Trochę się zdziwił, że nie zastał Seva w Pokoju Życzeń, ale z drugiej strony nie bywał on tu tak często, jak przed wakacjami. Sam Syriusz też nie przesiadywał w ich niszy całymi godzinami, bo na siódmym roku zajęć było od groma. Nie czekał jednak długo. Po jakimś kwadransie drzwi się uchyliły i wszedł przez nie Snape, wpuszczając do środka aromat kofeiny. I jakiś słodkawy zapach. Owocowy. Gryfon z zaciekawieniem odwrócił głowę.

– Babeczka? – zapytał z niedowierzaniem. Sev nie znosił tego lukrowanego paskudztwa. Talerzyk z cukierniczym majstersztykiem wylądował na stoliku obok Blacka, a Snape bez słowa zaczął przerzucać księgozbiór w podręcznej biblioteczce. – Przyniosłeś mi babeczkę? – powtórzył, prawdziwie zadziwiony.

– Najlepszego – wreszcie wyrzucił z siebie Ślizgon, co nie bądź skrępowany. – Poleciałem po kosztach i podprowadziłem z kuchni.

– Sev, to takie słodkie. Dziękuję – zaszczebiotał Syriusz.

– Kurwa, zeżryj ją albo wywalę – zirytował się Snape, markując atak na muffinkę.

– Zabieraj łapy od mojej babeczki! – obruszył się Gryfon i chwycił talerzyk.

Skupił się na chwilę na lukrowanym cudeńku i dał się ponieść swojemu słodkim uzależnieniu. Kiedy zlizał resztki nadzienia z palców, spojrzał na Ślizgona i wiedział już, że coś jest nie tak.

– Nie oszczędzaj mnie, teraz wszystko przyjmę jak mężczyzna – rzucił lekko, w nadziei, że to trochę rozładuje kiepski humor Seva. Miał nadzieję, że to tylko kwestia gorszego dnia.

– Ślizgoni dobrali się do mojej księgi. Tej czarnomagicznej – wyznał tamten bez ociągania.

– O cholera.

O kurwa bardziej pasuje – odparował z goryczą Snape. – Jestem idiotą. Nie wiem nawet, kiedy ją podprowadzili, ale po zmianie nastrojów wnioskuję, że to kwestia ostatniego tygodnia.

– Musimy pomyśleć – trzeźwo stwierdził Syriusz i napotkał pytające spojrzenie ciemnych oczu. – Siedzimy w tym obaj, chyba takie są zasady. Skoro wszedłem do spółki z idiotą, to kara musi być.

Sev obserwował go chwilę intensywnie, przeszywająco. Wreszcie się odezwał.

– Mam już pewne pomysły. Jeśli nie wypalą, odwołamy się do twojej mądrości – poinformował i wyszedł z Pokoju Życzeń.

Syriusz uruchomił zwoje mózgowe i zmusił je do pracy na pełnych obrotach. Jedynym rozwiązaniem, zapewniającym stuprocentowe powodzenie i niwelującym już poczynione zniszczenia, było dorwanie całego Slytherinu i potraktowanie każdego Ślizgona z osobna Oblivate. Z oczywistych powodów to nie wchodziło w grę. Nie mogli zostawić sprawy kwestii szczęścia, a nie miał żadnych, naprawdę żadnych pomysłów. Zniechęcony, wyszedł z Pokoju Życzeń w ślad za Sevem.

Mijał puste korytarze i nawet nie zarejestrował, kiedy znalazł się w Wieży Gryffindora, wspinając się po schodach na siódme piętro. Jego głowę cały czas zaprzątała sprawa cholernej, czarnomagicznej księgi.

– Syriusz? – usłyszał niespodziewanie i ocknął się z zamyślenia. Stał w drzwiach dormitorium, a na łóżku w głębi siedział James. I się do niego odezwał. – Mam już dość tego idiotyzmu – dodał po chwili tamten trochę niezręcznie.

– To jest nas dwóch – stwierdził Black i opadł na swoje łóżko, nagle czując na sobie zmęczenie całym tym pokręconym dniem. – Przepraszam, że byłem takim cholernym łgarzem i nie odważyłem się normalnie o tym porozmawiać. Naprawdę schrzaniłem.

– Sam nie popisałem się mądrością, wrzeszcząc to o Czarnej Magii. I w ogóle – odparował Potter. – Wiem, jak dokładnie było w Hogsmeade i większość z całej reszty, ale nie obrażę się za pomoc w zapełnieniu luk – dokończył, próbując nieco rozluźnić atmosferę.

– Rogaczu, chodzi o to, że w tym wszystkim… z eliksirami i całą resztą… my przeholowaliśmy. Pchaliśmy łapy do Czarnej Magii i teraz wyniknął z tego niezły syf. Może potrzebowałem usłyszeć wcześniej porządny opieprz, żeby załapać, że nie damy rady wojować z całym popieprzonym światem. To już nie jest rywalizacja o punkty ze Slytherinem – przyznał bezradnie.

– Wiem, Łapo. Też to do mnie dotarło, kiedy zacząłem badać sprawę z Hogsmeade – powiedział James poważniej. – Więc wszystkiego najlepszego, witamy w gównianym świecie dorosłych.

– Ale sobie wybrałeś dzień na takie przemowy – wyjęczał Syriusz. – To gdzie urodzinowy podarunek?

– Wisisz mi prezent gwiazdkowy, więc nawet nie licz. A jak znam życie, pewnie sam sobie coś kupiłeś, zgadłem?

– Dziesięć punktów dla Gryffindoru i wybitny z syriuszowatości stosowanej, Rogaczu – oznajmił Black, naśladując ton Dumbledore'a i obaj wybuchnęli śmiechem.

– To może jutro jakoś to oblejemy? Weekendowe wyjście do Hogsmeade? – zaproponował James, a Syriusz przytaknął, pozwalając, by przyjemne ciepło, którego nie czuł od tygodni, rozlało się po jego ciele, koncentrując się w okolicach mostka.


Severus zdecydował wykorzystać weekend wolny od obecności rozwrzeszczanych idiotów, których system edukacji nieściśle nazywał uczniami, na zaszycie się w cichej bibliotece, która to zasadniczo cicha być powinna, ale praktyka wskazywała na dużą swobodę interpretacyjną tej zasady. Chłopak potrzebował spokoju, niezbędnego do zebrania myśli i zawężenia spektrum poszukiwań. Postanowił zacząć od ustalenia, jakiego rodzaju obeznanie posiadła osoba, która położyła łapy na jego pieprzonym spadku po matce i jakich potrzebowałaby umiejętności, by użyć zdobytą wiedzę w praktyce. Po pięciu godzinach miał już pewność, że ta droga prowadzi donikąd, bowiem w całej bibliotece nie znalazł jednej pozycji, do której odwoływała się jego książka. Nie żeby go to bardzo zdziwiło, w końcu wlekła się za tym Czarna Magia, uzyskał jednak tym samym pewność, że koneser zawartości cudzych kufrów też nie zdobędzie dodatkowych informacji, koniecznych do przyswojenia większości czarnomagicznych zaklęć i poznania szczegółów receptury eliksirów, o których mógł powziąć wiedzę dzięki zakazanej lekturze.

Sprawa się komplikowała, jeśli spojrzeć na to inaczej.

A gdyby delikwent potrzebował jakiejś wzmianki do ukończenia klątwy albo mikstury, a nie do uzyskania o nich jakiejkolwiek wiedzy? Taka wersja dawała podstawy do umotywowanego strachu. Ta banda idiotów naprawdę mogła kogoś zabić, jeśli tylko miała ku temu narzędzia.

Finał zapewne nastąpić miał szybko, by uniemożliwić jakieś działania prewencyjne. Z jakiegoś powodu Severus był pewien, że wybranie daty poprzedzającej wolny weekend w Hogsmeade, gdzie kontrola nauczycieli i obecność postronnych dawała szersze pole do manewru, nie było przypadkowe.


Pod Trzema Miotłami było tłoczniej niż zwykle, ale wystarczyło kilka olśniewających uśmiechów Syriusza, dwa powalające spojrzenia Jamesa i cierpiętnicze poruszenie głową Remusa, wyrażające ubolewanie nad znajdowaniem się w towarzystwie takich wariatów, by Madame Rosmerta znalazła dla ich trójki wolny stolik w głębi pubu. Peter stracił zainteresowanie ich towarzystwem, kiedy stało się jasne, że era huncwockich wygłupów się skończyła, a rozmowy z chłopakami, którzy się do siebie nie odzywali, nie były już zbyt wciągające. Właściwie Syriuszowi jakoś specjalnie nie brakowało Pettigrew i chyba dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak niewiele ich łączyło.

Rozsiedli się więc z Potterem na swoich krzesłach i czekali cierpliwie na Lupina, który wykazywał małą siłę przebicia, pozwalając się ciągle spychać na koniec kolejki przy ladzie.

– I to ja jestem nieprzystosowany do życia? – zapytał retorycznie Syriusz, przewracając oczami, kiedy Remus przepuścił przodem po dżentelmeńsku kolejną uczennicę, która pociągnęła za sobą bliżej lady trzy koleżanki.

– Nie waż się interweniować. W końcu chłopak musi załapać, jak ten brutalny świat się kręci. – James nie zamierzał okazywać empatii. – Kobiety pociągną człowieka na dno tymi swoimi modliszkowymi półuśmiechami i trzepotaniem rzęsami. Trzeba zachować czujność.

– Rogaczu, takie ględzenie mogłoby wywołać wrażenie, że dostałeś kosza i dlatego pomstujesz na całą damską populację – rzucił trochę złośliwie Syriusz i szybko się uchylił przed pozorowanym atakiem ze strony obiektu jego kpin.

– Może coś w tym jest – stwierdził chłopak, odrobinę rozkojarzonym głosem. – Chociaż właściwie mam teraz o Lily jeszcze lepsze zdanie. Powiedzmy sobie szczerze, że przez ostatnie miesiące robiłem z siebie kompletnego debila i tylko zwichnięta psychicznie desperatka chciałaby się z tamtym mną spotykać.

– Przez grzeczność nie zaprzeczę – przyznał z nonszalancją Black. – A tak w ogóle jak stoją sprawy z…

Nie dokończył, bo drzwi otworzyły się z impetem i pojawiła się w nich uczennica, a po jej przerażonej twarzy i dreszczach, przebiegających po całym ciele, można było wywnioskować, że stało się coś niedobrego.

– Niech ktoś… coś… Vitalia… – mamrotała jak w transie Lily Evans, rwącym się głosem, z wilgotnymi, opuchniętymi od płaczu oczami zupełnie do siebie niepodobna.

– Lily, co się stało? – zapytał spokojnie James, chwilę temu jeszcze siedzący przy stoliku, a teraz nachylający się już nad twarzą Gryfonki, nadal stojącej w progu i dygoczącej. – Hej, oddychaj i spójrz na mnie. Co się dzieje?

Syriusz znalazł się tuż za plecami przyjaciela, coraz bardziej przestraszonym wzrokiem lustrując dziewczynę. Zauważył, że Potter, chociaż próbował spokojnie nawiązać kontakt z Gryfonką, nadal w głębokim szoku, również starał się u niej wyłapać jakieś obrażenia. Niczego niepokojącego nie znaleźli.

– Evans, przestaniesz się mazać i natychmiast powiesz mi, co się stało – zażądał James ostrzej, wreszcie skupiając jej uwagę. Zielone oczy, dotąd patrzące w przestrzeń niewidzącym wzrokiem, spojrzały na niego trzeźwiej.

– Nie wiem. Ale Vitalia… ona… się nie rusza. Nie wyczułam od niej… nic. Żadnej magii – wyartykułowała wreszcie Gryfonka.

Ścieśnieni wokół nich gapie zaczęli między sobą szeptać i jeszcze bardziej napierać, zamiast racjonalnie podjąć jakieś działania. Syriusz miał ochotę ich wszystkich walnąć Drętwotą.

– Lunatyku, sprowadź nauczyciela. McGonagall powinna być Pod Świńskim Łbem. Jeśli na nią nie wpadniesz, zażądaj powiadomienia Hogwartu i Munga – zarządził James, ale Remus był już i tak na zewnątrz. – Lily, powiedz, gdzie jest Vitalia – zwrócił się znów do dziewczyny.

– W alejce, na tyłach Miodowego Królestwa – wyszeptała jednym tchem.

– Nie waż się stąd ruszać – powiedział James głosem nie znoszącym sprzeciwu. – Łapo?

Syriusz nie potrzebował wezwania, bo już był na ulicy. Do jego szybkich, równych kroków dołączyły niemal natychmiast te Pottera. Może w ciągu minuty byli na miejscu i w jakiś sposób wydało się chłopakowi całkiem irracjonalnym, że jeszcze nie zastali tu nikogo innego. Znaleźli za to Vitalię Austen, nieruchomo leżącą na zdeptanej ziemi.

Obok niej, niemal w zasięgu ręki, spoczywała w błocie jej złamana różdżka.


Nadal przerzucał hogwarckie księgozbiory, kiedy do czytelni wpadł jakiś rozemocjonowany pierwszak i Severus z jego przyciszonej paplaniny, skierowanej do wystraszonych kolegów, wyłapał w jednym zdaniu słowa Gryfonka, Hogsmeade i ciało.

O kurwa.

Wypadł na korytarz i najpierw zahaczył o Wielką Salę, ale ta, choć pełna i gwarna, pozbawiona była gryfońskiej reprezentacji. Pomyślał od razu o skrzydle szpitalnym, jednak wizyta tam Ślizgona w tych okolicznościach mogłaby zostać źle odebrana. Po prostu poszedł więc do Pokoju Życzeń.

Kiedy wszedł do środka, Black już na niego czekał.

– Mów – rzucił tylko, czekając w napięciu.

– Austen została zaatakowana przez – Gryfon zawiesił głos – niezidentyfikowanych sprawców. Zniszczyli jej różdżkę, nawet nie wiadomo w jaki sposób, bo wcześniej została ogłuszona. Teraz jest w Świętym Mungu, w stanie skrajnego wyczerpania magicznego. Chyba jej różdżka nie chciała się łatwo poddać i czerpała magię ze swojej właścicielki, dopóki dziewczyna nie straciła przytomności.

Vitalia Austen była mugolakiem, ale bardzo wyjątkowym, bo od urodzenia otaczała ją magia, chociaż wychowała się w niemagicznym świecie. Jej ojciec był najzwyklejszym mugolem, z kolei jednak matka – charłaczką, blisko spokrewnioną z czarodziejami czystej krwi. W rodowodzie dziewczyna miała Wesleyów, Blishwicków oraz Malfoyów i niejednokrotnie spędzała święta, jeszcze jako małe dziecko, zajadając się fasolkami wszystkich smaków, dostarczanymi przez domowe skrzaty jej dziadków.

Obranie Austen za cel nie było przypadkiem.

– Kurwa – padło z ust Severusa. Bezradnie opadł wreszcie na fotel i schował twarz w dłoniach.

Przynajmniej nikt nie zginął, co nie zmieniało faktu, że dał dupy na całej linii. To była jego wina.

– Zaraz... – Coś mu się nie zgadzało. – Co znaczy niezidentyfikowani sprawcy?

– Ogłuszyli dziewczyny niemagicznie. W każdym razie nie używali swoich różdżek, a tę należącą do Austen w jakiś sposób zaklęli i sama doprowadziła do autodestrukcji. Tyle zrozumiałem z tego, co szeptali sobie Dumbledore i McGonagall – wyjaśnił Black, nadal wyraźnie wzburzony. – Skurwieli nie da się złapać, bo nie można im przypisać żadnego działania. Nie zostawili śladów swojej magii. To mógł być każdy, a góra woli udawać, że sprawcą jest ktoś spoza szkoły.

– Ale ja wiem, że to Regulus. Zobowiązał się utrzymać spokój w szkole, dlatego zrobił to w Hogsmeade. Nawet zatroszczył się o pozory, sukinsyn – wycedził Snape.

– Też stawiam na Ślizgonów – przyznał Black – ale dziewczyny nie są w stanie tego potwierdzić. Nie mamy na nich nic.

– Czekaj, czyli zaatakowany był ktoś jeszcze oprócz Austen? – zapytał Severus, próbując to sobie poukładać. Nie było tak najgorzej. Różdżkę można dopasować na nowo, pełne przystosowanie to kwestia kilku tygodni. Mogło być gorzej. Ktoś mógł przez jego głupotę zginąć.

– Z Vitalią była Lily Evans, w końcu wszędzie łażą razem. Ją ogłuszyli pierwszą, ale się pozbierała i wezwała pomoc, chociaż wyglądała na nieźle wystraszoną – mówił Syriusz, gapiąc się w sufit. – Sev, ja też spanikowałem, jak zobaczyłem Vitalię na ziemi. Gdyby nie James, to bym tam tylko stał.

Ostatniego Severus już nie słyszał. To wszystko ewaluowało w coś przekraczającego jego możliwości. Jeśli ucierpiałaby Lily…

– Chyba nad tym nie panujemy, Sev – usłyszał niewyraźnie słowa wyszeptane przez Gryfona.

Podzielał zdanie kolegi, ale w odróżnieniu od niego wiedział już, co zrobi z tym syfem.

– Wiem jak to załatwić. Daj mi dzisiejszy dzień, a jeśli nie wypali, to wtedy będziemy kombinować – powiedział zdecydowanie Ślizgon i opuścił Pokój Życzeń, unikając wyjaśnień.


Syriusz zaczął poważniej zastanawiać się nad rozwiązaniami, o których mógł pomyśleć Sev. Jego głupotę poprzeklina sobie później.

Ślizgon zrobiłby to po ślizgońsku. Nie mógł zastraszyć całego Slytherinu, odpadał szantaż i stosowanie przemocy. A jeśli wężowe metody były o dupę potłuc, to co innego mógł wymyślić?

I nagle Gryfona olśniło. Sev załatwi sprawę sam. Zminimalizuje szkody.

Skurwysyn.

Syriusz zerwał się z kanapy i wypadł z Pokoju Życzeń, kierując się do dormitorium Gryffindoru. Na miejscu szczęśliwie zastał Remusa.

– Lunatyku, w tej chwili powiesz mi, jak się dostać do gabinetu dyrektora Hogwartu.


Dzięki za komentarze wszelakie, naprawdę doceniam.

OliveB - Mung by mi nie zaszkodził, wezmę pod uwagę, bo mama od dziecka sugeruje, że potrzebuję specjalistycznej pomocy ;) A poważniej - podziękowania za budujących słów kilka :)