XXVIII

Ciemne korytarze dawały mu nikłe poczucie bezpieczeństwa. Udawał, że gdy go nie było widać, nie istniał. O ile łatwiejsze stałoby się życie, gdyby nie był sobą. Bo trudno już mu powiedzieć, jak ma na imię. Przybrał ich tyle, że gdzieś po drodze zgubił samego siebie. A jedyna osoba, która mogłaby mu pomóc, nie żyła.

Na prośbę Lucjusza pozostał pod nazwiskiem Black. Harrison Shadow został zabity w walce, jak głosiły brukowce. Harry na tę informację tylko wzruszył ramionami. Skoro był Śmierciożercą, i tak by nie przeżył. Wszyscy ze znakiem zginęli. Dziwnie nie poczuł nic, gdy dowiedział się o śmierci Snape'a. Ale może dlatego, że nie był w stanie czuć jeszcze cokolwiek.

Ministrem został Lucjusz Malfoy. Tak jak on chciał. Harry wydał z siebie krótki, histeryczny chichot. Ponuro zabrzmiał w opustoszałym korytarzu. Wszystko było tak, jak on chciał.

Minęły dwa miesiące od walki w Ministerstwie. Od tamtego czasu ani razu nie widział Victora. Nie zamierzał go szukać, bo sam nie był gotowy na to spotkanie. Może gdyby był zdolny do odczuwania czegokolwiek, martwiłby się o przyjaciela. Ale jego serce zdawało się przestać bić, jakby nie mogło dalej tego ciągnąć, bo w środku miało wielką dziurę wielkości pięści Hagrida.

Cały świat czarodziejski w Wielkiej Brytanii został oddzielony od mugoli. Teraz trwały jeszcze poszukiwania dzieci, które należały do świata magii. Listy rodziców, którzy chcieli zaadaptować młodych czarodziei były nieskończone. Harry zdawał sobie sprawę, że Lucjusz nie mówił mu wszystkiego. Wielkie zaginięcia mugoli oznaczały kolejny rajd wampirów. Czasem nawet Niewymownych. I, nie okłamując samego siebie, nie mogło go to mniej obchodzić.

Stracił wszystko. Rodziców, ojca chrzestnego, przyjaciół, Regulusa, Mistrza, nawet bratnią duszę. Został zdradzony przez swojego mentora, manipulowany przez własnego Animusa, Victor kompletnie się od niego odciął i tak naprawdę tylko Lucjuszowi na nim zależało. Choć Harry podejrzewał, że z czystej litości niż prawdziwej chęci opieki.

Zmierzał właśnie do komnat Hexusa. Wampira nie było w zamku od czasu zakończenia walki. Wyjechał. I on zostawił Harry'ego.

Bezgłośnie wszedł do łazienki. Zamknął za sobą drzwi i powoli odwrócił się w stronę lustra. Widok, który przedstawiał, był doskonałym określeniem tego jak się czuł. A bardziej, nie czuł. On istniał. Egzystował. Ale na pewno nie nazwałby tego życiem.

Jednym ruchem różdżki roztrzaskał zwierciadło. Odłamki poleciały na wszystkie strony. Nie panował już nad swoją magią, więc nie spodziewał się, że siła wybuchu będzie tak wielka. Uderzył głową o podłogę, a kawałki lustra rozkrwawiły mu twarz. Gdyby nie krew, prawdopodobnie nawet by nie zauważył. Czasem marzył, że przez przypadek się zabije. Machnie różdżką w nieodpowiednią stronę. Potknie się i spadnie z klifu. Niefortunnie uderzy o skroń.

Niestety szczęście mu nie dopisywało.

Nie mógł uwierzyć, jak żałosny się stał. Z pewnością on by do tego nie dopuścił. Śmiał by się z niego tak długo aż Harry poczułby zażenowanie.

– Ty cholerny draniu – wycedził chłopak, obserwując jak twarz Riddle'a materializuje się przed nim.

– Nie wiem, czy się śmiać czy płakać – przyznał Tom. – I niby ty jesteś moim Animusem?

Podniósł dłoń i pozwolił jej opaść na twarz mężczyzny. Ręka przeszła przez dym. Tom Riddle był tylko wytworem jego chorej wyobraźni.

– Zostaw mnie – wymamrotał słabo. Ból narastał z każdą chwilą. Wszystkie uczucia powracały do niego i Harry zaczął mieć problemy z oddychaniem. Cofnął się parę kroków, nie spuszczając wzroku z pozbawionej emocji twarzy Riddle'a. Chłonął ją, jakby widział go po raz pierwszy. – Nie. Nie. – Wyjęczał i opadł na podłogę. Skulił kolana i oparł o nie policzek.

– Poddałeś się – oskarżył go Tom bezlitośnie. Jego głos wyrażał zwód i cichą furię. – Bez słowa sprzeciwu uwierzyłeś w słowa Lucjusza. Uwierzyłeś, że zabił mnie Dumbledore! Masz we mnie tak mało wiary? – Każde słowo przecinało serce Harry'ego na pół, a później na jeszcze mniejsze części i tak w kółko. Nie mógł powstrzymać łez, które zdały się skończyć kilka miesięcy temu.

Widziałem twoje ciało, Tom! Leżałeś tam... – Głos go zawiódł i wydał z siebie zduszony szloch. Drżał, prawie rzucał się w drgawkach.

– Teraz też mnie widzisz – odpowiedział Riddle. Jego lodowate spojrzenie ciążyło na Harrym. – I czy jestem prawdziwy?

– Co ty chcesz mi powiedzieć? – Harry zaniósł się histerycznym śmiechem. – Nie żyjesz, ty draniu! Zostawiłeś mnie! Czy nie to mówiłeś w Ministerstwie? Och, umrę, umrę, Harrison, ale idź. Nic ci nie wyjaśnię, ale idź. Weź horkruksa Voldemorta, ale nie musisz wiedzieć, że jest to też mój horkruks!

– O tym porozmawiamy później – wycedził wściekle Riddle, którego twarz stężała, gdy Harry wspomniał o horkruksie. – Udowodnij, że jesteś czegoś wart. Weź się w garść, Black, albo naprawdę uznam, że może powinienem cię zostawić.

– Nie żyjesz – warknął Harry. Ze słów Toma wynikało zupełnie, co innego, ale on nie mógł żyć! Ból rozdarł chłopaka na dwie części i musiał schować głowę w kolanach, żeby zagłuszyć swój krzyk.

Kiedy zmusił się, żeby podnieść wzrok, Riddle'a już nie było.

Harry zaczął łkać.


Postanowił, że jeśli sam się nie przekona o śmierci Toma, nie będzie w stanie zabić tej iskierki nadziei, która nawiedziła jego serce.

Była to misja samobójcza. Wiedział, że Riddle nie żył – a gdy w końcu do niego to dotrze, nie pozostanie mu nic więcej, tylko śmierć. I Harry przyjmie ją z otwartym ramionami.

Hogwart był opustoszały podczas wakacji. Niemiło skojarzyło mu się to z podróżą w czasie i jego pierwszą wizytą w tym zamku, gdy przybył wraz z Dumbledorem. Wtedy też spotkał Toma-

Nie, jego myśli zmierzały w złą stronę.

Dyrektorką została McGonagall i Harry stwierdził, że życzy jej wszystkiego najlepszego. Będzie dobrze rządzić tą szkołą.

Sprawdził lochy i komnaty ślizgonów. W Wielkiej Sali też nie było po nim śladu. Po pewnym czasie Harry'emu zrobiło się głupio. Czego właściwie szukał? Oczekiwał, że Riddle nagle wyskoczy z obrazu? Wyjdzie zza kotary? Powie „niespodzianka!"? Pogratuluje mu w wypełnieniu kolejnego zadania? Testu?

Ale przecież to nie był test, a życie nie było grą.

Musiał być na skraju szaleństwa, skoro posłuchał wytworu swojej chorej wyobraźni. Chyba potrzebował pomocy. Może zamiast szukania martwego Toma Riddle'a, powinien znaleźć Victora? Teraz, gdy uczucia do niego wróciły, nękało Harry'ego ogromne poczucie winy. Wampir stracił najlepszego przyjaciela i ojca. Jak mógł być tak samolubny? Jak mógł zostawić Victora samego?

Odwrócił się na pięcie, z zamiarem opuszczenia Hogwartu, gdy usłyszał krzyk. Wysoki, przeraźliwy krzyk kobiety, którego źródła Harry nie potrafił zlokalizować. Puścił się biegiem, ale krzyk podążał za nim.

Wpadł do losowej łazienki i oparł się ciężko o umywalkę. Znał to pomieszczenie aż za dobrze, ale Jęczącej Marty nie było. W uszach mu dzwoniło, a krzyk stał się jeszcze głośniejszy i jakby dobiegający... spod stóp.

Bez zastanowienia otworzył przejście do Komnaty Tajemnic. Krzyk nasilił się i Harry zaczął się zastanawiać, kiedy straci przytomność. Hałas był nie do zniesienia. Gdyby tylko znał zaklęcie... Szybko porzucił tę myśl. Nie miał już kontroli nad magią i równie dobrze mógłby odciąć sobie uszy.

Skoczył w ciemność i ciężko upadł na podłogę. Kurz wzniósł się do góry. Harry niepewnie stanął na nogach, rozglądając się po tunelu. Kości, które były tu jeszcze parę lat temu, teraz zmieniły się w pył. Po krzyku pozostały tylko bolące uszy i nieprzyjemna cisza.

Z zimna miał gęsią skórkę, ale nawet tego nie zauważył. Kamienna płyta, która była kiedyś zamknięta, gdy ratował Ginny, teraz stała otworem. Nie wiedział, co o tym myśleć, ale nie bał się. Jeśli to była pułapka, śmierć okaże się wybawieniem.

Jego kroki odbijały się echem po pustym pomieszczeniu. Podłoga nie była już mokra, tak jak wtedy. Usta kamiennej postaci, z których wysuwał się bazyliszek, zionęły pustką. Dziura pomiędzy nimi była otoczona ciemnością i Harry, mimo całej swojej ciekawości, nie chciałby znaleźć się po jej drugiej stronie.

– Harry Potter.

Odwrócił się tak gwałtownie, że jego szyja wydała z siebie bolesne chrupnięcie. Natychmiast napotkał ciemne oczy Toma Riddle'a.

– Harrison Black – kontynuował śpiewnie mężczyzna. Jego twarz wyrażała ogromne zadowolenie. – Harrison Shadow. Harrison Dumbledore. Ale – tu Tom zmrużył oczy i przekrzywił głowę na lewo – kim naprawdę jesteś?

– Ty nie istniejesz – wymamrotał Harry. To nie było możliwe.

– Jeszcze niedawno odpowiedziałbym, że jesteś moim Animusem. – Riddle całkowicie zignorował wtrącenie Harry'ego. – Ale po tym, jak zniszczyłeś mojego horkruksa... Uwierzyłeś, że naprawdę nie żyję i zostałem pokonany przez Dumbledore'a... – Tom świetnie kontrolował narastającą furię, ale jego oczy niebezpiecznie błyszczały. – Stoję przed dwoma wyborami, kochany. Mogę odesłać cię do świata, w którym wszystko będzie tak, jak dawniej. Twoi przyjaciele tam żyją. Ja jestem szalonym Lordem. Ty głupim, głośnym Harrym Potterem. Dumbledore twoim ukochanym mentorem. Hmm... – Riddle uśmiechnął się szyderczo. – Albo mogę ci wybaczyć. – Mężczyzna podniósł brwi i westchnął w wyrazie zawodu. – Jaka szkoda, że nie jestem zbyt skłonny do wybaczania zdrad.

Połowa tego, co Tom powiedział, dotarła do Harry'ego z opóźnieniem. Szybko otrząsnął się z szoku i zalała go fala niewyobrażalnego przerażenia. Nie śmiał podejść bliżej, ale upadł na kolana, nie odrywając wzroku od Riddle'a.

– Proszę, nie. Tom... Przepraszam – wyszeptał, nie dbając o to, jak żałosny musiał się wydawać. – Błagam. Nie rób tego.

– Chcesz może najpierw wiedzieć, co się tak naprawdę stało? – Spytał Riddle z uśmiechem, jakby nie słysząc słów Harry'ego. – Nic nie poczułem, gdy zniszczyłeś horkruksa. Dlatego możesz sobie wyobrazić, jak zszokowany byłem, kiedy magia do mnie wróciła. Nie była to ta żałosna namiastka, którą oddał mi Victor. – Tom powoli zbliżał się do Harry'ego aż stanął w zasięgu ręki. – Wraz z śmiercią Voldemorta, magia, którą mi zabrał, znalazła prawowitego właściciela. – Mężczyzna roześmiał się z lubością. – Och, nigdy nie zapomnę tej chwili. Zaskoczenie Dumbledore'a było doprawdy wyborne. Zabiłem go, oczywiście. Nie stanowił żadnego zagrożenia, nie po tym, jak odzyskałem magię. Strach w oczach starca przed śmiercią potwierdził moje podejrzenia. Bał się jej równie bardzo co Voldemort. Niewiele się różnili. – Tom na chwilę zamilkł, kontemplując w ciszy wyraz twarzy Harry'ego. Mężczyzna ukląkł przy nim i uśmiechnął się nieprzyjemnie. – Pamiętasz to zaklęcie, o które pytałeś mnie w Malfoy Manor? Umożliwiało ono klonowanie samego siebie. Nie mogłem go rzucić za pomocą magii Victora, bo było zdecydowanie za zaawansowane. A więc użyłem zaklęcia, swoje drugie, martwe ciało zostawiając przy tym beznadziejnym starcu. Resztę możesz sobie sam dopowiedzieć.

– Żyłeś... Przez ten cały czas – wychrypiał Harry. Nie mógł zmusić się do wściekłości, zamiast tego czuł ulgę tak wielką, że miał ochotę zapłakać.

– Tak – przyznał lekceważąco Tom. Nadal nie odrywał wzroku od Harry'ego. Coś w jego spojrzeniu sprawiło, że chłopak natychmiast stracił dobry humor. – Uprzedzając twoje pytanie, tak, wtedy w łazience też widziałeś mnie. Trochę się zawiodłem, gdy po dwóch miesiącach zrozumiałem, że tak po prostu uwierzyłeś w moją śmierć. Hm.

– A co miałem myśleć? – Parsknął histerycznie Harry. Policzek, który wymierzył mu Tom, szybko zamknął usta chłopakowi. Z niedowierzaniem spojrzał na krew leniwie sączącą się z rozciętej wargi.

– Im więcej się odzywasz, tym bardziej utwierdzasz mnie w przekonaniu, że powinienem ci nie wybaczyć – wycedził Riddle groźnie.

– Dzięki mnie odzyskałeś magię – warknął Harry. Wściekłość wzięła w górę i chłopak zacisnął ręce w pięści.

– Tak – odpowiedział Tom szyderczo. – Ale gdybyś nie zniszczył horkruksa, mógłbym wrócić, a Kayle nadal by żył. Przez swoje bezmyślne czyny zabiłeś swojego Mistrza, ojca Victora, mojego mentora. I naprawdę się dziwisz, że Victor nie chce mieć z tobą nic wspólnego?

Harry'emu zaschło w gardle. Nie myślał o tym w ten sposób i słowa Toma były jak kolejny policzek. Riddle musiał to zauważyć, bo uśmiechnął się z zadowoleniem.

– Czy... czy Victor tu jest? – Spytał cicho Harry.

– Nie. Nie chciał cię widzieć.

– Co z Hexusem? – Nie był już pewny, czy chce znać odpowiedź.

– Mimo całej sympatii do ciebie, jego lojalność leży u Victora. A Kayle traktował go jak drugiego syna – zauważył bezlitośnie Tom. Bez słowa wstał i spojrzał z góry na Harry'ego. – Wiem, co widziałeś tamtej nocy przed walką. – Odezwał się nagle. Wyglądał, jakby wcale nie chciał o tym mówić, ale kontynuował. – Zastanawiałem się, czy nie torturować cię do utraty zmysłów. Tamta postać w kącie była Victorem oczywiście. Twój koszmar był pewnego rodzaju wizją. Zobaczyłeś ból i stratę Victora i swoje cierpienie. Aczkolwiek nie rzucę na ciebie Crucio z szacunku do naszej przeszłości. – Ostatnie zdanie Riddle wypowiedział w szyderczym tonie.

– Wybaczyłem ci wiele rzeczy – wyszeptał Harry. – Zabicie Remusa, doprowadzenie do śmierci moich przyjaciół... Czy nie uważasz, że należy mi się to samo? – Bardzo starał się, żeby jego głos nie brzmiał zbyt desperacko, ale osądzając po rozbawionej minie Toma, chyba mu się nie udało.

Riddle nachylił się do siedzącego chłopaka i prawie czule pogłaskał go po policzku.

– Może i masz rację – przyznał. – Ale to nie tylko ja musiałbym ci wybaczyć. Przykro mi – dodał sucho. – Jestem zaledwie posłańcem.

– Tom, nie rób tego, proszę...

– Masz tylko osiemaście lat – uciął Riddle. – Mój związek z tobą trwał może dwa lata. Moja przyjaźń z Victorem trwa od prawie sześćdziesięciu lat. Mam nadzieję, że umiesz liczyć.

– Jestem twoim Animusem – wymamrotał Harry desperacko.

– Rzeczywiście. – Tom tylko wzruszył lewym ramieniem. – Żegnaj.

– Kocham cię.

Zapadła cisza. Riddle zmrużył oczy i złapał chłopaka za przód szaty, przyszpilając Harry'ego do jednej z figur węży.

– Nisko upadłeś, skoro używasz takich beznadziejnych sztuczek – wycedził mężczyzna. Stracił rozbawiony uśmiech, a jego oczy pociemniały groźnie. Zwykle pozbawiona emocji twarz była wykrzywiona w furii.

– To nie sztuczka, to prawda. Czy obawiasz się, że czujesz to samo, ale nie możesz tego nawet przed samym sobą przyznać? – Spytał cicho Harry. Wiedział, że stąpał po cienkim lodzie, ale wszystko, co mówił, było całkowicie szczere.

– Nie boję się miłości. – Riddle podniósł wargę, odsłaniając białe zęby w pokrętnym uśmiechu.

– Nie, pewnie nie – odpowiedział spokojnie Harry. – Ale może boisz się miłości do mnie?

Usłyszał jeszcze pełen wściekłości krzyk Riddle'a i porwała go ciemność.

Wiedział, że miał rację.


– Harry? Och, Harry, czy wszystko w porządku?

– Hermiona, nie duś go. Słyszałaś, co pani Pomfrey powiedziała. Powinien się niedługo obudzić.

Czuł pulsujący, tępy ból w okolicach tyłu głowy. Otworzył niepewnie oczy, dziękując Merlinowi za ciemność, która go powitała.

– Co... co się stało? Ron? Hermiona? – Wychrypiał, nie będąc w stanie przypomnieć sobie ostatnich zdarzeń. Wszystko było takie zamazane.

– Ten cholerny Malfoy...

– Ron! Język! – Jęknęła dziewczyna.

– Ale to prawda! Zepchnął cię z miotły, stary. Nieźle huknąłeś o ziemię. – W głosie Rona dało się słyszeć rozbawienie i Harry nie mógł powstrzymać uśmiechu.

– Ale wygraliśmy mecz? – Upewnił się szybko.

– No, jasne, brachu, a jakby inaczej?

– Harry, tak się o ciebie martwiliśmy, a ty pytasz się o jakiś głupi mecz?

– Hermiono! – Wykrzyknęli naraz oburzeni chłopcy.

Przyjaciele byli nieświadomi obserwujących ich dwóch par oczu.


– Nie podoba mi się, że postawiłeś mnie w roli tego złego – mruknął posępnie Victor. Siedzieli w komnacie, która kiedyś należała do bazyliszka. Przejście przez otwór w ustach kamiennej postaci prowadziło do całkiem wygodnych pomieszczeń. Tom podejrzewał, że spędzał w nich czas sam Salazar.

– Używał całkiem racjonalnych argumentów. Nie miałem innego wyjścia – westchnął Riddle. Swój smutek zatapiał w szklance whisky, którą trzymał kurczowo w dłoni. Tylko przy Victorze mógł pozwolić sobie na zdjęcie maski bezuczuciowego drania. – Bo co mogłem powiedzieć? Tak, ty mi wybaczyłeś, ale ja tobie nie?

– Nie podoba mi się też, że zamknąłeś Hexusa. Będzie wściekły – kontynuował Victor, jakby nie słysząc odpowiedzi przyjaciela.

– Mm, już dawno twierdziłem, że należy mu się kara za niesubordynację. Może być wampirem, a nawet i Ministrem, ale podlega mi. – Riddle przeczesał wolną ręką czarne włosy.

– Nie powiedziałeś mu o tym, że wysłałeś Harr-

– Nie wspominaj jego imienia – wycedził Tom wściekle. Szklanka w dłoni Riddle'a roztrzaskała się, a płyn zalał szaty mężczyzny, jednak ten nawet tego nie zauważył. Victor uważnie obserwował twarz przyjaciela, która teraz była wykrzywiona ze złości i słabo ukrywanego smutku.

– Dlaczego to zrobiłeś? – Spytał Victor łagodnie.

– Widziałem, przez co przeszedł. Po mojej domniemanej śmierci był na skraju samobójstwa – warknął Riddle przez zaciśnięte zęby. – Może i na to zasłużył. Głupio postąpił i lekkomyślnie, ale to ja jestem za niego odpowiedzialny. Zależało mi tylko na jednej osobie. Tylko na nim. Tylko jego chciałem uchronić przed śmiercią. I co? – Parsknął Tom. Wyglądał, jakby miał się zacząć śmiać. – Przez te dwa miesiące udawania martwego osiągnąłem rzeczy, które nie śniły się Voldemortowi. Zrozumiałem, jak Dumbledore był w stanie cofnąć w czasie... Ha... go. Rozwiązałem zagadkę twojego ojca i poznałem tajniki rytuału, który odprawiał, żeby zmienić czarodzieja w wampira. Co za tym idzie, stałem się nieśmiertelny bez rozdzielania duszy na części. Ale też poznałem przez przypadek niedaleką przyszłość. – Tom uśmiechnął się ponuro do zszokowanego Kayle'a. – W tym świecie on by zginął. I nie potrafiłbym nic na to poradzić. Umiem ochronić każdego przed śmiercią... tylko nie jego. Dlaczego? – Głos Riddle'a zaczął się niebezpiecznie łamać i mężczyzna zamilkł. Nie chciał upokarzać się jeszcze bardziej.

– Co by się stało? – Wyszeptał Victor.

– Po mojej udawanej śmierci... chłopak odszukał Rufusa i zabił go. Minister był nosicielem nieuleczalnej choroby, z czego nie zdawał sobie sprawy. Skażona krew Scrimgeoura została na jego ciele. Na początku chłopak stracił panowanie nad magią... później dostałby gorączki... w końcu umarłby w bólu. – Riddle podniósł wzrok. Jego oczy lśniły jakby sam dostał gorączki. – W innym świecie choroba ta w ogóle nie istnieje. Upewniłem się, że Voldemort zostanie pokonany. – Szyderczy uśmiech wykrzywił wargi mężczyzny. – Chłopak nie będzie nic pamiętać.

Victor wstał i podszedł do przyjaciela. Nachylił się tak blisko, że stykali się czołami. Zwykle zimna skóra Riddle'a teraz płonęła. Policzki mężczyzny były niezdrowo czerwone, a cała twarz lśniła od potu.

– Harrison miał rację – stwierdził Victor.

– Miał rację – potwierdził Tom.

Epilog

Ciemność pochłaniała kształty i ludzi. Chłopak miał wrażenie, że zaraz zacznie spadać w dół, choć wiedział, że pod stopami była twarda podłoga.

– Dlaczego nie możesz tu być? – Spytał Harry.

– To wbrew wszelkim prawom – odpowiedź dobiegła z nikąd i zewsząd. Harry nie potrafił zlokalizować źródła znajomego głosu. – W tym świecie Voldemort jest mną, a ja Voldemortem. Jesteśmy jednością. W tym świecie jego dusza zawładnęła moją.

– Tęsknię – rzucił Harry w pustkę. Desperacja przebijała się przez jego głos.

– Nie możesz tęsknić. Nie pamiętasz mnie.

To była prawda. Harry nie wiedział z kim rozmawia ani za kim tęskni, ale tęsknił i znał ten głos.

– Gdzie jesteśmy? – Pytanie wydawało się nie mieć sensu, ale z jakiegoś powodu Harry uznał, że jest ważne.

– Mnie nie ma. Ja nie istnieję w tym świecie. Ty śpisz. To twój sen.

– Dlaczego mnie zostawiłeś? – Słowa wypłynęły z jego ust, chociaż nie miał pojęcia, co mogłyby znaczyć.

Usłyszał głośno wypuszczone powietrze i natychmiast ogarnęły go wyrzuty sumienia. Znowu, nie wiedział dlaczego, ale miał przeczucie, że pytaniem sprawił tej znajomej, ale nieznajomej osobie ból.

– Musiałem.

– Aha. – Tylko taka odpowiedź przyszła mu na myśl. – Wiesz, czasem, gdy jestem sam, bo Ron i Hermiona są zajęci sobą, a Ginny ma lekcje do odrobienia, czuję się taki... zagubiony. Jakbym nie pasował do tego świata. I zaraz potem przychodzi obezwładniający ból, która sprawia, że natychmiast zapominam o tym, o czym myślałem. Wydaje mi się, że ktoś zabrał mi kawałek życia i wkleił do tego.

– Ale jesteś szczęśliwy. – To nie było pytanie. Głos brzmiał, jakby sam siebie chciał przekonać, że Harry rzeczywiście był szczęśliwy.

– Tak sądzę.

– W moim świecie nie byłbyś szczęśliwy.

Harry uznał, że głos całkowicie w to wierzy.

– Nie mogę być szczęśliwy bez ciebie – wypalił chłopak. Nie widział żadnego sensu, w tym, co powiedział, ale czuł, że właśnie to powinien powiedzieć.

– Nie możesz być szczęśliwy będąc równocześnie martwym! – Warknął głos.

– Ale śmierć może przynieść mi szczęście. – Wcale nie chciał umrzeć, a jednak stwierdził, że taka była prawda.

Wizja zaczynała się rozmazywać, ciemność rozjaśniać, a podłoga stawała się coraz mniej twarda. Zaczynał spadać.

– Budzisz się – wymamrotał głos. – Obiecuję ci, że znajdę lekarstwo na twoją chorobę. A gdy je znajdę, powrócisz do mojego świata, słyszysz?

Jednak Harry już tego nie usłyszał.

Fin.


A/N: Do samego końca nie byłam pewna, czy chcę happy end, czy nie. Napisałam dwie wersje tego rozdziału i ta szczęśliwa była zdecydowanie zbyt przesłodzona. Chciałam, żeby Tom zaakceptował swoją miłość do Harrisona – ale wizja wielkiej, radosnej rodzinki "Riddle/Harrison i spółka" trochę mnie odrzuciła. Jak kiedyś Tom stwierdził – szczęście nigdy nie było mu pisane.

A zresztą, kto wie, czy Tom nie znajdzie lekarstwa na chorobę Harrisona? W końcu jest geniuszem.

Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze. Pisanie tego opowiadania sprawiło mi ogromną radość.

Mam parę kolejnych pomysłów na fanfiction, ale ostatnio zaczęłam pisać własne opowiadanie, na którym zdecydowanie bardziej mi zależy. Jednakże zbliża się przerwa świąteczna i będę miała więcej czasu, więc hmm... W każdym razie, mam nadzieję, że jeszcze nie dam o sobie zapomnieć.