraz dla niej znaczenia. Wiedziała, że jest chroniona, chciana i, co dziwne, potrzebują jej. To dało jej nadzieję.
- A co to jest? – spytała w końcu Emma, dotykając listu w ręce cioci. Lily przesunęła się tak, że obie mogły się oprzeć o zagłówek.
- Zakładam, że Tonks powiedziała ci, jak Ministerstwo postępuje z metamorfomagami urodzonymi w mugolskich rodzinach? – spytała Lily i otrzymała smutne skinięcie głową w odpowiedzi. – Wiem, że musisz być na to naprawdę zła. Masz do tego wszelkie prawo. Sama jestem wściekła. Uwierz mi Emmo, ci wszyscy, którzy są za to odpowiedzialni, poniosą karę biblijnych wręcz rozmiarów, ale proszę cię, żebyś na razie odsunęła od siebie gniew. Ten list może powiedzieć nam coś więcej o tym, kto naprawdę zasługuje na naszą nienawiść. Pomyślałam, że powinnyśmy przeczytać go razem – powiedziała Lily ze zrozumieniem dźwięczącym w jej głosie.
Emma zazdrościła Harry'emu, że miał przy sobie przez całe życie tę tą niezwykłą kobietę, która mogła go prowadzić przez życie. Miała nadzieję, że od teraz będzie też w jej życiu. Skinięciem głowy wyraziła zgodę na sugestię starszej czarownicy. Lily otworzyła list od siostry i przeczytały go razem.
Lily,
Przede wszystkim chcę przeprosić za to, co ta żałosna kreatura będąca moim mężem powiedziała do małego Harry'ego. On nie zrobił nic złego. Chciałabym Cię też przeprosić, że nie stanęłam po stronie twojego syna, jak powinna to zrobić dobra starsza siostra. Być może tolerowałam mniej atrakcyjne cechy Vernona, bo nie sądziłam, że dam sobie radę sama. Ale teraz nic z tego nie ma znaczenia. I tak mnie tylko obciążał.
Zapewne ucieszy Cię wieść, że się rozstaliśmy. Zabrał Dudleya i odszedł. Powód tego jest częścią powodu, dla którego piszę do Ciebie ten list. Widzisz, urodziłam córkę. Tak, mała siostrzyczko, znowu zostałaś ciocią. Na początku wyglądała zupełnie jak Ty. Rude włosy, zielone oczy i uroczy, drobny, guzikowaty nosek. Ale kiedy wzięłam ją na ręce, jej włosy zmieniły kolor na barwę moich włosów. Wtedy wiedziałam, że jest taka jak Ty. Wiedziałam że to magia, ale nie miało to dla mnie znaczenia. Była moim małym, słodkim aniołkiem. Nie sądzę, żebym zdołała pokochać kogoś tak mocno jak moją drogą Emmę.
Przez pewien czas udało mi się utrzymać w tajemnicy przed Vernonem i Dudleyem jak bardzo jest specjalną dziewczynką. Wiedziałam jednak, że to tylko kwestia czasu, nim to odkryją. Wtedy po raz pierwszy się z Tobą skontaktowałam. Wiedziałam, że kazałaś Vondzie sprawdzać tajny kamień, tak jak obiecałaś. Obie wiemy jak to się skończyło.
Wkrótce potem Emma zmieniła swój wygląd na ich oczach. Skurwysyn zażądał ode mnie, żebyśmy porzucili ją w sierocińcu. Oczywiście odmówiłam. Wtedy powiedział mi, że mam wybierać: ona czy on. Jakby to był trudny wybór. Co zabawne, okazało się, że wcale nie potrzebowałam go tak bardzo, jak mi się wydawało. Jasne, nie jest łatwo. Trzeba oszczędzać każdy grosz, ale nie obchodzi mnie to. Wystarczy jedno spojrzenie w jej piękne oczy, pełne miłości i zachwytu i wiem, że dokonałam właściwego wyboru.
Nie zamierzam popełnić tych samych błędów co z Dudleyem. Wiem, że nie będę potrafiła nauczyć jej jak być czarownicą. Nie wiedziałabym nawet od czego zacząć, ale Ty to wiesz. Znalazłam jeden z Twoich starych szkolnych podręczników. Z niego dowiedziałam się, że moja córka jest metamorfomagiem. Wiem co się stanie z nią i ze mną, jeśli zostanie odkryta.
To trzydziesty drugi list, który do Ciebie piszę i za tydzień zastąpię go następnym. Proszę, pomóż mi i Emmie. Nie chcę jej stracić. Nie mogę jej stracić.
Całuję,
Petunia
Nim skończyły list, Lily i Emma miały policzki wilgotne od łez. Emma nie mogła w to uwierzyć. Tak długo uważała, że jej mama jej nie chciała. Nienawidziła jej za to, ale myliła się. A poza tym profesor Potter była jej ciocią, co oznaczało, że Harry jest jej kuzynem. Nie podobało jej się to. Dla niej Harry był jak brat. Ten brat, którego powinna mieć.
Tego było dla niej za wiele i dziewczynka zaczęła hiperwentylować. Lily szybko wyczarowała małą torebkę i przyłożyła siostrzenicy do ust. Mimochodem pomyślała jakie to dziwne, że nikt jeszcze nie wymyślił zaklęcia przeciwdziałającego hiperwentylacji.
- Oddychaj, Emmo, wszystko będzie dobrze. Skup się na tym. Wdech i wydech, dobrze, tak, zaraz przejdzie. Nieważne co się dalej stanie, chcę, żebyś coś wiedziała. Jesteś moją siostrzenicą i bardzo cię kocham. Harry i ja zawsze przy tobie będziemy. Powiedziałabym, że Syriusz też, ale to cię może wystraszyć – zażartowała Lily.
Emma uważała, że jej nauczyciel Obrony był najfajniejszy ze wszystkich profesorów i wcale jej to nie wystraszyło. Odsunęła torebkę od ust i popatrzyła badawczo na Lily.
- Nie zostawicie mnie? – spytała, żeby upewnić się, że to wszystko dzieje się naprawdę.
- Zostawimy? – spytała Lily, zdumiona, że Emma może ją o coś takiego podejrzewać. Będzie musiała popracować nad samooceną siostrzenicy. Delikatnie odchyliła twarz Emmy, żeby spojrzeć jej w oczy. – Skarbie, oddałabym za ciebie życie.
- Harry, już czas – wyszeptała Ginny, delikatnie gładząc wierzch jego ręki. Potrzebowała tego kontaktu fizycznego. Była taka pewna, że Dilys zdoła pomóc cioci Harry'ego. Po wszystkim co dla niej zrobił pragnęła zrobić coś dla niego, ale zawiodła. Twarz Harry'ego złagodniała, gdy go dotknęła. Miała nadzieję, że to dobry znak.
Jednak trwało to tylko dopóty, dopóki nie wycofał się całkowicie z umysłu ciotki. Na jego twarzy zagościł wyraz wściekłości, jednak w jego oczach było cos innego. Ginny nie miała pojęcia jakim cudem potrafi go tak dobrze odczytywać, niemniej jednak tak było. W jego oczach widziała wszystko. Teraz widniała tam udręka, cokolwiek dojrzał w umyśle ciotki, musiało go niesamowicie gryźć.
Harry czuł furię, poczucie winy i żal z powodu tego wszystkiego, czego pozbawiono Emmę i jego ciocię. Męczyła go nieznośna potrzeba, żeby zawyć i rozerwać coś na strzępy. Twarz kobiety odpowiedzialnej za to wszystko na zawsze pozostanie mu w pamięci. Emma i ciocia Tuney doczekają się sprawiedliwości, ale będą musiały chwilę poczekać. Zmusił się do opanowania się. Miał teraz ważniejsze zadanie.
Popatrzył na Ginny, wyrażając wdzięczność bez słów. Wiedział, że jego ciocia już nigdy się nie obudzi. Trzymała się jeszcze dla Emmy i swojej siostry. Przez lata kompletnie się mylił co do tej kobiety i było to brzemię, które towarzyszyć mu będzie przez resztę jego dni. Wyparowały wszystkie resztki niechęci, jakie mógł czuć wobec niej. Teraz wydawały się takie trywialne i małostkowe. Zamknął oczy i pomyślał o wszystkim, czego mu będzie trzeba. Stół, na którym leżała Petunia, zmienił się w wygodne, pluszowe łoże. Obok pojawiła się myśloodsiewnia, identyczna z tą, którą posiadał.
- Duncan!
- Tak, panie Harry?
- Przyprowadź tu proszę mamę i Emmę – powiedział Harry cicho. Kiedy tylko skrzat domowy zniknął, Harry rzucił zaklęcie maskujące na Petunię. Pomoże jej zachować godność w obliczu śmierci. Nie chciał też, żeby to właśnie było ostatnim obrazem matki, jaki Emma zachowa w pamięci. Pomiędzy łóżkiem i myśloodsiewnią pojawiło się krzesło. Harry opadł na nie z ciężkim westchnieniem. Popatrzył na Ginny, a ona ujrzała determinację w jego oczach.
- Niezależnie od tego co się wydarzy, połączenie nie może zostać zerwane. Daj mi słowo, że nie przerwiesz połączenia – poprosił, ale ona się zawahała. – Gin, proszę. Emma zasługuje, żeby znać swoją matkę.
- Co? Ona jest matką Emmy?
- Wyjaśnię później. Na razie pomóż mi, proszę – błagał Harry. Wbrew własnemu osądowi zgodziła się.
Harry wyciągnął ceremonialny, srebrny sztylet i naciął wnętrze obu dłoni. Zaczął recytować coś po łacinie. Krew cieknąca z jego rąk zaczęła świecić. Położył jedną dłoń na głowie Petunii, drugą na myśloodsiewni.
Po chwili pokój zmienił się w park. Petunia siedziała na ławce, wyglądając tak jak zwykle. Niedaleko od niej czteroletnia Emma chichotała, huśtając się na ławce. Petunia patrzyła na to ze spokojną, zadowoloną miną. Ginny pomyślała, że widzi wspomnienie, póki nie dostrzegła Harry'ego, który wszedł i uklęknął przed ciotką. Ciągle siedział na krześle, więc tamten Harry musiał być jakiegoś rodzaju projekcją.
- Aż tak źle? – zażartowała Petunia, mierzwiąc mu włosy. Prawie zapomniał, że kiedyś tak robiła. Łza spłynęła Harry'emu po policzku, a ona ją otarła. – Wyglądasz jak twój tata.
- Emma ma twój uśmiech – odparł Harry.
- Znaleźliście ją? Dzięki Bogu! Tak się martwiłam! – załkała z ulgi. Lily musiała znaleźć list, który dla niej zostawiła.
- Właściwie to znaleźliśmy się nawzajem – Harry'emu załamał się głos. Spróbował się opanować, ale nie bardzo mu to wyszło, więc mówił dalej: - Powinienem cię poszukać kiedy tylko przyszło mi do głowy kim ona może być. Wyba…
Petunia położyła mu palec na ustach, ucinając przeprosiny.
- Oj tam, nie marnujmy czasu na źle ulokowane żale – odpowiedziała Petunia, dokładnie tak, jak zrobiłaby jego mama, gdyby tu była. – Wolałabym, żebyś zamiast tego opowiedział mi o mojej dziewczynce.
Harry zaczął jej mówić o Emmie i odkrył, że głaz na jego sercu nagle zrobił się znacznie lżejszy. Petunia słuchała z zadowolonym uśmiechem. Widziała jak bardzo Harry uwielbia jej córkę. W głębi serca czuła, że nigdy jej nie opuści. To sprawiło, że jej nadchodząca śmierć wydała się łatwiejsza do zniesienia.
- Chciałabym, żebyś to ty poprowadził ją do ślubu – przerwała mu w pewnym momencie. Z Harry'ego nagle uleciało cała energia. Nie potrafił wyrazić słowami tego, co poczuł w tej chwili. – Pozwól jej znaleźć własną drogę, ale pomóż jej wstać, kiedy upadnie.
Tym razem jej głos zadrżał. Harry skinął głową, niezdolny cokolwiek powiedzieć, przejęty zaufaniem, które okazała mu ciocia.
Pyknięcie powiadomiło ich o przybyciu Duncana, Lily i Emmy. Petunia wstała i popatrzyła na rudowłose dziecko stojące u boku jej siostry. Dziecko zrobiło niepewny krok w jej stronę i zatrzymało się. Lily nachyliła się i wyszeptała jej coś do ucha. W odpowiedzi Emma pospiesznie pokiwała głową. Lily popędziła ją delikatnym klepnięciem w pośladki.
Na początku Emma szła szybkim krokiem, ale po chwili zerwała się do biegu, zmieniając swoje oczy i włosy, żeby pasowały do jej mamy. Petunia również do niej podbiegła i przytuliła z całej siły. Matka i córka połączyły się ponownie i czas wydawał się stanąć w miejscu. Lily trzymała się z tyłu, ale dokładnie zapamiętywała każdą chwilę.
- Poczekaj, daj mi na ciebie spojrzeć – poprosiła Petunia, gdy odstawiła córkę na ziemię. Odstąpiła o krok i zrobiła kółko palcami. Jej córka wywróciła oczami, widząc prośbę matki, ale w głębi serca cieszyła się, że może ją spełnić. Zawirowała. Lily parsknęła śmiechem i zwalczyła chęć, by do nich podejść. To był ich moment, a zostało im niewiele czasu. Spojrzała poza kobiety, gdzie wcześniej znajdował się jej syn, ale odkryła, że Harry zniknął.
- Tak bardzo za tobą tęskniłam, skarbie – wydusiła z siebie Petunia, a po jej policzkach zaczęły spływać łzy. Cała niepewność, którą miała w sobie Emma, ta niewiedza, czy jej mama na pewno ją chciała, uleciały z Emmy w jednej chwili, kiedy zobaczyła jak Petunia na nią patrzy i usłyszała ton jej głosu. Wkrótce i z oczu Emmy popłynęły łzy. Matka i córka dzieliły ze sobą oczyszczający płacz.
- Kocham cię, mamo – Emma myślała, że już nigdy więcej nie powie tych słów, a tu proszę, wydobyły się z jej ust równie naturalnie jak oddech. Lily widziała siłę i czystość dziecięcego serca.
- Kochałam cię odkąd wzięłaś swój pierwszy oddech i będę kochała nawet po tym, jak ja wydam swój ostatni. Przyniosłaś mi największą radość, a każda sekunda, którą z tobą spędziłam, była najcenniejszym darem – powiedziała Petunia, a jej serce przepełniała radość po deklaracji jej córki.
- NIE! Nie żegnaj się ze mną! Jeszcze nie! Mamo, proszę, potrzebuję więcej czasu! – błagała Emma, trzymając się Petunii, jakby dzięki temu mogła zatrzymać ze sobą swoją mamę. Jej ciocia powiedziała jej, jak wygląda sytuacja i Emmie wydawało się, że to zniesie. Uważała, że pożegnanie matki to jej obowiązek. Nie sądziła, że tak kompletnie wpuści ją do swojego serca, które teraz było rozdzierane na pół. Czuła się, jakby tonęła w masie tłumionych emocji.
- Ja też chcę więcej czasu, skarbie. Więcej niż możesz wiedzieć – powiedziała córce Petunia. Spojrzała w stronę łózka, na którym leżało jej ciało i ujrzała, jak rudowłosa dziewczyna wlewa eliksir do gardła jej nadzwyczaj bladego siostrzeńca. – Emmo, widzisz swojego kuzyna? Cierpi, żeby dać nam tę chwilę, a ja chciałabym być bardzo samolubna. To, że jest skłonny do czegoś takiego powinno ci powiedzieć, jak bardzo cię kocha. Umarłby dla ciebie, ale ja nie zamierzam teraz tego sprawdzać. A ty?
Emma spojrzała w stronę, którą wskazywała jej matka i sapnęła zaskoczona.
- Nie – odpowiedziała mamie.
- Dobrze, moja mała, kochana córeczko – rzekła Petunia i przesunęła twarz Emmy, by dziewczynka nów spojrzała na nią. – Mogę się z tobą pożegnać w spokoju, bo wiem, że będą o ciebie dbali i cię kochali. Wiem, że moja siostra będzie tu, żeby cię poprowadzić, a Harry żeby cię ochronić. Pomogą ci stać się piękną, pewną siebie, potężną czarownicą – załamał się jej głos. – A jeśli któregoś dnia zechcesz nazwać Lily mamą… niech tak będzie. Ona jest naprawdę dobrą mamą i będzie to dla niej naprawdę wiele znaczyło. Wiem, że masz w sercu wystarczająco wiele miłości, żeby starczyło dla nas obu – powiedziała szczerze i przywołała gestem Lily. – Kocham cię, Lily. Opiekuj się Emmą, proszę.
- Ja ciebie też kocham, Tuney i będzie to dla mnie zaszczytem – odpowiedziała Lily, a łzy spływały po jej twarzy. Petunia wyciągnęła dłoń, którą Lily pospiesznie chwyciła. Potem starsza siostra z całej siły przytuliła młodszą. Wyszeptała Lily do ucha coś, co wywołało jej okrzyk. Przez całe swoje życie Lily zdradziła te słowa tylko jednej osobie – Emmie, na kilka minut przed jej ślubem. Potem Petunia ucałowała Emmę na pożegnanie i odsunęła się. Pomachała do córki i siostry i zniknęła.
W następnym rozdziale:
- Narcyza, Charlie i Adam
- Dolores Umbridge przybywa do Hogwartu po Emmę
Od tłumacza: Moi drodzy, przekroczyliśmy już 400 komentarzy i jestem Wam za to cholernie wdzięczny! Ale jeśli zamierzacie zostawić swój komentarz tylko po to, żeby napisać "czemu tak długo" i "jaja sobie robisz" to odpuśćcie sobie i wykorzystajcie ten czas, żeby samemu coś napisać/przetłumaczyć i opublikować. Powodzenia!
A wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom, którzy cierpliwie czekali na następny rozdział (także tym, którzy pisali, że nie mogą się doczekać, ale bez pretensji w głosie... czcionce?) serdecznie dziękuję i mam nadzieję, że przerwy będą krótsze, choć niczego nie mogę obiecać.
