Rozdział dwudziesty drugi: Witamy w prawdziwym świecie
– ...ale nie wiemy na pewno, czy jest Mrocznym Panem.
Kiedy wychodzili z Draconem z Wielkiej Sali, Harry obejrzał się, wyciągając szyję, żeby podsłuchać rozmowę dwójki trajkoczących Krukonów. Nie był pewien, czy rozmawiają o nim, nie bardziej od dziewczynki, która zastanawiała się nad tożsamością Mrocznego Pana. Obawiał się jednak, że chodzi jej o niego.
Masz już paranoję, powiedział sobie ostro, odwracając głowę i patrząc przed siebie. Nie wszyscy będą o tobie myśleć i rozmawiać. Po prostu ci się wydaje, że tak jest. A nawet, jeśli ktoś o tobie wspomni, to co? Cholerne gazety nie przestają o tobie nawijać, a sam prowadzisz klub pojedynków – to wystarczy, żeby mieli cię na oku.
Gazety męczyły Harry'ego bardziej, niż był gotów się do tego przyznać. Wyglądało na to, że każdy nagłówek "Proroka Codziennego" wciąż odnosił się do niego, w artykułach omawiano teraz pomniejsze szczegóły jego dzieciństwa, co Harry uważał za stratę czasu, bo nie powinny one nikogo obchodzić może poza członkami Wizengamotu – a i to było wątpliwe. Reportaże Skeeter były prawdopodobnie najlepsze ze wszystkich, ponieważ jako jedyna starała się przypomnieć czytelnikom, że Harry zrobił w swoim życiu wiele innych rzeczy, a nie tylko pozwolił, żeby się nad nim znęcano w dzieciństwie, ale Harry i tak wolał, żeby w ogóle przestali o nim mówić.
A może po prostu denerwujesz się, bo został już tylko tydzień do równonocy, kiedy to Voldemort zaatakuje, a ty wciąż nie wymyśliłeś lepszego planu, spróbował sobie to zracjonalizować.
– Wszystko w porządku, Harry.
Harry odskoczył w bok, kiedy dłoń opadła na jego ramię, i owinął się swoją magią. Skrzywił się, kiedy zobaczył zaskoczenie na twarzy Dracona, po czym pokręcił głową i schował swoją moc za bariery, których najczęściej używał.
– Wszystko w porządku, Harry – powtórzył Draco, po czym zaśmiał się lekko. – Chociaż podejrzewam, że naprawdę nie jest, skoro tak podskakujesz. – Jego głos był lekki od żartobliwego tonu, ale oczy lśniły od troski i przyglądał się Harry'emu z intensywnością, której jeszcze przed chwilą tam nie było.
– Wybacz – powiedział Harry. – Po prostu mam wrażenie, że wszyscy się na mnie gapią i naprawdę chciałbym, żeby już mi przeszło.
– Harry.
Harry drgnął, tym razem dlatego, że nie spodziewał się, że dyrektorka McGonagall się do niego podkradnie. Jej twarz była rozgorączkowana i spięta – nic dziwnego, tak naprawdę, skoro teraz musiała zająć się tak wieloma problemami na raz – ale uśmiechała się też do niego, przez co Harry poczuł jak budzi się w nim zainteresowanie.
– Słucham, pani dyrektor? – zagaił.
– Udało mi się znaleźć odpowiednie zaklęcia, które pozwolą na odwrócenie transmutacji, rzuconej na małego, drewnianego psa, którego mi dałeś, Harry – powiedziała McGonagall, ściszając głos, kiedy minęło ich kilku zaciekawionych, mocno spóźnionych na obiad uczniów. – Jestem gotowa na przywrócenie go. Czy chciałbyś być wtedy ze mną w gabinecie, żeby go powitać?
Harry poczuł, jak jego zmartwienia rozpływają się w uldze. Nareszcie, nareszcie Regulus będzie wolny i Harry będzie mógł go spotkać, a to było naprawdę mile widziane odwrócenie uwagi od strachu, który pełzał mu pod skórą.
– Bardzo chętnie, pani dyrektor – wymamrotał. – Czy Draco może pójść z nami? Regulusa powinien powitać jakiś członek jego rodziny, a nie wiem, czy chce pani zaczekać do chwili, kiedy będę w stanie wysłać Narcyzie sowę.
McGonagall zacisnęła usta i przyglądała się Draconowi przez dłuższą chwilę. Draco próbował wyglądać przeuroczo, ale to nigdy nie działało na McGonagall kiedy ta była po prostu jego nauczycielką transmutacji, więc i teraz nie miało szansy zadziałać.
– Niech i tak będzie – powiedziała, a Harry i Draco uśmiechnęli się do siebie szeroko. Kiedy dyrektorka zaczęła kroczyć w kierunku swojego gabinetu, ruszyli pośpiesznie za nią.
Serce waliło Harry'emu nerwowo w piersi. Część z tego to była troska – transmutacja mogła mimo wszystko się nie powieść, zwłaszcza kiedy mieli do czynienia z magią Voldemorta. Część z tego było ciekawością – jak będzie wyglądał ten człowiek, którego od tak dawna znał tylko jako głos? Część z tego było nadzieją.
Być może Regulus zostanie moim sojusznikiem, kimś, na kogo gazety nie będą miały wpływu i kto nie będzie próbował szeptać o mnie po kątach. Przecież i tak wszystko o mnie wie. Nic z tego wszystkiego go nie zdziwi.
– Re–transmutacja okazała się prosta, kiedy zwróciłam uwagę na konstrukcję tych zaklęć – mówiła McGonagall, kiedy Harry i Draco stanęli przed jej biurkiem. Małego, drewnianego psa, który miał wyrzeźbione na sobie inicjały Regulusa, położyła na podłodze obok. – Zaklęcia konserwujące nie miały powstrzymać go przed wykrwawieniem się na śmierć, co zauważyłabym wcześniej, gdybym nie była tak strasznie przekonana, że właśnie takie było ich zadanie. – Skrzywiła się, jakby była sobą zdegustowana, po czym ciągnęła dalej. – Miały przede wszystkim utrzymać jego ciało w takim samym stanie, w jakim było wtedy, kiedy Sami Wiecie, Kto... – Nabrała głębokiego oddechu, przygryzła wargę i poprawiła się – Voldemort. Kiedy Voldemort go transmutował.
Harry, rozproszony wyobrażeniami wyłaniającego się z psa Regulusa, drgnął i poderwał głowę w górę, żeby na nią spojrzeć.
– Czyli... czyli będzie wyglądał, jakby miał dziewiętnaście lat? – Harry podejrzewał, że Regulus miał dziewiętnaście, góra dwadzieścia lat, biorąc pod uwagę to, jak długo udało mu się pozostać na wolności przed transmutacją.
McGonagall kiwnęła głową.
– Nie zestarzał się – powiedziała cicho. – To jeden z powodów, dla których odwrócenie tych zaklęć będzie takie trudne. – Zamknęła oczy. – Będę do tego potrzebować absolutnej ciszy, chłopcy.
Wycelowała swoją różdżką w drewnianego psa, a Harry domyślił się, że musiała użyć niewerbalnej inkantacji. Psem zatrzęsło, a wokół niego pojawił się błękitny blask, ostry, przeszywający kolor, jakiego Harry jeszcze nigdy przedtem nie widział. Inicjały Regulusa zalśniły bielą na brzuchu psa. Harry zastanawiał się, czy pozostaną mu jako blizny, ale spróbował o tym nie myśleć, na wypadek, gdyby nawet myśli były w stanie zakłócić to, co McGonagall próbowała zrobić ze wszystkich sił.
– Cieo!
Harry podskoczył na dźwięk głosu dyrektorki, opadający z trzaskiem, niczym bicz. Obejrzał się na nią z podziwem. Jeszcze nigdy nie słyszał, żeby czyjś głos był tak... skupiony było jedynym określeniem, jakie przychodziło mu do głowy. McGonagall wciąż miała mocno zamknięte oczy. Wokół niej tańczyły kosmyki światła, leniwie tworząc sobą różne obrazy. Harry zagapił się na chwilę, po czym zorientował, że jej kosmyki były czerwono–złote, w kolorach Gryffindoru, podczas gdy światło otaczające psa było srebrne i zielone, w kolorach Slytherinu.
Srebrne i zielone światła owinęły się wokół siebie, trącając się nawzajem smukłymi łbami, niczym żmije, po czym nagle wystrzeliły w kierunku McGonagall. Ta otworzyła oczy i spojrzała na nie groźnie, przez co opadły bezużytecznie na podłogę, bez słowa transmutowane we wstążki.
Czerwone i złote światło rozprzestrzeniło się i owinęło wokół drewnianego psa, a McGonagall powtórzyła, głosem równie surowym co wtedy, kiedy podczas drugiego roku zachęcała Harry'ego do podzielenia się z nią jego przeszłością:
– Cieo. Cieo Regulus Black.
Pies znajdował się teraz w środku oszałamiającej burzy świateł, Harry widział ciemne kosmyki pojawiające się na chwilę, po czym znikające, jakby pochłonięte przez gryfońskie kolory. Miał wrażenie, że McGonagall sięgała głęboko, bo jej magia śpiewała z finezją, idealnie zbalansowana i kontrolowana. Harry'emu naprawdę to imponowało. McGonagall może nie była tak dobra w eliksirach jak Snape, czy tak potężna jak Dumbledore, ale była absolutną mistrzynią transmutacji i Harry wątpił, żeby na świecie znajdowało się więcej niż jeden czy dwóch czarodziejów, którzy byliby w stanie stawić jej czoła na tym polu.
– Transformo! – było następną inkantacją McGonagall, a potem wymamrotała, łagodnie, jakby próbując przekonać zabawkę do oddania człowieka, który tak długo ją zajmował. – Catellus ab viro!
Zabawka wyglądała tak, jakby usiłowała wywrócić się na lewą stronę. Harry pochylił się do przodu, zaciskając pięść i poczuł fantomowy ból w wyobrażonej lewej dłoni, który czasem pojawiał mu się nad kikutem. Draco złapał go za ramię, jakby chcąc powstrzymać go przed podejściem bliżej. Harry obejrzał się na niego ze zniecierpliwieniem. Wiedział, że nie powinien się zbliżać. Zbierał się po prostu w sobie na wypadek, gdyby znowu miał poczuć ból, taki sam jak wtedy, kiedy Regulus przedstawił mu się po raz pierwszy.
Nie pojawił się jednak żaden ból, a pies, unoszący się teraz ponad podłogą i wijący się pośród atakujących go świateł, nie wrzasnął. Zamiast tego, z dźwiękiem, który bardziej przypominał odkaszlnięcie niż cokolwiek innego, zawirował i powoli stał się sylwetką, która nagle zaczęła rosnąć i dyszeć z pochyloną głową, z czterema kończynami, które zdecydowanie były nogami i rękami.
Światło przygasło. McGonagall zachwiała się i musiała chwycić się biurka, żeby nie upaść. Na jej twarzy pojawiły się ślady wycieńczenia magicznego. Harry obejrzał się na nią z troską, ale nie był w stanie zmusić się do dłuższego odwrócenia wzroku od Regulusa.
O ile to był on. Harry wciąż miał przed oczami powidoki, siedzący na podłodze mężczyzna miał pochyloną głowę, a kurtyna jego ciemnych włosów przesłaniała mu twarz.
– Regulus? – szepnął Harry.
Mężczyzna poderwał się, poruszając się szybko, po czym zamarł, gapiąc się na niego.
– Harry? – szepnął. – Merlinie, jak dziwnie cię widzieć z zewnątrz. Już od roku nie miałem okazji.
Harry nie odpowiedział, ponieważ nie był w stanie. Ten człowiek zdecydowanie był bratem Syriusza, a widok tych znajomych, blackowych rysów twarzy, zaakcentowanych i delikatnie się różniących, bo w końcu nie byli tą samą osobą, a tylko braćmi, odebrał mu dech. Harry patrzył w szare oczy, większe od tych Syriusza, na nos nieco dłuższy od jego i, oczywiście, rysy znacznie młodsze od tych, które Harry kiedykolwiek mógłby świadomie pamiętać. Regulus naprawdę był młodym człowiekiem, w wieku mniej więcej dziewiętnastu, może dwudziestu lat, zupełnie jak to zapowiedziała dyrektorka.
– Strasznie dziwnie jest też mieć z powrotem ciało – skomentował Regulus, klepiąc się dłońmi w lekkich, ulotnych ruchach, jakby wciąż usiłował, bez powodzenia, obudzić się z tego snu na jawie.
To sprawiło, że Harry zrobił krok do przodu. Widok Regulusa, który zachował wszystkie swoje wspomnienia i którego głos brzmiał inaczej od tego, który Harry słyszał w swojej głowie, wywołał u niego dotychczasowe niezdecydowanie, ale ostatecznie to był człowiek, z którym od ponad roku dzielił umysł, który pocieszał go, widział jego najgorsze wspomnienia, oferował Harry'emu pomoc, ilekroć tylko był w stanie i informował go, kiedy Harry zachowywał się jak idiota. Harry z wahaniem wyciągnął ku niemu ręce.
Regulus zamknął oczy, wypuścił trzymany w płucach oddech, który miał w sobie więcej niż tylko trochę ulgi, po czym złapał Harry'ego w pasie i przyciągnął do siebie w mocnym objęciu. Harry spiął się przez chwilę z zaskoczenia. Potem jednak uznał, że walić to, Regulus potrzebował tego przytulenia nawet, jeśli Harry czuł się z tego powodu nieprzyjemnie, i zmusił się do odprężenia.
– Tak strasznie się cieszę, że wreszcie mogę cię spotkać – szepnął Regulus, kiedy wreszcie puścił Harry'ego i usiadł z powrotem, żeby porządnie mu się przyjrzeć. Pokręcił głową i przeczesał Harry'emu włosy, odsuwając mu grzywkę na bok i odsłaniając bliznę w kształcie błyskawicy. – Widzę, że potrzebujesz znacznie więcej snu niż mi się wydawało.
Harry nie był przygotowany na wysłuchiwanie głupiego kazania o ciemnych kręgach pod jego oczami i tym podobnych, ale na szczęście uprzejme odkaszlnięcie przypomniało mu, że w pokoju znajdował się jeszcze ktoś, kto słyszał głos Regulusa zaledwie parę razy, kiedy był mentalnie połączony z Harrym. Przyciągnął Dracona do przodu.
– Regulusie, pozwól, że przedstawię ci Draco Malfoya, twojego... no, kuzyna któregoś stopnia. – Nie znał drzewa genealogicznego Blacków na tyle dobrze, żeby określić w jaki sposób Regulus jest właściwie spokrewniony z Draconem.
Regulus uśmiechnął się i wyciągnął rękę do Dracona, który w bardzo wyraźny sposób starał się przestrzegać wszystkich zasad kurtuazji czystokrwistych i uścisnął ją sztywno. Harry nie sądził, żeby Draco faktycznie był przygotowany na spotkanie kuzyna, który spędził większość swojego życia jako drewniany pies, w dodatku raczej nie istniał rytuał, który by się do tego w jakiś sposób odnosił, ale Draco zrobił co mógł, używając powitania, którym zwracano się do tych, którzy wracali z wygnania.
– Witaj, kuzynie – powiedział. – Długo wędrowałeś w przestrzeniach między gwiazdami, cieszymy się jednak, że znalazłeś się znowu w gwieździstych przestrzeniach razem z nami.
Regulus wyszczerzył się do niego.
– Nie musisz być taki formalny, kuzynie. Ja tam czuję się, jakbym i ciebie znał. – Potarmosił Draconowi włosy, przez co ten zamrugał i podniósł rękę, jakby chciał się upewnić, że jego włosy wciąż są na miejscu. – Bardzo pomogłeś Harry'emu, co czyni cię przyjacielem w moich oczach. Co jest o wiele lepsze od bycia moim kuzynem, jeśli wziąć pod uwagę, jacy są niektórzy z moich krewnych – dodał ponuro. Harry wiedział, że myśli o Bellatrix.
Wstał, otrzepał się z kurzu – Harry dopiero teraz zorientował się, że strzępy ubrań, które miał na sobie, musiały być kiedyś szatami śmierciożercy – po czym odwrócił się w kierunku McGonagall i pokłonił przed nią.
– Pani dyrektor – powiedział cicho. – Nigdy nie będę w stanie w pełni wyrazić mojej wdzięczności za to, co pani dla mnie zrobiła. Proszę dać mi znać, jeśli będę w stanie pani w czymkolwiek pomóc. Już i tak jestem zdeterminowany, żeby pomóc pani w odnowieniu honoru Hogwartu. Mam kilka własnych, formalnych obowiązków, poza ochroną Harry'ego...
– Co? – zapytał zdezorientowany Harry. Przecież wie, że nie potrzebuję kolejnego opiekuna. A przynajmniej tak mi się wydawało, że wie. W dodatku jest przecież tylko o kilka lat ode mnie starszy, więc jest za młody na bycie opiekunem. Chyba.
Regulus zignorował go radośnie.
– Ale w moim interesie leży, żeby nowa reputacja Dumbledore'a nie zaszkodziła niepotrzebnie Hogwartowi. Spędziłem tu najszczęśliwsze lata mojego życia. – Skrzywił się i potarł lewe przedramię. Harry zauważył, że pod poszarpanym rękawem Regulusa jest w stanie zauważyć koniuszek jego Mrocznego Znaku. – Nie mam w tej chwili większego, politycznego wpływu, ale mam dostęp do fortuny Blacków i ich posiadłości. Proszę uznać je za swoje i rozporządzać nimi jak pani uzna za stosowne.
McGonagall kiwnęła głową, na jej twarzy pojawił się lekko oszołomiony wyraz. Harry odczekał chwilę, żeby upewnić się, że nic nie powie, po czym pochylił się do przodu. Słowa o posiadłościach Blacków przypomniały mu o czymś.
– Regulusie – powiedział i poczuł lekką radość, kiedy inna twarz obróciła się w jego kierunku, zamiast słyszeć odpowiedź głosu we własnej głowie. Podejrzewał, że przyzwyczajenie się do tego zajmie mu chwilę. – Teraz, kiedy już masz swoje ciało z powrotem, powinieneś w miarę możliwości wznieść osłony wokół Dracznego Dworu. Nie wiem, czy cię posłuchają, ale wiem, że Narcyza znalazła tam Bellatrix, a jeśli ta uzna, że może tam sobie zaglądać kiedy tylko jej się spodoba...
Regulus zamknął oczy. Harry poczuł, jak mija go lekka fala mocy, która chwilę potem wróciła, zupełnie jakby członkowie rodziny Blacków mieli swoją własną, prywatną sieć. Regulus otworzył oczy i wyszczerzył się.
– Znacznie łatwiej to się robi mając ciało – przyznał cicho. – I daje znacznie więcej satysfakcji. Ale tak, tym razem mnie posłuchały, Harry. W tej chwili jedynymi osobami, które mogą minąć osłony do wszystkich domów, jesteś ty, ja i Narcyza.
Harry kiwnął głową, uradowany, że Regulus ufał teraz Narcyzie na tyle, żeby udzielić jej swobodnego dostępu do posiadłości Blacków; był taki czas, jeszcze nie tak dawno temu, kiedy by tego nie zrobił.
– Powinienem wysłać sowy do moich sojuszników – mruknął, kiedy jego umysł przeskoczył do kolejnej różnicy, jaką ta sytuacja może sprawić w ich planach dotyczących ataku Voldemorta podczas równonocy. – Będą chcieli się z tobą spotkać, no i oczywiście, teraz jak już jesteś z powrotem, wiemy, że w razie czego mamy do dyspozycji dogodne kryjówki, do których możemy uciec. – Zamilkł i zerknął na Regulusa. – O ile ufasz im na tyle, żeby ich wpuścić do swoich domów. Podejrzewam, że to może być kolejny dobry powód, żebyś się z nimi spotkał.
– Od razu mogę ci powiedzieć, że nie wszystkim ufam – powiedział szybko Regulus. – Ale wydaje mi się, że spotkanie to dobry pomysł, Harry. Niektórzy z nich mogą zyskać w moich oczach przy osobistym poznaniu. Merlin jeden wie, że z przyjemnością znowu zamienię słowo z Lucjuszem i Narcyzą. – Jego szare oczy błysnęły. – No i Severusem, oczywiście.
Harry zamrugał, po czym zorientował się, że Regulus mówi o Snape'ie.
– Byliście śmierciożercami w tym samym czasie – powiedział. Przynajmniej tyle będzie ich łączyło.
Regulus rzucił mu uważne spojrzenie.
– O niczym więcej ci nie powiedział?
A o czym tu jeszcze można mówić? Skoro Snape do tej pory o tym nie wspomniał, to pewnie nie była to historia, o którą Harry miał prawo pytać. Powiedział więc zamiast tego krótkie:
– Nie.
– W takim razie pozwolę mu opowiedzieć ci o tym jak będzie gotów – powiedział Regulus. – Powinienem jednak porozmawiać z nim o opiece nad tobą, Harry. Nie spróbuję go zmusić do oddania opieki nad tobą. Za dobrze sobie radzi z chronieniem ciebie. Ponieważ jednak ma prawa do ciebie, to będę musiał go poprosić o zgodę, zanim zrobię z ciebie dziedzica Blacków...
– Chwila moment. – Harry podniósł swoją rękę i kikut. Wzrok Regulusa wystrzelił do kikuta, a jego usta zacisnęły się mocno. Harry szybko opuścił lewą rękę. Jeśli Regulus okaże się być równie nadopiekuńczy co Snape, to chyba zacznę wrzeszczeć. – Kto powiedział cokolwiek o robieniu ze mnie dziedzica Blacków?
– Ja – powiedział Regulus. – Zupełnie dobrze przypominam sobie, że dopiero co o tym wspomniałem.
Draco zarechotał. Harry obrócił się, żeby zerknąć na niego gniewnie. Draco po prostu wyszczerzył się do niego szeroko.
– Wiesz, chyba go polubię, Harry – powiedział. – No i masz rozwiązanie swoich problemów z pieniędzmi, jak i zdobędziesz w ten sposób nowe miejsce, w którym będziesz mógł bezpiecznie przebywać podczas wakacji.
Harry potrząsnął głową, krzywiąc się właściwie do wszystkich w tym pomieszczeniu, włącznie z McGonagall, jeśli i ona uważała to wariactwo za dobry pomysł.
– Regulusie, nie możesz ze mnie zrobić swojego dziedzica.
– No nie, jeszcze nie – przyznał Regulus, marszcząc brwi w zamyśleniu, a na jego twarzy wreszcie pojawiła się odrobina powątpiewania. – Powiedziałem ci przecież, najpierw Snape będzie musiał się na to zgodzić, a potem będę musiał jeszcze przekonać ministerstwo, że jednak żyję i jestem tym, za kogo się podaję... chociaż to nie powinno być takie trudne, skoro wszystkie posiadłości Blacków na mnie reagują... a potem będę musiał podpisać tonę papierów; w dodatku będziemy musieli coś poradzić na to śpiewające stworzenie z Grimmauld Place, żebyś mógł odwiedzać to miejsce bez obaw, no i...
– Ja chciałem... przecież masz krewnych, którzy mogą to wszystko po tobie odziedziczyć – powiedział Harry. – Co z Narcyzą? Co z Draco?
– Ja zostanę dziedzicem Malfoyów, Harry – powiedział Draco, który brzmiał, jakby ta cała sytuacja niezmiernie go bawiła. – To naprawdę mi wystarczy. I tak nigdy nie spodziewałem się odziedziczyć posiadłości i pieniędzy Blacków, nawet kiedy wszystkim wydawało się, że kuzyn Regulus nie żyje, bo kuzyn Syriusz wciąż żył. – Słowa "kuzyn Regulus" wypowiedział z sadystyczną radością.
– Jestem pewien, że Narcyza się zgodzi – powiedział Regulus, machając lekceważąco ręką, jakby naprawdę nie uważał tego za problem. – No i kogo obchodzi, co o tym wszystkim myśli Bellatrix. Odłożę trochę pieniędzy dla Andromedy i jej córki, rzecz jasna, ale jak znam Andromedę, to one i tak nie chciałyby mieszkać w Grimmauld Place, czy w dowolnym innym domu. – Uśmiechnął się do Harry'ego. – Więc wszystko załatwione.
– Słuchaj – powiedział Harry, zwalczając w sobie chęć do wrzasku. Przebywanie w pobliżu ludzi, którym sprawiało przyjemność dawanie mu prezentów, pozostających kompletnie poza ograniczeniami tańca sojuszu i innych rytuałów, nie znajdowało się w jego definicji przyjemnego spędzania czasu. – Co, jeśli będziesz chciał się ożenić i mieć własne dzieci, albo zaadoptujesz magicznego dziedzica? Wciąż jesteś młody, Regulusie. Nic cię nie powstrzymuje.
– Nie, ale w tej chwili nikt nie przychodzi mi do głowy – powiedział Regulus. – Przestań z tym tak walczyć, Harry. Podjąłem tę decyzję podczas tych długich dni, kiedy musiałem się z powrotem zaznajomić z moim zakonserwowanym ciałem i nie miałem nic innego do roboty poza myśleniem. Najlepiej sobie radzisz, kiedy jesteś za coś odpowiedzialny i wiesz, że nie możesz tego komuś przekazać, no i potrzebujesz domu i konta w banku, które będziesz mógł nazwać własnymi. – Uśmiechnął się nagle krzywo, a Harry zadrżał, widząc w jaki sposób ten uśmiech wygląda na jego twarzy. – Nie sądzę, żebyś naprawdę chciał odziedziczyć cokolwiek po swoich rodzicach, nawet jeśli cokolwiek by ci pozostawili.
Harry machnął ręką, starając się pokazać Regulusowi, że to, co chce powiedzieć, jest zbyt ogromne, żeby mógł wyrazić swoje uczucia słowami.
– To po prostu za dużo. Zrozumiałbym, gdybyś chciał zostawić mi kilka artefaktów, Regulusie, czy... – Nie, nawet Draczny Dwór to byłoby za dużo.– Czy coś – dokończył beznadziejnie. – Ale nie wszystko.
– I to twoje jedyne zastrzeżenie? – Regulus brzmiał na zainteresowanego, ale nieszczególnie zaniepokojonego, co tylko ponownie zirytowało Harry'ego.
– To nie wystarczy?
– Nie, w sumie nie – powiedział Regulus. – Wciąż mogę sporządzić testament uwzględniając kogokolwiek tylko będzie mi się podobało. Ludzie tak robią, wiesz, nawet jeśli jedno z ich dzieci nie chce mieć nic do czynienia z rodzinną spuścizną. Jeśli zginę na wojnie i wszystko przejdzie na ciebie, to będziesz mógł sobie z tym zrobić co tylko ci się spodoba, Harry. Nigdy nie spętałbym cię obietnicami, że masz zarządzać posiadłościami w jakiś szczególny sposób, czy w ogóle je zatrzymał, jeśli to naprawdę będzie ci aż tak bardzo przeszkadzać. Chcę jednak mieć odpowiedzialnego dziedzica, kogoś, komu mogę ufać i szanować, a ty jesteś kimś właśnie takim. – Regulus wyszczerzył się do niego. – Zapewniam cię, to zobowiązanie nie jest aż tak ciężkie, jak ci się wydaje.
Harry po prostu zamknął oczy i pokręcił głową, niepewny, co jeszcze mógłby powiedzieć, żeby odmówić przyjęcia tych wszystkich posiadłości i pieniędzy, a jednocześnie czując przerażającą pokusę, żeby się temu tak po prostu poddać. Przynajmniej nie będzie musiał się więcej martwić o kupno przyborów szkolnych, czy składników do wywaru tojadowego.
Dlaczego właściwie tak się przed tym opierał?
Może to nieracjonalne, ale sprawia, że czuję się niekomfortowo,, pomyślał, po czym otworzył oczy i spojrzał na Regulusa.
– Idę wysłać sowy do moich sojuszników – powiedział. – Nie jestem pewien, jak długo zajmie im zebranie się tutaj. – Zawahał się, po czym obejrzał na McGonagall, która najwyraźniej doszła już do siebie po wycieńczeniu magicznym i teraz po prostu obserwowała ich z lekkim uśmiechem na twarzy. – No i, oczywiście, potrzebuję zgody pani dyrektor na wpuszczenie ich na teren szkoły – wymamrotał.
McGonagall pokręciła głową.
– W ogóle mi to nie przeszkadza, Harry – powiedziała. – Właściwie uważam, że też powinnam pojawić się na tym spotkaniu, choćby po to, żeby reprezentować Hogwart.
Harry kiwnął głową, po czym znowu spojrzał na Regulusa.
– Cieszę się, że jesteś z nami – powiedział, odnosząc wrażenie, że powinien to podkreślić. – Ale byłbym równie szczęśliwy, gdybyś zachował pieniądze i domy.
– Lubię się dzielić – powiedział Regulus.
Harry spojrzał na niego z rezygnacją, po raz kolejny słysząc jak Draco chichocze za jego plecami. Tylko tego mi było trzeba. Kolejny, cholerny opiekun. W dodatku ten zna mnie jeszcze lepiej niż Snape. Świetnie.
Harry siedział wyprostowany niczym struna obok biurka McGonagall, świadom tego, że pewnie wygląda jakby miał zaraz stamtąd odlecieć, ale mimo to niezdolny do odprężenia się. Większość jego sojuszników odpowiedziała z nieoczekiwaną prędkością i choć była dopiero sobota, zaledwie dwa dni po tym, jak się z nimi skontaktował, już czekał na nich w gabinecie dyrektorki.
Regulus spędził poprzedni dzień na wędrowaniu po szkole, rozmowach ze Snape'em o Merlin jeden wie czym i aportowaniu się między różnymi domami, żeby upewnić się, że ich osłony wciąż trzymają się mocno. Najwyraźniej zdążył też udać się do ministerstwa. Harry żałował, że się z nim tam nie zabrał, bo naprawdę chciałby zobaczyć miny kanclerzy w momencie, kiedy do nich dotarło, kto przed nimi stoi.
Harry spędził poprzedni dzień w stresie. Artykuł na pierwszej stronie Proroka okazał się być w piątek wyjątkowo zajadły, pod nagłówkiem autora, którego Harry nie rozpoznał, sugerującego mocno, że Dumbledore mógł mieć rację, podejrzewając, że Harry może powoli stawać się Mrocznym Panem. Harry przez cały ranek i popołudnie widział, jak wszyscy wokół niego zerkają na niego gniewnie, krzywiąc się nieprzyjemnie. To wystarczyło, żeby kompletnie stracił apetyt i zdecydował schować w pokoju wspólnym Slytherinu wczesnym wieczorem.
Wtedy zorientował się, że jedna ze Ślizgonek z siódmego roku zniknęła, a kiedy o nią zapytał, wszyscy zaczęli odwracać od niego wzrok.
Poszła przyłączyć się do Voldemorta. No jasne, pewnie chce mieć przy sobie tak wielu ludzi jak to tylko możliwe przed swoim atakiem w równonoc.
Harry prawie nie spał tej nocy i to nie przez wizje. Opadł na niego przytłaczający ciężar i spędził nocne godziny, unosząc się między kolejnymi drzemkami. W okresach przytomności musiał walczyć z pragnieniem zakradnięcia się do sąsiedniego łóżka i obudzenia Dracona, albo wyjścia w ogóle z sypialni, żeby znaleźć Snape'a czy Regulusa. Chciał z kimś porozmawiać.
Ale o czym? Przecież i tak już o wszystkim wiedzą.
Ta myśl utrzymywała go na miejscu, a teraz... teraz jego sojusznicy się zjeżdżali, a on był napięty jak struna.
– Wszystko będzie dobrze.
Kiedy dłoń Dracona opadła mu na ramię, Harry po raz kolejny wzdrygnął się koszmarnie, ale nie wyskoczył z krzesła. Zmusił się do odprężenia, kiedy Draco pochylił się do niego ze swojego, stojącego obok krzesła i mocno pomasował go po plecach.
– Załatwisz ich wszystkich, Harry – szepnął Draco. – Wiem, że tak. Radziłeś sobie już z gorszymi sytuacjami i wychodziłeś z nich cało.
Harry zamknął oczy i pozwolił sobie oprzeć się o ten pocieszający dotyk i słowa, choćby tylko przez moment. Potem jednak drzwi do gabinetu dyrektorki otworzyły się, więc musiał wstać z gracją z krzesła. Nie mógł siedzieć, kiedy jego sojusznicy będą wchodzić do pomieszczenia. To byłby znak wielkiego braku szacunku.
Ku zaskoczeniu Harry'ego, Henrietta Bulstrode weszła jako pierwsza. Miała na twarzy lekki uśmieszek, który pogłębił się, kiedy zauważyła, że Draco niezgrabnie usiłuje powtórzyć ruch Harry'ego.
– Potter – powiedziała. – Rozumiem, że wreszcie mamy zamiar omówić nasz pierwszy atak w tej wojnie, zamiast tylko rozmawiać ogólnikowo o posiadłościach Blacków i broniach, które mogą, ale nie muszą się w nich znajdować?
– Mam zamiar odpowiedzieć na atak naszego wroga, który nastąpi w czasie równonocy, tak – powiedział Harry, kiwając szybko głową ludziom, którzy weszli po Henrietcie – Ignifer, Honorii i Mortimerowi Belville. – Wierzę, że czas najwyższy, żebyśmy nadali solidny kształt naszej strategii.
– Jakie mocne słowa – powiedziała miękko Henrietta, zajmując miejsce naprzeciw Harry'ego. Krzesła zostały ustawione w półkolu przed nim, ale Harry zorientował się, że, czy mu się to podoba czy nie, wszystko było poustawiane tak, że był lekko oddalony od reszty swoich sojuszników, razem z Draconem, McGonagall, Snape'em i Regulusem. Henrietta zdawała się zauważyć to samo w tym samym momencie, a jej twarz pojaśniała z rozbawienia. – Naprawdę powinieneś mieć pozłacany tron – poinformowała go swobodnym tonem – żeby nadać atmosferze odpowiedni ton.
– Jaki świetny pomysł – powiedziała Honoria i machnęła ręką. Iluzje owinęły się wokół krzesła Harry'ego, zmieniając drewno w pozorne złoto. Honoria na ten widok zmarszczyła brwi, a złoto pojaśniało do diamentu. Kiwnęła głową, zadowolona z siebie, a na oparciu krzesła pojawiły się chorągwie – na każdej widniał herb rodzin, które były z nim w sojuszu, co Harry zauważył z rosnącym przerażeniem. Honoria odwróciła się, rzucając mu wesoły, pełen oczekiwania uśmiech i czekając na pochwałę.
Harry zorientował się, że ma w tym momencie kilka wyjść. Mógłby opuścić głowę i zarumienić się z upokorzenia, albo mógłby podjąć decyzję, która pozwoli jego sojusznikom go szanować. Musiał się martwić o zaimponowanie im wszystkim, nie tylko Henrietcie. Wzrok Mortimera, jak i ten Charlesa, który właśnie wszedł i był w drodze na drugi koniec rzędu krzeseł, były zbyt ostre, zbyt kalkulujące.
– Brakuje mi jeszcze poduszki – powiedział Honorii. – Czy możesz zrobić taką, która będzie miała na sobie twarz Voldemorta? – Wszyscy w pokoju wzdrygnęli się, a Harry podniósł podbródek, uśmiechając się lekko i czując, jak wraca mu pewność siebie. – Naprawdę podoba mi się idea siedzenia na nim.
Honoria roześmiała się wesoło i machnęła ręką. Harry obejrzał się przez ramię i zobaczył poduszkę z karykaturą twarzy, bardziej przypominającą węża niż człowieka. Voldemort tak nie wyglądał, ale z drugiej strony, skąd niby Honoria miałaby o tym wiedzieć? To było wystarczająco bliskie oryginału.
– Dziękuję – zwrócił się do niej szczerze, po czym wykonał gest w kierunku Edwarda Burke'a i Thomasa Rhangnary, którzy niepewni stali w drzwiach, zachęcając ich do wejścia do środka. Malfoyowie weszli za nimi, a potem Hawthorn i Adalrico. Adalrico pochylił głowę gdy tylko zobaczył Harry'ego.
– Wyrazy ubolewania od mojej żony – powiedział. – Marian jest chora, więc musiała zostać z nią w domu.
Harry zmarszczył brwi.
– Mam nadzieję, że to nic poważnego?
– Nie, dzięki Merlinowi – powiedział Adalrico, a Harry zorientował się, że ten starał się nie uśmiechać zbyt szeroko. – Po prostu odrobina przypadkowej magii ją wyczerpała, przez co zrobiła się bardziej podatna na przeziębienia. – Rozejrzał się po pokoju, żeby, jak Harry podejrzewał, zobaczyć kto zwróci uwagę na to, że jego córka była w stanie dokonywać aktów przypadkowej magii w tak młodym wieku. Harry z trudem powstrzymał się od uśmiechu, po czym przyjrzał się drzwiom, świadom, że napływ ludzi jeszcze nie ustał.
Z cichą satysfakcją zobaczył, że Arabella Zabini dygnęła głęboko zaraz po minięciu progu. Kiedy się znowu wyprostowała, dzwoneczki w jej włosach odezwały się cicho. Thomas zagapił się na nią z nagłą fascynacją i odezwał się, zanim jeszcze Arabella zdążyła cokolwiek powiedzieć.
– Pani jest pieśniarką, prawda? – zapytał. – Jak długo pani trenowała?
Arabella rzuciła mu chłodne spojrzenie, widocznie rozdarta między przyjemnością, że ktoś ją rozpoznał, jak i konsternacją, że podniósł ten temat.
– W sumie szesnaście lat – powiedziała. – Ale uważam, że mój trening wciąż trwa. Codziennie uczę się czegoś nowego.
Thomas klasnął dłońmi.
– Co za wspaniała filozofia! Ja też o sobie myślę w ten sposób. Moja decyzja, żeby zadeklarować się Mrokowi, była rezultatem długich lat ostrożnych badań. Kiedy...
Harry wszedł Thomasowi w słowo, żałując, że nie ma tu jego żony, która mogłaby krótko go trzymać.
– Jestem bardzo rad, że tu panią widzę, pani Zabini – powiedział. – Mam nadzieję, że jest pani gotowa pomóc nam w naszych próbach przeciwstawienia się atakowi Voldemorta.
– Z całą pewnością spróbuję – powiedziała Arabella, po czym zajęła krzesło przy końcu rzędu, obok Charlesa. Ten teraz też się jej przyglądał. Harry miał nadzieję, że nie spróbuje na niej legilimencji. Nie miał ochoty na rozwiązywanie tego rodzaju nieporozumień między swoimi sojusznikami.
Snape, Regulus i McGonagall pojawili się chwilę później. Harry z rozbawieniem zobaczył, jak Edward Burke pochyla się do przodu w chwili, w której Regulus zajął swoje miejsce po drugiej stronie Harry'ego, i przygląda mu się z rosnącym szokiem w oczach. Szok zmienił się w zrozumienie, kiedy Harry położył mu dłoń na ramieniu.
– Pozwólcie, że przedstawię wam mojego najnowszego sojusznika, Regulusa Blacka.
Na otaczających go twarzach pojawiło się zaskoczenie, szok i rozbawienie o różnych stopniach nasilenia. Burke był jedynym, który ośmielił się zażądać – czy też może jako jedyny był na tyle wstrząśnięty, żeby zażądać odpowiedzi na pytanie:
– Jak to możliwe?
– Mroczny Pan transmutował mnie w drewnianego psa – powiedział Regulus, brzmiąc na znacznie bardziej zadowolonego z siebie, niż Harry uważał za stosowne w tej sytuacji. – Przez długi czas byłem przywiązany do umysłu mojego brata, ale kiedy Mroczny Pan go opętał, wyrzucił mnie stamtąd , przez co uczepiłem się Harry'ego, który był jedynym człowiekiem w najbliższej okolicy tak mocno związanym z magią... Voldemorta. – Musiał nabrać głęboko tchu, zanim wypowiedział to imię, ale udało mu się. – Przez ostatni rok byłem głosem w jego głowie. Na szczęście wreszcie udało mu się zlokalizować moje ciało, ale i tak udało mi się wrócić wyłącznie dzięki nadzwyczajnym zdolnościom pani dyrektor McGonagall. – Pokłonił się w kierunku McGonagall. – Jestem teraz dziedzicem rodu Blacków.
– Nie wierzę w to. – Głos Burke'a był szybki i cięty. – Udowodnij.
Regulus wyszczerzył się do niego.
– Wczoraj wypełniłem wszystkie dokumenty w ministerstwie. Jestem pewien, że wzmianka o tym pojawi się w gazetach dzisiaj wieczorem, czy jutro rano. Tam sobie możesz o wszystkim przeczytać.
– To niczego nie dowodzi. – Burke rozejrzał się po pozostałych, jakby szukając u nich poparcia. – Jak wam się wydaje, po co Potter wyciągnął tę podróbkę? – zażądał. – Żeby udowodnić, że ma jakieś prawa do posiadłości Blacków, kiedy wszyscy wiedzą, że powinny one zostać przekazane mnie.
– Nie stanie się tak póki żyję, Burke – powiedziała Narcyza beznamiętnym, spokojnym głosem. – A po mnie jest jeszcze mój syn.
– Dobrze wiesz, że gdyby ministerstwo posłuchało głosu rozsądku pół wieku temu... – zaczął Burke.
– Bez względu na wszystko – przerwał mu Regulus – jestem teraz najstarszym, żyjącym synem obecnej, głównej gałęzi rodziny. W dodatku uczyniłem Harry'ego moim dziedzicem.
Henrietta przymrużyła oczy i obrzuciła Harry'ego bardziej uważnym spojrzeniem. Honoria zachichotała i klasnęła radośnie w dłonie. Większość pozostałych miała miny wyrażające w większym czy mniejszym stopniu zaskoczenie.
Burke'a szlag trafił.
Poderwał się na nogi i wskazał na Harry'ego dygoczącym palcem.
– To musi być kłamstwo – powiedział niemal bezgłośnie. – Posiadłości Blacków powinny należeć do mnie. Wie o tym każdy, kto ma jakiekolwiek znaczenie. Nie będę tolerował czegoś takiego...
– Zamknij się, Burke – powiedział Harry. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak surowo będzie brzmiał jego głos, póki tego nie powiedział. Burke zagapił się na niego w szoku, a Harry ciągnął dalej, nie śmiejąc wycofać się teraz, kiedy już zaczął, utrzymując swój głos niskim i wyważonym. – Jeśli nie jesteś w stanie zaakceptować tego, że Regulus Black jest tym, za kogo się podaje, przez co też dziedzicem posiadłości Blacków, to możesz stąd wyjść, a nasz sojusz uznać za oficjalnie zerwany. Na nic mi się nie przyda sojusznik, który tuż przed walką postanawia wykłócać się o jakieś przestarzałe prawa, a co dopiero taki, który nie ma zamiaru słuchać głosu rozsądku.
W przeciągu pół minuty przez twarz Burke'a przewinęło się kilka kolorów. Wreszcie ten opadł z powrotem na swoje krzesło i zagapił się na podłogę.
– Chcę mieć znaczenie – szepnął. – Chcę być częścią tego sojuszu.
Harry przymrużył na niego oczy.
– W takim razie weź się w garść – syknął, po czym rozejrzał się po pozostałych. – Czy ktoś jeszcze ma z tym jakiś problem?
Nikt nie miał. Na twarzy Henrietty pojawił się dziwny uśmieszek, ale poza tym nikt nie wyglądał, jakby miał zamiar wygłaszać jakiekolwiek sprzeciwy. Harry kiwnął głową, po czym wreszcie zajął swoje miejsce.
– Voldemort zaatakuje mugoli przez ich własny podziemny system tuneli – powiedział, uznając, że równie dobrze może wszystko wyłożyć prosto z mostu na wypadek, gdyby ktoś jeszcze szukał dziury w całym. – Używa do tego drewnianych krążków – krążki te roztrzaskają kamienie w najłatwiejszych do zniszczenia punktach między światem mugoli a naszym, co pozwoli jego śmierciożercom na przejście. Rozmawiałem już z południowymi goblinami, zgodziły się użyć swojej magii do ochrony tuneli. Nie wiem jednak wszystkiego o planie Voldemorta, na przykład czemu atakuje właśnie mugoli, więc wydaje mi się, że powinniśmy mieć się na baczności. – Zawahał się, ale uznał, że powinien podzielić się z nimi również tą informacją. Jej brak może kogoś kosztować życie. – Słyszałem też, choć nie jest to w żaden sposób potwierdzone, że Voldemort atakuje magiczne dzieci, urodzone w mugolskich rodzinach, które są jeszcze zbyt młode na naukę w Hogwarcie. Otrzymał ich imiona od Mulcibera, który w zeszłym roku zinfiltrował szkołę. Osusza je z magii, żeby samemu stać się potężniejszym.
– Nie, nie jest w stanie zrobić czegoś takiego – powiedział Mortimer, pełnym wyższości tonem. – Podczas pierwszej wojny nie było na ten temat żadnych raportów.
– A skąd niby ty możesz o tym wiedzieć? – zapytał Charles, głosem niskim i niebezpiecznym. – Przecież nie było cię wtedy w kraju.
Mortimer zalał się rumieńcem, a Harry uznał, że czas znowu zainterweniować.
– Jego zdolność do osuszania innych z magii stała się potężniejsza po jego odrodzeniu – powiedział. – Jak już powiedziałem, nie byłem jeszcze w stanie tego potwierdzić, ale to może oznaczać, że okaże się znacznie potężniejszy niż się tego spodziewamy. Wycofajcie się, jeśli się pojawi. Zostawcie go mnie.
– Potter.
Harry zerknął badawczo na Ignifer, która pochylała się do przodu.
– Czemu jesteś taki pewny siebie, że dasz mu radę? – zażądała. – Jesteśmy twoimi sojusznikami. Pozwól nam pomóc.
Harry westchnął. Wyglądało na to, że i o tym będzie musiał wspomnieć.
– Jestem w stanie zrobić to samo, jeśli trzeba – powiedział. – Już kiedyś połknąłem trochę jego magii i wymieszałem ją z własną.
– W takim razie powinieneś zdobyć więcej mocy w ten sam sposób – powiedział Mortimer. – Po prostu znajdź kilku ochotników. Problem rozwiązany.
Harry zobaczył, jak jego starsi sojusznicy – Malfoyowie, Hawthorn, Adalrico – kręcą ze smutkiem głowami. Harry spróbował trzymać swój temperament na wodzy, odpowiadając. Narcyza powiedziała mu, że Mortimer był dla nich cenny głównie jako ich łącznik z innymi rodzinami, ponieważ był dziedzicem znaczącej, czystokrwistej rodziny, nawet jeśli był nadętym dupkiem. To oznaczało, że Harry musiał go dobrze traktować. Nie musiał mieć najmniejszego szacunku dla jego inteligencji, tylko udawać, że go ma.
– Wolałbym tego nie robić. Żaden czarodziej czy czarownica nie lubi, kiedy osusza się ich z magii. Nie sądzę też, żeby zbyt wielu ludzi chciało zgłosić się na ochotnika.
– Skoro to dla dobra czarodziejskiego świata, to powinni – powiedział Mortimer.
Harry podniósł brwi.
– Czyżbyś chciał się zgłosić?
Mortimer wyglądał, jakby był o krok od porzygania się.
– Przecież jestem dziedzicem czystej krwi– wypalił z oburzeniem. – Myślałem raczej o... mugolakach czy takich tam. – Machnął ręką. – Ludziach, którzy i tak nie będą mieli większego udziału w przyszłości naszego świata.
– Dla mnie nie ma większej różnicy między mugolakami i czystokrwistymi – powiedział łagodnie Harry. Zdawał sobie sprawę z tego, że spojrzenia kilku jego sojuszników nabrały ostrości. Będzie musiał częściej to podkreślać. Był przekonany, że już wszyscy zdawali sobie z tego sprawę. – Odbiorę magię tylko komuś takiemu jak Voldemort, który udowodnił już, że dla niego nie ma ratunku, albo od kogoś, kto zaoferuje mi ją z własnej, nieprzymuszonej woli. Jak do tej pory używałem mojej zdolności tylko do obrony. Tak już pozostanie.
Po jego słowach zapadła cisza.
– W takim razie czego od nas oczekujesz, Potter? – odezwała się po dłuższej chwili Ignifer.
Harry odetchnął lekko. Nikt otwarcie się nie stawia. To jakiś postęp.
– Pracujcie ze mną – powiedział. – Potrzebujemy jakiejś strategii na wypadek, gdyby śmierciożercy jednak przebili się na drugą stronę. Chcę wiedzieć, w czym się specjalizujecie, poza najbardziej oczywistymi zdolnościami, o których wszyscy słyszeli, żebym był w stanie ustawić was na najlepszych pozycjach.
Ignifer, tak jak Harry podejrzewał, zaoferowała się pierwsza.
– Najlepiej radzę sobie z magią ognia – powiedziała cicho. – Jestem w stanie wezwać płomień, który przebije się przez kamień, jeśli będzie trzeba.
– W takim razie chciałbym, żebyś zajęła jedno z wyjść z podziemnego Londynu – powiedział jej Harry. – W najgorszym wypadku możemy potrzebować tam kogoś, kto będzie w stanie zawalić tunel na głowy śmierciożerców. Czy masz jakieś opory przed pracą z goblinami?
Ignifer pokręciła głową. Harry przytaknął.
– W takim razie wyślę sowę do hanarz, żeby cię przydzieliła w najdogodniejszym miejscu.
– Jestem świetna z iluzjami – powiedziała Honoria. – No i potrafię... no, bardzo szybko i niepostrzeżenie przemykać między jednym punktem a drugim, jeśli przyda ci się coś takiego. – Wyglądała na zadowoloną z siebie i niechętną do wyjawienia, co takiego pozwoliłoby jej na wykonanie takiego manewru.
Harry zerknął na Snape'a, który miał przymrużone oczy. Snape rzucił mu ledwie zauważalne kiwnięcie głową. Wyglądało na to, że użył legilimencji w dostatecznym stopniu, żeby upewnić się, że Honoria nie kłamie i nie wyolbrzymia swoich możliwości.
– Będziesz naszym posłańcem – powiedział jej Harry, a Honoria zapiszczała, jakby naprawdę ją to uradowało. – Druga linia obrony. – Obrócił się w kierunku pozostałych i spojrzał na nich wyczekująco.
Powoli doszli do porozumienia w sprawie tego, kto gdzie będzie radził sobie najlepiej. Harry uznał, że większość najlepiej sprawdzi się przy chronieniu najbardziej narażonych punktów tuneli. Największym problemem był fakt, że nie wiedzieli, w jak wiele punktów uderzy Voldemort, a nie mieli wątpliwości, że będzie miał na usługach więcej śmierciożerców, niż Harry może mieć obrońców. Dlatego musieli utrzymywać elastyczną strategię, a sami pozostać w ruchu, stale gotowi do udania się do goblinów po pomoc, jeśli zbyt wielu śmierciożerców przebije się przez jakiś konkretny punkt. Będą w stałym kontakcie dzięki Honorii i zaklęciu szybkich wiadomości, którego Lucjusz zaoferował się nauczyć pozostałych. Regulus i Snape będą ochroniarzami Harry'ego. Harry nie był szczególnie zadowolony z tej części planu, ale nie zgłosił żadnych sprzeciwów, bo wiedział, że Regulus i Snape pozostaną niewzruszeni.
Kiedy skończyli, Regulus uśmiechał się szeroko, a jego szare oczy lśniły z rozbawieniem, które boleśnie przypominało Harry'emu o Syriuszu.
– Mam w domu kilka zabawek, które mogą się nam przydać – powiedział z namysłem.
Harry poczuł, że się odpręża, nawet jeśli tylko trochę, kiedy wreszcie świadomość, że mieli jakiś plan działania, osiadła w jego umyśle. Nie był idealny. Wciąż będzie im bardzo ciężko pokonać Voldemorta. Ale Harry myślał teraz, z lekką dozą nadziei, że może jednak wszyscy przeżyją tę równonoc i żaden mugol nie ucierpi.
O ile wszyscy poradzą sobie tak, jak mam nadzieję, że sobie poradzą. O ile będziemy trzymać się razem.
– Och, przy okazji, Harry – zagaił do niego Regulus swobodnym tonem, kiedy reszta jego sojuszników powoli wylewała się przez drzwi. – Pomyślałem, że powinieneś wiedzieć. Severus zgodził się na to, żebyś został moim dziedzicem.
Harry rzucił Snape'owi rozczarowane spojrzenie i otrzymał w zamian beznamiętne, które obiecywało mu szlaban, jeśli tylko się teraz odezwie. Harry prychnął, ale nic nie powiedział, zastanawiając się, w jaki sposób przekonać Regulusa do rezygnacji z tego pomysłu.
Już mniejsza o to, że chcą mnie chronić w czasie walki. W tej chwili jestem już pewnie głównym celem Voldemorta. Ale na litość Merlina, Regulus naprawdę musi zrezygnować z tego durnego pomysłu. Przecież wciąż może poznać kogoś, z kim będzie się chciał ożenić, albo adoptować.
Miałem rację. To zupełnie jakbym miał dwóch opiekunów i żaden z nich mnie nie słucha.
