Genesis


Dean skłamałby, gdyby powiedział, że czuje się fatalnie. Nie miał ku temu powodów, wszystko układało się tak, jak sobie tego życzył. Nie tylko udało mu się znaleźć dowód na to, że to co jest pomiędzy nim a Castielem nie jest do końca stracone, ale także spędził z nim i ze swoją rodziną miły dzień, a rodzice nawet polubili anioła. Nie było więc żadnych powodów do zmartwień z jego strony, dlatego do pracy udał się w bardzo dobrym humorze.

Nie tylko jemu się układało, Sam również był szczęśliwy i przez całą drogę do FBI rozmawiał z Sarą przez telefon. Byli tacy zakochani. Jeśli im się uda ten związek, Dean był pewny, że brat już długo z nim nie pomieszka. Smuciło go to trochę, bo przez te lata przyzwyczaił się do obecności brata w mieszkaniu. Ciężko będzie żyć samemu. Niezbędne może się okazać kupienie jakiegoś zwierzaka. Może świnka morska byłaby dobrym wyborem. Chyba że jemu uda się z Castielem. Wtedy zwierzak nie będzie potrzebny.

Skoro o aniele mowa, czekał on jak zwykle w biurze, stojąc przy oknie. Ten widok sprawiał, że Dean odczuwał spokój. Jeśli Castiel nie stał tuż przy drzwiach, to znaczyło, że wszystko w porządku.

- Witaj, Dean – przywitał się, odwracając się w jego stronę.

- Co tam, Cas?

- Co gdzie? – zapytał, przechylając głowę na bok.

Dean zaśmiał się.

- Dobre, Cas, ale wiem, że słyszałeś już wcześniej to pytanie. Ale miło, że próbujesz żartować.

- Doszedłem do wniosku, że to uczyni mnie bardziej ludzkim – wyjaśnił.

- Prawdopodobnie. Ale nie rób tego. Żarty do ciebie nie pasują.

- Nie?

- Jesteś zbyt... święty. Żarty trochę psują ten wizerunek, który mi się podoba.

- Oh. W takim razie postaram się unikać żartów.

- Nie krępuj się rzucić jednym od czasu do czasu. – Dean usiadł przy swoim biurku, nie spuszczając wzroku z anioła. – Wróćmy do początkowego pytania. Co tam?

- Niewiele.

- Tak myślałem.

Dean zajął się piciem porannej kawy i przeglądaniem papierów, które ktoś podrzucił mu wczoraj na biurko, nie widział jednak wśród nich nowej sprawy dla nich. Wyglądało na to, że kolejny dzień spędzą na obijaniu się.

Po przejrzeniu dokumentów spojrzał znowu na partnera, który usiadł już przy swoim biurku i również czytał jakieś papiery. Wątpliwe jednak było, że coś z nich rozumiał. Tylko udawał agenta, nie był nim i nie wiedział, co robić z większością rzeczy, jeśli ktoś mu nie podał instrukcji.

- Cas, mogę ci przerwać na chwilę? – spytał. Anioł od razu przestał czytać.

- Tak, Dean?

- Nie zapytałem cię wczoraj o to, jak ci się podobał obiad u moich rodziców.

Ciekawiło go to, bo choć miał już jako taki obraz dzięki obserwowaniu Castiela, to wolał jednak usłyszeć wszystko z jego ust. Poza tym, każda okazja jest dobra, by posłuchać nieco więcej tego wspaniałego głosu.

- To było bardzo przyjemne doświadczenie – odparł. – Pierwszy raz ktoś mnie na coś takiego zaprosił.

- Nie macie wieczerz w niebie? – spytał żartem.

- Anioły nie jedzą w swojej prawdziwej formie – wyjaśnił całkowicie poważnie Castiel. - Tak czy inaczej, bardzo mi się podobało, Dean. Twoi rodzice, to naprawdę mili ludzie, gdy się ich bliżej pozna. Nawet twój ojciec się do mnie przekonał. Chętnie spotkałbym się jeszcze z nimi kiedyś.

- To da się załatwić – powiedział, pamiętając o zaproszeniu mamy. – Poradziłeś sobie naprawdę świetnie, idealnie udawałeś człowieka. Pamiętałeś nawet o tym, by czasami zmieniać pozycje ciała, czy żeby się podrapać.

To były detale, ale bardzo ważne. Ludzie często się wiercą, poruszają. Robią wiele rzeczy, które są jednym z dowodów na to, że są ludźmi. Castiel, jako anioł, nie odczuwa potrzeby, by robić wiele z tych rzeczy. Mrugał i oddychał pewnie tylko dlatego, że tak mu nakazywało ciało, ale na pewno by się bez tego obszedł. Podobnie jak bez poruszania kończynami, by je rozprostować, czy drapania się. Robił jednak to wszystko, by nie wyglądać obco i nie przestraszyć jego rodziców. W biurze aż tak się nie kontrolował i potrafił siedzieć w bezruchu godzinami, ale na ten jeden dzień, zmienił swoje zachowanie.

- Podpatrzyłem większość rzeczy u ciebie – wyznał. – Czasami przykładasz pięść do ust i tak ją trzymasz, gdy jesteś zdenerwowany. Albo pocierasz kciukiem żuchwę, gdy coś obserwujesz. Głównie mnie.

Dean zaczerwienił się, słysząc to ostatnie, choć bardzo mu schlebiało, że anioł wybrał go sobie na wzór. Wiedział to nie od dziś, ale i tak go to cieszyło.

- Dobrze ci poszło – pochwalił znowu z uśmiechem.

Przez jakiś czas w biurze znów było cicho. Castiel powrócił do patrzenia przez okno, a Dean zajął się podrzuconymi aktami. Wszystko wskazywało na to, że tak będzie aż do końca dnia, ale wtedy w najmniej spodziewanym momencie Kevin wpadł do biura jak burza. Był zdyszany, biegł tutaj.

- Coś się stało, Kev? – zapytał Dean, patrząc na zasapanego dzieciaka. Troche dziwiła go jego obecność, Kevin rzadko wychodził ze swojej nory.

- Bobby mnie przysyła – wyjaśnił. – Znaleźli kolejne ciała.

Wampir w końcu zaatakował. Dean już zaczynał się martwić, że wyniósł się z Chicago. Coś jednak zwróciło jego uwagę w wypowiedzi Kevina.

- Powiedziałeś ciała?

- Tak, dwa.

Do tej pory znajdywali tylko jedno. Czyżby wampir przesadził z postem i teraz nadrabiał?

- Dzięki, Kevin. Masz adres?

- Tak, um... moment. – Kevin zaczął sprawdzać wszystkie swoje kieszenie, aż w końcu wyciągnął z jednej kartkę. – Proszę.

- Zbieraj się, Cas. Mamy robotę do wykonania.

Ich wampir musiał być naprawdę zdesperowany, bo zabił niemal na widoku i nawet nie starał się ukryć zwłok. Policja była już na miejscu i obstawiła całą uliczkę, w której znajdowały się ciała. Dean i Castiel przyjechali na miejsce razem z technikami, którzy od razu zabrali się do roboty.

Ofiarami były dwie młode dziewczyny, starsze jednak od Anity – pierwszej ofiary. Wyglądały na studentki.

Dean i Castiel podeszli do ciał, by bliżej im się przyjrzeć, uważali przy tym jednak, by nie nadepnąć na coś ważnego. Obie dziewczyny miały rozszarpane gardła w sposób charakterystyczny dla wampira. Dziwne jednak było to, że krew nie została z nich całkowicie wyssana. Albo wampir został spłoszony podczas posiłku, albo nie jest jeszcze aż tak doświadczony w pożywianiu się i zwyczajnie nabałaganił. Krew wyciekła z ran na chodnik, tworząc sporej wielkości kałuże, które zmieszały się ze sobą.

- Wyczuwasz coś? – zapytał anioła.

- Tylko na ciałach – odparł Castiel. – Żadnych tropów.

To go nieco rozczarowało. Miał nadzieję na jakiś ślad.

Technicy dalej robili swoje, fotografowali, zbierali próbki. Dean starał się im za bardzo nie przeszkadzać, gdy okrążał powoli ciała. Jego uwagę zwróciły smugi krwi pozostawione na chodniku kawałek od zwłok. Podszedł do nich bliżej przyjrzał im się. Wyglądały, jakby ktoś czołgał się po ziemi. Któraś z ofiar?

- Czy któraś z nich ma brud pod paznokciami albo są one złamane? – spytał jednego z techników, który właśnie oglądał ciało.

- Nie. Idealny manicure – odparł mężczyzna. Jeśli Dean dobrze pamiętał, o imieniu Jack. – Nie broniły się, musiał je wziąć z zaskoczenia.

- Była trzecia ofiara – powiedział Castiel, stając blisko Deana.

- Tak, ale gdzie jest ciało?

Nie było go tutaj, inaczej już by je znaleziono. Przeszukano już nawet kontenery ze śmieciami i dalszą część uliczki, żadnych śladów trzeciego ciała.

- Może je zabrał, by pożywić się w bezpiecznym miejscu. Albo postanowił stworzyć kolejnego wampira.

- Agencie. – Do partnerów podszedł jeden z policjantów. – Naprzeciwko jest sklep z kamerami. Jedna zarejestrowała atak.

Nie trzeba ich było namawiać na ich obejrzenie. Szybko poszli we wskazane przez policjanta miejsce, do małego sklepiku z porcelaną. W środku byli już inni policjanci, przesłuchujący jakiegoś mężczyznę, najpewniej właściciela.

Zostali zaprowadzeni na zaplecze, gdzie na niewielkim telewizorze został wyświetlony obraz z kamery.

- Przewinęliśmy ją do początku – wyjaśnił policjant, naciskając przycisk odtwarzania.

Po kilku sekundach od puszczenia, na ekranie pojawiły się trzy dziewczyny idące obok siebie ulicą. Skręciły w uliczkę, w której zginęły dwie z nich, przez moment nic się nie działo, aż nagle jedna z dziewczyn, czołgając się na brzuchu, próbowała wydostać się na otwartą ulicę. Kamera nie dawała idealnego widoku na uliczkę, widzieli tylko tułów dziewczyny, gdy ta próbowała ocalić życie. Udało jej się pokonać tylko kawałek, nim coś wciągnęło ją z powrotem. Dziewczyna zniknęła i nic więcej już się na ekranie nie pokazało, nawet samochód nie przejechał.

Policjant zatrzymał odtwarzanie, zegar zatrzymał się na godzinie 00:37.

- Dalej nic już nie ma – powiedział im funkcjonariusz. – Nikt nie wyszedł z uliczki ani do niej nie wszedł aż do znalezienia ciał.

- Kto je znalazł?

- Miriam Murphy, jest na zewnątrz.

- Co z wyjściem z uliczki? Nie ma tam kamer? – spytał Castiel.

- Niestety nie. Ale przesłuchujemy ludzi i pytamy, czy nic nie zauważyli. Dzwonimy też po szpitalach, może dziewczyna wymknęła się swojemu oprawcy.

- Dobra, róbcie to dalej i jak na coś natraficie, natychmiast nas poinformujcie.

- Tak jest.

Dean i Castiel wyszli z powrotem na ulicę i przystanęli z boku, obserwując pracę na miejscu zbrodni.

- Jaka jest szansa, że dziewczyna przeżyła? – zapytała anioła Dean.

- Niewielka – odparł. – Złapał ją, drugi raz nie zamierzał jej wypuścić.

- Zabił dwie dziewczyny. Jak on zmieścił w sobie tyle litrów krwi?

- Mógł nie być sam. Może miał do pomocy innego wampira.

- Dużo zmarnowali krwi.

- Tak, też to zauważyłem. Może nie zdążył wypić całej, bo trzecia dziewczyna zaczęła uciekać.

- To wyjaśnia wszystko. – Dean westchnął głęboko. – Naprawdę nic nie wyczuwasz?

Castiel zamknął oczy i skupił się. Przez cały ten czas Dean modlił się, by udało się znaleźć choćby najmniejszy ślad. Gdy anioł drgnął i po chwili przeszedł parę metrów, wydawało mu się, że mają trop, ale Castiel szybko się zatrzymał.

- Przykro mi, Dean – powiedział, odwracając się do partnera. – Chciałbym móc pomóc.

- W porządku, jakoś sobie poradzimy. – Nie miał tylko pojęcia jak. Wampir mógłby zabijać kolejną ofiarę codziennie, a to i tak nie przybliżyłoby ich do znalezienia go. Byli w kropce.

- Jest szansa na znalezienie wampira – wyznał Castiel.

- Teraz mi to mówisz?

- Wcześniej nie brałem tego pod uwagę, jako że brakowało nam potrzebnego... narzędzia. Później je zdobyliśmy, ale wyślizgnęło nam się z rąk.

- Do rzeczy.

- Wampir może znaleźć gniazdo.

Wampir? Skąd oni mieliby wytrząsnąć wampira skorego do pomocy?

Dopiero po chwili do Deana dotarło, kogo Castiel miał na myśli. Zdziwiło go to, że zapomniał o wampiryzmie Benny'ego. Jak mógł zapomnieć coś takiego? To zmieniło przecież całe ich życie Widział zęby Benny'ego, a mimo to w jego podświadomości wciąż funkcjonował jako człowiek. Trudno było zapomnieć o przeszłości i pogodzić się z nową rzeczywistością.

- Myślisz, że Benny nam pomoże? – zapytał. Chciał, by tak było, to mogła być ich jedyna szansa na znalezienie wampira.

- Mnie raczej nie. Ale tobie na pewno. Jesteście przyjaciółmi.

Castiel nie odkrył niczego nowego. Benny zrobiłby dla niego wszystko, ale nie był pewny czy teraz po tym wszystkim, ta zasada dalej obowiązywała.

Zostawili miejsce zbrodni i pojechali do klubu, który był kryjówką Benny'ego. To było jedyne miejsce, w którym mogli go szukać, nie znali innego, dlatego mieli nadzieję, że już powrócił do swojego schronienia.

Dean zaparkował Impalę nieco dalej od klubu, by nie spłoszyć Benny'ego dźwiękiem albo samym jej widokiem, gdyby dopiero miał tam przyjść. Weszli do środka, gdzie jak zwykle było ciemno. Castiel poprowadził ich do włącznika światła, ale nie zapalili go.

- Benny?! – zawołał Dean, oświetlając pomieszczenie latarką. – Stary, jesteś tu?!

Nikt mu nie odpowiedział, klub był pusty.

- Był tu niedawno – powiedział Castiel. – Wyczuwam jego obecność.

- Może to dlatego, że często tu bywał.

- Nie, to świeży ślad, tak jak na miejscu zbrodni. Nie doprowadzi mnie nigdzie, ale przynajmniej wiemy, że wciąż tu przychodzi.

Dean przykucnął przy lodówce z krwią i otworzył ją.

- Krew wciąż tu jest i to sporo. Musimy na niego poczekać.

Usiedli pod ścianą, a zapaloną latarkę położyli pomiędzy sobą. Żaden z nich nie miał pojęcia, jak długo przyjdzie im czekać na pojawienie się Benny'ego. Kilka godzin? Dzień? Tydzień? Po ostatnim ataku, Benny ewidentnie nie czuł się tu tak bezpiecznie, jak kiedyś i wpadał tu tylko po to, by się najeść. Jeśli miał gdzieś indziej kolejne zapasy, mogą się nie doczekać jego powrotu. Teoretycznie Castiel mógłby tu na niego czekać choćby i miesiąc, ale jego zapach mógłby zniechęcić Benny'ego nawet do wejścia tutaj. Nie wiadomo też było, czy i Deana nie będzie unikał.

Kiedy dowiedział się, że Benny żyje, ucieszył się, że wszystko wróci do normalności. Teraz nie był tego taki pewny. Nic już nie było takie samo, a oni nie mogli dalej być takimi przyjaciółmi, jak przed udawaną śmiercią. Benny bał się go skrzywdzić i uciekał przed nim. Nawet za kilka lat wciąż może się bać i nie chcieć, by było pomiędzy nimi tak, jak dawniej. Nie naraziłby Deana na takie niebezpieczeństwo. Nie mógłby.

- Wiesz co jest najlepsze w Bennym? – zapytał Castiela. Miał dość siedzenia w ciszy, czekając mogli porozmawiać.

- Co takiego?

- Jego lojalność. Nigdy nie widziałem kogoś tak lojalnego. Nawet rodzice i Sam czasami mnie zawodzili, ale Benny? Nigdy.

- Udało ci się znaleźć naprawdę dobrego przyjaciela. To rzadkość.

- Dlatego tak bardzo mi go brakowało przez cały ten czas – wyznał. – Nadal mi go brakuje.

- Żyje.

- Ale nie tak jak kiedyś. Benny jest wampirem, to co było pomiędzy nami już nigdy nie wróci. – Dean zaśmiał się. – Gadam jak kobieta porzucona przez kochanka.

- Ubolewasz nad stratą przyjaciela, to normalne – zapewnił Castiel.

- To zabawne, że teraz odczuwam tę stratę bardziej, niż gdy byłem przekonany, że Benny nie żyje.

- Wtedy nie miałeś już żadnej nadziei, teraz ją masz. – Castiel położył mu dłoń na ramieniu. – Wciąż wierzysz, że twoja przyjaźń z Bennym może wrócić do normalności.

- Czy to możliwe? – spytał. – Można wyleczyć wampira?

- Tak. – Dean wstrzymał oddech. – Ale dla Benny'ego jest już za późno. Napił się ludzkiej krwi. Jeszcze przed tym istniała szansa na jego uzdrowienie, ale teraz nie ma już żadnej.

Dean uśmiechnął się smutno i pokiwał ze zrozumieniem głową.

- Moja ostatnia nadzieja właśnie poszła się jebać – stwierdził.

- Przykro mi Dean. Gdybym mógł coś zrobić, wyleczyłbym Benny'ego.

- Nie przepraszaj, to nie twoja wina. Przynajmniej już nie muszę się łudzić, że jeszcze jest jakaś szansa.

- Nawet jeśli jej nie ma, nie pozwól, by to cię powstrzymało. Benny może być teraz wampirem, może i jest przerażony tym, że stanowi dla ciebie zagrożenie, ale to da się jeszcze naprawić. Benny potrzebuje po prostu czasu, by całkowicie zapanować nad sobą. – Ręką Castiela powędrowała na jego dłoń, którą leżała swobodnie na kolanie. Dean stłumił w sobie chęć uściśnięcia jej. – Benny wciąż jest twoim przyjacielem. A ty jego. Wampiryzm nie jest aż tak wielką przeszkodą. To od was zależy, czy nią będzie.

- Czy to nie ty przypadkiem mi mówiłeś, że Benny to groźna bestia?

- Byłem... zaniepokojony tym, jak blisko był Benny zranienia cię – wyjaśnił Castiel, zabierając pospiesznie rękę. Dean omal nie przyciągnął jej z powrotem. – Nie znałem go też wtedy, nadal go nie znam, ale zdążyłem już przemyśleć sobie tę sprawę. Myliłem się. Benny nie jest groźną bestią, jest po prostu zagubiony wśród swoich instynktów. To przejdzie.

- Mam nadzieję – przyznał Dean i dotknął swojej dłoni, którą wcześniej trzymał anioł. Wciąż była ciepła. – Naprawdę nie chcę, by to się tak skończyło.

- Nie skończy – zapewnił go Castiel.

Dean uśmiechnął się i spojrzał na partnera. Tym razem to on wyciągnął rękę i położył ją na ramieniu po czym poklepał delikatnie.

- Dzięki, Cas. Wiesz, nie tylko Benny jest dobrym przyjacielem.

- Cieszę się, że tak myślisz.

Chociaż latarka nie dawała zbyt wiele światła, które ledwo co padało na ich twarze i tak się w siebie wpatrywali. Dean nie miał pojęcia jak długo by to robili, gdyby nie usłyszeli kroków.

Szybko zgasił latarkę i zamarł z Castielem w miejscu. Może to nie była najlepsza strategia, Benny mógł ich usłyszeć, ale jeśli to nie był on, to warto było poczekać, aż ten ktoś sam się ujawni.

Kroki ucichły nagle, by po chwili osoba w ciemnościach rzuciła się do ucieczki. To musiał być Benny, kto inny by uciekał?

- Cas – szepnął Dean, chcąc kazać Castielowi gonić przyjaciela, ale gdy wyciągnął rękę, by dotknąć anioła, tego już nie było. – Cholera.

Dean wstał i zapalił latarkę. Skierował się w stronę wyjścia, gdzie Castiel i Benny siłowali się w progu. Wyglądało to naprawdę groźnie, Benny niemal rzucał się aniołowi do gardła. Przez moment Dean miał nawet wrażenie, że mu się to uda, ale wtedy zauważył, że Castiel ma wszystko pod kontrolą. Trzymał go mocno i pewnie, ręce mu nawet nie drżały, gdy wampir się szarpał. Niepokojące jednak było to, że Benny chciał zrobić Castielowi krzywdę, podczas gdy ten próbował go tylko zatrzymać w klubie i nie okazywał agresji.

- Benny, przestań! – krzyknął Dean, podbiegając do nich.

Benny momentalnie odskoczył od Castiela, który nawet nie próbował go przy sobie zatrzymać. Anioł zamkną drzwi do klubu, ale nie ruszył się od nich, by nie pozostawić żadnej drogi ucieczki. Wpatrywali się w siebie nawzajem, Castiel ze spokojem, a Benny z furią w oczach. Wciąż miał na wierzchu kły, choć nie groziło mu żadne niebezpieczeństwo.

- Po co wróciliście? – wycedził przez zęby, nie spuszczając oczu z anioła.

- Chcemy tylko pogadać – powiedział Dean. – Przestań się zachowywać, jakbyśmy mieli cię zabić.

- Tobie ufam, ale nie jemu.

- Castiel nie zrobi ci krzywdy – zapewnił i podszedł do przyjaciela. Benny wzdrygnął się i odsunął.

- Nie podchodź. Nie powinno cię tu być.

- Dlaczego? Bo możesz mnie ugryźć? – spytał, znowu robiąc krok w stronę Benny'ego. – Wyczułeś moją krew, nic dziwnego, że omal nie dostałeś kociokwiku.

- Nie żartuj sobie z tego, Dean. – Benny w końcu wyglądał jak człowiek, a nie złakniona krwi bestia, ale nadal był spięty i gotowy do ucieczki. – Mogłem cię zabić. Nadal mogę.

- Powodzenia. Jestem pewny, że Castiel jest szybszy od ciebie, co zresztą już udowodnił.

- To wciąż mnie nie uspokaja.

- Obiecam się nie skaleczyć, słowo harcerza.

Powoli, Benny rozluźnił wszystkie mięśnie i pozwolił Deanowi się zbliżyć. Przyjaciele uścisnęli się, tymczasem Castiel ponownie otworzył drzwi, będąc już pewnym, że nie szykuje się na żadną ucieczkę.

- Dlaczego tu jesteście? – zapytał znowu Benny, wymijając Deana i idąc w głąb klubu.

- Potrzebujemy twojej pomocy – odpowiedział Castiel. – Dean potrzebuje.

Benny podszedł do skrzynki z bezpiecznikami i włączył prąd w całym pomieszczeniu, choć takie nagłe zapalenie go sprawiło mu ból. Zasłaniając oczy, usiadł na jednym z krzeseł, które walały się w około.

- Z czym potrzebujecie mojej pomocy?

- W odnalezieniu gniazda wampirów.

Benny spojrzał na Castiela wściekły.

- Chcesz go zaprowadzić do gniazda? – spytał i wskazał na Deana.

- Musimy zakończyć morderstwa w Chicago – wyjaśnił anioł. – Nie mamy żadnego tropu, ale wampir może nas zaprowadzić do gniazda.

- Nie narazisz Deana na coś takiego. – Benny wstał i jak na zawołanie razem z Castielem zaczęli krążyć wokół siebie, ignorując kompletnie Deana. Zachowywali się jak para napuszonych kogutów, które ktoś zmusił do dzielenia jednego kurnika.

- Nic mu nie będzie. Nie pozwolę go skrzywdzić.

- Możesz sobie być aniołem, ale nie masz oczu dookoła głowy.

- Jestem w stanie zapewnić mu bezpieczeństwo.

- Na litość boską, ja tu stoję! – krzyknął Dean, przerywając tę farsę. Miał dość słuchania o tym, jak to trzeba go chronić, zwłaszcza że to nie była prawda. – Benny, to dla nas ważne. Giną kolejni ludzie, a my nie możemy złapać wampira. Tylko ty możesz nam pomóc.

- Doskonały aniołek nie potrafi? – zapytał z kpiną Benny.

- Przestań go prowokować, widzisz, żeby on robił to samo?

Benny spojrzał na Castiela, który zachowywał dystans i nawet nie wyglądał, jakby chciał odpowiedzieć na zaczepkę. Od ostatniego razu bardzo zmienił swoje nastawienie, było bardziej neutralne.

- Nie zaprowadzę was do gniazda.

- Któryś z tamtejszych wampirów jest tym, który cię przemienił – odezwał się Castiel. – Musiał cię zabrać do gniazda, wiesz gdzie jest, a nawet jeśli nie, wciąż możesz je odnaleźć.

- Ale tego nie zrobię.

- Benny...

- Nie zrobię, tego, Dean – postanowił.

- Jeśli tego nie zrobisz, więcej ludzi zginie – przypomniał mu anioł. – Jedną z ofiar była nastolatka, dziś w nocy zginęły trzy młode kobiety. Kto wie, ile innych osób zginęło, ale nikt tego nie zgłosił albo nie odnaleziono ciał.

- Rozumiem to wszystko. Ale moja odpowiedź wciąż brzmi nie.

- Dlaczego nie chcesz nam pomóc? – zapytał Dean. Nie rozumiał tego, Benny wpadł bez powodu w panikę.

- Nie przepadam za moim ojcem – odparł. – Nie chcę tam wracać, ale nie mógłbym cię tam zostawić samego.

- Nie będę sam. Cas mi pomoże, mogę też wziąć Sama i Gartha, wiedzą, co jest grane – przekonywał dalej. – Ty nie musisz tam wracać, po prostu powiedz nam, gdzie to jest.

Benny pokręcił głową, po raz kolejny odmawiając.

- Nie mogę. Chciałbym, ale nie mogę.

- Benny...

- Pamiętasz co się stało tamtego dnia, kiedy zginąłem? – przerwał mu szybko Benny.

Deana zdziwiła ta zmiana tematu.

- Nie. Mój mózg chyba próbował to wykasować. Pamiętam tylko przebłyski.

- Ja pamiętam wszystko. I to nie jest miłe wspomnienie.


To będzie proste, na pewno. Benny powtarzał to sobie, gdy razem z Deanem weszli do budynku, w którym ukrywał się ścigany przez nich przestępca. Powinni zaczekać na wsparcie, ale Dean przekonał go, że nie ma takiej potrzeby. Kto wie ile musieliby czekać, w między czasie ten drań mógłby się im wymknąć.

Rozdzielili się w środku, Dean wziął pierwsze piętro, on drugie. W domu panowała cisza, zakłócana tylko przez ich kroki. Już po chwili jednak Benny przestał słyszeć partnera.

Sprawdzał każdy pokój po kolei. Niektóre miały więcej wejść niż inne, budynek był dość duży i można się było w nim zgubić. Albo dobrze schować.

Trzymając broń w pogotowiu, szedł dalej. Podłoga skrzypiała pod jego stopami z każdym krokiem, to miejsce przyprawiało go o dreszcze, wyglądało na porzucone.

Przed sobą miał kolejne drzwi. Uchylił je i ostrożnie wszedł do środka, oglądając się na wszystkie strony. Pusto, na wprost znajdowały się kolejne drzwi. Chciał ruszyć w ich stronę, ale nim zdążył chociażby unieść nogę, podłoga zaskrzypiała tuż za nim.

Odwrócił się szybko, nawet nie oczekując, że to Dean. Gdyby to był on, dostałby od niego wcześniej jakiś znak, cokolwiek.

- Coś ty za jeden? – zapytał, mierząc do nieznajomego mężczyzny z pistoletu. Nie był to ten sam, którego ścigali. Był wysoki, mniej więcej tego samego wzrostu co Dean, ale dużo chudszy i mniej umięśniony. Miał czarne, potargane włosy, niebieskie oczy i duży zarost na twarzy. Nie robił nic, po prostu stał w miejscu i patrzył, ale coś w jego spojrzeniu nie podobało się Benny'emu. Mężczyzna wyglądał na głodnego.

- Nie jesteś tu sam – powiedział nieznajomy. – Gdzie twój przyjaciel?

- Nie twój interes. – Nie zamierzał wydać położenia Deana i narazić go na niebezpieczeństwo.

Mężczyzna odwrócił głowę i przyłożył palec do ust, nakazując ciszę.

- Jest na dole – wyszeptał, jakby w zdumieniu. – Jak dużo czasu mu zajmie, nim tu dotrze?

- Pytałem, kim jesteś – powtórzył, kładąc palec na spuście. Sytuacja stawała się coraz bardziej niebezpieczna, jeśli będzie trzeba, strzeli.

Mężczyzna znów na niego spojrzał, uśmiechając się przy tym. To nie był jednak zwykły uśmiech. Benny wzdrygnął się, gdy zobaczył długie kły wystające nieznajomemu z ust.

Bardzo powoli, mężczyzna uniósł nadgarstek do twarzy i wgryzł się w niego. Benny był w takim szoku, że nie wiedział, jak zareagować.

Nagle, mężczyzna rzucił się w jego stronę. Benny nie zdążył strzelić, został przyparty do ściany i zaraz potem krwawiący nadgarstek znalazł się na jego ustach. Usiłował się wyrwać, nie mógł dopuścić do połknięcia krwi, kto wie, czym był zarażony ten świr. Na nic się jednak zdał jego opór, mężczyzna złapał go za gardło i zaczął podduszać. Benny mimowolnie otworzył usta, a krew dostała się do środka. Ucisk na gardle nieco zelżał i po raz kolejny instynkt okazał się silniejszy. Połknął ślinę razem z krwią, a gdy tylko to zrobił, mężczyzna puścił go.

Benny złapał się za gardło i osunął po ścianie na podłogę. Czuł się dziwnie, jakby coś wypalało go od środka. Zaczął kasłać, starając się pozbyć krwi z ust, ale to było na nic. Połknął już ją, pewnie czymś się zaraził. Ale jaki wirus działał tak szybko?

- To było zbyt proste – usłyszał głos mężczyzny. Wciąż trzymając się za gardło, spojrzał na niego i zobaczył, że ten trzyma jego broń.

- Co ty...

Nie udało mu się dokończyć, bo mężczyzna strzelił do niego trzy razy w pierś. Benny poczuł przeszywający ból, gdy kule trafiły w jego ciało. Instynktownie chciał złapać się za rany i zatamować krwawienie, ale powstrzymał się, gdy usłyszał kroki biegnącej osoby. Dean. Nie, ten drań zabije także i jego, nie mógł na to pozwolić.

Starał się zachować świadomość, choć przychodziło mu to z trudem. Pociemniało mu przed oczami, ale był w stanie jeszcze zobaczyć, jak Dean wbiega do pokoju, a chwilę później mężczyzna rzuca się także na niego.

Chciał krzyczeć, zrobić coś, ale był bezsilny. Mógł tylko patrzeć.


Dean nie wiedział, co powiedzieć. Nie był nawet pewny, czy jest w stanie się odezwać. W końcu po tak długim czasie dowiedział się, co się naprawdę stało tamtego dnia. Brakujące fragmenty układani znalazł swoje miejsce, zapełniły luki w jego umyśle. Zawsze sądził, że gdy wszystko w końcu będzie jasne, to poczuje się lepiej. Wcale tak nie było, a nawet czuł się jeszcze gorzej. Wcześniej obwiniał się o śmierć Benny'ego, ale nawet ona byłaby lepsza, niż życie jako wampir. To przez niego przyjaciel został zamieniony w potwora. To on skazał go na dalsze życie z porzuceniem poprzedniego. Nie mógł winić nikogo innego, tylko siebie. Gdyby nie naciskał, by wejść do budynku bez wsparcia, nic takiego by się nie stało. To była jego wina. Jakby tego mało, ruszył na ratunek kompletnie bez planu i jeszcze bardzie wszystko zniszczył. Gdyby był rozsądniejszy i nie dał się ogłuszyć, Benny nie przechodziłby przez to sam. Nadal byłby wampirem, ale po poznaniu Castiela przynajmniej wiedzieliby, jak to odkręcić. Teraz było już za późno i Dean nienawidził się za to.

- Dean, nawet nie waż się za to obwiniać – powiedział Benny. – To nie była twoja wina.

Przytaknął, ale tylko dla świętego spokoju. Nie chciał słuchać gadek o tym, jak to nie jest winny, skoro doskonale wiedział, że był.

- Pamiętam, że po tym jak ten sukinsyn mnie ogłuszył, to szybko odzyskałem przytomność – powiedział Dean. – Niemal natychmiast. Zobaczyłem, że pochylił się nad tobą z jakiegoś powodu. Uznałem, że jeszcze wtedy żyłeś.

- Byłem przytomny. Przekazał mi wiadomość. Powiedział, że niedługo się zobaczymy i wstrzyknął mi krew nieboszczyka, żebym był dla ludzi martwy.

- A potem przyjechało wsparcie, a ja znów straciłem przytomność – dodał Dean. – Co się stało potem?

Benny spojrzał na Castiela, który przyglądał mu się podejrzliwie, a potem znowu na Deana.


Obudził się w domu pogrzebowym. Leżał w trumnie przygotowanej do pochówku. Bolały go oczy, światło było zbyt silne. Bolały go uszy, miał wrażenie, że ktoś hałasuje mu tuż obok nich. Masa dźwięków mieszała się ze sobą, nie potrafił rozróżnić większości. Na pewno słyszał kroki, warkot silnika samochodowego i coś, co brzmiało jak bicie serc. Nie jednego, ale kilkunastu. Łomotały tak głośno, jakby znajdowały się w jego głowie.

Złapał się za uszy, chcąc odciąć się od wszelkich dźwięków, ale wciąż je słyszał. Czuł, że zaraz zwariuje. W panice szybko wyskoczył z trumny, strącając ją na ziemię. Huk był ogłuszający, zupełnie jakby tuż obok wybuchła bomba. Benny jęknął i jeszcze mocniej przycisnął dłonie do uszu.

Chciał stąd uciec, od tych hałasów i oślepiającego światła, ale nie wiedział, gdzie idzie. Zataczał się, próbując znaleźć wyjście, aż w końcu ktoś złapał go i odsłonił jedno z uszu.

- Słuchaj uważnie – usłyszał. To był szept, ale teraz brzmiał niemal jak krzyk. – Musisz pójść ze mną. Pokażę ci, jak żyć.

- Co się ze mną dzieje? – zapytał spanikowany.

- Nie jesteś już człowiekiem. Jesteś wampirem, zabieram cię do domu.

Benny przytaknął. Był w takim stanie, że zgodziłby się na wszystko, byle tylko uciec od wszechogarniającego go hałasu.

- Dobrze – pochwalił go mężczyzna. Benny rozpoznał jego głos, to był ten sam, którego spotkał w tamtym domu. Ale to nie miało teraz znaczenia. Chciał ciszy, a ten ktoś mógł mu ją dać.

Nie wyszli od razu. Mężczyzna musiał jeszcze włożyć do trumny inne ciało i zamknąć ją. Dopiero wtedy opuścili dom pogrzebowy. Do tego czasu Benny poczuł się lepiej. Na tyle lepiej, że udało mu się jeszcze uczestniczyć w pogrzebie. Musiał zobaczyć Deana i upewnić się, że wszystko z nim w porządku. Odetchnął z ulgą, gdy zobaczył go całego i zdrowego w obecności Sama i innych kolegów z pracy.


- Widziałem cię wtedy po raz ostatni – wyznał. – Potem już się ukrywałem, starając się zapanować nad głodem. Mój stwórca zaprowadził mnie do gniazda i wyjaśnił wszystko. Gdy było to już dla mnie jasne, uciekłem. Nie zamierzałem żyć z człowiekiem, który zniszczył mi życie. Nie spodobało mu się to. Od tego czasu próbuje mnie znaleźć, ale jednego wampira znaleźć trudniej niż całe stado.

- Rozumiem to, Benny – powiedział Dean. – Rozumiem twoją niechęć do powrotu w to miejsce, rozumiem twój strach o moje życie, ale ja i Castiel musimy tam pójść. Od tego zależy ludzkie życie.

- Przykro mi Dean. – Benny uśmiechnął się z żalem i minął ich. Wiedzieli, że nie wyszedł z klubu, tylko zszedł na niższe piętro. Dean nie zamierzał za nim iść, wiedział, że go nie przekona. Był tym rozczarowany. Oczekiwał, że Benny im pomoże.

- Poszukajmy na własną rękę – zdecydował.

Razem z Castielem spędził następnych kilka godzin na jeździe po mieście i szukaniu jakichś opuszczonych budynków, które świetnie sprawdziłyby się jako kryjówką dla wampira. Miasto było jednak zbyt duże i szybko ich pokonało. Wrócili do biura z niczym, zawiedzeni, że im się nie udało.

Odbębnili na miejscu procedury, wszystko to, co powinni zrobić po powrocie z miejsca zbrodni. Nim się z tym uwinęli, nadszedł koniec służby.

- Masz ochotę na piwo? – spytał Dean. – Ty, ja i Sammy możemy się razem upić.

- Jutro oczekują nas w pracy, nie powinniśmy pić.

- Mam to gdzieś.

Był w podłym humorze, a piwo na pewno mu pomoże.

- W porządku.

Pojechali do mieszkania Deana, gdzie panowała kompletna cisza. W pierwszej chwili Dean pomyślał, że coś się stało Samowi, że został porwany albo wydarzyło się jeszcze coś gorszego, ale po chwili znalazł na szafce przy drzwiach kartkę od brata. Poszedł na randkę z Sarą i zamierzał wrócić późno albo dopiero rano. Deanowi było to nawet na rękę, przynajmniej dostał okazję spędzenia z Castielem trochę czasu sam na sam. Zwłaszcza teraz tego potrzebował, po tym jak Benny go zawiódł.

- Nie pojmuję tego – powiedział, podając Castielowi jedno piwo, które przyniósł z lodówki. Usiedli obaj na kanapie, ale nie włączyli telewizora. – Naprawdę myślałem, że Benny nam pomoże. Spodziewałem się, że będzie się stawiał, ale nie sądziłem, że całkiem odmówi pomocy. I jeszcze te uzupełnione wspomnienia.

Dean pociągnął spory łyk z butelki, ale to było za mało, by uciszyć żal i poczucie winy, które czuł w środku.

- Nie bądź dla niego taki surowy – powiedział Castiel. – Powrót do gniazda musi być dla niego bardzo ciężki. Nie prosił się o to życie.

- Wiem, bo to ja mu je zgotowałem.

- Nie. – Castiel zabrał mu butelkę i razem ze swoją odstawił na stolik. – To nie była twoja wina, Dean. Nic z tego nią nie było.

- To ja nalegałem, by wejść bez wsparcia – przypomniał mu. – Gdybym tego nie zrobił, Benny nie zmieniłby się w wampira.

- Nie wiesz tego. Może wampir to zaplanował, może polował na Benny'ego już od dłuższego czasu.

- Daj spokój.

- Nie dam. – Dean spojrzał na niego zdziwiony, gdy podniósł głos. – Nie mogłeś niczego przewidzieć, Dean. Wierzyłeś, że jesteście bezpieczni, czułeś to.

- I się pomyliłem.

- Bo nie spodziewałeś się znaleźć w tym budynku wampira. Nawet nie wiedziałeś wtedy, że one istnieją.

- To nie umniejsza mojej winy – upierał się dalej. Musiał być winny. Jeśli nie on, to kto?

- Nikt.

- Miałeś nie czytać mi już w myślach.

- Nie mogę patrzeć, jak cierpisz. – Castiel spojrzał mu głęboko w oczy i znów złapał za rękę, tak jak wtedy w klubie. – Troszczę się o ciebie, Dean. Może nawet bardziej niż powinienem.

Castiel pospiesznie zerwał kontakt wzrokowy i zabrał rękę. Dean nigdy nie widział go tak zawstydzonego i przerażonego jednocześnie. Czego się bał? Jego reakcji na te słowa? Ale to znaczyło, że to co widział wtedy w rodzinnym mieście, nie było przewidzeniem. To co wydarzyło się pomiędzy nimi w walentynki nie było skończone, wprost przeciwnie. Castiel bał się swoich słów bo wiedział, że wskazują na coś więcej niż tylko przyjaźń. A Dean właśnie się o tym dowiedział. Byli tacy głupi.

Chociaż wszystko wskazywało na jedno, Dean starał się jeszcze nie cieszyć. Wciąż potrzebował potwierdzenia. Musiał mieć pewność.

- Dlaczego?

Nie musiał tłumaczyć, o co pytał, wiedział, że Castiel się zorientuje albo przeczyta mu to w myślach. I tym razem, nie miał żadnych obiekcji.

Anioł spojrzał na niego ze smutkiem.

- Przepraszam, Dean – powiedział. – Nie chciałem, by tak to wyszło. Chciałem zostać, aż się obudzisz, ale wrócił Sam i uciekłem. Potem, gdy chciałem z tobą porozmawiać zobaczyłem u ciebie żal. Powinienem był się domyślić, czym był spowodowany, ale nie chciałem czytać ci w myślach.

Boże byli takimi idiotami. Czemu nie mogli rozmawiać jak normalni ludzie?

Te słowa napełniły Deana ulgą. To wszystko to było tylko nieporozumienie, nic więcej. Nie doszłoby do niego, gdyby zachowywali się jak dorośli, ale cóż, stało się. Wina leżała po obu stronach, obaj postanowili nie rozmawiać na temat tamtej nocy, zamiast go poruszyć. Przez to obaj źle zinterpretowali swoje uczucia jak dowód na to, że uznali ten seks za błąd, choć w rzeczywistości było na odwrót.

- W porządku. – Naprawdę się nie gniewał. Odczuwał ulgę i radość, ale nie gniew. Wszystko było w porządku, tylko to się liczyło.

- Wybaczysz mi, Dean? – Castiel dalej nie był pewny tego, jak to się wszystko skończy.

- Tak, oczywiście – zapewnił. – Wiesz, chyba powinniśmy częściej rozmawiać, a mniej bać się naszych reakcji – stwierdził z uśmiechem.

- Zgadzam się.

- No to chyba między nami dobrze?

- Tak.

Dean nie miał pojęcia, kto pocałował kogo jako pierwszy. Wiedział tylko, że to zrobili i było to nawet lepsze uczucie, niż ostatnim razem.

Przenieśli się do sypialni Deana, gdzie Castiel szybko rozebrał ich obu. Tym razem zamienili się rolami.

Przygotował anioła, położyli się obaj na boku i wtedy wszedł w Castiela. Omal wtedy nie doszedł, choć doznania fizyczne nie różniły się zbytnio od seksu z kobieta. Ale to nie o ciało chodziło, ale o umysł. To nie była przypadkowa randka z baru, z którą nie miał żadnej emocjonalnej więzi. To był Castiel, który stał się dla niego praktycznie całym życiem. Seks z nim nie mógł być więc taki sam, jak każdy inny. Z pewnością był wyjątkowy. Dean od dawna nie czuł się tak wspaniale kochając się z kimś. Odczuwał coraz większą euforię z każdym ruchem jaki wykonywał i z każdym jękiem, jaki wydobywał z siebie Castiel. To było zbyt dobre, lepsze niż za pierwszym razem.

Przez cały czas trzymał anioła za rękę, a ten ściskał ją, ale niezbyt mocno. Dean wtulał twarz w jego kark, dysząc i pojękując z rozkoszy. Nie wytrzyma długo, wiedział, że nie.

- Cas – wyszeptał, nasilając ruchy. Czuł już znajomy ucisk w podbrzuszu, który z każdym ruchem był coraz lepiej wyczuwalny.

- Jestem tu, Dean – odparł anioł. – Jestem.

Dean nie wytrzymał dłużej. Ścisnął mocno dłoń Castiela i wraz z ostatnim ruchem doszedł wewnątrz niego, niemal tracąc kontakt z rzeczywistością. Przez moment dociskał jeszcze desperacko razem ich biodra, by dodatkowo zwiększyć przyjemność, ale szybko opuściły go siły.

Dysząc, wyszedł z anioła, który również doszedł, choć nie wiedział kiedy. Przewrócili się na plecy i ułożyli blisko siebie, zresztą nie mogli zrobić nic innego, łóżko było zbyt małe. Castiel niemal natychmiast ułożył głowę na jego piersi i westchnął zadowolony, przeciągając się. Dean uśmiechnął się na ten ruch.

- Czy ty się w ogóle zmęczyłeś? – zapytał, obejmując go ramieniem.

- Nie bardzo. Dałbym radę zrobić to jeszcze raz – wyznał.

- Ja nie. – Może gdyby się uparł i odczekał chwilę, ale nie miał tak naprawdę na to ochoty. Wystarczył mu jeden raz.

Leżeli w ciszy. Dean był na pograniczu snu, ale nie chciał zamykać oczu. Bał się, że gdy to zrobi, to Castiel zniknie tak jak ostatnio. Póki co anioł był u jego boku i obrysowywał palcem tatuaż na jego piersi.

- Czemu go sobie zrobiłeś? – spytał nagle.

- Zrobiłem go razem z Samem. Mamy je w tym samym miejscu. Taka braterska solidarność.

- Czemu akurat ten wzór?

Dean wzruszył ramionami.

- Spodobał nam się.

- Dobry wybór. Ten tatuaż chroni przed opętaniem.

- Serio? – zdziwił się. Nigdy nie przywiązywał wielkiego znaczenia do tego symbolu. Wiedział, że niektórzy widzą w nim coś związanego z czarną magią, ale nigdy nie wierzył w te bzdury.

- Tak. Jesteś bezpieczny, żaden demon cię nie opęta tak długo, jak masz ten symbol.

- A co z aniołami?

- Anioły proszą o pozwolenie. Możesz odmówić, nie potrzebujesz symbolu.

- Dobrze wiedzieć, skoro część twojego rodzeństwa to dupki.

- Miałeś pecha poznać tylko Uriela. Inni są milsi.

- Milsi niż ty?

- Nie wiem. Ty musisz ocenić.

- Nie teraz – mruknął i w końcu pozwolił sobie na zamknięcie oczu. Obrócił się i wtulił twarz we włosy Castiela. – Dobranoc.

- Dobranoc, Dean.

Nie spodziewał się znaleźć anioła rano, ale gdy tylko się obudził, pierwsze co zobaczył, to jego błękitne oczy. Castiel nie uciekł albo to wszystko było snem.

- Hej – przywitał się z nim szeptem. Jego głos jeszcze nie był w najlepszej formie po nocy.

- Dzień dobry, Dean. Dobrze spałeś?

- Tak – odparł i spojrzał na ich złączone dłonie, które leżały pomiędzy nimi. – Ty pewnie nie spałeś?

- Nie potrzebuję snu. Patrzyłem na ciebie.

- To straszne.

- Jeśli chcesz, przestanę to robić.

- Byłbym wdzięczny.

Dean uśmiechnął się i ponownie zamknął oczy, chcąc dalej iść spać, choć był doskonale świadom, że niedługo będzie musiał wstać do pracy. Dlaczego ta noc nie mogła się przytrafić, gdy obaj mieliby wolne? Wtedy mógłby spędzić z Castielem cały dzień w łóżku i sprawdzić jego wytrzymałość, którą tak się chwalił. Szybko jednak zdał sobie sprawę, że nawet gdyby nie praca, nic by z jego planu nie wyszło. A to wszystko przez to, że usłyszał dźwięk talerzy wyciąganych z szafki w kuchni.

- Lepiej już pójdę – wyszeptał Castiel. – Sam jest w domu już od pół godziny.

- Nie uciekłeś.

- Nie chciałem znowu cię zostawiać.

Dean uśmiechnął się.

- Okej.

Już po chwili Castiel nie było obok niego, tak samo jak ciuchów na podłodze. Dean został sam, ale mimo to nie zepsuło to jego dobrego humoru. W końcu zobaczy anioła najpóźniej za godzinę i nie będzie się już musiał przejmować, czy coś pomiędzy nimi będzie. Już było.


Skończyłam już pisanie tej historii, więc teraz rozdziały będą się pojawiały codziennie aż do ostatniego, a zostały ich dokładnie cztery. Mamy 4 maja, a zakończenie przewiduję na 8, jeśli nagle nie siądzie mi Internet ;)